Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zwolił. Nie zniosę tego, przynajmniej wobec żyjących.
— To ci niech zatrzymają swe skalpy, ale zmarłym zabiorę je.
— Jakiem prawem?
— Nie rozumiem cię! — odrzekł czerwony zmieszany. — Zabitego nieprzyjaciela trzeba przecież oskalpować.
— Tu leży ich wielu! Czy zwyciężyłeś wszystkich?
— Nie. Jednego trafiłem.
— Którego?
— Nie wiem.
— Czy zabity?
— I tego nie wiem. Pobiegł dalej.
— Pokaż mi więc takiego zabitego, w którym tkwi kula twego karabinu; wtedy możesz go oskalpować, ale nieprędzej, aż go pokażesz!
Wódz, mrucząc, cofnął się ze swoimi do kryjówki. Wdole, gdzie zgromadzili się odparci Utahowie, powstał krzyk. Ponieważ westman stał dotąd między Timbabaczami, nie mogli go dokładnie widzieć i teraz dopiero poznali. — Rozległy się okrzyki przerażenia-.
— Old Shatterhand! Zaczarowana flinta, czarodziejska strzelba!
Podszedł powoli ku nim i, zbliżywszy się na doniosłość głosu, zawołał:
— Zabierzcie swoich zabitych i rannych! Darujemy ich wam!
Na to wystąpił jeden z dowódców i odpowiedział:
— Będziecie do nas strzelać?
— Nie! — Obrócił się i poszedł do swej kryjówki.
Jakkolwiek czerwoni byli wiarołomni, jednak westmanowi nie przypisywali zdrady. Przytem Indjanin