Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/016

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Gryź?! Jak?! Djabli wiedzą, co tak chrupie i trzeszczy, zupełnie jak — jak — jak, no, jak pieczone miotła. — Czy mógłby kto pomyśleć?!
— To było do przewidzenia. Jestem przekonany, że ten stary rondel miększy jest niż to mięso. — Teraz możesz sam zjeść wytwór swojego ducha!
— No, może się znajdzie chociaż kawałek, który jeszcze nie doszedł do tak wielkiej stałości charakteru. Poszukam!
Na szczęście znalazło się kilka kawałków, które jako tako dały się zjeść i wystarczyły na cztery osoby, ale Frank, bądź co bądź, zwiesił nas na kwintę. —
Rano mieli Knox i Hilton umrzeć przy palu męczeńskim; pozostałych białych czekał może podobny los. To dawało czerwonym sposobność urządzenia wielkiej uroczystości, do której musieli się przygotować; dlatego wkrótce udali się na spoczynek. Pogaszono ogniska z wyjątkiem dwóch, a mianowicie przed namiotem, w którym znajdował się Old Shatterhand ze swymi towarzyszami, i przed tym, w którym leżeli pod strażą Knox i Hilton. Dookoła pierwszego rozłożyli się czerwonoskórzy w trzech rzędach; przed wsią stały nadto liczne placówki.
Old Shatterhand nie chcąc, aby wzrok czerwonych przez całą noc był na nich skierowany, opuścił rogożę przy drzwiach, i teraz biali leżeli w ciemnościach, napróżno starając się zasnąć.
— Co będzie z nami jutro o tej porze? — pytał Davy. — Może nas czerwoni wyślą do wiecznych ostępów?
— A przynajmniej dwu lub trzech z nas, — odpo-