Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/062

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie, — odpowiedział Old Shatterhand. — To bardzo dobrze, że ci dumni wojownicy musieli się raz ugiąć. Ale widać, iż Utahom nie można ufać. Jestem przekonany, że w żadnym wypadku nie pozwolą nam spokojnie odejść. Zdecydowali się na pojedynek, bo byli mocno przeświadczeni, że wszyscy padniemy, a ponieważ się zawiedli, wymyślą więc coś innego. Mam wrażenie, że chcą nas zatrzymać tutaj jako zakładników; ten plan musimy im pokrzyżować, gdyż ani przez chwilę nie bylibyśmy pewni życia. —
Tymczasem doszli do utworzonego przez namioty i chaty koła, w pośrodku którego poczyniono przygotowania do nadchodzącego, nadzwyczaj ciekawego pojedynku. Na kupie zgromadzonych tam kamieni, z których każdy ważył co najmniej centnar, wznosił się silny pal, do którego przymocowane były dwa lassa. Dookoła placu stali wszyscy mieszkańcy obozu, tak mężczyźni, jak i kobiety. Old Shatterhand wszedł w środek koła, gdzie czekał już wódz; ten zdawał się nie wątpić w zwycięstwo; wskazując na lassa rzekł:
— Czy widzisz te rzemienie? Jeden koniec lassa przymocowany jest do pala, a drugim obwiążą nas wpół ciała.
— Dlaczego?
— Byśmy się mogli poruszać tylko w tem ciasnem kole i żeby jeden przed drugim nie uciekł.
— Zgaduję właściwy powód. Przypisujesz mi więcej szybkości i zręczności, niż siły i chcesz temi więzami przeszkodzić w wykorzystaniu mej przewagi. Niech będzie! Mnie to obojętne! Jaką bronią będziemy walczyć?
— Każdy dostanie do lewej ręki nóż, a do prawej