Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/061

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


łem. Howgh!
Indjański styl w ustach tego sowizdrzała wprawił wodza w nieopisany gniew.
— Tak, ty powiedziałeś i skończyłeś, — zawołał — ale ja jeszcze nie skończyłem i pomówię z tobą, kiedy przyjdzie na to czas. Słowa jednak muszę dotrzymać; życie, skalp i własność Skaczącego Jelenia należą do ciebie.
— Nie, nie! — bronił się Frank. — Ja nie chcę niczego. Zachowajcie go dla siebie; możecie go odpowiednio użyć, zwłaszcza przy wyścigach o życie.
Wśród czerwonych rozległ się cichy, gniewny pomruk, a wódz zgrzytnął zębami:
— Teraz możesz jeszcze pluć na nas zjadliwemi słowami; później jednak będziesz skowyczał o łaskę, że aż pod niebo będzie się rozlegać. Każdy członek twojego ciała musi umrzeć osobno, a dusza twoja będzie wychodzić z ciebie kawałkami tak, że konanie twoje trwać będzie przez wiele księżyców.
— Cóż możecie mi uczynić? Zwyciężyłem i jestem wolny.
— Jest tu jeden, który jeszcze nie zwyciężył, Old Shatterhand. Zaczekaj trochę, a będzie leżał przede mną w prochu, błagając o życie. Daruję mu wzamian za twoje, a wtedy będziesz moją własnością. — Chodźcie wszyscy za mną! Zbliża się walka ostatnia, największa i rozstrzygająca!
Czerwoni ruszyli za wodzem bezładną kupą, biali powoli za nimi.
— Czy może za wiele powiedziałem? — zapytał Hobble-Frank strapiony.