Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/045

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wie jakie źdźbło mnie przyniesie ratunek. Tak, w nogach musi się mieć także trochę siły, ale znacznie więcej w głowie. — Patrzcie! wynurza się nieszczęśliwa rybka!
Indjanin wyszedł na brzeg i usiadł, zwróciwszy twarz ku wodzie. Żaden z czerwonoskórych nie patrzył ku niemu, żaden się nie poruszył; czekali, aż Davy wymierzy zwyciężonemu cios śmiertelny.
Wtem nadeszła skwaw, prowadząc za ręce dwoje dzieci, i przystąpiła do niego; on przyciągnął ku sobie jedno z prawej, drugie z lewej strony, potem odsunął je lekko od siebie, podał kobiecie rękę i skinął na nią, aby się oddaliła. Następnie zwrócił oczy ku Davy’emu i zawołał:
— Nami wicz, ne pokai — twój nóż, zabij mnie!
Dzielnemu długoszowi prawie łzy stanęły w oczach.
Wziąwszy kobietę wraz z dziećmi, popchnął ją znowu ku niemu i odezwał się napół po angielsku, napół w języku Utahów, którym dobrze nie władał:
— No wicz, — not pokai!
Potem odwrócił się i przystąpił do towarzyszy. Widzieli to i słyszeli Utahowie, więc wódz zapytał:
— Czemu go nie zabijasz?
— Bo jestem chrześcijaninem. Daruję mu życie.
— Ale gdyby on zwyciężył, toby cię zakłuł!
— On nie zwyciężył, nie może więc tego uczynić. Niechaj żyje!
— Ale zabierzesz jego własność? Jego broń, konia, kobietę i dzieci?
— Ani mi to w głowie! Nie jestem rabusiem. Niech zatrzyma to, co jest jego.
— Uff, nie rozumiem cię! On postąpiłby mądrzej.