Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/044

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie ukończył. Obaj przepłynęli obok siebie.
— Hurra! — nie mógł się Davy wstrzymać od okrzyku, na który czerwonoskóry odpowiedział donośnym rykiem wściekłości.
Dla Davy’ego skończył się trud, a zaczęła rozrywka, bo wystarczyło mu tylko lekko poruszać ramionami, aby utrzymać się w przepisanym kierunku. Powoli jednak prąd stawał się słabszy i musiał znowu wziąć się do roboty, ale szło jak z płatka i czuł się, jakby całe swe życie przepływał. — Wreszcie dotarł do oznaczonego miejsca i wyszedł na brzeg, a kiedy się obrócił, ujrzał, że czerwonoskóry dosięgnął właśnie wypływu jeziora i znowu walczył z prądem.
Zabrzmiało krótkie, wstrząsające do szpiku wycie czerwonych, którzy w ten sposób stwierdzili, że Czerwona Ryba przegrał i płaci gardłem. Davy skoczył czem prędzej do swego ubrania, a potem do towarzyszy, aby ich przywitać, jakby się po raz drugi narodził.
— Ktoby to myślał! — odezwał się, potrząsając ręką Old Shatterhanda. — Zwyciężyłem najlepszego pływaka Utahów!
— Dzięki źdźbłu trawy! — odpowiedział z uśmiechem myśliwy.
— Jak dokazaliście tego?
. — O tem potem. Był to maleńki fortel, którego jednak nie można nazwać oszustwem, bo szło o uratowanie tobie życia, a czerwonoskórzy szkody nie ponieśli.
— Tak jest, — przytaknął Frank, niezmiernie uszczęśliwiony zwycięstwem przyjaciela. — Życie twoje wisiało już nie na włosku nawet, ale na trawce. To samo i z wyścigami; nogi same tu jeszcze nie wystarczą. Kto