Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/074

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Frank pierwszy! — zawołał Old Firehand. — Jak to możliwe?
— Przy pomocy podstępu, — odpowiedział Winnetou. — Zwyciężył; wnet dowiemy się, jak tego dokazał. Słuchajcie, z jakim gniewem krzyczą Utahowie! Odchodzą; powracają do obozu. Patrzcie! Tam stoją cztery blade twarze; poznaje je.
— Ja też, — zawołał Droll. — To Old Shatterhand, długi Davy, gruby Jemmy i mały Hobble-Frank.
Imiona te wzbudziły ogólny podziw; kilku z jeźdźców znało tego lub owego z wymienionych, inni nasłuchali się o nich coniemiara, to też tu i owdzie padały spostrzeżenia i uwagi, aż Winnetou odezwał się do Old Firehanda:
— Nasi przyjaciele mają jeszcze broń, a więc nie jest z nimi najgorzej. Pozostańcie tutaj, a ja spróbuję zbadać, co się dzieje.
Trzymając dalekowidz w ręce, zniknął między drzewami. Minęło przeszło pół godziny, zanim wreszcie powrócił, oznajmiając:
— W pośrodku obozu odbywa się pojedynek. Utahowie stoją tak gęsto obok siebie, że nie mogłem ujrzeć walczących; widziałem jednak Hobble-Franka. Pokryjomu i ostrożnie wyprowadził konie poza namiot i zarzucił na nie koce; biali chcą się widać oddalić.
— Pokryjomu? A więc uciekają? — zapytał Old Firehand. — Stańmy tu na drodze i czekajmy na nich, albo nawet chodźmy naprzeciw nich.
— Ani jedno, ani drugie, — odparł Apacz, potrząsając głową. — Niech Old Firehand się zastanowi: co uczynią czerwoni, gdy biali umkną?