Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


to też za późno wydali okrzyk ostrzegawczy, bo jeńcy rzucili się już przez las w stronę jeziora.
Wielki Wilk udał się właśnie do swych wojowników i jedynie trzej pozostali wodzowie siedzieli przy ogniu. Usłyszeli wprawdzie okrzyk strażników, ale równocześnie ujrzeli, że zbliżają się ku nim uwolnieni, — i — w parę chwil potem leżeli już sami rozbrojeni i skrępowani. Biali chwycili bez wyboru za karabiny. Kiedy strażnicy ukazali się pod ostatniemi drzewami, ujrzeli swych dowódców na ziemi; nad nimi klęczało kilku białych z wyciągniętymi nożami. Za tą grupą stali inni z wymierzonemi ku nim strzelbami. Czerwoni cofnęli się przerażeni i wydali ryk wściekłości, który ściągnął szybko resztę wojowników; stanęli pod osłoną drzew; płomienie ogniska jasno oświetlały białych, ale nie można było wątpić, że przy pierwszym strzale groźnie podniesione noże zagłębią się w piersiach wodzów.
Old Shatterhand, który pochwycił najstarszego z dowódców, zapytał go rozkazująco, jak się nazywa.
— Moje imię jest Kunpui,[1] — odparł Indjanin. — Uwolnijcie mię, a będę z wami mówił!
— Będziesz wolny, ale dopiero wtedy, gdy zgodzicie się na nasze żądania.
— Czego żądacie? Wolności?
— Nie, gdyż tę już mamy; żądamy...

Przerwano mu. Kiedy powalono wodzów i związano ich, wypuścił na chwilę sztuciec z ręki i teraz właśnie go podniósł. Naprzeciw niego, wpośród wrogów, stanął — przezornie ukryty za drzewem — Wielki Wilk; kiedy wzrok jego padł na strzelbę, krzyknął przerażony:

  1. Ogniste Serce.