Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


gniemy po broń i konie!
— Nie; pozostaniemy. Aby móc pobiec po broń, a potem do koni, trzebaby było odbyć to tak szybko, że powstałoby pewnie przytem zgubne dla nas zamieszanie. Nikt nie mógłby w tak krótkim czasie znaleźć swej strzelby, noża, ani reszty własności. Czerwoni rzuciliby się na nas, zanim moglibyśmy dopaść koni. A kto wie, czy są one jeszcze osiodłane. — Nie, musimy się natychmiast ukryć za tarczami; myślę wodzów.
— To rzeczywiście wspaniała myśl!
— Postaramy się dostać w swe ręce dowódców, a wtedy będziemy pewni, że nic się nam nie stanie. Teraz cicho. Ogień znowu przygasa i strażnicy pewnie nie spostrzegą, jeśli poruszymy rękami.
Rozciąwszy swe więzy, uczynił to samo sąsiadowi, a ten podał nóż dalej. Bowie Drolla także już krążył. Potem z ust do ust poszła wskazówka Old Shatterhanda, że wszyscy mają pobiec do wodzów, skoro tylko zagasi ognisko.
— Zagasi ognisko? — mruczał Frank. — Jak tego dokażecie?
— Zobaczysz! Musi zagasnąć, inaczej dosięgną nas kule strażników.
Teraz leżeli wszyscy wpogotowiu. Old Shatterhand zaczekał, aż jeden z czerwonych powstał, aby dorzucić drzewa do ognia, wskutek czego płomienie na krótki czas zostały przytłumione. Wtedy zerwał się rzucił na niego, uderzył go pięścią w głowę i strącił w ogień. Potoczywszy nim trzy czy cztery razy w jedną i drugą stronę, zagasił ognisko. Stało się to tak szybko, że ciemność zapadła, zanim strażnicy zrozumieli, co zaszło;