Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wie; znali okolicę lepiej, niż ich wrogowie, to też, chociaż napastnicy trzymali się dzielnie, wypierano ich krok za krokiem. Walczono zdala i zbliska, bronią palną, nożami i tomahawkami. Dla siedzących w ukryciu świadków walka dzikich z dzikimi na śmierć i życie była widokiem odurzającym. Tu pasowało się dwóch wśród ogłuszającego wycia; tam rąbała gromada w piekielnem milczeniu. Zwycięzca zdzierał z zabitego skalp, aby za chwilę stracić swój własny. —
Z trzech pozostałych przy ognisku wodzów, dwaj wzięli udział, w walce aby przykładem odwagi zagrzać swoich do męstwa. Trzeci oparł się wpobliżu ogniska o drzewo i, zwracając baczną uwagę na przebieg walki, rzucał na prawo i lewo rozkazy, rycząc głośno. Był to naczelny wódz; w rękach swych trzymał wszystkie nici obrony. Nawet kiedy Nawajów wyparto, on pozostał na miejscu, rzekłbyś, kamienny.
Walka oddalała się coraz bardziej. Teraz dla trzech mimowolnych świadków nadszedł czas cofnięcia się w bezpieczne miejsce, droga bowiem do kryjówki była wolna; zeszli z drzew. Wódz Utahów stał jeszcze na tem samem miejscu. Zdala dochodziła wrzawa walki.
— Teraz zpowrotem! — odezwał się Winnetou. — Później rozpalą ognie na znak radości i będzie dla nas za późno. Zabierzemy ze sobą wodza. Ja pójdę...
Przerwał, zdumiony, bo z ciemności wyskoczył szybko jak piorun mały, szczupły, kulawy człowieczek, podniósł wgórę strzelbę i potężnem uderzeniem kolby powalił wodza na ziemię. Potem chwycił go za kark i pociągnął szybko w ciemności. Z jego ust wybiegły niezbyt głośne, ale zrozumiałe słowa: