Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Co mogą Old Shatterhand i Old Firehand, to przeważnie potrafimy także i my, Sasi.
— Hobble-Frank! — wyrzekł Old Firehand. — Ten hultaj oszalał. Musimy pójść czem prędzej za nim, aby nie zrobił jakiego głupstwa.
Pośpieszyli za małym. Już prawie dotarli do kryjówki, gdy nagle padł przed nimi strzał i zaraz potem rozległ się śmiech Moritzburczyka:
— Głupcze! Uważaj, gdzie celujesz! Jeśli mnie chcesz trafić, to nie mierz do księżyca! Masz swoją porcję, a teraz dobranoc!
Odezwał się trzask ciężkiego uderzenia, — nastała cisza. Trójka natknęła się na Franka.
— Nabok! — zawołał. — Tu strzelają i kłują!
— Stój! — ostrzegł Shatterhand. — To my!
— Podziękujcie Bogu, że otworzyliście usta! Gdybym nie poznał waszego głosu, to, na moją duszę, byłbym was krótko i węzłowato zastrzelił.
— Dlaczego opuściłeś kryjówkę?
— Tylko z troski o was. Zaledwie odeszliście, rozległ się krzyk, jakby Cymbrowie wpadli między Teutonów; potem zaczęła się strzelanina, a ja zląkłem się i zaniepokoiłem o was. Dlatego chwyciłem za strzelbę i wymknąłem się niepostrzeżenie dzięki tym egipskim ciemnościom. Na lewo strzelano, wy udaliście się na prawo. Tu stał przy drzewie wódz, jak śledź marynowany; to rozgniewało mnie i dałem mu klapsa po południku tak, że padł na ziemię w kierunku równikowym. Chciałem go naturalnie szybko usunąć w bezpieczne miejsce, więc pociągnąłem za sobą; ale, że był trochę ociężały, siadłem na chwilę na jego corpus juris, aby sumiennie wypocząć.