Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/134

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sób trudny do opisania. Na szczęście scena ta nie trwała długo, a zakończyła się w sposób nieoczekiwany.
U spadzistego krańca doliny rozległ się przeciągły krzyk, krzyk, którego nie zapomni, kto go raz posłyszy. Krzyk przedśmiertny.
— Uff! — zawołał z przerażeniem jeden ze stojących pod drzewem wodzów. — Co to było? Tam wdole znajdują się Żółte Słońce i Cztery Bawoły.
Odpowiedział mu drugi podobny okrzyk, a potem kilka strzałów.
— Nawajowie, Nawajowie! — krzyknął wódz. — Winnetou, Shatterhand i Firehand zwabili ich tutaj, aby się zemścić. Hej, wojownicy! Rzucić się na tych psów! Zniszczyć ich! Pozostawcie konie i walczcie pieszo z pod drzew.
Przez chwilę wszystko biegało w największem zamieszaniu; chwytano za broń i dorzucano drzewa do ognia, aby oświetlić należycie pole walki. Krzyczano. Strzały padały bliżej i bliżej, od drzewa do drzewa przemykały ciemne postacie. — Utahowie odpowiadali tu i owdzie, zrazu pojedynczo, potem grupami. Nie było właściwie ogólnego terenu walki, jeśli mianem tem ochrzcić całą dolinę, lecz walczono zosobna dokoła każdego ogniska. —
Tak, to byli Nawajowie; chcieli napaść niespodzianie na Utahów, nie umieli jednak usunąć bez hałasu straży, stojących u wyjścia doliny. Krzyk mordowanych wywołał alarm i teraz zawiązała się walka wręcz otwarta; rozstrzygnąć jej nie mógł nagły napad, zwycięstwo miała wywalczyć odwaga i przewaga.
Wkrótce okazało się, że przewagę mieli Utaho-