Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/133

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


białych. Doniesiono im o naszem przybyciu, więc czekają nas.
— Dobrze mój brat sądzi. Wysłani z zawiadomieniem czerwoni są już tutaj; Yamba-Utahów niema jednak jeszcze, — przytaknął Winnetou, — gdyż upłynęły pewnie godziny, zanim odważyli się minąć miejsce naszego postoju i wejść w wąwóz. Może przyjdą dopiero jutro rano, bo ostatek drogi jest tak uciążliwy, że w nocy nie... Uff! nadchodzą!
Powyżej miejsca, gdzie stali, odezwał się głośny, radosny okrzyk, na który odpowiedziano natychmiast zdołu. To przybyli Yamba-Utahowie mimo ciemnej nocy i złej drogi. Indjanie wybiegli z obozu porwawszy z ognisk płonące szczapy. Las się rozjaśnił i zapanowało ożywienie, groźne dla trzech śmiałków.
— Musimy uciekać, — odezwał się Old Firehand. — Ale dokąd? Przed nami i za nami wszędzie czerwoni.
— Na drzewa, — odpowiedział Old Shatterhand. — Wśród gęstych gałęzi możemy zaczekać, aż ruch ustanie.
— A więc wgórę! Ach, Winnetou już tam siedzi!
Tak, Apacz nie pytał długo, ale czem prędzej ukrył się wśród liści. Myśliwi, idąc za jego przykładem, wspięli się na najbliższe drzewa.
Przy blasku ognisk i pochodni ujrzeli nadchodzących Yambów. Indjanie, dowiedziawszy się o śmierci przeszło dwudziestu białych, sądzili, że to poszukiwani przez nich, i chcieli przyjrzeć się trupom. Kiedy zbliżono się z pochodniami, aby ich pokazać przy niepewnem, migotliwem świetle, ukazał się ukrytym na drzewach widok krwawej grozy. Yambowie rozpoznali, że trupy, niestety, są im obce i wyładowali swą wściekłość w spo-