Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/132

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wo. — Wszystko, co się działo po tej stronie, widzieli dokładnie; przed nimi jednak było ciemno. Gdzie wzrok nie wystarczał, zdawali się na dotyk. Winnetou czołgał się, jak zwykle, przodem; naraz, przerażony, krzyknął prawie głośno:
— Uff, człowiek przede mną!
— Trzymaj go! Nie pozwól mu krzyczeć! — szepnął Firehand szybko.
— On nie może krzyczeć; nie żyje!
— Zadusiłeś?
— Był już martwy; wisi na palu.
— Boże! Ma palu męczeńskim?!
— Tak. Brak mu skalpu; ciało pokryte ranami; już ostygł. Ręce mam mokre od krwi.
— A więc biali zabici; tu jest miejsce kaźni. — Szukajmy dalej!
Macając dookoła siebie, znaleźli około dwadzieścia okropnie pokaleczonych ciał, przywiązanych do drzew i słupów.
— Straszne! — jęknął Old Shatterhand. — Myślałem, że będziemy mogli tych ludzi uratować przynajmniej od takich męczarni! Zwykle czerwoni czekają z kaźnią do następnego dnia, a tu się pokwapili.
— A plan, rysunki! — odezwał się Firehand. — Stracone!
— Jeszcze nie. Mamy przecież wodzów w niewoli. Może będziemy mogli wymienić ich za te rysunki.
— Jeśli ich do tej pory nie zniszczyli!
— Zniszczyli? Z pewnością nie! Czerwoni poznali już wagę takich papierów. Niema obawy. Zresztą domyślam się, z jakiego powodu tak szybko zamordowano trampów. — Chcieli oczyścić zapewne miejsce dla świeżych