Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Niech moi bracia słuchają! — odezwał się, wskazując ręką w stronę, gdzie pozostał Winnetou.
Z drugiego brzegu usłyszano krótki, głuchy łoskot, jakby coś się stoczyło, potem syk wody wzburzonej od wpadającego w nią odłamu skały, wreszcie straszliwy huk.
— Powiodło się! — zawołał Wielki Niedźwiedź, oddychając głęboko. — Wejście zamknięte, a Utahowie zginą! Chodźcie!
Wrócił znowu do budynku. Palenisko stało, jak teraz westmani spostrzegli, na ruchomem podłożu, które czerwonoskóry odsunął na bok bez wielkiego wysiłku. Ukazał sie otwór, przez który Wielki Niedźwiedź począł nasłuchiwać.
— Są wewnątrz; słyszę, jak się zbliżają. A teraz prędko wpuścić wodę!
— Skoczył poza budynek; kiedy powrócił, wskazał na jezioro:
— Czy widzicie, jak faluje? Utworzył się wir, gdyż wodę wpuściłem do chodnika.
— Mój Boże! Toż Utahowie muszą nędznie potonąć! — zawołał Old Shatterhand.
— Tak, wszyscy, wszyscy! Żywa noga nie ujdzie!
— Straszne! Czy nie można było tego uniknąć?
— Nie! Nie powinien żaden ujść! — Teraz budowla zburzona i nie można jej już nigdy odbudować; skarby są dla ludzi stracone; żaden śmiertelny nie wydobędzie ich, bo wyspa wypełni się aż po szczyt wodą.
Obu białymi wstrząsnął zimny dreszcz. Woda, podnosząca się z głębi, wypychała wgórę stęchłe powietrze. Oznaczało to śmierć zgórą stu ludzi.
— Ale nasi jeńcy, którzy są tu obok! — przypomniał