Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/180

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Precz, precz! — krzyczał. — Woda dojdzie aż tutaj, zanim będziemy mogli się uratować!
— Pozostań! — odpowiedział Wielki Niedźwiedź. — Nie masz się czego obawiać; woda nie może wewnątrz wyspy podnieść się wyżej, niż nazewnątrz. Jesteś uratowany; teraz opowiedz, jak zszedłeś ze swego stanowiska i jak się tu dostałeś. —
Upłynęła może godzina od wystawienia placówek, kiedy Old Firehand wyszedł obejrzeć straże. Miejsce, gdzie miał stać Długie Ucho, było puste. Od najbliższego Timbabacza, usłyszał, że wódz się oddalił do Utahów i dotąd nie wrócił.
— Jak dawno odszedł?
— Prawie przed godziną.
— Musiało mu się przydarzyć jakieś nieszczęście; pójdę zobaczyć!
Poczołgał się tam, gdzie poprzednio widział nieprzyjacielskie straże; nie było ich. Posunął się dalej. Nigdzie nie było widać żywej duszy. To napełniło go obawą; przeszedł szybko znaczną przestrzeń kenjonu, jednak nie napotkał nigdzie wrogów; Utahowie zniknęli. Wypadek ten zosobna nie był ani trudny do zrozumienia, ani straszny, lecz razem z nimi zniknął przecież Długie Ucho!
— Musieli go schwytać, — odezwał się Wielki Niedźwiedź. — Odważył się nazbyt wiele; teraz już po nim.
— A po nas również, — odparł Old Firehand.
Jakto?
— Zastanawia mię, że się oddalili. Musieli mieć jakiś niezwykły powód. Ta okoliczność, że w ręce ich dostał się wódz, nie może być przyczyną nieoczekiwa-