Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/160

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


gły jezioro i góry dokoła; po twarzy przemknął mu lekki uśmiech:
— Ty jednak również nie jesteś człowiekiem, który wpadł na ową myśl.
— Nie. Kto ci to powiedział?
— Ja sam. My biali nie możemy wpaść na taką myśl, bo jesteśmy chrześcijanami i brzydzimy się masowym mordem; jesteśmy jednak dość przenikliwi, aby wam wejrzeć w dusze.
— Zdaje ci się, że wiesz, dlaczego nie obawiam się tysiąca wrogów?
— Tak.
— Powiedz!
— Dobrze! A więc możesz zgładzić tysiąc Utahów w kilku chwilach?
— Tak.
— Kiedy staną już w kenjonie?
— Tak.
— Tego nie możesz dokazać ani nożem, ani strzelbą, lecz tylko przy pomocy żywiołów. Przy pomocy powietrza, a więc burzy? Nie! Ogniem? Także nie. Zatem tylko przy pomocy wody!
— Myśli twe są mądre i dobre, ale nic ponadto nie wyłowisz!
— Zobaczymy! Gdzie masz taki ogrom wody, abyś mógł zabić tylu ludzi? W jeziorze. Czy ci ludzie pójdą do jeziora? Nie! A więc jezioro musi pójść do nich; musi nagle wylać swe fale do kenjonu. Czy to możliwe? Przecież leży między niemi wysoka i silna grobla! No, ta grobla nie wznosi się tu od wieków; została zbudowana i to tak, że można ją nagle otworzyć i wyschły