Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Aha! Indjanie całkiem nieużywali karabinów; mieli więc zamiar schwytać blade twarze żywcem, aby je później tem bardziej zamęczyć. Dlatego uciekłem. Teraz my dwaj jesteśmy uratowani i możemy dla naszych towarzyszy więcej zrobić, niż gdybyśmy dali się schwytać razem z nimi.
— Masz słuszność, kuzynie, masz słuszność! Spadł mi wielki ciężar z serca. Czy mają mówić o sławnym na cały świat Hobble-Franku, że kiedy jego towarzysze znaleźli się w niebezpieczeństwie, on dał drapaka? Na duszę, nie! Raczej rzucę się w najgorętszy wir walki. Odchodzę zupełnie od zmysłów! — Ale co to za Indjanie?
— Naturalnie, że Utahowie. Wielki Wilk nie powrócił do swego obozu, lecz wiedząc, że jeszcze inni czerwoni znajdą się wpobliżu, sprowadził ich drugą drogą. Ponieważ nie wiemy, w jakim kierunku się teraz zwróci, nie możemy tu pozostać; musimy iść dalej, aż znajdziemy jaką odpowiednią kryjówkę.
— A potem?
— Potem? — No, będziemy czekać, aż się dzień zrobi, później zbadamy ślady i będziemy szli za Indjanami tak długo, aż się dowiemy, jak pomóc naszym przyjaciołom. — Chodź!
Ujął Franka, przyczem dotknął sztućca.
— Co? — zapytał. — Masz dwa karabiny?
— Tak. Kiedyśmy pełzali ku wodzie, znalazłem sztuciec Henry’ego Old Shatterhanda.
— Wyśmienicie! Może nam się bardzo przydać. Ale, czy umiesz także z niego strzelać?
— Naturalnie! Przebywałem tak długo z Old Shatterhandem, że poznałem jego strzelbę dość dokładnie.