Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/065

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


uzbrojony w nóż, wręczył jeden z nieb Old Shatterhandowi. Obejrzawszy, myśliwy odrzucił go tak, że wielkim łukiem przeleciał wysoko poza koło.
— Co robisz? — zapytał wódz zdumiony.
— Odrzuciłem topór, ponieważ był do niczego. Twój, jak widzę, znakomitej jest roboty, tamten zaś przy pierwszem uderzeniu, rozleciałby się w ręce.
Mimo grubej warstwy farby, która zakrywała twarz wodza, widać było, jak pokryły ją szyderskie zmarszczki, kiedy odezwał się:
— Wolno ci tomahawk odrzucić, ale innego nie dostaniesz!
— To niepotrzebne. Będę walczył tylko moim nożem, na którym, jak wiem, mogę polegać.
— Uff! Jesteś szalony! Pierwsze uderzenie mojego tomahawka zabije cię. Ja mam topór i nóż, a ty nadto ustępujesz mi w sile!
Na to Old Shatterhand schylił się, chwycił kamień, który poprzednio podniósł Wielki Wilk, podciągnął go najpierw do wysokości pasa, a potem podźwignął ponad głowę, potrzymał przez chwilę, a wreszcie odrzucił tak, że padł w odległości dziewięciu, czy dziesięciu kroków.
— Zrób to samo! — zawołał do czerwonego.
— Uff, uff. uff! — zabrzmiało dokoła. Wódz zrazu nic nie odpowiedział; patrzył zdumiony, to na myśliwego, to znowu na kamień. Dopiero po chwili odezwał się:
— Czy myślisz, że mię przerazisz? Nie spodziewaj się tego! Zabiję cię i zabiorę skalp, choćby walka miała trwać do wieczora. — Przywiążcie nas!
Rozkaz był skierowany do dwu stojących wpogotowiu czerwonych; zawiązawszy wodzowi i Old Shatter-