Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/013

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Pigmejską postać! — poprawił Jemmy.
— Czy będziesz ty milczał, chociaż przez dwanaście sześć ósmych taktów!!! — Nie doprowadzaj mi żółci do wzburzenia, lecz okaż szacunek, do jakiego mogę słusznie mieć pretensje na podstawie niezwykłych kolei mojego życia! Tylko pod tym warunkiem mogę się zniżyć do takiej popularności, że zleję na tę pieczeń błogosławieństwo mego niekłamanego talentu kucharskiego.
— Upiecz ją! — skinął Old Shatterhand, aby odwrócić uwagę małego w inną stronę.
— Naturalnie, łatwo to powiedzieć; ale skąd wezmę cebuli i listków bobkowych? Zresztą nie wiem nawet, czy mogę zbliżyć się z rondlem do ognia.
— Spróbuj!
— Tak, spróbuj! Jeśli te draby nie ścierpią tego i wsadzą mi kulę w brzuch, będzie mi wtedy zupełnie obojętne, czy mięso to siedziało pod skórą łosia czy bawołu. — No, hopla, wychodzę!
Poniósł rondel z mięsem do ogniska i usiadł przy niem jako kucharz, nie spotkawszy się z żadnym oporem ze strony strażników. Reszta białych pozostała w namiocie i przyglądała się przez otwarte drzwi życiu Indjan. —
Księżyc zsyłał teraz na ziemię blask jasny jak w dzień, a światło jego padało na ciemny, pokryty lasem, trzon pobliskiej góry, po której wiła się wdół szeroka, połyskująca, srebrna wstęga, — rzeczka lub większy potok, rozlewający się w dość obszerną kotlinkę, wyglądającą prawie jak jezioro; odpływ jego tworzył bieg rzeki, której brzegiem przybyto do obozu. Wpobliżu nie było, jak się zdawało, ani krzaków ani drzew, a okolica