Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/189

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przed budynkiem, usłyszano trzeszczenie i bełkotanie wody; wdarła się do ostatniej piwnicy.
Jeńców przewieziono w kanoe na brzeg i powierzono straży Timbabaczów, z którymi jednak wodza nie pozostawiono. Musiał pójść do doliny, gdzie biali stali w ostrem pogotowiu, gdyż druga połowa Utahów usadowiła się naprzeciw nich.
Ludzie ci nie wiedzieli, jak sprawy stoją. Większość tych, którzy mieli iść na wyspę, wcisnęła się już do chodnika, kiedy nagle zgniotła go potężna masa kamieni i ziemi. Zmiażdżyła ona wielu z intruzów, a tak mocno zasypała chodnik, że woda z jeziora nie mogła się przecisnąć nazewnątrz. To było właśnie zamiarem Wielkiego Niedźwiedzia; woda nie powinna była wypłynąć do kenjonu, lecz wedrzeć się do wnętrza wyspy.
Utahowie, którzy nie zostali zasypani, cofnęli się przerażeni i pośpieszyli do drugiego oddziału, aby opowiedzieć, co zaszło. Nie wiedzieli jednak, czy wszyscy w tunelu zginęli, czy też tym, którzy nie zostali zasypani, udało się dotrzeć do wyspy. W tym wypadku musieli uderzyć na białych. Czekano więc z minuty na minutę, ale czas mijał, a nadzieje się odwlekały. — Świtało; Utahowie ciągle jeszcze stali ze swemi końmi na tem samem miejscu. Wtem ujrzeli pod drzewami Old Shatterhanda; zawołał na nich, że pragnie się rozmówić z dowódcą.
— Czy wiesz, że kilku waszych wodzów i wojowników znajduje się w naszych rękach? — zapytał przybyłego.
— Wiem, — odpowiedział dowódba posępnie.