Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/085

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


handem naprzód, podawszy mu w milczeniu rękę; było to jedyne pozdrowienie możliwe narazie. Tuż przed jeńcami jechali ciotka Droll i Hobble-Frank. Jeden do drugiego nie mówił ni słowa. Po pewnym czasie Droll wyjął nogi ze strzemienia i stanął na grzbiecie konia, aby napowrót usiąść w siodle, lecz już okrakiem.
— Heavens! Co to ma znaczyć? — zapytał Frank. — Czy zachciewa się wam żartów, sir? A może byliście zajęci w cyrku jako clown?
— Nie, master, — odpowiedział grubas. — Siadłem okrakiem, bo inaczej mogłaby z nami pójść sprawa naopak. Pomyślcie tylko; za nami jedzie pięćdziesięciu czerwonych; może się więc łatwo zdarzyć coś takiego, o czem nie pomyśleliśmy. W tej pozycji będę ich miał na oku; w ręce mam rewolwer, aby dać im jaką pigułkę, jeśli to potrzebne.
— Hm! To nawet słuszne. Mój koń nie weźmie m tego za złe, jeśli i ja się obrócę.
W kilka sekund później siedział również okrakiem, aby pilnować czerwonych. Teraz, rzecz naturalna, ci dwaj zabawni jeźdźcy musieli często ku sobie zerkać; nie dziw tedy, że spojrzenia ich stawały się coraz cieplejsze. Tak ujechali szmat drogi w milczeniu, aż wreszcie Hobble-Frank, nie mogąc dłużej utrzymać języka, zagadnął:
— Nie weźcie mi za złe, że zapytam was o nazwisko. Tak, jak teraz siedzicie obok mnie, widziałem was już nieraz!
— Gdzie?
— W wyobraźni.
— Do stu piorunów! Ktoby to pomyślał, że ja żyję