Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/049

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Shatterhand, przysunąwszy się do nich.
— Bo nie jest zwyciężony.
— Ja twierdzę wręcz przeciwnie: został pokonany.
— To nie prawda; lasso jest rozwiązane.
— Temu winien sam Wielka Stopa, bo obracając się, rozerwał rzemień.
— Tego nikt nie widział. Puść go! Nie został pokonany i walka musi się zacząć na nowo.
— Nie, Jemmy! Nie puszczaj go! — odpowiedział myśliwy. — Skoro ci nakażę, albo skoro on się poważy poruszyć, zakłuj go!
Wówczas wódz wyprostował się dumnie i zapytał:
— Kto tu ma rozkazywać, ty czy ja?
— Ty i ja, my obaj.
— Kto to mówi?
— Ja. Ty jesteś wodzem twoich, a ja jestem dowódcą moich ludzi. Ty i ja, my obaj, zawarliśmy umowę co do warunków walki. Kto nie trzyma się tych warunków, ten łamie umowę, jest kłamcą i oszustem.
— Ty...! ty ośmielasz się tak przemawiać do mnie wobec tylu czerwonych wojowników?!
— Mówię prawdę, a żądam wierności i uczciwości. Jeśli nie mam dalej mówić, dobrze, to niechaj przemówi moja strzelba śmierci!
Podniósł groźnie wgórę sztuciec, który dotąd trzymał wsparty kolbą o ziemię.
— Więc powiedz, czego żądasz? — zapytał wódz pokorniej.
— Czy przyznajesz, że ci dwaj mieli walczyć zwróceni do siebie plecami?
— Tak.