Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/092

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


czamy. Otrzymacie wolność i broń, lecz zato musicie nam przyrzec, że żadnemu z nas, jak tu siedzimy, nigdy nie spadnie włos z głowy z waszego powodu.
— Czy to mówi twój język, czy twoje serce? — zapytał wódz, rzuciwszy na Old Shatterhanda niedowierzające, badawcze, ostra spojrzenie.
— Mój język nigdy nie ma innych słów, niż moje serce. Czy jesteś gotów dać nam takie przyrzeczenie?
— Tak..
— I jesteś gotów stwierdzić je fajką pokoju?
— Jestem gotów.
Odpowiadał szybko, bez namysłu, stąd należało się spodziewać, że przyrzeczenie bierze poważnie. Wyrazu jego twarzy nie można było spostrzec z powodu grubo nałożonej farby.
— Niech więc fajka pójdzie dokoła, — ciągnął Old Shatterhand. — Powtarzaj słowa, które ci podyktuję.
— Mów, a powtórzę!
Ta gotowość dawała dobre prognostyki, westman jednak nie mógł pominąć zastrzeżenia:
— Spodziewam się, że tym razem masz zamiary uczciwe. Byłem zawsze przyjacielem czerwonych mężów i uwzględniam to, że Utahowie zostali zaczepieni; w innym wypadku nie uszłoby wam tak gładko.
Wódz patrzył w ziemię, nie podnosząc oczu na mówiącego. Myśliwy zdjął swój kalumet ze szyi, napełnił go, i, zapaliwszy, rozwiązał wodzowi więzy. Wielki Wilk musiał się podnieść, wypuścić dym w sześciu kierunkach, powtarzając:
— Ja, Wielki Wilk, wódz Yamba-Utahów, mówię za siebie i za moich wojowników. Mówię do bladych twa-