Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


skargi — zawodził jakiś głos solowy, potem zawtórował mu chór; tak szło dalej bez przerwy, to słabiej, to znowu głośniej.
— Czy wiesz, co to jest? — zapytał olIrD swego kuzyna z Moritzburga.
— Pewnie pieśń pogrzebowa nad Starym Wodzem?
— Tak.
— Może to mieć dla nas wielkie znaczenie, bo przy tych narzekaniach trudno nas będzie drabom posłyszeć. Musimy bezwarunkowo odnaleźć naszych przyjaciół. Jeśli strzegą ich niedaleko ogniska wodzów, gdzie leży broń, to wygraliśmy. Prawdziwe szczęście, że tu pod drzewami jest ciemno. Ognie wcale nam nie przeszkodzą, przeciwnie, nawet pomogą, bo łatwo będziemy mogli rozpoznać postacie czerwonych i zejść im z drogi.
— To prawda. A więc na ziemię i dalej naprzódj! Ja pełzam pierwszy.
— Dlaczego ty?
— Bo dłużej jestem na Zachodzie i lepiej rozumiem się na podkradaniu, niż ty.
— Ach! Nie mów tak! Tylko nie wmawiaj sobie niebieskich migdałów. Ponieważ jednak jesteś moim kuzynem, pozostawię ci pierwszeństwo. Jeśliby cię kto chciał zprzodu zakłuć na śmierć, to powiedz tylko słowo, abym ci ztyłu mógł przyjść z pomocą.
Prześlizgnęli się obok wodzów w odległości pięćdziesięciu kroków i zbliżyli niepostrzeżenie do ogniska, przy którem leżeli jeńcy. Kilkakrotnie zdawało się im, że tuż obok przemknął jakiś czerwony; raz nawet Frank musiał błyskawicznie rzucić się wbok, aby uniknąć dotknięcia przebiegającego Indjanina. Później jednak bie-