Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/009

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sza walka o życie będzie trwać długo i sprawi nam większą radość, jeśli się przedtem snem wzmocnicie.
— Wcale nieźle! — odezwał się Jemmy po niemiecku, aby go czerwoni nie zrozumieli. — Nasza walka o życie! Mówi zupełnie tak, jakbyśmy wogóle nie mogli ujść pala męczeńskiego. Co ty na to, stary Franku?
— Teraz jeszcze ani słowa, — odpowiedział mały Saksończyk. — Będę mówił dopiero potem, kiedy nadejdzie pora. Teraz powiem tylko tyle, że wcale nie mam wrażenia, żebym miał umrzeć. Czekajmy więc cierpliwie. Ale, gdyby brutalną przemocą przedwcześnie chciano mię wysłać do moich przodków, to będę bronił swej skóry i wiem z pewnością, że nad moim grobowcem będzie zawodzić wiele wdów i sierot po tych, których przedtem wyekspedjuję do Elizy.
— Do Elizjum, chciałeś pewnie powiedzieć? — zapytał grubas.
— Nie pleć banialuk! Mówimy teraz przecież po niemiecku, a Eliza to słowo czysto germańskie. Jestem dobrym chrześcijaninem i nie chcę mieć nic wspólnego ze staro-rzymskiem Elizjum. —
Nadeszła chwila powitania. Mieszkańcy wsi wyruszyli gromadnie na spotkanie powracających wojowników; naprzedzie szli mężczyźni i chłopcy, za nimi kobiety i dziewczęta, a wszyscy krzyczeli co sił w piersiach.
Old Shatterhand spodziewał się zwykłej wsi z namiotów, lecz ku swemu rozczarowaniu spostrzegł, że był w błędzie. Ilość ognisk wskazywała, że zgromadziło się tu o wiele, wiele więcej wojowników, niż mogły pomieścić namioty. Zebrali się bowiem mieszkańcy licznych