Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/047

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


miecku.
— Stój mocno, Jemmy, i nie daj się nakryć! — zawołał Hobble-Frank. — Wiesz przecie, że gdyby cię zakłuł, to zostałbym na zawsze wdowcem i sierotą, a tej przykrości chyba mi oszczędzisz. Pozwól się tylko kopnąć, a potem machnij nim dobrze ponad sobą!
Czerwonemu rzucano również z różnych stron zachęcające okrzyki, to też zawołał:
— Nie jestem Czerwoną Rybą, który pozwala się zwyciężać. W kilka chwil zduszę i zmiażdżę tę małą, grubą ropuchę, która mi wisi na plecach.
Jemmy nie otwierał ust; patrzył spokojnie i poważnie, ale naprawdę przedstawiał na grzbiecie czerwonoskórego śmieszny widok. Odwrócił przezornie twarz na bok, aby móc obserwować ruchy nóg Indjanina. Czekał. Nie obiecując sobie żadnej korzyści z rozpoczęcia walki, wolał raczej pozostawić to czerwonemu.
Ów przez dłuższy czas stał cicho i bez ruchu, chcąc powalić przeciwnika nagłem natarciem; ale to mu się nie powiodło. Kiedy zupełnie — jak sądził — niespodzianie wysunął nogę wtył, aby ją podstawić Jemmy’emu, ten wymierzył mu w drugą, silnie opartą, takie kopnięcie, że uderzony omal nie upadł. Teraz jednak nastąpił raz za razem. Czerwony był silniejszy, biały natomiast ostrożny i przezorniejszy. Indjanin powoli wpadał w wściekłość z powodu bezskutecznych usiłowań; ale szał jego i uderzenia, zadawane nogami, napotykały jedynie spokój przeciwnika. Walka przewlekała się i nie było widać przewagi po żadnej stronie. Jednak tem szybciej miał nadejść kres, mianowicie dzięki podstępowi czerwonego.