Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 03.djvu/054

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


czył nieocenioną przysługę, za którą gotów jestem go uściskać.
— Jakto?
— Zaraz się dowiecie. Jakie to jest drzewo, dokoła którego mamy trzy razy zatańczyć?
— Buk, jak się zdaje.
— Popatrzcie teraz dalej na lewo. Tam stoi również drzewo, ale prawie dwa razy tak daleko. Jak się ono nazywa?
— Świerk.
— Pięknie! Dokąd więc mamy biec?
— Do buku.
— A ja właśnie pobiegnę wprost do świerka.
— Czyś oszalał?
— Nie. Do buku pobiegnę głową, a nogami do świerka.
— Ależ w jakim celu?
— Przekonacie się potem i to ku niemałej radości. Jestem pewny, że się na sobie nie zawiodę. Kiedy patrzę na frontowy garnitur tego Skaczącego Jelenia, to wydaje mi się, że pomyłka jest niemożliwa.
— Bądź ostrożny, Franku! Tu idzie o życie!
— No, jeśli idzie tylko o życie, to nie potrzebuję się wcale natężać. Nawet gdybym został pokonany, to i tak pozostałbym przy życiu. Wielka Stopa ma umrzeć, a wodza rozciągniecie na ziemi; a za tych dwu możecie mnie wykupić. A więc o życie zupełnie się nie trwożę; idzie jednak o cześć. Czy potem w historji czwartej ćwierci dziewiętnastego stulecia ma się czytać, że ja, Hobble-Frank z Moritzburga, zostałem zwyciężony przez taki indjański pysk merynosa? Na to nie pozwolę.
— Ale objaśnij mi przynajmniej swój zamiar. Może