Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zagadnięty trzymał jeszcze papier w ręce, schował go więc szybko i posłuchał skierowanego do niego wezwania z widocznem zakłopotaniem. Jakąż dopiero zrobił minę, kiedy ujrzał towarzysza przywiązanego do krzesła! Jednakże szybko zapanował nad sobą i rzeczywiście udało mu się przybrać minę dość swobodną.
— Co to za papier schowaliście do kieszeni? — zapytał Old Firehand.
— To stara tutka, — odpowiedział tramp
— Tak? Pokażcie-no ją!
Pisarz spojrzał na niego zdumiony i odpowiedział:
— Co wam strzeliło do głowy, aby mi wydawać tak niepojęty rozkaz? Kim wy jesteście? Ja was nie znam.
— Znacie go dobrze! — wtrącił inżynier. — To Old Firehand.
— Old Fi......! — krzyknął niemal tramp. Dwie ostatnie zgłoski nie mogły mu z przestrachu przejść przez gardło. Szeroko otwarte oczy utkwił nieruchomo w westmana.
— Nie spodziewaliście mnie się tutaj, co? — A co się tyczy zawartości waszej kieszeni, to mam do niej chyba więcej prawa, niż wy sami. Pokażcie-no tu!
Firehand zabrał trampowi, który się nie odważył opierać, najpierw nóż, następnie naładowany rewolwer, wreszcie kartkę.
— Sir, — zapytał pisarz z uporem, — jakiem prawem czynicie to?
— Po pierwsze prawem silniejszego i uczciwego, a po drugie mr. Charoy, będący w osadzie władzą policyjną, udzielił mi pozwolenia zastąpienia go w tej sprawie.