Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/037

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Tak, do wody; hi hi hi hi to będzie najlepszy figiel, jaki można wypłatać. Co za miny zrobią trampi! A jak sobie będą suszyć głowy! — Uprowadzimy im jeńców jeszcze przed napadem!
— Czy uważacie to za możliwe?
—Nie tylko za możliwe, ale nawet za bardzo potrzebne. W czasie walki byłoby trudno czuwać nad bezpieczeństwem jeńców; musimy ich więc już poprzednio usunąć z niebezpiecznego miejsca. A to wcale nie jest trudne.
—Nie? No, jak sobie to wyobrażacie? Wiem, że z was szczwany lis.
— Do tego nie potrzeba wielkiej mądrości. Dziwię się, żeście sami na to jeszcze nie wpadli. Pomyślcie tylko o kanale, który z dziedzińca, tam ztyłu domu, prowadzi do rzeki! Ciągnie się pod ziemią i trampi nie mają pojęcia o jego istnieniu. Poczołgałem się obok nich aż nad rzekę i mimo ciemności, po kamieniach wrzuconych w wodę dla utworzenia niewielkiej tamy, doprowadzającej wodę do kanału, znalazłem miejsce, gdzie się ten kończy. I pomyślcie, messurs, właśnie przy ujściu kanału, trampi rozbili obóz. Utworzyli na brzegu półkole, w którego wnętrzu znajdują się jeńcy. Draby sądzą, że w ten sposób mają ich pewnie w rękach, a to właśnie umożliwi nam ich uprowadzenie.
— Ach, zaczynam pojmować, — powiedział Old Firehand. — Chcecie zejść z podwórza do kanału i dostać się nim do rzeki?
— Tak. — Naturalnie, nie sam; musi ze mną pójść jeszcze dwu innych, aby na każdego jeńca wypadł jeden z nas.