Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/184

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Słyszałem o twojej strzelbie, ale nie mogłem w to uwierzyć. Teraz wiem, że mówiono prawdę,
— Bądź więc ostrożny i rozważ dobrze, co czynisz. Chcesz nas pochwycić i zabić? Spróbuj! Nie mam nic przeciw temu. Jeśli potem policzycie wojowników, którzy padną od moich kul, to w waszej wsi rozlegnie się krzyk żałoby kobiet i dzieci zabitych; wtedy jednak nie będziesz mógł mi przypisywać winy.
— Czy sądzisz, że damy się wystrzelać? Musicie się nam poddać, chociaż ani jeden strzał nie padnie. Jesteście otoczeni, a nie macie co jeść. Będziemy was oblegać tak długo, aż głód zmusi was złożyć broń.
— To możesz długo czekać. Mam wodę do picia i mięsa poddostatkiem. Tam stoją przecież nasze zwierzęta, cztery konie, których mięsem możemy się żywić przez wiele tygodni! Ale do tego zupełnie nie przyjdzie, bo przebijemy się przez was. Ja pójdę przodem i będę słał kulę za kulą, a jak dobrze trafiam, widziałeś sam.
— Będziemy stać za drzewami!
— Czy myślisz, że to was osłoni przed moją czarodziejską strzelbą? Miej się na ostrożności! Ty byłbyś pierwszym, do któregobym mierzył. — Jestem przyjacielem czerwonych mężów i byłoby mi bardzo przykro, gdybym musiał tylu z was zabić. Już teraz opłakujecie ciężkie straty, a kiedy rozpocznie się walka z białymi żołnierzami i Nawajami, padnie jeszcze wielu, wielu waszych wojowników. Dlatego nie powinniście zmuszać i nas, abyśmy siali śmierć w szeregach Utahów.
Te poważne słowa wywarły wrażenie. Wódz patrzył długo przed siebie, siedząc nieruchomo jak posąg. Potem wyrzekł prawie z ubolewaniem: