Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/022

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nic takiego, coby nas mogło przejmować szczególną obawą, mylady. Możecie spokojnie zejść nadół, aby podać ludziom jaki napój.
Odeszła uspokojona; kiedy jednak znikła, rzekł myśliwy do lorda, który właśnie ukazał się na platformie ze swą olbrzymią perspektywą:
— Mam słuszny powód do tego, aby teraz usunąć tę kobietę. Weźcie mylordzie, swą lornetę do ręki i spójrzcie wprost na zachód! Kogo tam widzicie?
Lord posłuchał wezwania, a potem odpowiedział:
— Trampi. Widzę ich dokładnie. Nadchodzą więc.
— Czy rzeczywiście nadchodzą?
— Naturalnie, a cóżby mieli czynić?
— Zdaje się, że moje szkła są lepsze od waszych, chociaż o wiele mniejsze. Czy widzicie, że trampi są w ruchu?
— Nie. Oni stoją.
— A twarze dokąd mają zwrócone?
— Ku północy.
— Więc zwróćcie lornetę w tym kierunku! Może zobaczycie wtedy, dlaczego draby stanęli.
— Well, sir! Zobaczę... Tam jedzie trzech ludzi, nie spostrzegając trampów.
— Jeźdźcy? Rzeczywiście?
— Yes! Lecz nie! zdaje się, że jest z nimi jakaś lady. Słusznie. To dama. Widzę jej długą amazonkę i powiewający welon.
— A czy wiecie, kim są ci troje?
— Nie. Jakże mógłbym o tem wiedzieć!... Heighho, to chyba nie...
— Owszem, — skinął Old Firehand. — To farmer i jego