Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/015

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Właśnie pierwszy jeździec dotarł do brzegu, a za nim szedł drugi. Na miejscu, gdzie mieli wyjść na brzeg, stali rzekomi robotnicy. Old Firehand dał znak i prawie równocześnie huknęło pięć strzałów: obaj jeźdźcy spadli z koni; obok nich legli na ziemi trzej szpiedzy. Trampi, wydawszy okrzyk wściekłości, poczęli się cisnąć naprzód, aby dosięgnąć brzegu; jeden drugiego pchał ku zgubie, bo skoro tylko jaki koń stanął na suchej ziemi, natychmiast kula któregoś z obrońców farmy wyrzucała jeźdźca z siodła. W ciągu zaledwie dwu minut po brzegu biegało ze trzydzieści koni bez jeźdźców.
Takiego przyjęcia trampi się nie spodziewali. Wiadomość, jakiej im szpiedzy udzielili, była pomyślna. Na farmie znajdowało się śmiesznie mało obrońców. A teraz z poza murów padał strzał za strzałem i żadna kula nie chybiła! Wycie wściekłości zamieniło się w okrzyki trwogi; wśród zamętu jednak dał się słyszeć rozkazujący głos, poczem wszyscy znajdujący się w wodzie jeźdźcy zawrócili konie, aby się dostać na drugi brzeg.
— Odparci! — odezwał się Missouri-Blenter. — Ciekawy jestem, co teraz zrobią?
— Spróbują przepłynąć przez rzekę w innem miejscu, poza doniosłością naszych strzałów, — odpowiedział Old Firehand.
— A potem?
— Potem? To się nie da powiedzieć. Jeśli wezmą się mądrze do rzeczy, to będziemy mieli ciężką sprawę.
— A co uważacie za mądre?
— Nie powinni zbliżać się gromadnie, lecz rozprószyć luzem. Jeśli zejdą z koni i zbliżą się pędem ze wszystkich stron ku murom, szukając za niemi osłony,