Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


czołgał się w las; kiedy powrócił może po upływie pół godziny, ludzi jego nie było widać; gwizdnął jednak cicho i natychmiast czerwoni wyszli z pod drzew, pozostawiwszy tam konie. Na dany znak podeszło do niego pięciu czy sześciu poddowódców.
— Sześć bladych twarzy leży pod skałą, — odezwał się do nich. — To jest z pewnością tych sześciu, którzy wczoraj uciekli. Jedzą mięso, a konie pasą się przy nich. Niech moi bracia pójdą za mną, aż tam, gdzie się ścieżka kończy; potem niech się rozdzielą; połowa poczołga się na prawo, a inni na lewo, aż polana zostanie otoczona, Wtedy dam znak, a czerwoni wojownicy niechaj wyskoczą. Białe psy tak się przerażą, że nie sięgną po broń, my zaś pochwycimy ich i zawleczemy do wsi, aby ich przywiązać do pala. — Pięciu ludzi pozostanie, aby pilnować koni. Howgh!
Pod kierownictwem wodza weszli czerwoni po ścieżce w las tak cicho, że żadnego szmeru nie było słychać. Kiedy dotarli do miejsca, gdzie droga wychodziła na polankę, rozeszli się na obie strony, aby otoczyć to miejsce. —
Biali właśnie skończyli posiłek. Hobble-Frank zasadził nóż za pas i odezwał się, naturalnie w języku angielskim, aby obaj nowo przybyli mogli go zrozumieć:
— No, podjedliśmy sobie, a konie wypoczęły; możemy więc ruszyć w dalszą drogę, aby jeszcze przed nocą dostać się do dzisiejszego celu.
— Tak, — zgodził się Jemmy. — Ale przedtem musimy się koniecznie zapoznać i dowiedzieć, dokąd zmierzamy.
— Słusznie, — potwierdził Knox. — A więc, czy