Powieści szlacheckie/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski,
Piotr Chmielowski
Tytuł Powieści szlacheckie
Wydawca S. Lewental
Data wyd. 1885
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


J. I. Kraszewski.

WYBÓR PISM.

ODDZIAŁ II.
POWIEŚCI SZLACHECKIE
poprzedzone wstępem krytycznym
przez
Piotra Chmielowskiego.

WARSZAWA.
NAKŁAD I DRUK S. LEWENTALA.
Nowy-Świat Nr. 39.
1885.


Дозволено Цензурою.
Варшава, 29 Января 1885 г.


WSTĘP.

(Szlachta i panowie w powieściach Kraszewskiego).

Krwawo rozcięta przez rewolucją francuską z końca zeszłego stulecia sprawa przywilejów szlacheckich, zaczęła się nanowo odradzać i podnosić pod wpływem reakcyi ogólno-europejskiéj po roku 1815, gdy w niéj przerażeni okropnościami terroryzmu i klęskami wojen Napoleońskich ludzie odkryli balsam ukojenia. Pozornie zdawać się mogło, że wracają dobre stare czasy, że szlachta jako przedstawicielka prawa i sprawiedliwości zajmie to polityczne i społeczne stanowisko, jakiem szczyciła się za dawnego porządku rzeczy a jakie w interesie „tronu i ołtarza“ starano się jéj zabezpieczyć na przyszłość.
W historyi atoli nie powtarza się nic. Dawny porządek rzeczy runął i żadna siła podźwignąć go nie była w stanie. Restaurowana z gruzów budowa, pomimo pozorów podobieństwa do staréj, nie była nią bynajmniéj. Mogły sobie dwory i krótkowidzący statyści mniemać, że po strasznéj burzy wszystko, co zasadnicze i wielkie ich zdaniem, pozostało niezmienioném; w istocie jednak było inaczéj: blichtr dawny przywrócić było łatwo, ale nie rzecz samę.
W ciągu rewolucyi i wojen Napoleońskich zmężniał i spotężniał stan trzeci mieszczaństwo. Wzrost handlu i przemysłu, mnóstwo nowych a do praktyki zastosowanych wynalazków, maszyny zastępujące procę ludzką, ułatwienie międzynarodowych komunikacyj, rozpowszechnienie się oświaty i tym podobne czynniki wpłynęły z jednéj strony na pomnożenie bogactw tego stanu a z drugiéj na ugruntowanie w nim świadomości swego znaczenia. Mieszczaństwo nie dało już sobie wydrzeć praw raz nabytych i stanęło w ostrém przeciwieństwie przeciw szlachcie z jej pretensyami do dawnego wyłącznego stanowiska. Ten nowy pierwiastek, wchodzący w grę czynników politycznych i społecznych, nie dozwolił odrosnąć starym i rzeczywiście przestarzałym formom, lecz wpłynął stanowczo na ich znaczną modyfikacyą. Szlachta, chcąc czy nie chcąc, musiała się z nim rachować i w niejednokrotne wchodzić kompromisy. A i rządy, po krótkiéj stosunkowo dobie illuzyj co do nawrotu ku dawnym czasom, nietylko dopuściły pierwiastek ten do udziału we władzy, ale nawet przejęły się silnie jego cechami.
W ziemiach byłéj Rzeczypospolitéj polskiéj, ogólne te prądy europejskie odbiły się w miniaturze z właściwym stosunkom narodowym charakterem. Ponieważ mieszczaństwo nasze w czasie wytwarzania się nowych pojęć o społeczeństwie było bardzo nieliczne, jako propagatorowie tych pojęć występują przedstawiciele stanu panującego, to jest szlachty; oni to na sejmie czteroletnim ograniczają jego przywileje, podnoszą znaczenie stanu trzeciego, rozciągają opiekę prawną nad chłopami; oni to po zburzeniu gmachu państwowego, występują z naganą i krytyką postępowania swoich współbraci w zakresie tych stosunków, które nie uległy zmianie, oni-to rozpowszechniają myśl oswobodzenia wieśniaków od poddaństwa i nadania im własności. Zarówno Wolnomularze jak Szubrawcy, których zasadniczą dążnością było przeprowadzenie idei równości w życie, składają się w przeważnéj części ze szlachty.
Tak więc u nas w łonie tegoż stanu wytwarzają się dwa obozy: jeden obstaje za tém, co przy ruinie państwowéj jeszcze pod jego władzą zostało, to jest za królowaniem nad wieśniakami; drugi zaś za zniesieniem tego królowania. W różnych dzielnicach różnie się stosunek tych obozów objawiał stosownie do tego, jak stała kwestya włościańska. Wolność osobistą zapewnił wieśniakom Księstwa Warszawskiego Napoleon; w Poznańskiem już od 1819 roku rozpoczęła się regulacya włościan, zabezpieczająca im posiadanie ziemi; na Litwie i Rusi poddaństwo pozostało w całéj swéj dawniejszéj sile, a może nawet jego ciężar stał się dla chłopów jeszcze dotkliwszym niż poprzednio.
Wpływ idei reakcyjnych po roku 1815 wzmocnił pozycyą obozu zachowawczego, szczególniéj na Litwie i Rusi, tak, że nawet poglądy reakcyjnego doktrynera De Maistre’a znajdowały tam gorliwych zwolenników. Ale obóz postępowy, gdy tylko mógł, głośno przeciwko takiemu stanowi rzeczy protestował. Dlatego to właśnie w tych stronach, gdzie dawny porządek w stosunkach dziedziców i chłopów najdłużéj się utrzymał, przychodziło do starć słownych i do czynnej propagandy najczęściéj.
Po roku 1831, gdy w Europie Zachodniej mieszczaństwo doszło do władzy, u nas obóz postępowy, pod hasłem demokracyi, starał się wszelkiemi sposobami oddziaływać na posiadaczy ziemskich, ażeby swych braci młodszych i biedniejszych, to jest wieśniaków, ku sobie przygarnęli, zrzekając się przywileju wyłącznego posiadania ziemi i rządzenia ludem.
Jakie było stanowisko Kraszewskiego wobec kwestyi włościańskiéj, wiedzą już czytelnicy I-go Oddziału „Wyboru pismu; obecnie postaram się nakreślić jego poglądy na szlachtę.

I.

Początkowe utwory Kraszewskiego obracają się w sferze mieszczaństwa i inteligencyi (Pan Walery, Wielki Świat małego miasteczka, Pan Karol, Dwa a dwa cztery, Majster Bartłomiéj, a nawet obrazy historyczne: Kościół Sto-Michalski w Wilnie, Ostatni rok panowania Zygmunta III). Było to wynikiem otoczenia, w którém żył i kształcił się w latach, kiedy mógł robić swe spostrzeżenia. Pobyt w Białéj, Lublinie, Świsłoczy, Wilnie nasuwał mu obfity materyał do obserwacyi, który też w powiastkach swoich zużytkowywał.
Dopiéro w r. 1833 jako 21 letni młodzieniec odwiedził Kraszewski rodzinę na wsi, bawił w Dołhem i stamtąd robił wycieczki, przypatrując się braci szlachcie tém okiem, jakiem spoglądał wówczas na całą literaturę krajową. Wyobraźni młodzieńczéj, poetycznemu obrazami karmionéj, przedstawiła się ona jako gromada istot zmateryalizowanych, samolubnych, ciemnych i strasznie głupich. Napisał dla nich w swoich „Improwizacyach“ gawędę o kaszy gryczanéj, nie mającą wielkiego sensu, i tak ją zakończył: „Ten rozdział przeznaczam dla gospodarzy, a chociaż wiem, że z niego i sam Salomon kropli sensu nie wyciągnie; nic mię to jednak nie obchodzi; dla was, panowie gospodarze, to i tak zanadto dobre, dla was, co urodziwszy się w gryce, pożywacie ją całe życie, siejecie i nie umiecie myśléć o czém inném jak o kaszy. Jak wam Bóg da rozum do czytania, i mnie go do pisania dla was użyczy“.
Na teém się jednak nie ograniczył. Wystawił on w jaskrawém świetle szlachtę wiejską i księży w powieści „Cztery Wesela“ napisanej 1833 a wydanéj 1834 r. w dwu tomach. Głupotę, samolubstwo, szachrajstwo, podłość zobrazował w postaciach szlacheckich (Dyonizy, Aleksy, Salezy); a w całéj galeryi dwie tylko odszukał osoby uczciwe, ginące zresztą w cieniu. Odtąd stale przez lat kilka, ilekroć dotykał życia szlacheckiego czy w powieściach (Świat i poeta. Całe życie biedna) czy w artykułach publicystycznych, zawsze ujemne strony jego na plan pierwszy wysuwał. Został wprawdzie sam hreczkosiejem; ożeniwszy się, stale osiadł na wsi i uprawiał rolę, ale długo, bardzo długo nie mógł się zżyć z swém otoczeniem, nie mógł przylgnąć do tego stanu posiadaczy ziemskich, z którego sam pochodził. Zamiłowanie życia umysłowego, zajęcie się piśmiennictwem i nadzwyczaj gorliwy w nim współudział tém dobitniéj uczuć mu dawały brak ukształcenia w swoich sąsiadach.
Istnieje jeden ciekawy list, który Kraszewski z właściwą sobie żywością przesłał do „Tygodnika Petersburskiego“ (1841 Nr. 21), gdzie bez ogródki maluje przykre swe położenie ze względu na odwiedziny spółziemian i troski gospodarskie. Jest to dokument nadzwyczaj ciekawy i ważny; poznać go warto; wyjaśni nam on te ironiczne obrazy życia ziemiańskiego, jakie w powieściach jego z owych czasów znajdujemy.
„U nas literatura — pisał Kraszewski dobiegając trzydziestki — nie daje i nie może dać chleba; każdy jéj poświęcający się zupełnie musi tedy ten chleb albo miéć zapewniony wprzód, albo jedną ręką na chleb a drugą na poczciwą sławę pracować. Kto zaś chce się poświęcić wyłącznie literaturze, będzie niezawodnie chodził bez butów, jeśli nie ma innych utrzymania materyalnego życia źródeł. U nas dotąd literatura jak owe bogi Wschodu i jak bogi dawne Litwy najulubieńszym swym synom w dowód nieograniczonej łaski zsyła bóle i cierpienia!
„Jest więcéj takich, którzy wolne tylko chwile, niedogryzki życia, umysłowym zajęciom ofiarują; lecz mnie się zdawało, że aby skutecznie pracować, i z siebie dla siebie coś zrobić i dla ludzi być użytecznym, trzeba oddać większą i lepszą część życia. Cóż za tém poszło? Naturalnie zapomnienie o wszystkiém, wyrzeczenie się towarzystwa (po większéj części niewielka ofiara), wyrzeczenie się przyrodzenia, swobody, spokoju, nadziei polepszenia bytu materyalnego, nawet przyjemności familijnych, które nielitościwie wymagająca praca obcina niemiłosiernie. Nie skarżyłbym się na to, nie mówiłbym nawet, gdyby komukolwiek na myśl przyszło nie już ocenić poświęcenie, ale choćby zrozumiéć je. Ci panowie uważający literaturę za rozrywkę, książkę za słaby surogat wista; te panie, które śmiechu tylko szukają wszędzie, dowcipu na każdej karcie; młodzież nasza rozpróżnowana; starcy, literatów po większéj części na jednéj szali z komedyantami kładący: — jakże seryo mają pojąć takie poświęcenie i zrozumieć, że ono egzystuje, gdy przekonani nawet o niém, nie potrafią go nazwać chyba szaleństwem i obłąkaniem... Proszę pana — powiadają — całe dnie, całe noce trawi nad książkami, nad pisaniem, gospodarstwo opuszcza, sąsiadom uchybia, bo u nich nie bywa, z ludźmi nie żyje: czysty waryat, panie dobrodzieju! — Biedny człowiek — odzywa się głos drugi — wyraźnie ma jakiegoś szusta, nieborak! Żeby tym dzieciństwom całe życie poświęcić! — Drudzy, choć w oczy wstydzą się nawracać na drogę zbierania grosza, gospodarowania i t. d., choć w oczy wysoce chwalą takie poświęcenie się, za oczy zarówno z innemi ruszają ramionami. Trzeci, że nigdy nie próbowali pracy podobnego rodzaju, nie pojmują, nie rozumieją, utrzymują, że możnaby było pogodzić oddanie się literaturze i mamonie. Wystaw pan sobie, co to w téj nieszczęsnéj głowie się dzieje, gdy z jednéj strony biją w nią myśli z pięknego świata, a z drugiéj — kłopotliwe przypomnienie jutra, przyszłości, starości! Człowiek porywa pióro i rzuca, siada pisać i wstaje, chciałby tworzyć a nie może. Gdy się wreszcie zdecydował, machnął ręką i odpędził natrętne myśli, usiadł i począł, wtém wpadł ktoś, wszedł z potrzebném zawsze pytaniem o stodole, owcach, gorzelni i wszystko popsuł...
„Ala nareszcie otrząsnąłeś się z gospodarstwa, zdałeś się choćby na złodziei, spodziewając się, że przynajmniéj niewiele ci ukradną, i pokończyłeś interesa, zapłaciwszy dla spokojności dwa razy jedno, wróciłeś do domu, odpocząłeś, uśmiechnęła się żona, przywitało cię dziecko, rozruszały cię książki nowe, któreś czytał, siadasz do pracy, roją cię myśli, układasz plany, różowo widzisz ten utwór przyszły, który dokonany, wyda ci się pewnie popielatym tylko, znowu jesteś w swoim żywiole... Trzask z bicza, ktoś przyjechał! Pędza owce, chwała Bogu, ale już śmiertelne dreszcze przeszły cię od stóp do głowy, zimno ci się zrobiło, przeląkłeś się, no, ale nic, niema nikogo... Trzask z bicza! o, ktoś przyjechał. Tak — odpowiada ci żona pocichu — istotnie ktoś przyjechał. A więc precz książki, precz papier i pióra, precz myśli! Wypogodź czoło, idź podziękuj gościowi, że cię odwiedził, że o tobie pamiętał. I tak się też robi. Trzeba być uprzejmym, uśmiechającym się, zapraszającym, trzeba nie puszczać, trzeba rozmawiać o pogodzie, o urodzajach, o sąsiedztwie, trzeba siedzieć jak na mękach, udawać wesołego, szczęśliwego! Trzeba, mówię, bo inaczéj ogłoszą cię za człowieka, który nie umie żyć z ludźmi, powiedzą, żeś dumny, zarozumiały, żeś... ale kto to wszystko zliczy, co gadają!... Zbyłeś gościa jednego, wjeżdża drugi. Przyjacielu, jak się masz? Niema co mówić, wszyscyśmy przyjaciele! Bierze na sekret, ważne wiadomości: tam mówiono o tobie to i to, ten a ten odpowiedział tak a tak, sprzeczali się. Niepodobna, żeby najrozumniejszego nawet człowieka, najgłupsza czasem plotka nie dotknęła. Otóż i po spokojnosci! Wije ci się po głowie myśl niepotrzebna i dręczy jak soliter. Wyjechał nareszcie roznosiciel plotek, z nowemi plotkami dalej i już jesteś wolny....
„Niejeden posłaniec. Czego tam? Pan i pani proszą o książki. Krążki, bo oddałbyś duszę, żeby się uwolnić. W tydzień odbierasz książki oszarpane, poplamione, podarte i, zamiast podziękowania, list z wymówkami, żeś chyba na szyderstwo i żart dał takie rzeczy do czytania; jedna książka była zanadto rozumna, druga za głupia, trzecia nieprzyzwoita, czwarta nie nowa, a piąta usypiała skutecznie. Pożyczajże drugi raz książki!... Już znowu siadasz.
„Wieczór nadchodzi, swobodny wieczór, bo wieczorem rzadszy gość, nie przychodzą listy i nie latają daleko plotki; pewny jesteś odpoczynku. Gdzie tam! Oto wchodzi ekonom, któremu sto razy powtarzać musisz dyspozycyą na jutro (a jednak jéj nie spełni); sotnik wnosi ogromny pęk kursoryj do podpisania; dozorca magazynowy przysłał jakieś formuły, które potrzeba przepisać; dają ci znać, że przyszli żołnierze, a ty ich musisz rozstawiać; tu znowu potrzebują furmanek pod przechód i t. d. Otóż i wieczór ci przepadł! Szczęśliwyś, jeśliś skończył to wszystko do dziesiątéj, i już, spojrzawszy na zegar, liczysz sobie cztery godziny wolne, bo ledwie spoczniesz o drugiéj. Ale w téj chwili, jakże nie pomówić z biedną żoną, która cały dzień w milczeniu strawiła nad robotą i książką? jak nie pobawić się z dziecięciem, które ku tobie rączki wyciąga?... Tak prędko biegną godziny...
„Północ; ucichło, wszyscy spać idą — godzina pracy. Wtém czujesz, jak całodzienną wrzawą, niepokojem, rozdrażnione nerwy drgają w tobie, jak głowa ci się płomieni, jak oczy pieką, krew wre po żyłach. Siadasz i wstajesz, padasz wreszcie bezsilny na łóżko, bo ci sił nie stało. Ciągle chciałeś coś robić, a jednak nic nie zrobiłeś, dzień przepadł. Tyś codzień bliższy grobu, a dzień ten minął niezapisany w księdze żywota... Niepodobna! niepodobna! Zrywasz się, oblewasz zimną wodą, chłodzisz się powietrzem i siadasz do pracy. Bardzo jednak wątpię, abyś co dobrego napisał.
„Nazajutrz przychodzi poczta. Dzień cały zajmie ci czytanie przysłanych pism peryodycznych, ksiąg, gazet i listów. A! listów, na które odpisywać trzeba, a bywa ich dziesięć, piętnaście i więcéj. Dodawszy listy gospodarskie, przyjacielskie, w interesach i familijne, sformuje to jakich 2000 półarkuszy do napisania na rok. Tymczasem siadasz tylko czytać; już i to robota. A naprzód wpada ci do rąk gazeta z Warszawy, opieczętowana, nadesłana bezimiennie: jest-to ekstrapocztą wyekspediowana zjadliwa krytyka; wyrachowano wybornie, aby nie zawieruszyła się na poczcie i najprędzéj doszła... Popsuty humor: co gorsza, rodzi się na jakiś czas niechęć do pracy, zrażenie, odpada ochota, radbyś wszystko porzucił. Ale zaprzężony koń nie rzuca szlei, choć mu boki obciera. Czytasz daléj: listy z komplementami — nudna potrawa, która wcale nie osładza goryczy głupich recenzyj. Listy z wierszami — uchowaj nas, Panie! ciężkie-to listy! jednakże, aby nie zawieść zaufania, potrzeba odpowiedzieć! Listy z prośbą o radę literacką — trzeba dać radę. Listy z wymówkami — trzeba przyjąć wymówki. Listy z reklamacyami — trzeba wrócić temu literę, a tamtemu półtoréj, opuszczonéj gdzieś wypadkiem. Listy z poznajomieniem się — trzeba podziękować; a koniec końcem: trzeba na wszystko odpisać. Aby się prędzej zbyć z głowy ciężaru, siadasz i piszesz półtora dnia; jedzie z niemi na pocztę posłaniec, i drugie ci tyle przywozi. Nie mówię, co to kosztuje pieniędzy; — gorsza szkoda czasu“...
Gdy kto tak odczuwa przykre albo bolesne strony stosunków wiejskich, trudno mu malować sielankowe ich obrazy, trudno bezstronnie patrzeć na przedstawicieli téj klasy, wśród któréj żyć się musi.
Ale to wszystko odnosi się tylko do towarzyskich właściwości szlachty; rzecz ta ma charakter indywidualny, zależy od wrażeń osobistych. Wrażenia te muszą choć w części pójść na bok, gdy będzie mowa o spółeczném znaczeniu klasy zajmującéj majątkiem i stosunkowém wykształceniem ważne w kraju stanowisko.
Pomiędzy r. 1840 a 1850 mówiono u nas i pisano bardzo dużo o arystokracyi i demokracyi. W tych dyskusyach, które w wysokim stopniu zajmowały ówczesny intelligentny ogół, Kraszewski zabierał głos niejednokrotnie, a zawsze z widoczną dążnością umiarkowania daleko idących zapędów. W całym szeregu utworów przedstawiał smutną dolę ludu, dopominając się u dziedziców o wyrozumiałość, spółczucie i litość, ale nie dotykając nigdzie kwestyi ekonomiczno-społecznéj, kwestyi własności włościańskiéj. W innych znów utworach kreślił swe poglądy na szlachtę i arystokracją, nie przechylając się z bezwzględném uwielbieniem lub potępieniem ani na jednę, ani na drugą stronę.
Znamienne cechy swego poglądu w téj mierze przedstawił najprzód w I oddziale Latarni Czarnoksięskiéj, napisanéj 1842 a wydrukowanéj 1843 r — W Warszawie. Rozpatrzył tu autor wszystkie niemal strony życia szlacheckiego: jéj stosunki rodzinne, towarzyskie i społeczne. Ogólny rezultat tego rozpatrzenia się wielostronnego jest wielce dla klasy przewodniczącéj niepochlebny, a da się ująć w rysach następnych:
Szlachta ma serce najlepsze, ale jest mało, zbyt mało na swe potrzeby ukształcona i o obowiązkach swoich nader słabe ma pojęcie. Wybory na urzędy honorowe, jedyny cień dawnego samorządu, traktuje jak zabawę lub jak interes. Oto obrazek jednéj z najważniejszych chwil w czasie téj czynności — wybór marszałka. Deputacya całego powiatu zaprasza pewnego pana, co się wielce nadął w galowéj sukni. On się cofa, kłania i... nie przyjmuje. Dlaczego? Nie ma czasu służyć powiatowi, bo musi służyć żonie, która nie pozwoliła mu zostać urzędnikiem, gdyż chce wyjechać do Warszawy... Znowu tedy zwraca się powiat do drugiego. Ten drugi wymawia się, całuje, ściska wszystkich, dziękuje, zakłada ręce, nachyla głowę, płacze z rozczulenia, ale nie przyjmuje chlubnego wezwania współobywateli... bo interesa familijne odwołują go gdzieś w inną stronę... Trzeci wezwany, i trzeci napróżno... zdrowie mu nie pozwala; jakoż rumieniec na twarzy świadczy, że musi miéć silną gorączkę... po obiedzie, który zjadł niedawno i od którego jeszcze miłém wspomnieniem pozostała niepohamowana czkawka, przerywająca mu mowę. Już niema kogo wybrać, gdy biedny, Bogu ducha winien, wyprostowany jak kij, szanowny Żegota, który w tej chwili myśléć musi o żonie i dzieciach pozostałych w domu, o ciepłym kominku swoim, szlafroku i pantoflach... nawija się na oczy. Proszą go na marszałka. Osłupiał! Tego się nie spodziewał. Mógł być dozorcą magazynowym i toby sobie poczytał za wielki zaszczyt, pojmuje podsędkowstwo, jako wysokie dostojeństwo, którego czuje się niegodzien, ale marszałkowstwo!... tego się nie spodziewał. A tu go zapraszają...
— Jeśli moja żona nie będzie temu przeciwną — odzywa się — ja... z całéj duszy na rozkazy...
Wszyscy w śmiech i... naturalnie wybierają go na marszałka.
Dlaczegóż wybrano poczciwego Żegotę, kiedy oto pozostało jeszcze kilku kandydatów, którym-by przystało być na tym urzędzie? Dlaczego? Bo ci panowie należą do tak zwanéj arystokracyi: szlachta nigdy ich nie wybierze.
— Mnie się nie ukłonił... — powiada jeden.
— Mnie udaje, że nie zna... — dodaje drugi.
— A mnie teraz dopiero, kiedy potrzebuje, to wita, ale nie stoję o twoje powitanie...
— E! to pan — wołają z boku — to jak zostanie urzędnikiem, szlachcic się do niego nie dociśnie, każą stać u drzwi, będą jeszcze meldować! Licho wie co. Do swojego brata, to człek przyjechawszy do miasteczka bez ceremonii na obiadek, a do tych panów to w białych rękawiczkach potrzeba... Na co nam taki marszałek!...
Możnaby mniemać, że ta niechęć do arystokracyi jest wynikiem jakiejś zasady, która się wyrobiła na podstawie wiekowych stosunków. Bynajmniéj. Szlachta, wieszająca psy na magnateryą poza oczyma, gdy się znajduje wobec przedstawiciela arystokracyi, czuje dla niego jakiś dziwny respekt, poczytuje sobie za szczególny zaszczyt, gdy jest do zabaw pańskich przypuszczona i t. p. Nie przeszkadza jéj to naturalnie drwić potem z magnatów, gdy się znajdzie w swém kole. Czasem znowu, głucha na przyjazny głos pański, odpycha grzeczności, gardzi niemi i wyszukuje w głowie powodów nienawiści, zmyśla doznane jakoby upokorzenia, aby tém swobodniéj gniewać się i dąsać mogła.
Co się tyczy panów, ci chcieliby tylko bawić się, bawić się nadewszystko, a niektórzy jeszcze chcieliby... jako tako pokończyć interesa dokuczliwe, ku czemu dążąc w środkach nie przebierają. Pędzą życie próżniackie, bez celu, bez związku z innemi klasami, z zupełną obojętnością na dobro ogółu. Z uraz szlacheckich śmieją się półgębkiem, ale lubią bardzo, gdy się im składa oznaki uszanowania i czci, sądząc, że jako potomkowie zasłużonych w kraju rodzin niezaprzeczone po temu mają prawo.
Kraszewski prawu temu przeczy. „Arystokracya każdego kraju — mówi on — gdy przestanie brać udział w rządzie, gdy ją okoliczności odsądzą od dawnych prerogatyw i przywilejów, powinna wybrać sobie cel jakiś, starać się działalność swoję zwrócić w inną stronę; inaczéj nigdy jéj nawet nie pojmą, egzystencya jéj zostanie niczém nieusprawiedliwioną; co więcéj arystokracya taka nie wyżyje długo. Jakiś czas cherlać będzie życiem nabraném z dawnego, resztką sił przyzbieranych w czasach czynności, ruchu, działalności swojéj; potém obumierać zacznie, poniży się, zbezcześci, straci szacunek publiczny i egzystencyę nawet. Nie mówimy tu o wszystkich w szczególności panach, gdyż wielu a wielu obrali cel swojemu życiu, wzięli się do przemysłu, gospodarstwa, handlu, literatury (!)... większość jednak gorszącym sposobem próżnuje i bawi się tylko, wyobrażając sobie zapewne, że życia celem najwyższym bawić się, śmiać, jeść, pic i spać... Tego jednak, aby się nazwać człowiekiem, za mało“. (Latar. Oddz. I, t. III, roz. 1.)
Takie jest zdanie Kraszewskiego o szlachcie i arystokracyi w ogólności. Przejdźmy teraz do szczegółów. Nie będziemy tu naturalnie odtwarzali w miniaturze całego zasobu typów i charakterów wybornie nakreślonych, jakie w każdej niemal jego powieści znaléźć można; nie prowadziłoby to bowiem do celu obecnego studyum; zaznaczymy tylko rysy, któremi określił przedstawicieli szlachty z wszystkich prowincyj dawnéj Rzeczypospolitéj. Obrazek ten odnosi się do r. 1842. W rozwinięciu jego szczegółów trzymać się będziemy porządku nadanego przez autora.
Oto naprzód mamy przed sobą Podolaka, który wielu cechami do Galicyanina się zbliża. Oba mają żyłkę do państwa, usposobienie do téj choroby; ale gdy Podolak kontentuje się hrabiostwem tylko na listach, Galicyanin ma je formalne, kupione, opieczętowane, na pargaminie. Oba lubią wystawę, dobre jadło, smaczny napój, swobodne i wesołe życie bez troski o jutro, bez zastanowienia się nad użytecznością swoją i misyą na świecie. Poznasz Galicyanina po wybornym a niesmacznym stroju, ekwipażu, po herbowéj liberyi, po tysiącu fraszek, któremi się otacza, a nareszcie (z niewielu wyjątkami) po umysłowéj jego nicości... Podolak więcéj czyta i umie, Galicyanin więcéj się zna na kuchni i winie... Cywilizacya galicyjska cala jest materyalna, arystokratyczna... W Galicyi niema prawie szlachty; wszyscy są panami albo niczém... Galicyanin jest chełpliwy i próżny, często nawet dozwala sobie naddatków w opowiadaniu o sobie, swoich stosunkach, majątku i t. d.[1]. Podolak jest skromniejszy, ale ma wszystkie skłonności brata Galicyanina, tylko nierozwinięte jeszcze, w pieluszkach. Literatura w Galicyi nie jest powszechném zajęciem, uprawia ją kilku chudych literatów i kilku wielkich panów, co zbierają książki, wydają swoje i nie swoje dzieła, formują zbiory artystyczne, może trochę przez próżność. Mało się u nich wydaje, niewiele się czyta i kupuje książek. Podole w tym względzie przewyższa Galicyę, chociaż niebardzo.
Wyżéj daleko stoi Ukrainiec. Ukraińscy obywatele są w rzeczy saméj panami, gdyż są zamożni a nawet bogaci, a przecież nie mają do pańskości pretensyi; pracują nad powiększeniem majątków skrzętnie, z pewnym rodzajem zapału; majątku nabytego używają jak ludzie prawdziwie ucywilizowani. Na Ukrainie piszą wiele, zajmują się literaturą, czytają i kupują książki: życie umysłowe w tym kątku jest może na wyższym niż gdzieindziéj stopniu. Nie tylko nasza ale i obce literatury znajome tu są oświeceńszéj klasie, stanowiąc jednę z najmilszych dla niéj rozrywek. W obejściu się Ukraińca znać człowieka pełnego życia, wykształcenia, zapału; co mu nie przeszkadza do spekulacyj na wielką skalę i bogacenia się. Żyje wystawnie, ale w miarę swej możności i zawsze z tą oględną przezornością na jutro, którą zbrojny niełatwo się rujnuje. Majątki na Ukrainie są mniéj obdłużone niż gdzieindziéj w naszym kraju. Na Ukrainie mniéj tych wielkich zbiorów, bibliotek, obrazów i ciekawostek, na które się w innych stronach przez fanfaronadę rujnują... Tu naprzód zbierają pieniądze, a potém używają ich, nie na dogodzenie próżności, ale na prawdziwe uprzyjemnienie życia... Zamożność i zapewnienie niezależności pod względem materyalnym utorowało może drogę wykształceniu umysłowemu. Jest to może jedyne miejsce, gdzie dziś literaturę biorą sery o, gdzie tylu pisze i pisze tak dobrze; gdzie tylu czyta i pojmuje tak wybornie, gdzie wreszcie książka poważniejszej treści przyjętą bywa i osądzoną. Ukraina żyje prawdziwie głową.
Spojrzyjmy teraz na Wielkopolanina, głębokiego polityka z brodą, w rejtfraku, z laską o gałce złocistéj, gazetą w kieszeni i drwiącym uśmiechem na ustach. Ma on wysokie wyobrażenie o kulturze swojéj, oświeceniu i wyższości nad braćmi. Ze wzgardą i politowaniem pogląda na innych, pół-barbarzyńców jeszcze. Skończył uniwersytet w Berlinie i kocha się w Heglu, pozbył się wiary a nabył filozofii, któréj tylko wyniki i wnioski zapamiętał, niewiele się troszcząc o resztę niezrozumiałą dla niego i przyjętą na słowo nauczyciela. Najczęściéj mówi o polityce, udziela wielce stanowczych nowiu, które mają ot, ot, świat do góry nogami wywrócić. Chwali się oświatą swojéj prowincyi, swobodném nauczaniem, pismami peryodycznemi, wychodzącemi dziełami, profesorami. Jest prawie zawsze nieprzyjacielem herbów (chyba, że sam ma nazwisko choć pół-historyczne). Wielkopolanin anti-arystokrata nienawidzi z całéj duszy hrabiego (może E. Raczyńskiego) i dowodzi mu fałszowania, dla jakichś widoków, pomników historycznych; radby zaszczepiać wszędzie filozofię Hegla, a wykorzeniać pacierz i mszę, uważając cześć obrzędową oddawaną Bogu za dzieciństwo dowodzące w nas zacofania umysłowego. Wielkopolanin nie jest bogaty, ale nie jest też ubogi, najczęściéj skrzętny i rachujący się dobrze; nie ma też czém szumiéć, bo od swojéj głowy i tytułu dziedzictwa płaci, jak powiada, tysiąc talarów... O panu Garnier-Pages mówi z przejęciem się, czyta gazety opozycyi umiarkowanéj z zapałem... Jest on trochę „humanitaryusz“ i gdy w dobrym humorze zwłaszcza, socyalista.
W Koroniarzu niema nic wybitnego, nic prawie charakterystycznego, prócz jego uwielbienia dla Warszawy, miasta, w którém się żyje tak wygodnie, je tak smaczno i widuje tak piękny balet w Wielkim teatrze. Koroniarz ściśle trzyma się mody, ubiera się wykwintnie i słucha swego krawca jak wyroczni, czyta wiele francuskich książek i dotąd przekonać się nie mógł, żeby po polsku jako tako znośnie... pisać było można. Z uśmiechem politowania bierze w rękę książkę polską i z uśmiechem politowania ją rzuca: C’est si barbare. Pod względem finansowym Koroniarz stoi na stopniu miernym; lepiej się ma w ogólności od Litwina, gorzej od Ukraińca, chociaż nie szczędzi pracy w zbieraniu grosza i ma do tego sposobność wszelką; ale moda i książki francuskie zjadają go. Królestwo pod względem przemysłu i fabryk mianowicie stoi wyżéj od innych prowincyj. Tutejsze wyroby równają się zagranicznym prawie; maszyny, przedmioty zbytku wytrzymują porównanie z przywoźnemi, a często niektóremi zaletami je przewyższają. Wystawy przemysłowe są tego dowodem.
Gdzie może najmniéj jest cywilizacyi nawet powierzchownéj, to na poczciwéj ubogiéj Litwie, ale zato jest tu wiele serca, wiary, uczucia i poczciwości. Litwin niepozorny, niewytwornie ubrany, nie pojmujący życia dzisiejszego, jest jeszcze prostoduszny po staremu. Tu gościnność jest jeszcze obowiązkiem nałogowym. Życie — ciche, spokojne, wiejskie... nie wystawne; rzadkie domy pańskie a rzadsze jeszcze nieusprawiedliwione do pańskości pretensye. Więcéj tu niż gdzieindziéj rozdrobnionych majątków, małych fortun; gospodarstwo wiejskie na wysokim stopniu. Gdy w innéj stronie na Wołyniu, Ukrainie, Podolu, Pobereżu niewiele ziemia potrzebuje pracy koło siebie, na Litwie mozolnie ją wyrabiać trzeba, aby się wywdzięczyła za staranie. Pracują też nad nią i nie sarkają. Wielkich fortun pańskich i świeżo dorobionych mało jest; policzyć je można. Na Litwie, mianowicie w klasach niższych, życie umysłowe nie upowszechniło się jeszcze, ledwie tam czytać zaczynają, ledwie zaczynają kupować książki i myśléć, że się literatura na coś zdać może.
Na Wołyniu nie mniéj a może i więcéj zakochania się we francuszczyznie jak w Warszawie. Wielkich panów i pnących się do nich, pałaców, wykwintu jest tu więcéj niż gdzieindziéj. Ale stan majątkowy jest niemal w ruinie. Ażeby się utrzymać przy swej świetności, ażeby miéć zaco się bawić, nie jeden pan gotów popełnić podłość, byleby tylko nie rozgłosiła się ona wśród „towarzystwa“. Ucisk chłopów dla wydobycia z ziemi jaknajwiększéj intraty nadzwyczajny. Zarozumiałość przy braku rzeczywistego wykształcenia ogromna. Próżnowanie, wśród młodzieży zwłaszcza, epidemiczne. Przez czas jakiś królował nad nią bałaguła z biczem furmańskim w ręku... Wielki świat wołyński udaje panów cudzoziemskich. Jeżdżąc do wód, przywożą z sobą najświeższe pańskie mody do kraju i zdaje się, że usiłują do niepoznania zcudzoziemczéć. Była chwila na panów za granicą, że się wyrzekali państwa i grali rolę demokratów — zaraz ta moda przeszła na Wołyń i wszczepiła się doskonale. Nadeszła chwila wzmożenia się arystokratycznych wyobrażeń — panowie wołyńscy zostali zawziętemi arystokratami. Za granicą malują herby, popisują się z niemi — na Wołyniu robią toż samo. Za granicą przyjęli obserwancyą religijną ścisłą, tak samo robią na Wołyniu, udając wiarę, gdy jéj w sercu niema; z religii uczynili sobie modę. I ci, co w nią nie wierzą, żyją nie wiedzieć po jakiemu, nie pojmują wiary i obowiązków, jakie wkłada, udają nabożnisiów, stawiają kaplice przy pałacach i codzień słuchają mszy, czytając modlitwy z pięknie oprawnéj książki, na gotyckim opartéj klęczniku... W najdrobniejszych nawet rzeczach arystokracya wołyńska naśladuje zagraniczną: aż do kroju liberyi, aż do listowego papieru, aż do sposobu zaczesywania włosów, aż do manij spekulacyjnych. Stopniem niżej ci, co nie są panami a chorują tylko na państwo lub pod imieniem pół-panków są znani, udają i małpują całych panów we wszystkiém. — Niżéj stopniem jeszcze naśladują półpanków. — Szlachta, prawdziwa szlachta, wrzeszcząc nieustannie na całe gardło na panów, chwyta, co może, od nich, studyuje ich obyczaje, stara się im zrównać wystawą, wytworem. Na kilku chatach męczący się biedak, jak może znowu, udaje zamożnego obywatela. Ostatni pan rządca, ekonom, pisarz małpują szlachetkę, i tak daléj a daléj wszystko udaje, gra komedyę, siebie oszukuje i nikogo więcéj. Wolą być śmieszni, niżby się mieli stopniem zniżyć w oczach świata..“. Wszyscy śmieją się ze wszystkich, a nie poprawia się nikt. (Latarnia, Oddz. I, t. III, roz. V; t. II, roz. VIII).
Streszczając to, cośmy poznali, można powiedziéć, że wedle ówczesnych wyobrażeń Kraszewskiego świat szlachecki, nie mając żadnego wyższego celu życia nad jego uprzyjemnienie, będąc zamało wykształconym, ażeby mógł zasmakować w literaturze i sztuce, zabijał czas z dnia na dzień, cenił więcéj pozór i blichtr nad wartości istotne, zbierał grosz, ażeby go rozproszyć, o obowiązkach obywatelskich seryo nie myślał, o lud nie tylko nie dbał, ale go eksploatował czasami w sposób oburzający; w bezczynności i bezmyślności wegietował i marniał.

II.

Takie mniéj więcéj pojęcie o świecie szlacheckim trwało u Kraszewskiego, z bardzo drobnemi modyfikacyami, aż do r. 1849. Przez te lat kilka, pomimo pewnego odosobnienia, w jakiem żył, interesa musiały przecież zbliżyć go do braci szlachty, a zbliżenie to musiało oddziałać na ocenę jéj charakteru, jéj przymiotów i wad. Dawniéj patrzył na nią jak literat, teraz spojrzał jak spółobywatel. Przytém doniosłe wypadki takie jak rzeź galicyjska, jak rewolucya europejska z. r. 1848 zwróciły jego myśl do rozważania z różnych stron sytuacyi ziemian i do wskazania jej zadań. Gdy socyalizm i komunizm zakwestyonowały własność indywidualną, wykazując, jak ona dla niewielu jest prawdziwie użyteczną, należało we własnym nawet interesie zejść ze stanowiska ironicznego w poglądzie na znaczenie szlachty, jedynej naówczas posiadaczki ziemi na Litwie i Rusi, i udowodnić możność jéj odrodzenia, a zatém jéj prawo bytu i władania ziemią.
Uczynił to Kraszewski w powieści p. n. Dziwadła, drukowanéj r. 1840 w „Tygodniku Petersburskim“. Na tle zapadłego Polesia, wśród tłumu bezdusznego obywatelstwa, wśród marszałków powiatowych cenionych nie według głowy i charakteru, ale według kucharza i piwnicy, wśród ziemian nie znających innéj przyjemności nad karty lub pijatykę w miasteczku, wystawił typ dobrego i rozumnego obywatela, zacnego człowieka i dzielnego gospodarza w osobie pana Graby. W téj postaci, kreślonéj niewątpliwie więcéj z fantazyi niż z obserwacji, górującą myśl jest służba dla społeczeństwa, dla kraju, służba, która jedynie może usprawiedliwić choć w części te przywileje, jakiemi obywatel ziemski nad resztą klas społecznych przewodził. Praca nad sobą, miłość kraju: oto dwa hasła ściśle z sobą spojone, któremi Graba kieruje się w swojém postępowaniu. Lubo dziedzic bogatych włości, jada przy jednym stole z czeladzią, chodzi za pługiem, kiedy trzeba parobka do orki przyuczyć; wolne zaś chwile przepędza w zbrojowni lub w bibliotece pełnéj książek i obrazów. Pracuje, bo kocha; kocha, bo się poświęca: gdzie samolubstwo tam śmierć. Ta zasada przyświeca mu na każdém polu pracy społecznéj. Nie ma on i nie szuka żadnéj za czyny swoje nagrody; wszystko robi z własnego przekonania, dla zadosyćuczynienia głosowi rozumnie pojętego obowiązku. Sąsiedzi nie lubią go i postępowanie jego piętnują nazwą dziwactwa; są wszelako i tacy, co znieść go nie mogąc, czują przecież dla niego uszanowanie.
W panu Grabie chciał dać Kraszewski współziemianom wzór, według którego postępując, mogliby pozyskać cześć całego kraju: obowiązek kształcenia siebie, pracy na roli, obowiązek zajęcia się gorliwego losem włościan, jako członków społeczeństwa, jako podstawy bytu narodowego: — oto co zalecał szlachcie, jeśli zmarniéć nie chce.
Jakby własnemi słowy zagrzany Kraszewski postanowił w tym czasie oddać się gorliwie gospodarstwu sam, bez wyręczania się rządcą. Sprzedawszy jeszcze w lipcu 1848 r. ulubiony swój Gródek, nabył pod koniec tego roku majątek Hubin, o dwie mile od Gródka, w prześlicznéj ziemi wołyńskiéj. „Jest to najlepszy folwark w kraju, gdzie wszystkie są dobre — pisał do rodziców. — Ma na 121 dusz 113 włók ziemi w łanach a około stu korcy pszenicy i na gruntach osadę szlachecką, płacącą czynsze; 35 włók lasu, 50 sążni siana, zabudowania gospodarskie dobre, dom tylko lichy. Wszyscy mi winszują kupna, choć zapłaciłem 165000 złotych i wszystkie koszta — moje. Z majątkiem biorę gotową cegłę, młyn, wiatrak i młockarnię. Obejmuję Hubin 25 stycznia v. s.“ Do przyjaciela zaś od serca, Konstantego Podwysockiego, pisał obszerny list tchnący jakiemś ożywieniem i energią niezwykłą: chwali się w nim polepszeniem stanu zdrowia i dodaje: „Już-to najgorszy symptomat, gdy czas swoją drogą a człowiek sam w dodatku wieku sobie przydaje. Jesteśmy młodzi, póki młodemi być chcemy; a póki młodości, póty życia... Ja jeszcze jestem tak młody do pracy, że materyał do niéj prawie do szału mię pobudza... Czekają mnie rachunki, spisy, rejestra, układy i t. p. W téj atmosferze żyję od kilku miesięcy. Wszystkie książki w pakach; wszystkie rękopisma w pudłach, obrazy powiązane, papier odesłany do Hubina; a ja na stosie śmiecia, téj nieuniknionéj pozostałości wszelkiego życia, na kulawym stoliku piszę tych kilka słów do ciebie i wzdycham. Gdybym nie miał trojga jasnych główek dziecinnych przy sobie, zrzekłbym się interesów i wszystkiego, co truje dni tak drogie; ale dla nich — potrzeba!“ Gospodarstwo było ciężkie i pracowite i zamiłowania do niego nie miał Kraszewski, ale chciał się przymusić dla spełnienia obowiązku. „Ja — pisał do brata Lucyana 17 marca 1849 r. — ja już na nowém gospodaruję i biorę się szczerzéj do gospodarstwa nie z upodobania, ale z potrzeby. Rąk mam mało, więc gospodarstwo trudném będzie, ale obiecuje być korzystném. Kupiłem sobie trochę owiec i folwarczne konie, bez których się tu nie obejść. Wydatki ogromne mam, a jeszcze i młocarnia i poprawa budowli mnie czeka; nie wiem, jak temu podołam!“.
Zapalił się jednak do gospodarki i zabrał się do niéj z niesłychaną energią; w każdym nieledwie liście do ojca, matki i braci najwięcéj odtąd o gospodarstwie rozprawiał. „Jestem prawie jak ekonomem — pisał w maju — bo Rozbicki dziwnie ociężał, a młody jego pomocnik niewprawny do gospodarstwa; sam więc dysponuję, objeżdżam, obchodzę. Może to mamy i nie będzie obchodzić, ale już takém się zagospodarował, że mi trudno o tém nie pisać“. Żona zaś w dopisku zauważyła: „Szeroko Józio opisał, co się tu z nami dzieje, co porabiamy; nic więc mi nie pozostaje do doniesienia; chyba dodam, jak mi jest bolesne oddanie się jego takie gospodarstwu, interesom. Może to być z dobrem naszém; lecz jak nie dla niego takie zajęcia, jak go utrudzać muszą! Dzięki Bogu, że przynajmniéj zdrowie jego teraz znacznie lepsze, lecz pracy nad siły. Do gospodarstwa kłopotliwego zaprowadzającego się, przybyły jeszcze i literackie niemałe zajęcia; chwili jednéj nie ma biedak do odetchnienia. Inny jużby uległ pod ogromem ich lub je odrzucił; a on jak mrówka krząta się i garnie wszystko do siebie“.
Długo atoli wysiłki te trwać nie mogły; gospodarstwo szło ciężko i niepomyślnie; skłonności literackie odrywały powieściopisarza od roli. To téż już w lutym 1850 roku złożył niefortunne swe rządy, o czém donosząc bratu, tak swą sytuacyą ówczesną skreślił: „Przekonawszy się, że sobie nie dam rady z gospodarstwem i literaturą zarazem, dziś właśnie installuję kogoś, com go na swoje miejsce do ogólnego zarządu wziąć musiał i na małéj wiosce płacę mu 135 rubli, a prócz tego i ekonoma trzymać będę musiał. Bardzo mnie boli ta kosztowna moja niezdolność; ale tyle strat tego roku przez zły zarząd poniosłem, że był-to jedyny sposób — ostatni“.
Wprawdzie i ten ostatni sposób nie zapobiegł klęskom gospodarczym; zarówno r. 1850 jak i dwa następne były dla Kraszewskiego jak i dla jego sąsiadów bardzo niepomyślne; ale bądźcobądź pozbywszy się kłopotów wglądania w każdy szczegół, mógł swobodniéj o tworzeniu literackiém pomyśléć. Wtedy to powstały kontury bardzo wielu powieści, a niektóre z nich wykonał i wykończył autor.
I znowu los i stanowisko szlachty i arystokracyi zajęły jego uwagę.
W „Ostatnim z Siekierzyńskich“, napisanym właśnie po złożeniu rządów gospodarskich, przedstawił siłę zakorzenionego przesądu szlacheckiego, który nie dozwalał herbowemu dziedzicowi zająć się łokciem i miarką bez zelżenia klejnotu.
W „Komedyantach“ (z r. 1851) najczarniejszych użył barw do odmalowania rodzin arystokratycznych. Zygmunt August Dendera, syn jego Sylwan, córka Cesia, żona Eugienia, inna znów hrabina Czeremowa, jéj matka — oto grono najważniejszych komedyantów. Nikczemne strony charakteru, pozbycie się wszelkich zasad moralnych, wyzyskiwanie wszystkiego i wszystkich dla uratowania pozorów przed światem, dla utrzymania pozycyi towarzyskiéj; próżniactwo, zdemoralizowanie, polowanie na bogate ożenienie, brak serca, brak wyższych dążności, marnotrawienie sił, talentu, ojcowizny, a przytém pewność siebie, przekonanie o przyrodzonéj wyższości, zarozumiałość i buta: wszystko to znajduje się w tych rodzinach pasorzytnych, ciągnących soki z wielkiego pnia narodowego. Dla samego kontrastu musiał naturalnie Kraszewski przedstawić jakieś postaci dodatnie — i znalazł je w téj sferze, z którą się już zżył i do któréj skutkiem długoletniego obcowania nabrał sympatyi. W „Komedyantach“ szlachta jest otoczona spółczuciem autora, który nie tając bynajmniéj jéj wad i śmieszności, widzi w niéj przecież pierwiastki zapewniające jéj żywotność i znaczenie w rozwoju narodu, Taki pogląd zastąpił dawniejsze lubowanie się w odkrywaniu samych ujemnych stron w obu klasach i poprowadził wreszcie do przeciwstawienia ich sobie w jednéj z najpiękniejszych powieści, zatytnłowanéj „Dwa Światy“.
Ta zmiana w zapatrywaniach i w malowaniu życia szlachcica nie była bynajmniéj zjawiskiem odosobnioném. Żarliwe rozprawy o demokracyi i arystokracyi, prowadzone namiętnie przed r. 1850, po upadku ruchu rewolucyjnego, po zapanowaniu reakcyi w całéj Europie przycichły a nawet ustały zupełnie; na dalszym Zachodzie mieszczaństwo, u nas szlachta zajęły najważniejsze miejsce w myślach i poglądach intelligencyi. Malowanie życia szlacheckiego, uwielbianie idei szlacheckiéj, stało się tematem niewyczerpanym dla publicystów, poetów i powieściopisarzy. Wincenty Pol występuje ze swemi staroszlacheckiemi gawędami; Kaczkowski Zygmunt w barwnych obrazkach przedstawia życie szlachty sanockieé; Syrokomla śpiewa o szlachcie szaraczkowéj, Nowosielski, Padalica, zapomniawszy o swoich dążnościach demokratycznych, rozprawiają i piszą o znaczeniu szlachty, unosząc się nad tém, co powieściopisarce i poeci o nich naopowiadali. Uidealizowany stosunek szlachty do chłopów, przezwany patryarchalnym, wydaje się publicystom najlepszym, o jakim pomyśléć można; zabezpiecza bowiem od zepsucia i od biedy, chroni od klęski proletaryatu niszczącéj społeczeństwa zachodnie. Bez arystokracyi można się obejść, ale bez idei szlacheckiéj — nie.
W „Dwu Światach“ (1855) zobrazował Kraszewski zarówno własne spostrzeżenia i doświadczenia jak i te prądy przekonań, jakie w owych czasach wśród inteligencyi popłacały. Nie mamy tu do czynienia z kompletnie złemi przedstawicielami arystokracyi, ani z idealnie doskonałemi wyobrazieielami szlachty; ale w pierwszych soki żywotne już się wyczerpały, tak, że oni czują to sami, a w drugich istnieje świadomość swojéj siły.
Główny reprezentant wyższego świata, Julian Karliński, wywnętrzając się przed kolegą swoim uniwersyteckim, szlachetką z rodu i majątku, Aleksym Drabickim, powiada: „Myślisz, że ja nie czuję, nie znam choroby całego plemienia, do którego należę... Dziś my niedobitkami tylko jesteśmy pułku, który wiódł niegdyś do zdobycia cywilizacyi i przewodniczył w szeregach, pierwszy krew przelewając za nią; aleśmy zapomnieli podań, które wiodły jak gwiazda i przerobili się w bezczynne istoty, których żywota celem użycie, spokój, próżnowanie“.
Inny znów przedstawiciel rodu Atanazy obznajmiwszy Juliana z całym szeregiem dzielnych przodków, co głową i ręką krajowi służyli, starając się w każdéj ofierze, w każdém poświęceniu być pierwszemi, wskazuje, jak stopniowo karlały postacie, paczyły się charaktery, aż doszły do rozkładu. W końcu téj długiéj przykładami objasnianéj mowy, powiada Atanazy: „Nie sądź, żeby historya ta rodziny Karlińskich była im wyłączną; mniéj więcéj tak upadli wszyscy zapomnieniem wielkiego i świętego celu, egoizmem i rozpieszczeniem. Powoli wygasł duch stary, stygły serca, odzywały się pragnienia zwierzęce, malał człowiek i sobie tylko żył samemu... Jak długi i szeroki spojrzyj na kraj nasz... ruiny, same ruiny tylko; gdzieniegdzie na zwaliskach zamczyska dymi komin cukrowarni lub gorzelni... potomkowie hetmanów warzą syropy i pędzą truciznę dla swoich poddanych, a grosz wyciśnięty z buraka i zboża na co używają? Zapytaj! Nie! nie pytaj już lepiéj... boby się rozpłakać potrzeba... Posłannictwem ich, misyą jest kuć pieniądz, by go używać bezmyślnie, bawić się, śmiać i w niewiadomości przeznaczenia własnego kopać grób sobie i rodzinie... Gdzie są dziś panowie i czém się różnią od bogatych żydów i bankierów? ja nie widzę: jednakowo palą cygara, na jeden grosz targują, o jedném myślą... nie poznasz ich i znać nie warto!“ Atanazy (a wraz z nim i autor naówczas) nie rozumie możności a nawet konieczności przemiany zajęć, gdy niema pola do dawniejszych zasług, gdy się warunki bytu rdzennie przeinaczyły. On zapatrzony w obrazy, które dopiero co przed Julianem rozwijał, ma przed sobą jeden tylko dawny typ arystokraty. „Rozumiesz mnie teraz — powiada do Juliana — jeżeli wierzę w posłannictwo arystokracyi, to z warunkiem poświęcenia bezwzględnego, zupełnego, wierzę w nią jako w sługę czasu i kraju, przewodniczącą do ofiary, jako w kapłanów przyszłości. Jak skoro zabywa misyi swéj, pracuje dla siebie, robi pieniądze lub pieniędzy używa, staje się narością, chorobą, zgnilizną i odpaść musi od ciała społecznego... Jako ludzie pojedynczy, potomkowie wielkich rodzin, dla siebie, w swojém kółku mogą być nieposzlakowanéj uczciwości, wielkich cnót domowych; ale nie dosyć na tém; — chybiają celu, gdy sobie tylko żyją. Zgnuśnieliśmy i stracili to uczucie potrzeby poświęcenia, które jak gwiazda świeciło niegdyś i na wyżynie trzymało... Upadek nieuchronny... Winniśmy a może i mniéj winni, niż zrazu rozżalone serce przypuszcza; ogólny kierunek ludzkości odbił się i na jéj przedstawicielach... Co dziś zajmuje świat? czém on żyje i dyszy? — Postępem wedle ciała, dobrym bytem, materyą, pomnożeniem ogólnego dostatku, urojeniem szczęścia na ziemi. Duch zgasł; zapomnieliśmy o duszy, a choć się czasem ktoś zwróci w tę krainę opuszczoną, ducha już nawet pojmuje i sądzi cieleśnie, czyniąc go zależnym od warunków materyalnych... Mówimy tylko o dobrym bycie, o bogactwie, o przemyśle, studyujemy kwestye społeczne ze stanowiska filozofii i ekonomii, a to, czém człowiek podnieść się i istotnie niezależnym uczynić może, odrzuciliśmy na stronę... Stworzono wszystko, co według tych panów stanowi warunek szczęścia, i dziwią się, że niema skutku. Jestto zupełnie, jakby dziecię zdumiewało się, że koń z papieru wyklejony nie rży i nie prycha... Pusto na świecie, pusto!... i coraz gorzéj być musi... Nauka Chrystusowa martwém jest słowem i duch umarł; nie wierzym, nie pragniem, nie pojmujemy nic nad to, co się da dotknąć i zważyć... i to tylko zyskamy, czegośmy się dobijali... trupa bezwładnego, proch i nicość!...“
Karlińscy w powieści nie upadają wprawdzie materyalnie; ale ratunek znajdują kosztem uczuć szlachetniejszych. Julian, słaby, do pracy nieuzdolniony, używać tylko umiejący, lamie kochające go serce, a żeni się z bogatą dziedziczką. Jego siostra, piękna, niby z gruntu szlachetna istota, pełna litości dla nędzarzy, nie widzi ani cierpień Poli, ani miłości Aleksego, bo jéj duma arystokratyczna przesłania oczy; idzie za lalkę salonową, błyszczącą pożyczanym blaskiem w tém mniemaniu, że będzie bogatą, że ród swój poratuje. W całym zresztą tym świecie widać oslonięte ładnemi pozorami, udaną lub rzeczywistą niedomyślnością gonienie za pieniędzmi nie dla nich samych naturalnie, lecz dla tych wygód, które one dają, dla podtrzymania tradycyonalnéj świetności domu. Wyzyskują serce, czas i mienie innych, ażeby tylko nic nie utracić ze swego znaczenia, ażeby nie zejść ze stanowiska.
Inaczéj jest w światku szlacheckim. Nie ma on wykwintnych obyczajów, ani wogóle mówiąc, oglądy i wykształcenia; pracuje ciężko; a w skutek ciągłéj pracy, przebywania z ludem, staje się rubasznym, szorstkim; ma swoje śmieszności i uprzedzenia; ale z niego wychodzą ludzie, którzy mogą się stać przewodnikami narodu, gdy się oświecą i sprawy kraju i cywilizacyi poznają. Takim człowiekiem mógłby zostać Aleksy Drabicki, ukształcony w uniwersytecie, zamiłowany w nauce, czujący głęboko, zdolny do poświęcenia czasu i pracy na usługi bliźnich, nieprzyjaciel próżnowania. Na jego drodze atoli staje ów świat wyższy. Wciągnięty do niego, wszystkich sił używa, ażeby rodzinę Karlińskich podźwignąć z ruiny. Usługi jego przyjmowane są jakby obowiązkowo należne; a w końcu odpłacają mu wymówkami i upokorzeniem. Pokochał piękną hrabiankę, ale ta udawała, że uczucia tego nie spostrzegła, a może nawet dotyla zaślepiona była dumą, że istotnie, mimo zwykłéj przenikliwości kobiecéj, nie dostrzegła nic nad towarzyskie hołdy w słowach i postępowaniu Aleksego. Zawiedziony w uczuciu, upokorzony w dumie szlcchcica, dorownywającego ogładą i wykształceniem téj sferze, został wciągnięty, zmarnował siły, stał się niezdolnym do dalszej użytecznej pracy i musiał już nadal tylko... wegietować. Kwiat pasorzytny wyssał z niego soki.
W dziewiętnaście lat po napisaniu Dwu Światów powrócił Kraszewski do tegoż przedmiotu, przedstawiając upadek świetnego niegdyś w dziejach rodu książąt Brańskich, w powieści p. n. Morituri. Przedstawiciele tego rodu w osobach szambelana, gienerała, sufragana i rotmistrza, posiadając ogromne majątki, nie lubili wglądać w rachunki, pewni, że państwo ich tak wielkie i potężne, iż nigdy-przenigdy nie tylko upaść, ale nawet zachwiać się nie może. Przekonani o dostojeństwie swojém i ufni, że sama Opatrzność niejszą opieką otacza Brańskich, nosili się wysoko, zostawali niegdyś w poufałych stosunkach z najarystokratyczniejszemi rodzinami w Europie i mieli związki z domami panującemi. A lubo w chwili rozpoczęcia powieści znajdują się jakoby osamotnieni, a majątek ich dla obcych przynajmniéj oczu wydaje się mocno poderwanym tak, że lada chwila runąć może, oni sami o tém nie wiedzą, a przynajmniéj wiedzieć nie chcą; sądząc, że to chwilowe tylko dopuszczenie boże, za pośrednictwem którego Stwórca wszechrzeczy doświadcza swoich wybrańców, ażeby niebawem przywrócić im blask pierwotny. Szambelan, jako najstarszy w rodzinie, prawom swoim, uznawanym dobrowolnie przez resztę członków, zawdzięczał powagę bezwzględną i cześć najgłębszą; na niego zwracali ciągle baczne wejrzenia bracia, dzieci i całe otoczenie; jemu starano się oszczędzić zajakąbądź cenę trosk i kłopotów. A szacunek ten i poważanie jednały mu nie tyle osobiste jego przymioty, ile stanowisko jego w rodzinie: był on niejako symbolem władzy prawowitéj, był najwyższym szczytem w hierarchicznej budowie rodzinnéj. Żeby utrzymać przygasającą świetność rodu, gienerał zrzekł się dobrowolnie praw do dziedzictwa i został kawalerem maltańskim; młodszy brat ułomny przywdział suknię duchowną i znaczne dochody biskupie oddawał na dwór szambelana; książę Robert, syn szambelana, gotów był opuścić kobietę, którą kochał i ożenić się z bogatą hrabianką całkiem mu obojętną; siostra zaś jego, księżniczka Stella, ofiarowała rękę synowi dorobkiewicza, którymby w innych okolicznościach pogardziła z lekceważeniem. Nawet szlachcic Gozdawski, plenipotent książąt, przez długoletnie z niemi zetknięcie tak się przejął ideą wielkości Brańskich, że na chwilę nie przypuszczał możności ich upadku i w rachunki nie wglądał. Ażeby zaś zapotrzebowaniom gotówki ze strony dworu i wypłaty procentów ze strony wierzycieli uczynić zadość, pożyczał wszędzie, dopóki tylko znajdował kredyt, zapewniając każdego, że niema pewniejszego umieszczania kapitałów jak na majątkach książąt.
Gdy rysy zwiastujące ruinę ukazują się na gmachu pomyślności Brańskich, oni łudzą się jeszcze ciągle, rachując nie na siebie, lecz na pomoc obcą. „Zobaczycie — mawiał książę gienerał — że to jeszcze wszystko jakoś szczęśliwie się skończy. Jeszcze jest tysiące środków, o których się w pierwszych chwilach nie pomyślało. Ja mam rozległe stosunki; nasza rodzina znaną jest całemu światu; nie dadzą jéj upaść. Esterhazowie, spokrewnieni z nami, są niezmiernie bogaci. Napiszę do cesarza austryackiego, do króla bawarskiego, do Rotszyldów. Ze starym Rotszyldem byłem za pan-brat; lubił mię bardzo... To są ich listy”...
Rachuby te zawodzą. Obcy o rodzie Brańskich oczywiście ani pomyśleli; swoi nie widzieli powodu ratowania rodziny, która nie pełniła w społeczeństwie innéj funkcyi prócz funkcyi konsumenta. Ci, co jaśniéj patrzali, musieli chwycić się innych środków. O sprzedaniu części majątków dla oczyszczenia reszty z długów słyszeć nie chciano; więc powstał środek zwykły: bogate ożenienie; ale i to nie dało się ułożyć tak jak w „Dwu Światach“. Książę Robert doznaje upokorzenia i dwukrotnie musi odstąpić od ręki bogatéj panny.
Ażeby w całéj okazałości i jasności dzieje upadku Brańskich przedstawić, autor nie przeciwstawia im poczciwego i rozumnego światka; ale ludzi, dla których sympatyi czuć nie możemy. Głównym wierzycielem Brańskich, psującym im wszystkie interesa, jest Leon Zembrzyński, szlachetka, niegdyś pokojowiec szambelana, niesłusznie znieważony przezeń policzkiem. Wszystkie dni swoje i noce poświęcił na zbieranie grosza, ażeby kiedyś w przyszłości wywrzeć zemstę na wielkim panu. Działa on pocichu i niewidomie, a rolę swoję w sprawie ruiny książąt, określa wobec ich plenipotenta temi słowy: „Mój Mości dobrodzieju, widziałeś asindziéj kiedy stary dąb, który pastuszkowie wypalą... utrzyma się to na pasemku kory... przychodzi leciuchny wietrzyk... i olbrzym się wali. Mówią, że burza dąb obaliła! A, nie!... spróchniały był, spalony był... Ja jestem tym wietrzykiem, panie dobrodzieju!
Więc nie ma już ratuku dla możnych? Owszem jest. Znajduje go Kraszewski tam, gdzie go potajemnie szukał „Ostatni z Siekierzyńskich“, ale korzystać z niego nie mógł, gdyż przesąd szlachecki był jeszcze zanadto zakorzenionym. Arystokracya w dawnéj formie istnieć już nie może, ponieważ nie posiada podstawy bytu; ale, jeżeli zechce tylko, ma przed sobą otwarte pole pracy wspólnie i na równi z innemi członkami społeczeństwa. Coby Atanazy Karliński odrzucił jako przeniewierzenie się idei, to robi hrabianka Cecylia; ratując zubożałą rodzinę, bierze się do pracy i ciągnie pożytek z tego, co niegdyś, w dniach szczęśliwszych, było dla niéj rozrywką jedynie. Zajmując się ogrodnictwem, Cecylia Horyszkowna nie traci nic ze swéj podniosłéj energicznéj natury, ani też z powabu, jakim tchnie każdy jéj ruch i każde słowo. Praca jéj nie zmateryalizowała, nie zabiła uczuć szlachetnych, ale jéj nowego uroku przydała, uroku pewnéj samoistności, godności własnéj opierającéj się nie na urojonych pretensyach, ale na rzetelnéj zasłudze. Jéj słowa do brata Julka wypowiedziane, zawierają, jak się zdaje, ostatecznie w umyśle Kraszewskiego sformułowane zdanie o stosunku zabiegów materyalnych do udoskonalenia duchowego; może tylko forma, w którą je hrabianka przyzwyczajona snąć do mglistéj frazeologii przyobleka, jest właściwością jéj saméj, nie zaś autora. „Nie pracą — mówi ona — nas Bóg ukarał, praca jest dobrodziejstwem; ale walką poezyi ducha z prozą powszedniego życia. Poddać się jéj, a nie zbrukać nią... dłonią grzebać w ziemi, a duszą i myślą być w niebie — to nasze zadanie!... Patrz, mój bracie: jedni padają w tym boju na błotnistym zagonie, twarzą w kał... i już nad kał nic nie widzą; drudzy idą z oczyma podniesionemi ku niebu... i lecą kędyś w przepaści! Nam skazanym na walkę trzeba jedną ręką orać na życie powszednie, drugą na wieczne się modlić“.




Z powyższego przeglądu ważniejszych utworów Kraszewskiego odnoszących się do kwestyi znaczenia społecznego szlachty i arystokracyi w naszym kraju, widzimy, że w pierwszym, młodzieńczym okresie swego zawodu patrzył on ironicznym wzrokiem zarówno na jednych jak i na drugich, cokolwiek tylko bardziej akcentując swój sarkazm co do arystokratów; — w drugim okresie zżywszy się ze szlachtą wiejską, przeniósł swą sympatyą do niéj i starał się jej podać wzór rozumnego obywatelskiego postępowania, równocześnie wskazując, jak panowie sami zwątpili o swojém stanowisku przeniewierzając się powołaniu; — nareszcie w trzecim okresie odmalowawszy świetnie a bezstronnie ruinę znakomitych rodów wskazał i im także środek odrodzenia się w pracy spólnéj około dobra publicznego, bez żadnych wyróżnień i prerogatyw. Tym sposobem zaznaczył jako powieściopisarz i publicysta, że dawne uprzywilejowane rody drogą spokojnego społecznego rozwoju musiały dojść do téj pozycyi, jaką im brutalnie, posługując się ogniem i mieczem, zakreśliła rewolucya francuska z końca zeszłego stulecia. Długiego było potrzeba czasu, ażeby przekonać ludzi, iż formy przeżyte odrosnąć w całym swym pierwotnym blasku już nie mogą.

P. Chmielowski.
OSTATNI Z SIEKIERZYŃSKICH.
HISTORYA SZLACHECKA.



W r. 1850, jeśli się nie mylę (lata płyną tak nieubłaganie szybko), Władysław Syrokomla z księgarzem B. M. Wolffem odwiedzili mnie w Kubinie. Na pamiatke téj bytności Kondratowicza, o któréj mówiłem, pisząc pośmiertne o nim wspomnienie, wdzieczen za to, że mi rękę przyszedł uścisnąć, posłałem mu powieść tę o ostatnim z Siekierzyńskich, przysłowiowéj postaci, przedstawiającéj jeden z momentów żywota szlachty naszéj, w chwili przełomu, w przededniu upadku. Powieść tę drukował pan B. M. Wolff, towarzysz podróży Syrokomli.
Dotknięta w niéj kwestya wcale wyczerpaną nie jest... jest to kwestya szlacheckich wspomnień i przywilejów wobec wymagań wieku. Szlachta u nas miała wieki zaszczytnego posłannictwa, które przeżyła, rosnąc w siły i skarbiąc sławę krwią, miała żywot wyrobiony odrębnie, oryginalnie, pociągający barwami, jakie przybierał, lecz misya jéj wyłączna, przedłużana sztucznie, skończyła się wreszcie. Inny ustrój społeczeństwa nowe żywioły powoływał do równego życia, do walk, do samoistnéj pracy. Z przodowników trzeba było przejść na szeregowców. Smutnem to było, ale konieczném. Szlachectwo zostało piękną pamiątką, a upierało się być przywilejem. Uporne trwanie to na nieuprawnioném stanowisku, przyprawiło je o ciężkie losy... co gorzéj o sponiewieranie, a kraj o skutki straszne zepsutego, osłabionego organizmu, który co rychléj wlaniem weń nowych sił ratować było potrzeba... Było więc zadaniem powieściopisarza, który patrzał na smutne upory resztek dawnego rzeczy porządku, aby przygotowywał nowy i zwolna z gruzów oczyszczał pole do budowy.
W Siekierzyńskim i w innych wielu opowiadaniach, dotknęło się nieraz téj drażliwéj strony, choć z boleścią, bo sprawa szlachty wolącéj umrzeć na stanowisku dawném, niż żyć na nowém... była własną pisarza sprawą... domową a rodzinną... a tak trudno się było dać zrozumieć i być rozgrzeszonym!
W ciągu przeszło czterdziestoletniego zawodu ileż chwil twardych do przebycia, ile przykrości, ile rąk usunionych, ile wejrzeń nieprzyjaznych, ile potwarzy i ukłuć, ile mściwych przeżyć trzeba było napaści! Malowano nas czerwono, czyniono z kolei czém było można najwstrętliwszém... nieraz wyłączano z towarzystw lub błotem i kamieniem karano za sumienne stanie przy prawdzie. W milczeniu znieśliśmy walkę o usamowolnienie włościan zagajoną w Latarni, w Ostapie, Jarynie, a zamkniętą Kotkiem w Płocie... o stanowisko szlachty, o kwestyę równouprawnienia i tolerancyi, które czytelnik znajdzie rozpierzchłe w powieściach z tych lat, gdy się te zadania rozwiązywały... Czas sam porozplątywał te węzły, a często gdzie my rąk własnych użyć do nich nie chcieliśmy, obca dłoń że szkodą naszą je rozcięła... Powieść szła jak pług pierwsza podnosząc skiby w pocie czoła..! malając ręce i oblewając się potem... Jak skromny parobek siadła późniéj pod piecem zapomniana, a ekonomowi przyznano zasługę gospodarstwa i jakiego takiego urodzaju... Lecz nie o zapłatę nam tu chodzi. Jeden poczciwej ręki uścisk płacił, jak wówczas Syrokomli w Kubinie, za długie lata znoju... Wyrwały się wspomnienia mogilne lat przeszłych... zaniknijmy im wrota, niech w pole nie wychodzą! A, do domu... Dosyć...

10 sierpnia, 1872.
Drezno.

J. I. Kraszewski.


WŁADYSŁAWOWI SYROKOMLI
na pamiątkę bytności jego w Rubinie
przesyła.
Autor.



Trzeba wiedziéć, że rodzina Siekierzyńskich, tak dobrze, jak inne szlacheckie, jeśli nie rodowodem nieprzerwanym, to herbem przynajmniéj do XI wieku sięgnąć ma prawo. Na nieszczęście ksiądz Niesiecki dla zbytku familij, o których pamiętać musiał, z powodu, że były dobrodziejami oo. jezuitów, o Siekierzyńskich całkiem zapomniał i omyłki w tém nieprzebaczonéj Bartosza Paprockiego i S. Okolskiego nie poprawił. Zaglądałem nawet do Suplementów i tam o Siekierzyńskich głucho; a że Bobrowiczowi nie było komu posłać wiadomości o zgasłéj już rodzinie, odrodzony Niesiecki lipski, zaniemiał także o mojéj poczciwéj szlachcie. Co dziwniejsza herb ich nawet heraldykom naszym nieznany, już to dla tego, że go z innemi łatwo pomieszać było, już, iż sami tylko Siekierzyńscy go używali. Mieli oni w czerwoném polu prostą siekierę, jaką dzisiaj stróże drwa rąbią, nie Okszę i nie Topor, które całkiem inaczéj wyglądają, ale narzędzie to niezmiernie starożytne, bo, jak wiadomo, w grobach tysiąc-letnich, jeśli nie żelazne to krzemienne znajdują siekiery. Nad hełmem unosiła się taż sama siekiera...
Srogiéj krzywdy, jaką heraldycy nasi wyrządzili téj przezacnéj i bardzo starożytnéj rodzinie, inaczéj sobie wytlómaczyć nie można, tylko późniejszém jéj rozrodzeniem i, co za tém szło, ubóstwem; a może niechęcią osobistą. Tymczasem wiem to z pewnością od nieboszczyka Piotra Kornikowskiego, stolnika nurskiego, że Siekierzyńscy mieli się, nie bez słusznych racyj, za najstarszą może szlachtę w Polsce i swój klejnot zapomniany wyżej innych cenili. Powiadali oni, że pierwszy ich przodek, Sobiesław Siekiera, za Bolesława Wielkiego, gdy z Pragi uchodzili w małym poczcie przed powstaniem narodowém, z poduszczenia niemieckiego wszczętém, bardzo walecznie króla bronił od Czechów i za owe męstwa dowody w herbie na polu krwawém siekierę otrzymał. Mianowany dowódcą, mając sobie nadane obszerne ziemie, założył miasteczko Siekierzyn i posiadał pięćdziesiąt wiosek osadzonych jeńcami z Rusi, Moraw, Łużyc i Niemców spędzonemi. Tenże nieboszczyk pan Piotr Kornikowski, stolnik nurski, który miał wielkie zachowanie u ostatniego z Siekierzyńskich i od niego to wszystko directe słyszał, opowiadał, że w familii ich zachowywało się nawet podanie, iż niegdyś tytułu książęcego używali, ale że lapsu temporis, przy rozdrobieniu majątku sami go dobrowolnie porzucili.
Nie ulega zaś najmniejszej wątpliwości, że w poczcie znakomitych rodzin inter Comites et Barones, zaliczali się już w XIII wieku, jako świadczy akt bolesławski, w którym Comes Sulislaus Szickiera jest wymieniony.
Siekierzyńscy, jakkolwiek im później zubożeć przyszło, pamięć pochodzenia swego pielęgnowali starannie i stosowną dumą wieńczyli skronie. W domu ich widział pan stolnik nurski olbrzymiéj wielkości, mocno zczerniałe arbor genealogiae, na którém z lędźwi leżącego na ręku spartego, w zbroję żelazną okutego i siekierę w ręku piastującego rycerza, wyrastał dąb (symbol długotrwałości) mający na liściach swych imiona wszystkich Siekierzyńskich od owego Sobiesława alias Subislaus’a pochodzących. Byli tam między XI a XIV wiekiem żyjący mężowie wielkiemi godnościami zaszczyceni, takiemi nawet, o których dziś w historyi nie słychać, były koligacye jako konstelacye (wyrażenie pana stolnika, nie moje) świetne, buławy, krzesła, pieczęci, mitry i infuły w niezliczonéj mnogości.
Ale jak to zwykła koléj rzeczy ludzkich, od XIV wieku rodzina ta, dostarczywszy krajowi dosyta mężów godnych i niewiast płodnych, poczęła nachylać się ku upadkowi widocznie, tak iż ani lustr przedziwnych koligacyj, ani wysiłki jéj członków, podnieść jéj pristinam magnitudinem nie mogły (wyrażenie pana stolnika Kornikowskiego). Znali urodzeni Siekierzyńscy instabilitatem fortunae i zwykłe onéj obroty; poddali się woli bożéj, ale niemniéj walczyli o sławy dawnéj utrzymanie. Ehcu! napróżno. Jako z góry staczający się powóz, zrazu powolnie się zsuwa, poteém coraz nagléj pędzi, wreszcie gwałtownie lecąc o kamienie się rozbija, tak i wielkość, sława, znaczenie przezacnego domu, z impetem runęły ku nieuchronnéj rzeczy ludzkich kolei. (Zawsze słowa pana stolnika).
Jak gdyby nieprzyjazna fortuna szydzić chciała z upadających, w początku rozrodzili się niezmiernie, zwłaszcza mnogością córek, które substancyą dziedziczną w rozmaite domy świeżo ex obscuritate wyrastające, rozniosły; wreszcie od kilku pokoleń, zeszli na jednę linią i jednego tylko męskiego reprezentanta. Bolało to Siekierzyńskich, ale w chrześcijańskiéj pokorze powtarzali sobie praeterita respicientes i pocieszając się wielkością ubiegłą: — Sit voluntas Tua! I nieboszczyk pan skarbnikowicz czerski, Longim Siekierzyński, mawiał przed stolnikiem nurskim, często tu wspominanym panem Kornikowskim: upadły państwa assyryjskie, babilońskie, runął Tyr i Sydon i Palmira i Troja, czemużby rodzina nasza losu wszystkich wielkości doznać nie miała?...
A mówił to (jak opowiadał nieboszczyk stolnik) z takieém przejęciem, z taką powagą, z taką wielkością tytaniczną, że częstokroć sam pan Kornikowski, zwłaszcza nie będąc naczczo, łzami się zalewał słuchając. I stało się jeszcze, że uprzedzając grobowe zapomnienie i jakby dając go wcześnie Siekierzyńskim skosztować, los sprawił, że wszyscy prawie dawnéj ich wielkości zapomnieli; owszem śmieli się z niej niedowierzliwie i szlachta nierównie świeższej daty często prym przed niemi brała, insultując upadającym...
Sąsiad pana skarbnikowicza czerskiego, ultimi descendentis prrosapiae magnac, niejaki Wichuła herbu Zabawa (który jak wiadomo i nie tak stary w Polsce jest i advena tylko), wbrew przyzwoitości, z insolencyą wielką natrząsał się z Siekierzyńskich i w kościele, na sejmiku, na zjazdach szlacheckich wszędzie ich podsiadał. Znosił to pan skarbnikowicz wielkim animuszem, jakoby nie widział, nie chcąc zwady z podlejszym od siebie poczynać, ale jak go to srodze bolało, nieraz sam-na-sam przed panem Kornikowskim się wynurzył.
— Patrzaj waćpan — mawiał — nie jest-że to świat przewrócony, żeby Wichuła, który niewiedziéć z czego powstał i prapradziada swojego wskazać nie może, chodził przede mną, hetmanów i senatorów potomkiem! Ale taka rzeczy kolej i poganin Horacy niejednę aluzyą do tego prawa powszechnego mieści w wierszach swoich, i Pismo nam liczne stawi upadku rodów najświetniejszych przykłady. Cadent quae nune sunt in honore...
Na te i tym podobne skargi pan Kornikowski, z którego ust to mam, moderując zawsze żal wielki pana skarbnikowicza, odpowiadał stosownemi konsolując uwagami; i często wieczory całe zasłuchiwał się opowiadań o liściach dębowych owego drzewa, które na ścianie izby jadalnéj wisiało. Oprócz pewnych i wypróbowanych powieści, były tam i zajmujące podania z ust do ust ab antiquo podawane o Siekierzyńskich przed Bolesławem Wielkim, a nawet jedno dowodne bardzo, jakoby z Lechem przybył pierwszy przodek domu, i jeden z dwunastu wojewodów był tegoż sławnego rodu.
Tandem téż, opowiadał mi pan stolnik nurski, XVI saeculo decrescente, Siekierzyńscy siedzieli na jednéj wiosce tylko, która in vim miasta ich Siekierzyna, Siekierzynkiem się zwała; a leżała w Mazowszu. Używali oni jeszcze wziętości wielkiéj i mieli przewagę między szlachtą, dla pamięci przodków, ale coraz ją z fortuną, jak to bywa, tracić poczęli. Wszelkiego rodzaju nieszczęścia zwaliły się na utrapioną rodzinę: ogień, nieurodzaj, źli sąsiedzi, procesa, dzieci stratne, starcy nieopatrzni, nieprzyjaciele możni... Walczyli panowie Siekierzyńscy do upadłego, ale siła złego wielu na jednego. Przyszło na to, że pan wojski Celestyn Siekierzyński już tylko na części wsi Siekierzynka gospodarzył, druga wyszła z imienia i, co gorzéj, w podłe ręce. Ożenił się przecie, przestrzegając, jak wszyscy jego antecesorowie, by czystość krwi szlacheckiéj zachować i nie łączyć się — jedno ze starą szlachtą: z ubogą, ale illustrae originis łowczanką Izabelą Żmigrodzką, z któréj jednego tylko zostawił syna, pana skarbnika Sobiesława Zygmunta. Ten także wybierał długo, zanim znalazł sobie życia towarzyszkę, pannę Annę Korczycównę, ubogą téż, ale wielkich cnót i wielkiej niegdy familii matronę, po któréj miał jednego też syna saepe nominatum skarbnikowieża czerskiego, Longina.
Część wioski Siekierzynka zawsze jeszcze pozostawała w dziedzicznej dzierżawie rodziny, ale obciążona długami i procesami to o granicę, to o sumy. Oprócz tego, po pradziadzie mieli Siekierzyńscy ciągle popieraną sprawę po trybunałach wznawianą co sesya, o spadek znacznych bardzo dóbr, które była z domu ich wyniosła Agata Siekierzyńska primo roto Kossobudzka, secundo Lędzka, która zmarła sterilis a majętność ta iniquo modo zatachlowana dostała się w ręce Lędzkich i ich spadkobierców. Proces ten, na który się w części panowie Siekierzyńscy stracili i, coraz go popierając a forytując, do ostatka hartowali, trwał już lat przeszło sto, a upaść mu nie dawano, chociaż do czynienia było z możnemi rodzinami. W ostatku pan skarbnikowicz czerski wiedząc dobrze, że po kilkakroć pars adversa czyniła kroki do zgody, której dotąd przyjąć nie chciano; a razem rachując się z uszczuploną fortunką, skłonił się do układów, ale Lędzcy teraz ani mówić o nich nie chcieli. To było poniekąd powodem choroby i śmierci skarbnikowicza, który podówczas syna już mając, a przewidując, jak przeciwne zagrażały mu losy, wielce się tém zgryzł, wziął do serca i od téj pory, jak uważano, cherlać i niedomagać zaczął.
Longin Sobiesław Siekierzyński, skarbnikowicz czerski, hacres na Siekierzynku, miał za sobą godną niewiastę, ubogich rodziców, ale starożytnéj szlachty córkę, pannę Kunegundę Pilecką, z familii, która z Jagiellonami jakoby miała nawet koneksyą. Z téj to, jakeśmy mówili, Bóg dał inu syna Tadeusza Sobiesława.
Mieszkali naówczas potomkowie tej przezacnéj rodziny w starym dworze siekierzynieckim, który, jak powiadał mi pan Kornikowski, podpierany, łatany, przybudowywany, podmurowywany, dokrywany, obmazywany, stał już blisko lat dwóchset. Sam téż widziałem go i o wieku jego sądzić mogę: było to domostwo wprawdzie znacznie w ziemię zapadłe tak, że do sieni wchodziło się po dwóch czy trzech stopniach jak do piwnicy; okna jego ledwie na piędź nad ziemię się wznosiły, a ogromny, spiczasty, czarny dach widoczniejszy był z daleka od ścian samych; przybudówki, podpory, dyle w różnych kierunkach opasujące je, dziwnie się bardzo wydawały, ale za to miał dwór ów jakąś minę poważną, niby zgrzybiałego starca w staroświeckiém rozpartego krześle i otoczonego wnuczęty. Wnuczęta przedstawiały wspomniane podpory, dyle i belki popodstawiane ze wszystkich stron pod chylące się i wypaczone ściany. Dach niegdyś na dwie kondygnacye, tak osobliwszym sposobem pogarbił się, powychylał, połamał, a z gontów w skromniejszą i to już porosłą mchem przeszedł słomę, że cudem zdaje się trzymał jeszcze na téj budowie. Okna poddasza oprawne w drewniane wyrabiane wystawki, schylały się jedno, jakby przychodzącym pokornie kłaniało, drugie na wznak padając. Żadne drzwi wewnątrz nie zamykały się szczelnie i łatwo; jedne podpiłowywać musiano co lato, drugie sztukować co zima. Podłogi uchylały się pod nogami tak dziwnie, jakby je sztukmistrz na postrach gościom na sprężynach poukładał. Stare, ogromne piece kaflowe niebieskie i zielone, reperowane cegłą i gliną, straciły także kształty pierwotne i podostawały niepotrzebnych brzuchów i garbów. Ale za to jak ślicznie rosły dokoła zamaszysto i bujno podnoszące się stare lipy, świerki, jabłonie i grusze! ile cieniu było w ogrodzie!
Wewnątrz domostwa ciemnego od otaczających je drzew i krzewów, od zniżenia ścian, wilgotnego i smutnego, czułeś wszedłszy ów zapach ruiny, owę woń ubóstwa zbutwiałą i przegniłą, która w starych budynkach jest zwiastunem upadku — swędem trupa. Ponuro wyglądały izby puste, zimne, milczące i po większéj części nagie; budowała je zamożność, zamieszkał niedostatek.
Za każdym przechodzącym wlokło się podrzeźniające kroki jego echo, z szatańskiém naigrawaniem powtarzając długo i przeciągle jego stąpanie. Wiatr świszczał nieustannie po kominach i jęczał w piecach, dzwoniły szyby okienek za najmniejszym wiatru powiewem, a w czasie burzy trząsł się dom cały, jakby się lękał zawalić. W ogromnéj sieni z tych jeszcze czasów pozostałéj, kiedy panowie szlachta przyjeżdżali z licznym orszakiem pachołków co ją napełniał, stały jakieś próżne i porozbijane skrzynie, połamane sprzęty, wisiały łachmany malowanego płótna, a parawan szary, kulawy, szeroko rozpościerał napróżno ramiona, by je ukryć przed wchodzącym. W pierwszéj izbie nalewo, niegdyś najporządniejszéj, sufit płótnem podbity, szczury i myszy ścieląc gniazda, poociągały jak worki; w dwóch czy trzech miejscach rozdarły płótno i czarna dziura zdawała się okiem ciekawém zaglądać na pustą komnatę. Jedno okno nadbite wiecznie zasłonione było okiennicą, przez któréj serduszko tylko wciskał się chorowity światła promień przez misterną siatkę pajęczyny; drugie calsze ale skrzywione w spróchniałych ramach, miało szybki drobne bez koloru, zbielałe i jakby mgłą zaszłe. Kanapa odarta, stół chwiejący się i kilka krzeseł różnych wielkości, wybicia i kształtów rozpierzchłe po izbie stały bez życia, bez związku. Wielki komin przy piecu zamurowany był i zabielony, stała w nim tylko beczułka octu i butel bibułą przytknięty. W rogu u drzwi stara szafa pusta z poodmykanemi drzwiczkami, ukazywała głodne i zbrukano wnętrze, na którego jednéj półce walał się talerz stłuczony. Pająk zasnuwał kąty, a myszy wcześnie gospodarzyły przechodząc z dziury do dziury wśród białego dnia. Na ścianie wisiało ogromne owo drzewo gienealogiczne w czarnych ramach, ale krzywo, na długim sznurku, jakby co chwila oberwać się miało i upaść. Z całego malowania tylko kilka jaśniejszych miejsc zbroi rycerza świeciło się jeszcze, resztę muchy zapstrzyły i pył zasunął gruby. Dwóch czy trzech przodków co najcalszych, bo podarte portrety wysłano na przeciwek, z poważnemi minami, podgolonemi czuprynami, ręką w bok lub na orężu opartą, dziwowali się nędzy, która ich otaczała. Znać było po ich twarzach, że za innych żyli czasów, że lepiéj im było i zamożniéj. Jeden pan cześnik zwłaszcza, któremu dziwna plama koło gęby nadawała wyraz szyderski, przerażający, miał minę jakby chciał skoczyć i ryknąć zapytaniem: jakiem prawem śmiecie być ubodzy, potomkowie moi? Drugi był chmurny i poważny, jakby dumał, co poradzić; trzeci zdawał się gromić, a zapchnięta w ciemniejszy kąt matrona we wdowim stroju, z książką i paciorkami modliła się... modliła już sto lat napróżno za powodzenie prawnuków.
Cóż powiedzieć o innych izbach, kiedy taką była najporządniejsza? Z dużego domu kilka tylko zajmował skarbnikowicz czerski z żoną, synkiem i nieliczną czeladzią; reszta służyła za składy rzeczy, których składać już nie było warto, za kurniki, drewutnie i schronienie nocnych strachów, które tu na rachunek przodków chodziły, niepokojąc gospodynie i chłopców. Wszędzie taż sama panowała dezolacya, zrujnowanie i smutne opuszczenie; a najzaciszniejszy pokój skarbnikowiczowstwa winien był swe przymioty odwrócenia od wiatru, osłonie drzew i zapadnięciu w ziemię. Broń Boże ulewy, nie było kąta, gdzieby misek, hładyszek, necułek i garnków podstawiać nie potrzeba było; a z sieni często wynoszono wodę cebrami, gdy się jéj z podwórza obficie nalało.
Taki to był dwór pana Longina-Sobiesława Siekierzyńskiego, z którego ubóstwa a dumy ośmielał się szydzić i drwinki sobie stroić pan Wichuła, nabywca części Siekierzynka i sąsiad o miedzę, a co za tém idzie, nieprzyjaciel. Ale żadne w świecie żarty i szyderstwa nie mogły upokorzyć człowieka tak pewnego swojéj wielkości, tak przejętego dumą rodową, jak pan skarbnikowicz czerski. W ich krwi to uczucie godności własnéj było, rzec można, dziedziczne i, skutkiem starannie dobieranych związków małżeńskich, szlachecka duma ich przelewała się w potomków, coraz w miarę zmniejszania fortuny wzrastając..
Skarbnikowicz, najuboższy z Siekierzyńskich, nie ustąpiłby był kroku żadnemu Lubomirskiemu, Potockiemu, a cóż dopiero świeższym pankom z Rusi i Litwy, choćby z Jagiellonów pochodzącym? Mawiał z uśmieszkiem, że Czartoryscy mają dwie gienealogie, co znaczy, jakby żadnéj nie mieli, a zresztą... piękne mi szlachectwo czy księstwo, co za XIII wiek wyjść się lęka, bo mu ciemno? Z Poniatowskich śmiał się razem z Radziwiłłem, ale i na Radziwiłłów głową kiwał, zowiąc ich popadiukami od czasu jak kronikę Stryjkowskiego przeczytał i dowiedział się o ich pochodzeniu od Lezdejki.
Mało bardzo rodzin, na którychby uznanie pięknego pochodzenia zezwolił; a za świeżo podniesionych miał wszystkich, co od XIV wieku głośniejsi być poczęli, nazywał ich nowemi sitkami. Zresztą drobnéj ubogiéj szlachcie chętnie wynajdywał Longin i przodków i pochodzenie stare i illustracye; ale dla panów był nielitościwy, ruszając ramionami, ile razy mu o nich mówiono. Wszystko to ludzie ignoti nominis, mówił, nie wiedziéć skąd to się pobrało, lepsze rodziny poupadały, powymierały, pogasły, a to robactwo na trupach wylęgłe... i kiwał głową i wargę spodnią odymał i chodził szerokim krokiem po skrzypiącej podłodze największéj izby, zzałożonemi w tył rękoma. Skarbnikowicz był człowiekiem głęboko myślącym widocznie, całe bowiem życie spędzał po większéj części na myśleniu: nie robił nic nigdy, tylko myślał i myślał. Postać jego zapowiadała sensata; słusznego wzrostu, szerokich ramion, senatorskiéj postawy, nie otyły, ale w miarę okrągły, na karku wyniosłym miał głowę podługowatego kształtu, z piękném czołem wysokiém, którą nosił zawsze trochę na tył i ramię prawe zarzuconą. Oczy jego przykrywała powieka wypukła, długą rzęsą otoczona; usta miały budowę austryackich i dolna warga oddymała mu się naturalnie, zwłaszcza gdy uczuł więcéj, gdy był mocniéj wzruszony. Na portretach starych można się było przekonać, że i przodkowie pana skarbnikowicza mieli też same rysy familijne, które on otrzymał po nich w spadku. Długi wąs jasny wśród wygolonéj twarzy spadał mu na brodę owalną, jak gałęzie brzozy zawieszonéj nad pagórkiem. Mowa jego była powolna, umiarkowana, sentencyonalna, czasem trochę ironiczna, zawsze uczucia godności własnéj pełna; spojrzenie zgóry i długie, chód wolny a majestatyczny; ręce zawsze założone nosił z tyłu. Co do charakteru, nic mu zarzucić nie było można; uczciwości był nieposzlakowanéj, dobroczynny i wspaniały nawet w miarę siebie aż do zbytku; cierpliwy bardzo na obelgi, dwie miał tylko wady: dumę przepotężną i zbytek myśli, a brak ochoty do pracy. Co najlepiéj lubił, to chodząc po izbie cedzić po słówku, lub sam-na-sam z sobą dumać a dumać. Czasem najszczęśliwsze myśli przychodziły mu do głowy, ale jak przyszło do wykonania... odkładał od dnia do dnia; zwlekał, przeciągał i w końcu nic nie począł, bo gdy się zebrał do dzieła, już było po czasie. Naówczas mężnie zniósłszy diram adversitatem, jak mówił, westchnął i dumał sobie znowu, spokojnie, cicho, poważnie, jak gdyby nic nie stracił, a nadewszystko, jak gdyby sam nic nie był stracie winien.
W panu skarbnikowiczu acz upadłego znać było możnych potomka; wzbudzał poszanowanie choć wzbudzał i litość razem, a źli ludzie, co słabości jego znali, często z niéj korzyści dla siebie ciągnęli. Przez wrodzoną owę dumę nigdy wedle możności nie dał jałmużny, zawsze ją musiał sypnąć wspaniale, a serce miało też udział w uczynku, bo był poczciwy i litośny. Ubóstwo swoje zakrywał i pobielał jak mógł, bo mu go przy świetném imieniu niezmiernie wstyd było; a że nie miał tak dalece czém przybrać nędzy, zataczał na nią dumę swoję, którą jak złocistym płaszczem się okrywał. Potrzeba go było widziéć, gdy parą szkap kulawych i ślepych, świeżo z pastwiska schwytanych, powiązaną sznurkami i łykiem taradajką, w wytartym kontuszu jechał do kościoła; rzekłbyś, że magnat w pozłocistéj kolasie, tak pogodne wysoko niósł czoło. A gdy jako kolator do pierwszej wchodził ławki i sunął przez środek nawy, ledwie racząc spojrzeć na zgromadzonych, nawet złośliwy Wichuła ustępował mu z drogi. Do ucałowania patyny i krzyża nikt też nad niego nie występował poważniéj i uroczyściéj.
Sama jéjmość, z domu Pilecka, imieniem Kunegunda, wychowana w sąsiedztwie, a znająca tradycyonalny szacunek dla Siekierzyńskich, których wszyscy jako kwiat nobilitatis uważali; poszedłszy za pana Longina, miała sobie za wielkie szczęście, że to imię nosiła, i męża szanowała, czciła prawie jako wyższą jakąś istotę. Sprzeciwienia mu się nie pojmowała, do porady nie ośmieliłaby się nigdy, uważając ją za uwłaczającą tak wielkiemu mężowi i całe życie skinienia tylko jego i woli wypatrywała. Co było najprzykrzejszego w życiu to dla niéj, co najlepszego to dla niego; starania około zdrowia, dostatku, wygód, spokojności kochanego Longina — główném jéj godzin zajęciem. Cicha, pobożna, trwożliwa, potulna, na najmniejszą niecierpliwości oznakę drżała i przerażała się, a za największe miała sobie szczęście, gdy się jéj raczył uśmiechnąć, gdy do niej dłużéj przemówił. Walczyła ona pocichu z ubóstwem, z wytrwałością anachorety, z pracowitością niewolnicy, z przemysłem żyda; ale na cóż się to wszystko przydało, gdy mozolnych trudów owoc, jeden występ, jedna jałmużna pańsko dana, jedno przyjęcie pożerało. Nie sarkała ona widząc strwonione zabiegów swoich długich, często i ofiar osobistych zapasy; ale z cierpliwością anielską rozpoczynała nanowo jak mrówka rozrzucone szybko odbudowywać mrowisko.
Tymczasem dzień za dniem cięższe było w Siekierzynku życie: ów miły sąsiad Wichuła, że go skarbnikowicz przypuścić do siebie na stopie równości, nie chciał, zajadły, chciwy zemsty, co godzina srożéj dojadał, co dzień nowe płatał figle, a siedząc o miedzę, miał tysiąc dokuczania zręczności.
Siekierzyński opędzał mu się z rodzajem wzgardy, jakby dojadającéj muszce lub brzęczącemu komarowi, co to i gniewu nie są warci. Ten animusz wyniosły najgorzéj niecierpliwił szlachetkę, i zaciskając pięści, tupiąc nogami, poprzysięgał, że upokorzy dumę sąsiada, choćby, jak powiadał, miał pójść z torbami lub wieżę odsiedzieć. Znaczyło to, że się wydatku, ani nawet odpowiedzialności osobistéj nie zlęknie.
Skarbnikowicz odpierał donoszone mu usłużnie pogróżki, mira cum superbia, milczeniem — powiadał nieboszczyk pan Kornikowski. Kilkakroć pleban, poczciwy starzec, który z obudwoma chciał żyć w zgodzie, a nieustannie narażał się obu, usiłował napróżno pojednać zwaśnionych sąsiadów. Wichula odpowiadał bez ogródki:
— Kpię z tego hołysza!
A Siekierzyński najzimniéj:
— Ja się na niego nie gniewam, ale żyć z nim nie chcę.
Nazajutrz schwytane gęsi Wichuły w pszenicy pana Siekierzyńskiego wisiały na długich tykach, a karmny wieprzak pani Kunegundy, podobno na ulicy złapany, zabity i w proso wciągnięty, leżał nade drogą w pokrzywach. A gdy taradajka skarbnikowicza przejeżdżała mimo dworku sąsiada, Wichuła wychodził umyślnie do bramy i siadał na ziemi w nieprzyzwoitéj postawie... czego zresztą patrzący w górę Siekierzyński nie widział. Ludzie ich, nieustannie panów drażniąc, psoty wyrządzali niegodziwe, wojna wrzała nieustanna; w dodatku wywiązał się z niej proces brudny i nudny...
Wichuła, którego ojciec gdzieś na wielkim dworze niedawno marszałkowa! i dobrze się obłowił, zamożny, rządny, skąpy, z gębą wyszczekaną, z czołem wytartém, ale sprytny, zwinny i przebiegły, wiele łez panią Siekierzyńską kosztował. Z jéj strony byłaby wszelka gotowość do zgody, ale śmiałaż ją nawet zaproponować mężowi?! On lepiéj wié, co robi — mówiła — a juściż musi się szanować i nie ustąpić szlachetce!
Więc wtąż grając, nie ustępowała kroku pani Wichulinie, ani na procesyi, ani w kościele, ani u sąsiadów, jeśli się gdzie spotkały, i choć pokorna w duszy, musiała do góry głowę nosić, dla pana małżonka.
Wśród takich okoliczności, po kilku latach pożycia, pan Bóg z wielką radością skarbnikowiczka, który się lękał, by na nim dom nie wygasł, i ślubował do wszystkich obrazów o syna, któremu niedostatek tylko i troski miał przekazać — pan Bóg dał mu płci męskiéj potomka.
Wielkaż to była w Siekierzynku radość! Sama pani, która się ciągle modliła, żeby jej Bóg dozwolił życzeniu męża zadość uczynić, tak była wzruszona swojém szczęściem, że je odchorowała; a skarbnikowicz latał po pustych izbach jak szalony, powtarzając sobie, portretom i stołkom: — Syn, chwała Bogu! syn! — Natychmiast postanowił, nie zważając wcale na stan kieszeni i spiżarni, nad któremi się nigdy nie zastanawiał, obchodzić hucznemi chrzcinami przyjście na świat potomka starożytnego rodu. Radby był wspaniałą ucztą na mil kilka wszystkę szlachtę braci u siebie zgromadzić; ale piwnica, zapasy domowe i pusty woreczek stawały na przeszkodzie; a oddawna Siekierzyński, choć bardzo słowny i uczciwy, kredytu nie miał, bo wiedziano, że broń Boże na niego śmierci, mająteczek na długi nie starczy. Nie wstrzymało go to jednak od przyborów wielkich i zapraszania wszystkich znajomych.
Kunusia (tak nazywał żonę), leżąc w łóżku, płakała nad tém, wiedząc, jak znaczny dla nich uszczerbek te huczne chrzciny uczynią, ale jak zawsze tak teraz, nie śmiała się męża woli sprzeciwić.
Proboszcz, jak się tylko o synie dowiedział, pośpieszył zaraz do Siekierzyńskiego w nadziei, że przy téj wielkiéj radości potrafi go może nakłonić do zgody z Wichulą. Sąsiad stał właśnie, jak był nawykł dnie całe, we wrotach dziedzińca, ręce za pasem, noga na nogę założona, o słup oparty poświstując... Szkoda mówić, żeby był piękny: mały, krępy, zwięzły, dość tłusty, raczéj szeroki niż długi, z włosem najeżonym czarnym, nisko zarastającym, z oczyma wilczemi głęboko wpadłemi pod czoło, zawsze uśmiechnięty złośliwie, miał minę zbója, jak powiadał nieboszczyk Kornikowski, że trochę też po zbójecku obchodził się z ludźmi, z któremi miał na pieńku. Gwałt go nic nie kosztował i złe słowo także; bo nawet z przyjaciółmi waśnił się, a we dworze począwszy od żony, która się z nim ujadała dnie całe, nie było człowieka, z którymby się dwa razy w dzień nie skłócił, któregoby nie wytuzał. Pomimo téj prędkości która go strasznym czyniła, nawet właśni ludzie nie obawiali go się i nie szanowali, jakby myśleć można; odpowiadali mu po grubiańsku i były wypadki gorsze jeszcze. Życie Wichuły schodziło na tuzaniach i łajaniach; to był jego właściwy element.
Proboszcz, zbliżywszy się do bramy, pokłonił się panu Wichule i z uśmiechem, który miał zawsze na ustach, bo to był człowiek aż do słabości dobry, rzekł:
— Dzień dobry panu!
— A dzień dobry, mości dzieju! i dokąd-że to?
— Do Siekierzyńskich.
— Jak zwykle! ha! a do mnie to nie łaska! czy to ich spleśniały chleb smaczniejszy od mego?
— Naprzód — rzekł proboszcz zastanawiając się — wiesz pan, że ja Bogu dzięki nigdzie dla chleba nie chodzę, bo mam swojego kawałek, a powtóre powiem otwarcie, że tam idę, gdzie mnie mile przyjmują.
— Wiem ja, wiem, mości dzieju! — odparł Wichuła — że nie mam łaski u proboszcza, a tamten hołysz bardzo blisko jego serca, a cóż robić, nie powieszę się z desperacyi!
— A chcesz waść prawdy — dodał żywo proboszcz — no to ją posłyszysz: tam ja gdy przyjdę, nie spotkają, mnie w progu przekleństwami na ludzi, groźbami, dyabłami, których u waści zawsze gęba pełna; ludzie z Bogiem żyjący.
— A ja to już bez Boga mości dzieju?
— Nie ujmuję waści — kończył proboszcz zażywając tabaki — ale gniew masz ciągle w sercu, a to nic potém.
— Po cóż mnie jątrzą, po co mnie do niecierpliwości przyprowadzają?
— A waść sam?
— Któż począł? nie ja.
— Ot! co to gadać długo! po co darmo się rozwodzić. Pan Bóg dał syna Siekierzyńskim, pogodzilibyście się, zrób tylko krok ku temu.
— Ja! wrzasnął Wichuła — ja! żebym ustąpił temu hołyszowi... a! rychlej się mości dzieju ziemia pode mną zapadnie! o! co nie, to nie. To mówiąc splunął i rzucił się jak dzik skaleczony. — Zalał on mnie, zaleję i ja jemu za skórę gorącego sadła! a zobaczymy czyje będzie na wierzchu!
— A to po chrześcijańsku? — rzekł ksiądz.
— Już niech to będzie jak chce — odparł gwałtownie szlachcic ale prędzéj niebo się na ziemię zwali, niżeli ja podam rękę pierwszy Siekierzyńskiemu...
Nie było co mówić więcéj; proboszcz pokiwał głową i poszedł do skarbnikowicza. Zastał go chodzącego wedle zwyczaju wielkiemi kroki po pierwszéj izbie, z głową do góry, z ręką na plecach jedną, za pasem drugą, z uśmiechniętą błogo twarzą.
— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus...
— Na wieki wieków, ojcze! a! a! wiecie wielką nowinę! Pan Bug mi dał syna... myślę, jakie mu dać imię, w samę porę przychodzicie.
— Winszuję i życzenia składani ze szczerym afektem, dla całego ich domu, jako sługa i bogomodlca...
Skarbnikowicz się skłonił.
— Błogosławieństwo boże — kończył ksiądz — warto szczęśliwą chwilę pięknym uczynkiem oznaczyć.
— Chrzciny będą solenne...
— E! to nie o chrzciny chodzi, skarbnikowiczu dobrodzieju... ale żebyś tak w imię boże... pogodził się z Wichułą, toby to była w niebie radość, żeby się to zgorszenie ukróciło.
Twarz Siekierzyńskiego zasępiła się, milczał.
— Żebyś mu tak po bratersku... — mówił ksiądz.
— Jak-to po bratersku? — przerwał urażony gospodarz.
— Alboż nie jesteśmy wszyscy braćmi w Chrystusie?
— Tak, tak, ale są starsi i młodsi, i Kainy między braćmi... Ja się z nim nie kłócę — rzekł Siekierzyński — ale on ze mną! zresztą mój ojcze, to dla mnie obojętny człowiek, a żyć z nim nigdy nie myślę i nie będę.
— Czemu?
— Bo, prawdę rzekłszy, znajdzie on sobie równych.
— Ej! duma, duma, skarbnikowiczu, nie chrześcijański sentyment! porzucić-by to, porzucić!
— Duma nie duma, ale kiedy kto zna swoję godność...
— Skarbnikowiczu, taki on szlachcic jak i wy — rzekł nieostrożnie ksiądz proboszcz.
Na te słowa jakby go sparzył, odskoczył Siekierzyński, zaciął usta, zgóry spojrzał i odparł z dumą wyraźną, krótko i sucho
— Przepraszam, nie taki szlachcic jak ja... bo takiéj szlachty jak Siekierzyńscy, mości proboszczu, w całym kraju jest tylko cztery familie... Zresztą dajmy temu pokój.
Nie nalegał ksiądz więcéj, bo widział, że i tego obraził, co zresztą najczęściéj mu się trafiało, poszedł więc pokorny i cichy powinszować jejmości i pobłogosławić nowonarodzonego. W ślad za proboszczem przybyli i inni sąsiedzi, którzy kochali i poważali skarbnikowicza i mój pan Piotr Kornikowski, stolnik nurski, który ze szczególną był czcią dla téj familii, a przyjaźnią poufalą Siekierzyńskiego się zaszczycał. Wszystkich na chrzciny, nieco odłożono dla przygotowań, pozapraszał gospodarz; jakoż w miesiąc potém odbyły się, jak można było, najuroczyściéj, z wielkim natłokiem sąsiadów i powinowatych, których we wrotach stojący Wichuła liczył ze złością i zawiścią niewymowną, znajomych nawet usiłując odciągnąć, ale napróżno. Całą pociechą dla niego było, że się nałajał i nakrzyczał. A że chrzciny syna Wichuły, pomimo usilnych zaproszeń, ani przez połowę nie były tak ludne, bo się wszyscy obawiali tego człowieka, u którego nigdy bez awantury się nie obeszło, można sobie wyobrazić, jakiem sercem patrzał na wózki, półkrytki, bryczki i taradajki do starego dworu ciągnące. Jejmość choć w łóżku jeszcze leżała, bo się rozchorowała, potrafiła przecie tak wszystko urządzić, aby się skarbnikowicz przyjęcia nie powstydził, i było porządne, można powiedzieć wystawne, a jak na nich, to bez miary kosztowne. Wichuła, jak zwykle zawistni sąsiedzi, miał tak doskonałych szpiegów we dworze Siekierzyńskich, a tak był ciekawy wszystkiego, co się tam działo, że nazajutrz mógł najdokładniej opisać: co jedli, pili, mówili, robili, co się stłukło, czego nie stało i jak się dla przyzwoitego przyjęcia sztukować musiano.
Po chrzcie Tadeusza-Sobiesława, gdyż takie imię nadano nowonarodzonemu, skarbnikowicz zapalczywiéj niż kiedy począł chodzić i myśléć a rozmyślać, znać o losach syna, którego przyszłość niepokoić go mogła. W istocie interesa były bardzo w złym stanie, niedostatek w domu tylko pracą i przebiegłą troskliwością Kunegundy się ukrywał; gospodarstwo szło opieszale i licho, bo pan skarbnikowicz ani się na niem znał, ani je lubił. Całemi dniami po wielkiéj izbie pustéj chodził zadumany, aż kroków jego ścieżka w pokoju była widoczną. W téj dziwnéj, upartéj przechadzce co dzień rano witał go biały grzyb ogromny, który z kilką mniejszemi w ocienionym kątku pokoju przez noc wyrastał, jak przepowiednia upadku domu, jak symbol zniszczenia. Zaledwie go ujrzał skarbnikowicz, leciał i dusił go nogą z całéj siły, rozrzucając starannie szczątki nieprzyjaciela z wyraźnym gniewem i zapalczywością; ale nazajutrz uparty grzyb odradzał się znowu w tém samém miejscu i tak stokroć gnieciony powtarzał swoje nieme proroctwo. Walka z tym grzybem rozpoczynała dzień każdy, a wieczorem odchodząc na spoczynek, pan Siekierzyński pilnie się przypatrywał, czy nieprzyjaciel nie podniósł głowy; nie było ani śladu, dopiero przez noc uwinął się tak, że zawsze dobry dzień szyderskie gospodarzowi powiedziéć musiał. Grzyb ten skarbnikowiczowi truł życie po części, ale nie było na niego rady jak na Wichułę, i kto wie, czy milczące przechadzki całodzienne nie z powodu tego grzyba się odbywały? Skarbnikowicz cały dzień prawie deptał chwiejącą się podłogę wielkiéj izby, czasem zajrzał do żony i syna, a gdy podstarości przyszedł wieczorem po dyspozycyę i stanął w progu z batogiem, Siekierzyński popytał go tylko, co robić myśli, i na wszystko się zgadzał, co ten mu podsunął.
Z nałogowego milczenia i dumania wychodził tylko skarbnikowicz, gdy mógł mówić o upadłéj wielkości swojego rodu, o jego dziejach i przeszłości. Naówczas stawał się wymowny, niewyczerpany, obfity, wesół, słowem, nowy człowiek; lecz zaledwie przerwano mu ten przedmiot jedyny i zwrócono ku innemu, wpadał w zamysły znowu i martwiał.
Sądziła jéjmość sama, że urodzenie syna doda mu ochoty do gospodarstwa, nakłoni do pracy i zajęcia interesami, ale wszystko się kończyło na dumaniach i odkładaniu na jutro. Kiedyś późniéj miało się wszystko najgładziéj, wszystko poułatwiać, i powinny były lepsze nastąpić czasy. Siekierzyńscy acz lente, jak powiadał Kornikowski, popierali od bardzo dawna proces ze spadkobiercami Lędzkich o posagową sumę bezpotomnie zeszłej Agaty Siekierzyńskiéj; przyszło i panu skarbnikowiczowi, aby rzecz nie uległa przemilczeniu, wnieść jakiś pozew na trybunale lubelskim; potrzeba było jechać do miasta. Długo się bardzo wybierał, odkładał, ociągał, ale w ostatku, gdy już zagrażały zwłoki, musiał ruszyć z trochą grosza do Lublina, pobłogosławiony na drogę przez proboszcza, z wielkiém podziwieniem jego wynurzywszy mu na odjezdném, że byleby Lędzcy okazali szczerą chęć układów, on także gotów na nie przystać.
— Widzisz waćpan dobrodziéj — rzekł skarbnikowicz po cichu — nie mówiłem o tém nikomu, ani nawet Kunusi, ale postanowiłem, po dojrzałéj refleksyi, zostawić synowi raczéj spokojny kęs chleba, niż olbrzymie nadzieje z kłopotami.
— Święte są słowa twoje, skarbnikowiczu dobrodzieju — odparł szybko proboszcz — gódź się, gódź, jużciż-cie się i tak na ten proces zrujnowali...
— I wygralibyśmy go, gdyby tylko trochę cierpliwości jeszcze, ale ja się starzeję, chłopcu potrzeba chleba, my trochę ścieśnieni w interesach, wolę ze stratą kończyć.
— Śliczna myśl, którą omnimodo pochwalam! tak, lepiéj poły obciąć a od sprawy uciekać.
— Jużciż żeby jak — poważnie rzeki Siekierzyński — to wezmę więcéj niż połowę mojéj pretensyi.
— Gdyby i czwartą część to dobrze! — powiedział proboszcz.
— O! co to, to nie! Posag Agaty Siekierzyńskiéj primo voto Kossobudzkiéj, secundo Lędzkiej, wynosił z wyprawą 50,000 złotych ówczesnych, a licząc procenta i co lat dwadzieścia tylko alterum tantum, należy nam jasno i oczywiście zgórą półtora miliona.
— Jeżeli na takiéj stopie chcesz się waszmość układać — przerwał proboszcz — wątpię, żeby z tego co było......
— A na jakiéj-że chcecie? — rzekł skarbnikowicz jużciż to należność święta, a gdy jej połowę ustępuję dla świętéj spokójności.....
Ksiądz ruszył ramionami, a Longin Siekierzyński siadł na taradajkę i w głębokich rozmysłach pojechał do Lublina. Tu znalazł prawników, co mu głowę nabili, że z jego pretensyą można się jeszcze sto drugie lat prawować; ale trwał w postanowieniu zgody i adwokatowi strony przeciwnéj oświadczył gotowość do układów... Posłano do spadkobierców Lędzkich, ale ci cum stupefactione (powiadał Kornikowski) pana skarbnikowicza, rozśmieli się, ruszyli ramionami i odrzucili propozycye. Zaniósł więc pozew i manifest nowy, nazad do domu pociągnął, milczący, ale silnie przejęty i zmartwiony widocznie.
Jak wyjeżdżając nic żonie nie wspomniał o zamiarze kończenia zgodnego ze spadkobiercami Lędzkich, tak wróciwszy nic téż jéj o upokorzeniu swém nie mówił; a na zapytanie plebana, zbył go milczkiem i ruszeniem ramion. Wkrótce jednak i jéjmość i proboszcz postrzegli, że się z nim coś osobliwszego działo: pospolicie bowiem był pogodnego choć zamyślonego oblicza, a teraz zasępiał się co dzień chmurniéj, często nie słyszał, co do niego mówiono, trafiało się, że na pytania, których niby słuchał, nie odpowiadał i pogrążony w zadumie nietylko dnie całe, ale część nocy chodząc po izbie wzdłuż i wszerz, mrucząc coś niezrozumiałego, przepędzał. Nic go nie zajmowało, nawet to dziecię, którego przyjścia na świat tak oczekiwał; a łagodne prośby żony, ażeby się szanował, żeby rozerwać się starał, przyjmował, jakby ogłuchł. Poczciwy proboszcz, który dawniej miał niezawodny sposób rozochocenia go, naprowadzając rozmowę na historyę rodu Siekierzyńskich, teraz nie umiał nic z niego dobyć, prócz kilku słów zimnych. Mówiąc nie patrzał na niego jak przedtem, ale słupem oczy wlepiał to w ścianę, to w podarty pułap, to w okno. Widocznie opanowała go melancholia, jak to podówczas zwano, czyli inaczéj hipochondrya, wedle wyrażenia pana Kornikowskiego, z którego ust mam te wszystkie szczegóły.
Zlękła się wielce jejmość widząc ten stan umysłu skarbnikowicza, a co gorzéj, że nagle chudnąć począł; była cicha narada z księdzem proboszczem i stanęło na tém, żeby doktora Niemca, niejakiego Vogelwiedera, Szlązaka, zamieszkałego w pobliskieém miasteczku wojewody mazowieckiego, przywołać. A że nie chciano przestraszać Siekierzyńskiego i aprehensyi w nim wzbudzać, udała pobożnie pani skarbnikowiczowa, że doktora tylko dla dziecięcia sprowadza.
Pojechał tedy proboszcz sam po Niemca i przywiózł go do Siekierzynka; a stojący we wrotach Wichuła rozśmiał się na całe gardło, widząc, że go wieziono do sąsiada i rzekł zajadle:
— Taki zagryzę bestyę!
Ksiądz słysząc to, aż się przeżegnał, jakby szatana spotkał.
Fizyk Vogelwieder, bo tak podówczas zwano lekarzy jeszcze, był to otyły Niemiec, ubrany po swojemu kuso, śmiesznie, w peruczce pudrowanéj z ogromnym harbajtlem, z wielką trzciną w ręku, w kapelusiku; przystrojony łańcuszkami, dewizkami od ogromnego zegarka, mający kieszenie pełne leków, bo był razem doktorem, farmaceutą, chirurgiem, dentystą i apteką chodzącą. Nie wiele umiał, i dlatego właśnie wyjechał do Polski, gdzie podówczas brak było lekarzy; śmiało leczył, dumny był bardzo ze swego głupstwa, i narodem, który po niemiecku nie mówił, gardził, zgóry nań patrząc; zresztą lubił pieniądze nadewszystko, a kartofle i piwo kładł zaraz po nich. W młodości okulawiał był z przypadku, co nieuchronnym czyniło dlań użycie trzciny, a dla pospólstwa nóżka jego przyschła i kopytkowéj małości do dyabléj bardzo była podobna. I wyraz téż twarzy miał coś szatańskiego: biało-blada, pospolicie nieruchoma, gdy mówił konwulsyjnie wykręcała mu się na wszystkie strony, brwi tańcowały po czole, peruka ze skórą głowy chodziła po czaszce, oczy latały, usta gdyby ryjek, wywracały się dziwacznie... po chwili wracały znowu do nieruchomości kamiennéj. Dzieci jak strachu obawiały się Vogelwiedera, tém bardziéj, że miał szczególną pasyą męczyć je, straszyć i do płaczu doprowadzać. Uniżony aż do podłości z wyższemi, przypadający przed panem, ze szlachtą obchodził się dumnie i bez żadnéj grzeczności, z chłopem i żydem nieludzko...
Takiego lekarza, w niedostatku innego, wiózł proboszcz do Siekierzynka, całą drogę mu kładąc w ucho, żeby udawał, jakoby dziecięciu radził, a nie spuszczał z uwagi ojca i powiedział szczerze, co o jego stanie myśli. Zdawało się, że pan fizyk zrozumiał, bo ciągle powtarzał:
— Dobra! dobra! niek bęzie spokojna! ja szytko wie i zrobi jak powinna! dobra! dobra!
Skarbnikowicz już był o przybyciu doktora uwiadomiony i wcześnie talara ostatniego nagotował uwinąwszy go w czysty papierek; zapowiedziawszy tylko proboszczowi, że ręki nie poda szołdrze i że do stołu z nim nie usiądzie.
Jakkolwiek Niemiec zwykł był poczynać sobie ze szlachtą ubogą bez ceremonii, a dom w Siekierzynku nie zwiastował dostatków, ujrzawszy poważną postać Siekierzyńskiego, który i w wytartym makowym kontuszu miał minę pańską, fizyk ukłonił się pokornie i uczuł jakąś potrzebę obejścia się przyzwoitego.
Pod pozorem rozmowy wlepiał oczy w skarbnikowicza, badał jego oddech, blask jego oczów, niby dla obejrzenia kształtów pięknéj jego ręki pomacał pulsu, na co milczący gospodarz pozwolił choć ze wstrętem, bo nie lubił Niemców, mając ich wszystkich za nieszlachtę i wyrwigroszów; nareszcie poszedł do dziecka z proboszczem i tu spytany przez jéjmość o stan zdrowia męża, powiedział bez ogródki:
— Barzo zła! barzo zła! hypochondriacus! puls febryczny... ciężka sprawa! bęzie bryk!
Tego bryk szczęściem nie zrozumiała skarbnikowiczowa, proboszcz zagadał i spytał, co robić choremu. Fizyk Vogelwieder miał na wszystko trzy tylko lekarstwa: krwi puszczenie, pigułki czyszczące i womitif, jak go nazywał, a że choroba była silna, zadysponował wszystko troje razem. Pozostawało przekonać Siekierzyńskiego o potrzebie użycia leków, o chorobie, któréj nie czuł, i skłonić go do posłuszeństwa. Różnych i wszystkiego rodzaju próbowano sposobów, ale wszystkie napróżno: zaklinała i prosiła żona, prawił kazania proboszcz, na wszystko Siekierzyński odpowiadał krótko i stanowczo:
— Dajcie mi pokój, jestem zdrów!
Tymczasem w oczach niszczał, słabł, sechł i wszystko składając na narodową słabość, z któréj jednego z królów straciliśmy, utrzymywał, że lada dzień zdrów będzie jak ryba. W ostatku do łóżka się zwlec musiał i zakaszlał, pokazała się krew, posłano znowu po Vogelwiedera, który nawpół przemocą upuścił talerz krwi, obiecując sobie najlepszych skutków. Ale w tydzień skarbnikowicz nie wstawał i proboszcz dysponował go na śmierć.
Biedna żona klęczała z dzieckiem na ręku u łóżka, płakała i modliła się, a rozpacz jej była tak straszna, że Niemiec nawet krzywił się na jéj widok. Tymczasem Wichuła zawsze we wrotach dziedzińca stał i śmiał się, witając proboszcza przechodzącego z najstraszniejszemi wiadomościami o zdrowiu skarbnikowicza.
— A co, dyabli go biorą, ja-m mówił.
— Dałbyś pokój, człowiecze! — rzekł ksiądz — upamiętałbyś się; jak ci nie wstyd zajadłości twojéj? Przynajmniéj na łożu śmierci chrześcijanin nieprzyjaciela widzieć nie powinien.
— Ej! księżuniu, i na katafalku jeszcze mu będę dojadał! — odparł zajadły sąsiad — żonie i dzieciom nie daruję!
— Waćpan jesteś szatan! — zawołał uciekając pleban, zatkawszy sobie uszy...
— Gardzi on mną, niechże wie, kim gardzi i kogo ma za gorszego od siebie! — wolał Wichuła — ja mu i po śmierci spokoju nie dam...
Gdy się zbliżyła uroczysta godzina pożegnania, skarbnikowicz nie pokazał po sobie zbytniego wzruszenia; uważano to i wprzódy, że do stoicyzmu czuł się obowiązanym i często powtarzał historyą zgonu heroicznego Jana Sobiesława, który od Turków na pal wbity żył, dwa dni w mękach klnąc niewiernych. Gdy inni otaczający płakali, on się pocichu i spokojnie modlił.
Potém obrócił się do żony i rzekł poważnie:
— Nie płacz asindźka, Kunusiu, nie rozpadaj się, Pan Bóg nad nami, nad wdową i sierotą, a takiego wielkiego imienia dziedzica za zasługi ojców nie opuści. O jedno cię proszę, nie daj mu się zwalać i pilnuj, by przyzwoite stanowi swemu prowadził życie. Zostawuję ci w puściznie lepiéj niżeli wielkie dobra, bo imię piękne, starożytne, na którém się muszą w świecie poznać. Edukuj Tadeusza, jak mu przystało, a niech zawczasu albo do wojskowości, albo do gospodarki się sposobi, w ostatku z lichem do palestry, bo i tam szlachta, choć żaden Siekierzyński jeszcze nie mecenasował... ale pilnuj jéjmość, by nasza siekiera w błoto nie wpadła...
Gdy to mówił, a głos mu słabnął i proboszcz do modlitwy wzywał, uśmiechnął się łagodnie, powieki zmrużył i Bogu ducha oddał. Lament i płacz rozległ się po pustym dworku, bo, powiadał pan Kornikowski, i żona do niego bardzo przywiązana była, i ludzie też kochali nieboszczyka serdecznie, poważając go i szanując. Ale wprędce potrzeba zajęcia się wszystkiém nie dozwoliła pani skarbnikowiczowéj rozpadać się i płakać, musiała nieboraczka, acz chora i niedomagająca, myśleć naprzód o pogrzebie stanowi nieboszczyka przyzwoitym, potém o losie dziecka i swoim.
Wichuła jak się o śmierci z powszechnego krzyku dowiedział, plunął tylko ze złości, widząc, jak go żałowano, i zawołał:
— Macie po kim się rozdzierać! Zdechł, to mniéj jednym psem na świecie, a teraz pogramy z jéjmością i synaczkiem...
Ludzie, co to słyszeli, zgrozą byli przejęci i z przestrachem pogadali na rozbestwionego gniewem człowieka.
We dworze Siekierzynka, w chwili zgonu dziedzica taki był niedostatek, że gdyby nie proboszcz i nie stolnik nurski, pan Piotr Kornikowski, nie byłoby za co przyzwoicie zmarłego pochować. Ale bracia szlachta i dalecy powinowaci Siekierzyńskich, dowiedziawszy się od księdza o biedzie wdowy, podesłali, czego było potrzeba, pocichu, tak, że i księży sprowadzić i katafalk piękny postawić i trumnę obić było za co galonem i stypę jeszcze sprawić sutą. Pocieszyła się tém żona, a zwłaszcza frekwencyą wielką ludu zewsząd przybyłego, który, jak mówił pan Kornikowski, okazałości niemałéj dodawał; a Wichuła o mało się, patrząc na to, nie wściekł ze złości, bo pogrzeb był przepyszny, jakby jakiego magnata. A gdy kondukt przechodził mimo dworku sąsiada, swoim zwyczajem stał we wrotach Wichlina, w czapce, w koszuli tylko i butach, urągając jeszcze zwłokom, tak był niepowściągliwy, a głośno, nie zważając na wdowę, krzyczał: — Bywaj zdrów sąsiedzie! dobranoc! dobranoc!
Nikt tam na niego nie spojrzał nawet, ale dziwnym trafem wóz żałobny, na coś zawadziwszy, podskoczył przeciwko samych wrót, wieko trumny źle umocowane osunęło się na bok i biała trupia ręka nieboszczyka, jakby na zgodę, wyciągnęła się ku Wichule, który zbladł i cofnął się mrucząc.
Żona, która to z ganku widziała, przybiegła i gwałtem prawie pociągnęła z sobą do dworku męża, który zdawał się jakby obłąkany i przerażony i śmiejąc się ciągle powtarzał:
— Nie da mi pokoju i po śmierci! nie da mi pokoju!
W kilka dni doktor Vogelwieder jechał na bulanym stępaku do pana Wichuły, który już w gorączce bredzić poczynał; zobaczył mu język, pomacał pulsu i rzekł chłodno: — Caput!
Jakoż się nie omylił, bo w kilka dni już i ksiądz proboszcz był u łóżka chorego i w imię Chrystusa ukrzyżowanego zaklinał go, by wszystkim przebaczył i ze wszystkiemi się pojednał. Wichuła mruczał tylko:
— Jeszcze po śmierci mi urąga, jeszcze po śmierci mnie prześladuje! Nie daruję żonie, nie daruję dzieciom!
— Proś lepiéj Pana Boga, żeby tobie darował! — odrzekł proboszcz — a nie myśl o starych waśniach.
Bredząc coraz dziwniéj, klnąc i złorzecząc bezprzytomny, ciągle prawie zły sąsiad, w tydzień po skarbnikowiczu, o téj saméj godzinie co on, ducha wyzionął; a wszyscy to zapewniali i pan stolnik nurski na swoje oczy widział, że w izbie, w któréj skonał, sufit się nad łóżkiem zawalił. Na pogrzebie Wichuły mało było osób i pomimo zamożności, gdy się jéjmość ze stypą wysadziła, nie było jéj komu jeść, a podwójnych galonów na trumnie nikt prawie nie widział.
Poczciwa wdowa po Siekierzyńskim, za namową księdza proboszcza, dla okazania, że nie chowała w sercu żalu dla sąsiada i przebaczyła mu po chrześcijańsku, poszła za pogrzebem. Ale jak to czasem najlepsze uczynki ludzkie opacznie sobie tłómaczą, brat pana Wichuły, pan Protazy z Wierzbolowa, zawadya jak oni wszyscy (bo rodem kurki czubate), wziął to za insultę — powiadał Kornikowski — i poprzysiągł, że się pomści. Napróżno pleban, który tę myśl poddał, tłumaczył i okazywał, że to w duchu chrześcijańskim uczynione było, pan Protazy uparty i zażarty, zaklinał się, że chyba żyć nie będzie, jeśli nie pokaże Siekierzyńskim, co Wichulowie znaczą.
Otóż tak drobna ta na pozór okoliczność stała się powodem nieskończonych dla wdowy utrapień. Jużeśmy to mówili, bo wiemy dowodnie z ust stolnika, że pani Siekierzyńska pozostała w bardzo przykrych post decessum nieboszczyka interesach, a to tak dalece, że i raty podatkowéj i procentów różnych i sumek rękodajnych zalegało na Siekierzynku więcej niżeli wioseczka była warta. A tu nikogo krewnego bliższego nie było, coby poratował, bo wdowa, która była aż z krakowskiego, z tamtych Pileckich, co około Kielc się gnieżdżą antiquitus, i tu nie miała prawie familii. Gdy ksiądz proboszcz zawezwał stolnika nurskiego dla przepatrzenia dokumentów i ułożenia statum długów, procesów, włosy na głowie powstały Kornikowskiemu, wejrzawszy na nieszczęśliwy stan wdowy i sieroty. Cudem tylko Siekierzynek trzymał się przy nich, bo ich rugować mogli wierzyciele w jednéj chwili. Co tu było radzić? Stolnik życzył układy, przewłokę i nadzieję w Bogu i przyszłości; ale wściekły brat nieboszczyka Wichuły, któremu podobno i wdowa zmarłego smakowała, że się do niéj rad był przybliżyć, począł nabywać długi na Siekierzynku z zamiarem wypędzenia Siekierzyńskich. Nie było na to sposobu ani ratunku, a stolnik opisując to powiadał, że mu się łzy w oczach kręciły, gdy na nieszczęśliwą wdowę i sierotę, tam magni nominis haevedis, spojrzał, w ucisku, nędzy i co chwila zagrożonych, że ich z pod zbutwiałego dachu, pod którym od lat dwóchset pokolenia przodków mieszkały, wypędzą. Uwijał się młodszy Wichuła, że w kilka miesięcy już Siekierzyńskiej nie pozostało, tylko go prosić o folgę.
Poszła do niego z proboszczem i dla dziecka nie wahała mu się do nóg rzucić a błagać o litość, ale nie tylko on, ale wdowa wybiegła do niéj z wyrzutami, że nieboszczyk był przyczyną śmierci jéj męża, że całe życie im dojadali i że teraz przyszła kolejka nich... pójść z torbami. Powstała więc z niejaką dumą prosząca i poszła w milczeniu do pustego dworu, który opuścić miała i poczęła z wielką umysłu stałością ostatek fantów sprzedawać, aby jaki grosz zebrać na drogę do Lublina, gdzie dawniéj kupiony, dla pilnowania procesu z Lędzkiemi, mieli jeszcze drewniany dworek na Winiarach, w którym osiąść z dzieckiem myślała. Szlachta okoliczna choć uboga, sprzyjając Siekierzyńskim, pokupowała wszystko aż do łomu krzeseł i kanap, pustych skrzynek i ladajakich sepetów, tak, że się z tego kilkaset złotych insperate zebrało. Ludzie wiejscy płakali, przychodzili do dworu, póki mogli, kto z kurą, kto z jajami lub prosięciem i tak ich do ostatniego dnia żywili. A gdy w połamaną taradajkę siadła skarbnikowiczowa ze starą Dorotą i synkiem, żegnając stary dom, w którym lat kilkanaście przeżyła, który widział jéj szczęście i niedolę, gdy za łzami dojrzeć nic nie mogąc, tuliła dziecko do siebie, płacz całéj gromady Siekierzynka rozległ się po dziedzińcu i wieśniacy przeprowadzili ją aż do krzyża za wioskę. Tam jeszcze natkali jéj, co kto mógł, do taradajki i długo stali patrząc drogą na odjeżdżających, dopóki Wichuła młodszy bizunem ich rozpędzić nie kazał.
Jako jedyną pamiątkę przy gratach swoich, wiozła do Lublina skarbnikowiczowa owo drzewo gienealogiczne i wszystkie portrety dziadów, jakie tylko zebrać mogła gdziekolwiek, podarte, popalone, bojąc się, by Wichułowie nie urągali im jeszcze.
Potrzeba było widziéć, z jak złośliwym tryumfem Wichulina ze swojemi dziećmi i bratem mężowskim, po odjeździe wdowy, wpadła do pustego dworu; z jaką radością szatańską przechadzali się wszyscy po izbach smutnych i ciemnych, w których długo rozlegały się ich stąpanie. Nigdzie żywego ducha... pustka i ruina! Włóczyli się tak do nocy, szydząc i opatrując komnaty, przypominając, co ucierpieli od Siekierzyńskich i pocieszając się zemstą nasyconą. Czy to zrządzeniem bożém, czy złych ludzi sprawą, ledwie za próg wyszli ze starego dworu, domostwo, które jakby cudem dotąd się trzymało, runęło na ziemię. Było z tego wielkie badanie, podejrzenia różne, długie sądowe śledztwa, ale z nich nic się nie okazało; bo żadnego nawet dyla podpierającego oddawna dwór nie brakło, i nigdzie śladów ani podpiłowania, ani podkopania nie było.
Wichułowie kazawszy potém rozebrać do szczętu ruderę, zrobili w tém miejscu ogród i dziką promenadę dla swoich panienek.
Jechała tedy Siekierzyńska powoli się wlokąc do Lublina, w Panu Bogu pokładając utrzymania swego dalszego nadzieję; bo innego sposobu do życia nie miała, tylko pracę własną, a za całą majętność ów dworek na Winiarach. Droga była długa i smutna; wdowa przywykła do siedzenia w domu i krótkich tylko przejażdżek w sąsiedztwo, obawiała się wszystkiego, rozbójników, wywrotu, burzy, żydów po karczmach, złodziejów, nocy... Dorota i stary Maciej, który powoził, a Andrzej, co drugim wozem kierował, napróżno starali się ją uspokajać: sami także w obcéj stronie, często rady sobie dać nie umieli. Matce chodziło więcéj jeszcze o dziecię jak o siebie: zdawało jéj się, że trzęsienie wózka, upał, niewygoda, zaszkodzić mu mogą; a choć chłopak miał lat siedm i więcéj się bawił podróżą niżeli męczył, wdowa upatrywała codzień coś zastraszającego, to w czerwoności jego policzków, to w śnie, którego potrzebował, to w nienaturalnéj, jak mówiła, wesołości jego. Co chwila stawano, pakowano, przepakowywano, dobywano jadła, sukienek, zrywano mu kwiatki, przynoszono wody. Poczciwi ludzie, przywiązani do swojéj pani, jak mogli i umieli, dogadzali jej żądaniom, częsta najdziwaczniejszym. Stary Maciej, niegdy stangret, póki było czém powozić, późniéj fornal, nie myślał już nawet powracać do Siekierzynka, choć tam braci i zgrzybiałą matkę zostawił. Czuł się w obowiązku służyć pani i paniczowi, dopóki sił stanie, bo ich kochał jak rodzinę swoję. Był to jeden z tych ludzi, co się przywiązują do panów jak do rodziny i gotowiby im zapłacić, byleby od siebie nie odpędzili. Stary był poczciwy ale gdera wielki, tak, że nieraz i nieboszczyka pozwalał sobie w żywe oczy nudzić i czynić mu wymówki, zresztą z najlepszego serca pochodzące. Skarbnikowicz z uśmiechem znosił starego sługi nauki, a wdowa zawsze je odpłacała kielichem wódki i podwieczorkiem. Maciej był bardzo poważny, z dumą pielęgnował długi was szpakowaty, który trochę czernił i do góry podkręcał, czoło miał zmarszczone, twarz posępną, wejrzenie groźne, a ktoby go nie znał, wziąłby go za złego i popędliwego człowieka. Tymczasem nie było poczciwszéj duszy a większego gaduły, i byle mu się dano wygderać, nagadać i nawyrzekać dowoli, więcéj nie żądał. W braku ludzi gadał do swoich koni głośno, a w ostatku sam do siebie, a nigdy inaczéj jak spluwając i wymówki czyniąc surowe. Maciej miał jeszcze i tę wadę, że używanie tabaki i robienie jéj uważał za wielki i ważny obowiązek, który szedł przed wszystkiemi innemi; nie trzeba go było zaczepiać, gdy tarł ją, ani lekceważyć, gdy nią traktował. Pewien był bowiem, że jego sposób robienia tabaki przewyższa wszystkie znane zapachem, smakiem, kalibrem, kolorem i, jeśli raczył zażyć cudzéj, to tylko, by się wzgardliwie nad nią uśmiechnąć, a swoją potém pocieszyć. Sławnego tego wiercenia cudownego proszku, nauczył się był od bernardyna kwestarza i krył się z nim, jak z największym sekretem. Wszyscy słudzy w Siekierzynku szanowali go bardzo, a w drodze teraz réj wodził i z niezmierną powagą nieustannie coś pod nosem mrucząc, wywijając batogiem, gadając do koni różnemi głosami, popędzał trzy chude szkapy, które biedną wdowę do Lublina dowieść miały.
Niekiedy odwracał się do swéj pani z jaką perorą, lub dla zgromienia Doroty, na którą równie jak na konie zły humor swój spędzał; a na wszystkie żale pani i dziecka, ofiarował jako jedyny specyfik tabakę, którą i małego Tadeuszka gotów był poczęstować.
— Spać się chce dziecku? a no niechby panicz aprobował bernardynki, to i sen odejdzie! — Jeść się chce? podawał różka, pić? różka; słowem na wszystko miał odpowiedź: różek i tabakę. Ale nie dziw, bo Maciej tabakę uważał za lekarstwo od wszelkich chorób i dolegliwości; od febry dawał tabakę swoję w wódce, od bólu głowy tabakę, rany posypywał tabaką, słowem radził ją wszystkim i zawsze. Kilka razy w drodze na smutek i łzy wdowy podkuwał przez Dorotę różek swój, dając jéj do zrozumienia, żeby go podała pani, a gdy się ta wzbraniała, ruszał ramionami i łajał.
Dorota, ulubienica pani i piastunka Tadeuszka, równie szczęśliwie była wybraną za towarzyszkę wygnania i nędzy, bo serca poczciwszego nad jéj trudno było znaleźć; żyła wychowańcem swoim, nad którego nie wiem czyby własne dziecię lepiéj kochać mogła. Była-to już nie młoda, silna i barczysta kobieta, pospolitych rysów twarzy, jasnego włosa, poszpecona bardzo od ospy, rumiana, żywa, gadatliwa i pracowita. Jak Maciej chmurne miał oblicze, tak Dorota wesołe i jasne, a humoru jéj nic zmienić nie mogło na długo. Zasępiła się, zapłakała, otarła oczy, biegła do roboty i śpiewała. Żywiołem jéj była praca: nigdy nie próżnowała chwili i w drodze nawet plątała pończochę, choć nad tém niezwykłém zatrudnieniem często zadrzemała, wolała inne zajęcie ruchliwe i cięższe. W domu ona była wszystkiém: kucharką, służącą, klucznicą, piastunką Tadeuszka, ogrodnikiem i nie wiem czém jeszcze, a zawsze utyskiwała, że niema co robić. Widziałeś ją wszędzie, co chwili na lamusie, w piwnicy, w pokoju brzękały jéj klucze i głos raźny a wesoły dawał się słyszéć; zjawiała się w kuchni, leciała do ogrodu, często i w pole poszła jeszcze zobaczyć, jak tam robotników pilnują i powstydzić próżniaków. Z panem Maciejem, jakkolwiek wzajemnie się cenić umieli, wojowali nieustannie. Dorota wymawiała mu, że wszystek czas trawi na pasemkowaniu tytuniu, suszeniu liści i wierceniu tabaki; on ją zwał wszędobylską; ale gdzie chodziło o rzecz państwa, godzili się doskonale.
Taki był dwór biednéj wdowy dobrowolnie towarzyszący jéj w podróży. Konie, stary szpak dyszlowy, gniada zwana płocką i kasztanka znacznie mniejsza od poprzedzających, pięć lat w szóstym na przyprzążce, w szlejach krakowskich jako-tako poreperowanych, wiozły taradajkę żółtą. Andrzej chłop z Siekierzynka, mający powrócić z Lublina, popędzał wóz zawierający parę kuferków, kilka portretów familijnych, zabawki Tadeuszka, krup trochę, masła, mąki i grochu w węzełkach. Na wierzchołku misternie ułożonego pakunku, w klatce wiozła Dorota pięć kur faworyt swoich i żółtego koguta. Taradajka i wóz posuwały się niezmiernie wolno, tak, że ledwie którego dnia pięć mil ujechać mogli. Maciej z wielką powagą i uwagą zażywał swoich koni, więcéj głosem i morałami niż batogiem je popędzając...
— Wstydziłbyś się stary! ej! stary! myślisz, że ja nie widzę — przemawiał dobywając różka powoli — będzie batóg w robocie! Dyszel na ciebie idzie! A naści za twoje! ha! widzisz, żem nie ślepy! Ej! mała wiu! wiu! mała! wyciągaj! Płocka uczciwa klacz, jaka szczera, czemu się na nią nie zapatrujecie, sama wózek ciągnie!...
Tak perorując zakładał bat i lejce pod pachę lub pod nogę, a sam brał się do tabaki, niekiedy z pode łba poglądając na konie; te tak już były przywykły zwalniać biegu, jak tylko rożka dobył, że regularnie przystawały, ale zaledwie schował w kieszeń tabakę, uprzedzając admonicyą kłusować zaczynały znowu. Po zażyciu rozweselony, odwracał się do Doroty i jeżeli ją zobaczył śpiącą, zawsze jéj poddać musiał tabaki; jeśli nie spała, gderał na nią nie wiedziéć czego. Dorota śmiała się wesoło i podjudzała go jeszcze w nadziei, że to panią rozweseli. Ale wdowa milcząca i pogrążona w myślach jechała, patrząc tylko na dziecię i o niém tylko myśląc. Przed każdą karczemką zastanawiali się, to wytchnąć, to pić, to dziecku coś dobyć, to koniętom spocząć, to poprawić koło ciągle psującéj się uprzęży. Trwała w ten sposób podróż kilka tygodni, aż nareszcie o mroku wieczornym, Maciej biczyskiem coś wskazał wychylającego się z za pagórków... był to Lublin...
Wdowa przeżegnała się, serce jej uderzyło, złożyła ręce, poczęła się modlić drżąc cała, a Tadeuszek wylazł na kolana Doroty, by się lepiéj wielkiemu miastu przypatrzeć.
Maciej, który bywał w Lublinie, wskazywał wieże kościołów, bramy, nazywał ulice i przedmieścia.
Wszystkim prócz Macieja usta zamknął przestrach, i to uczucie dziwne, które zawsze wstrząsa człowiekiem, gdy się ku miejscu swych ostatnich zbliża nadziei... tyle razy zwiedziony, jakże się nie ma obawiać! Wdowa modliła się, dziecię podziwiało, Dorota zadumała, a stary stangret gderał to na swoich, to na konie, które żywiéj teraz zacinał...
Siekierzyńska co nigdy w większém mieście nie była, na widok rozległych domostw szeroko rozpierzchłych a ścieśnionych, na odgłos szumu i gwaru, uczuła bojaźń jakąś, chciałaby się była powrócić, żal jéj było, że nie pozostała na wsi.
— Jak tu sobie dać radę! — myślała z płaczem — wśród tego tłumu nieznajomych, nieprzyjaznych, obojętnych! o Boże! prowadź mnie!
I przycisnęła dziecinę do siebie, jakby jéj co zagrażało.
Maciej tymczasem na Winiarach szukał daszku dworku Siekierzyńskich, bo go chciał wcześnie pokazać.
— Ot, ot! — zawołał — ot ten, co to między domem, gdzie się z komina kurzy nalewo, a temi drzewami, widzi jéjmość, gdzie dwa białe słupki... Oto nasz dworek! widzi jéjmość? nie, nie! wprawo! trzeci... tak! tak!... nie opuszczaj się płocka!... a może nie dowidzę!... Zresztą, to się pokaże, gdy no tylko podjedziemy. A nu razem dzieci!
I smagnął po koniach.
— Powoli, proszę cię, powoli — odezwała się wdowa.
— E! co to darmo aprendować — rzekł woźnica — czy powoli czy prędzéj, dojechać trzeba, a jak zmierzchnie w ulicach, jeszcze co z wozu od tego gapia Andrzeja skradną. Trzeba ruszać i po wszystkiém, prawda Doroto?
— Jedź no, jedź, nie gadaj! — szepnęła sługa poglądając na panią....
— Czemu nie gadaj? — rzekł Maciej — hę? cóż to, myślisz mi gębę zamknąć, żebyś tylko sama mełła językiem? czemu nie gadaj? owszem gadać będę. Otóż masz, jest nasz dworek, ot ten, co to go widać, jakby wyglądał z-za parkanu wylazłszy trochę, dwa okna z drugiéj strony, a studeńka... Masz tobie, u nas bo niema studni! omyliłem się... win! płocka! szpak wyciągaj! Andrzeju, nie zostawaj! słysz! a jak wjedziemy do miasta, pilnuj fury z tyłu, żeby cię nie okradli, bo broń Boże szkody, jak mi Bóg miły, sam ci wlepię...
Koło uderzyło o kamień, a Maciej począł kląć kamienie.
— Oj to lud! to lud! a nie zdjąłby to kto z drogi kamienia! nie! jadą, koła psują, a nikt nie odtoczy! hultaje! próżniaki!
— A czemuż ty tego nie zrobisz?
— Albo to ja tutejszy? — odparł Maciej — jak wasannie pstro w głowie, co to do mnie należy? Ale ja z dawna znam Lubelczyków, o! próżniaki! próżniaki...
I jechał daléj, aż się do bram zbliżyli, i krętą uliczką na Winiary zawrócił Maciej.
Wdowa, wpośród ciżby żydowstwa i gwaru miejskiego, zupełnie straciła głowę, spuściła oczy, objęła dziecię ciekawie poglądające na wszystkie strony i zdała się na sługi z wyszukaniem dworku, do którego wprost zajechać mieli. Maciej podniósł się z siedzenia i począł pomiędzy brykami, furami, piechotnemi, straganami i ławkami przekupniów wywijać z niepospolitą zręcznością, odzywając się głosem i batem, polegając na swéj pamięci, że do dworku trafi. Ale niestety! lat pięć jak nie był w Lublinie, zmrok nie dozwalał uliczek rozpoznać i wkrótce wjechali tak na ogromne urwiste śmiecisko, że daléj nie było już gdzie ruszyć.
— Otóż jest! zbłądziłem! oczywiście zbłądziłem! no! potrzeba będzie zawrócić. Nigdym się tego nie spodziewał. Ale musimy być niedaleko dworku, tylko że omijając tego żyda wisielca, wziąłem się bardzo wprawo.
Nie było sposobu inaczéj zawrócić, aż cofnąwszy wózek, co nawet z pomocą Andrzeja niełatwo przyszło, tymczasem żydzi otoczyli przyjezdnych, a Maciej skorzystał z tego, wypytując o dworek Siekierzyńskich. Ale nikt o nim nie wiedział; pojechali więc nazad, pobłądzili znowu, i stangret w ostatku dawszy lejce Dorocie, a Andrzejowi przykazując wozu i taradajki pilnować, poszedł na zwiady.
Mrok tymczasem zapadał, a w ciasnych uliczkach pełnych żydowstwa i hałastry, wdowa z obawą pozostać musiała. Jaki taki przechodzeń zastanawiał się, zbliżał i podróżnym przyglądał; Maciej tymczasem poszedłszy, jak w wodę wpadł... W początku słychać było nieopodal jego gderanie na żydów, których łajał, że w Lublinie mieszkając, o dworku Siekierzyńskich nie wiedzieli, potém ucichło zupełnie, noc czarna zawisła nad głowami zabłąkanych, w ulicy zrobiło się pusto, i konie łby pozwieszawszy, zdrzemały się stojąc, a wdowa modliła się, a Tadeuszek ziewał i jeść prosił.
Macieja nie było i nie było... chciała Dorota posłać za nim Andrzeja, żeby tymczasem choć do gospody jakiéj zajechać, pókiby swojego dworku nie wyszukali; ale któż go wie, gdzie się podział? Potrzeba było stać cierpliwie i czekać.
Dobra tak upłynęła godzina, zegar wieżowy w oddaleniu wybił dziewiątą i okna domków jedne po drugich oświecały się, zwiększając ciemność w ulicy. Siekierzyńska płakała. Tadeuszek drzemać zaczynał, a Dorota klęła Macieja.
Naostatek chód zdaleka dał się słyszéć i hukanie, jak w lesie, Andrzej na nie donośnym głosem odpowiedział, aż mieszkańcy dworków zdumieni, głowy do okien poschylali, i Maciej ukazał się przed końmi, klnąc, na czém stał świat.
— A! to ludzie, żeby ich pioruny jasne! bestye! niegodziwcy! łajdaki! jakto, żeby nie wiedziéć o dworku Siekierzyńskich!... Jeszcze głupi, kiedy go częstuję tabaką, on mi powiada, że nie zażywa, osły, powiadam!
— Ale znalazł-żeś dworek?
— Idź-no sprobój, poszukaj sama! wszędobylska!
— No to zajedźmy do gospody jakiéj tymczasem, mały chce jeść, pani płacze.
— A ktoż ci mówi, że dworku nie znalazłem, długowłosą i wszędobylska? — rzekł stangret.
— No, to jedźmyż prędzéj.
— Tak! tobie tylko wiu! i jedź! a kiedy ci powierzyłem lejce! toś nie uważała, że gniada wzięła je pod ogon, kasztanowata zastąpiła, a szpak się wykiełznał! Otóż co to kobiecie dawać lejce, to tak jak tabakę na ziemię sypać.
— Macieju! jedź, proszę cię! — rzekła cicho wdowa.
— Zaraz, jaśnie pani, tylko poładuję, zaraz; stąd do naszego dworu niedaleko, znalazłem i dobrze rozpytałem. Nie poznałem go, bo teraz pobielony de novo. — To mówiąc wszedł na kozioł i wiunął na konie. — Andrzeju! pilnuj woza jak oka we łbie.
Przez dwie uliczki przeciągnąwszy, Maciej zawrócił wreszcie do wrót otwartych, których jedna połowa wisiała oberwana i stanął w dziedzińczyku zawalonym kłodami, przed domkiem, którego dwa okna były oświecone a dwa ciemne. Posłyszawszy turkot i wołanie, mieszkańcy dworku wyskoczyli na ganek i otyła jejmość w białym czepku, z maleńką dziewczynką, ukazała się we drzwiach, ciekawie przypatrując przybyłym.
— Wszak to dworek Siekierzyńskich? — spytał Maciej zwycięsko.
— A to! a to! — odparła otyła kobieta, ucierając usta za — tłuszczone wieczerzą — a co chcecie?
— Co! jak się jéjmości zdaje? — rzekł woźnica — co może chcieć gospodarz w domu?
— Alboż co? któż tu gospodarz?
— A my jéjmościuniu, bo to nasz dworek; nasza pani przyjeżdża sobie ze wsi odpocząć do miasta...
Gdy to mówił, już Dorota wysiadła i wdowa z dzieckiem dobyła się z taradajki, a otyła kobieta zdawała się jeszcze nie rozumieć, o co tu chodziło.
— Przeciwna strona powinna być nie zajęta — rzekła cicho Dorota — dawaj nam jéjmość klucze...
— To prawda, że nie zajęta — skrobiąc się w głowę zawołała krzykliwie kobieta — ale tam moje graty. — To mówiąc, pobiegła nalewo, pochwyciła świecę w mosiężnym lichtarzyku i świecąc poczęła szybko do siebie zapraszać. — Niechajno państwo będą łaskawi do mnie, a ja tam tymczasem poprzątnę; bo to widzi pani, stały pustką izby, to się w nich to i owo rzuciło, a znowu, że puhacz okno wytłukł, to ścierką zatknięte, i piec się powalił, a co podłoga, to tak pogniła była na przeciwku, że ją musiałam powyrywać.
Maciej, który zlazłszy z kozła słuchał tego i wąsa kręcił, chwycił się za głowę.
— To to tak pilnujecie dworku! — rzekł groźno — płacicie komorne małe za to, żebyście doglądali tych dwóch izdebek, a tu zrobiliście ruderę! poczekajcież!
Tłusta kobieta zalękła się i poczęła żywo odpowiadać:
— A cóż się tam stało waszym izbom, a co ja temu winna? co to ja tu stróżować wam będę! domisko ledwie się nie wali, ja go jeszcze co roku to podpieram, to mażę, to bielę, to reperuję... co to ja winna? niechaj jéjmość idzie tymczasem do mnie, a to się połata potém.
— Otóż nie! wy sobie ruszajcie na pustą stronę sami z dziećmi — zawołał Maciej — a jéjmość zajmie wasze mieszkanie.
— O! zapewne! jakby to łatwo z dziećmi i z gratami na rozkazanie się wyprowadzić w mig... Niech jéjmość idzie do mnie, a jutro poładujemy się jakoś.
Nie było co robić, musiano przejść do przekupki, któréj odarte dzieci powytrzeszczawszy oczy, z kątów poglądały ciekawie na przyjezdnych. Maciej tymczasem poważnie zaświeciwszy łojówkę, poszedł na przeciwek oglądać pokoje pańskie. Ale jakże je znalazł! Okna były powybijane, podłogi powyrywane, ściany wilgocią przesiąkłe i pleśnią porosłe, z sufitu ciekło, piec leżał w gruzach, a po suchych kątach spoczywały worki różne, węzełki i sprzęty. W drugiéj izbie zrobiła sobie przekupka spiżarnię, a w trzeciéj trzymała świnie i kury.
Napróżno starała się uniewinnić, gdyż Siekierzyńska jéj nie słuchała. Dorota zajęta była dzieckiem, a Maciej powróciwszy, prawił zajadle kazanie, zażywszy tabakę i zapomniawszy zupełnie o koniach.
Nazajutrz musiano sprowadzić majstrów, kryć, bielić, murować, łatać i wyporządzać, a przekupka poczęła się, łając i klnąc, wynosić do sąsiadki. Dworek Siekierzyńskich stał na wysokim pagórku gliniastym; otaczał go ogródek niewielki i podwórko szczupłe; było to domostwo stare o jednym kominie, pięciu izbach i sionce. Wdowa zamieszkała zaraz stronę porządniejszą, a tymczasem staraniem Macieja, który doskonałym był dozorcą robotników, wyporządzano przeciwek, poprawiono dach, kładziono podłogi i zatykano ściany. Pomimo wielkiéj ceny, jaką przywiązywał stangret do szkap swoich, musiała je wdowa sprzedać zaraz, ażeby nie utrzymywać ich w mieście; co nie przyszło łatwo, bo prócz kasztanki, reszta była stara, mało za nie dawali, a Maciej nie chciał się pozbywać, chyba za dobre pieniądze. Nareszcie gdy się z niemi rozstać przyszło, wyłajał wszystkich i dwa dni nad tém lamentował, a żydowi, co kupił konie, dobrze pejsów natargał... Z pieniędzy zebranych na wyjezdném z Siekierzynka, na pierwsze zagospodarowanie w mieście, część zaraz oderwać się musiała, a co weszło ze sprzedaży koni, taradajki lichéj i rupieci mniéj potrzebnych, poszło na sprawienie sprzętów gospodarskich, nad których drogością podziwiała się Dorota.
— Inna bo to rzecz u nas na wsi, zawołać bednarza lub cieślę i kazać mu skleić co potrzeba, inna w mieście kupić, gdzie i robota cenniejsza i drzewo się rachuje i przekupień zarobić musi...
Kilkaset złotych było całkowitym zapasem wdowy; ale Dorota przemyślając nad tém, z czego żyć będą, obejrzała zaraz ogródek i z drogości warzywa wnosząc, obrachowała, że pielęgnowanie grządek i sprzedaż jarzyn ogrodowych, może im być wielką do życia pomocą. Maciej, który w przywiązaniu i chęci wspomożenia biednéj pani nie ustępował Dorocie, wynalazł sobie za stajenką kawa! grzędy wygnojonéj dobrze i obrał ją na tytuń, postanawiając założyć u siebie fabrykę tabaki i spodziewając się na nią wielkiego pokupu, byle tylko jéj skosztowano.
Sama Siekierzyńska ani myślała o zarobieniu na życie własnemi siłami, tak jéj się to zdawało i niepodobném i niestosowném; ona dumała tylko o wychowaniu i przyszłości dziecięcia. Wyobrażenia jéj o wielkości rodu Siekierzyńskich i o obowiązkach szlachectwa tak były dziwaczne i przesadzone, jak nieboszczyka męża, od którego je miała. Na łożu śmierci jeszcze jéj powtarzał tyle razy, żeby syna stosownie do stanu wychowywała; tak często wprzód okazywał wzgardę najwyższą dla zatrudnień nie szlachetnych (nazywał w ten sposób rzemiosła i kupiectwo), że wdowie ani na myśl nie przyszło saméj pracować, lub syna do pracy ręcznej usposabiać. Jakkolwiek wielkie było ubóstwo ich, a groźniejsza jeszcze od teraźniejszości przyszłość, Siekierzyńska wyobrażała sobie, że łatwo Tadeuszka gdzieś umieścić na pańskim dworze, w wojsku, lub zresztą u mecenasa... W prędce jednak wyrzec się przyszło tych dla niego nadziei, bo biedny dzieciak był słabowity i delikatny, mały i drobny, wcale nie na żołnierza, a zająkliwa mowa oddalała go od palestry. Jednakże serce matki długo, długo na zniszczenie nadziei tych pozwolić nie chciało: spodziewała się, że sił nabierze, wyrośnie i mowa mu się poprawi...
Poczęło się życie od dnia do dnia, ciężkie, pełne frasunków o jutro, niedostatkiem nieustannie zagrożone, całe na przemyśle dwojga poczciwych sług wyścigających się, by pracą zaspokoić tak potrzeby pani, iżby o nich nie wiedziała. Na zapytanie odpowiadano jéj, że dochód z ogródka i zapasy domowe wystarczają. Ale jakich-że to potrzeba było serc i poświęcenia, żeby w nieznaném miejscu, ludziom z miastem nie obytym dać sobie radę, nie zrażając się niepowodzeniem, współzawodnictwem, przeszkodami tysiącznemi.
Maciej, nim w ogródku doczekał tytuniu, począł go kupować na rynku, doskonale umiejąc zrobić wybór i zasiadł w sieniach do fabrykacji swego proszku na większą niż kiedykolwiek skalę. Osnuł on, że byleby z tabaką, którą miał Maciejówką nazwać, dał się poznać lubownikom miejskim, znajdzie pokup, a zyskiem miał już nawet przyzbierać sobie kapitalik dla pani.. W początku zdawało się to bardzo proste i łatwe, ale poszedłszy po mieście, przekonał się, że przedawano mnóstwo różnych rodzajów tabaki po bardzo niskiéj cenie; wprawdzie, zdaniem Macieja, jego szczypta więcéj była warta niż funt tamtéj, wprawdzie w każdéj z nich upatrzył szkło tłuczone, popiół, drobno krajaną szczecinę i tém podobne zgubne dla nosa ingredyencye, ale niemniéj konkurencya była wielka — nie łatwo dać się poznać.
Dobre rozumienie o sobie nie dozwoliło mu się zrazić: zasiadł tedy wiercić tabakę w olbrzymiéj makutrze na stanowisku, które miało tę dogodność, że z przechodzącą Dorotą mógł się kłócić nieustannie. W przestankach zabawiał się monologami, apostrofami do tytuniu i tabaki, rozmową z samym sobą, którą lubił i w korzyść własną obracać umiał. Tak naprzykład z rana wstawszy i zasiadłszy nad makutrą, witał się wesołém: — Dzień dobry, panie Macieju! — Dzień dobry waszeci. — A co waścina tabaka? — Trze się, dobrodzieju! — Trzyj, trzyj, byle było komu niuchać. — O to nie turbacya, byle skosztowali. — A jak to waćpan dziś zaspał? — Zaspał! zaspał! albo i nie zaspał... co to gadać, zaspał! A nie pomodliłbyś się waćpan? Zmówiłem pacierz i należałoby się śniadanie, ale z tą wszędobylską Dorotą dojdź-że sprawiedliwości! u niéj jeszcze w piecu zimno, u niéj rano, a szła mimo, to mi wymawiała, że ja długo śpię. To tak jak w Siekierzynku bywało... E! e! gadu, gadu, a waćpan tabaki nie trzesz! — Ej liściu kochanku nie wykręcaj się, pójdź na dno, to nie pomoże, muszę cię zetrzeć. — Wichuło ty jakiś! a! otóż masz... i t. p.
Dorota ze swojéj strony rozpoznawszy, na czém zawisł handel przekupki, która wprzód zajmowała połowę dworku, nic nie mówiąc pani, postarała się o ławkę, nakupiła towaru i choć na nią gderano, że się po mieście wałęsała, po kilka godzin w czasie targu spędzała na przedaży wiktuałów. Grosz, jaki z tego wpłynął, szedł na potrzeby domu, lub przynajmniéj pierwsze kuchenne zapasy, które nie kosztowały, bo przychodziły w zysku.
Maciej z trudnością wsławić potrafił swoję tabakę, ale że był ore facundus, jak powiadał Kornikowski, że umiał swój towar i siebie chwalić, że słyszał, jak jego tabaka sławna była na całe Mazowsze, znaleźli się, co temu uwierzyli i poczęli próbować Maciejówki. Wmówił im zaraz stary woźnica, że się podobała i choć niewiele zyskiwał, przecie darmo chleba nie jadł, a złote góry obiecywał sobie w przyszłości.
Lubił bo stary marzyć! lubił. Bywało, jak siądzie z makutrą, zdaje się, że wałkiem miotając i myśli wzrusza, i prawi sobie bajki jak małe dziecko:
— Jedzie mosanie pan wojewoda, sześciokonna kolasa, za nim dwór, gwałt... śliczności, jadą, jadą, a tabaki w domu zapomnieli; a tu pana wojewody nos naczczo, aż się skurczył. — Aj! kto żyw, kto w Boga wierzy, niuch tabaki! — Podsuwa się ktoś i otwiera tabakierkę. Wojewoda wziął, pociągnął, pokosztował. — Ala! cóż to za tabaka! a to rozkosz, delicye! skąd to ją waćpan masz? — Od Macieja, Maciejówka! — Szukajcie, wołajcie! — Maciej idzie i tylko wąsa kręci; naści panie wojewodo. — A on mu garść złota... Aż tu i król dowiaduje się o Maciejówce i każę ją sobie sprowadzać, pieniądze się sypią, a ja paniczowi kupuję Siekierzynek i na starość zajmuję sobie izbę na przeciwku... I będę tu tabakę tarł, bo musi tabakę zażywać, chybaby Bóg nie łaskaw!! na oczy i na amorów odciągnienie, niéma jak to! Furda wszelkie leki!
Tak to stary Maciej marzył wierząc...
A w pokoiku siedziała spokojnie wdowa z synaczkiem. Rano pójdzie z nim do kościoła, bo miała go w co porządnie ubrać, choć sama nosiła się ubogo, jakby jego sługa; w dzień to go uczy czytać katechizmu, wieczorem na przechadzkę z Dorotą lub Maciejem, a gdy mrok, to dziecko siada na stołeczku, a jéjmość mu prawi dzieje Siekierzyńskich i pokazuje na portrety i na owo drzewo i mówi, mówi, aż póki wieczerzy nie dadzą, a dziecko się nie zdrzemie.
Tak zawczasu karmiła w nim dumę szlachecką i powtarzając, co niegdy z takim zapałem opowiadał skarbnikowicz, wpajała w niego uczucie osobistéj godności do najwyższego stopnia podniecone. Wedle biednéj wdowy, nie było rodziny zacniejszéj w Polsce, nie było wysokiego stanowiska i urzędu, jakichby Siekierzyński zająć nie był godzien. Po młodéj główce kręcili się już hetmani, wojewodowie, kasztelani i poważne starych portretów postaci śniły mu się nieraz, iż go biorą za rączkę i wiodą do jakichś jasnych gmachów i sadzą wysoko i obsypują złotem i czcią...
Marzyło się ubogiéj dziecinie, że już ubostwo i poniżenie nie może być trwałe, że to tylko jakaś próba, że musi jakiś wypadek, jakiś traf szczęśliwy wywieść ją z tego stanu... i budziła się dziwując, że dzień po dniu szły jednostajne, że nikt nie przychodził, nic nie przerywało ciszy smutnéj, osamotnienia i niedostatków. Przyczyniała się matka do tych marzeń, często wspominając o procesie z Lędzkiemi, który choć popierać przestali, bo nie było o czém, zawsze to była jakaś złota gwiazdka nad głową jéj syna... A synek rósł, rósł, pobożny, cichy, dobry, ale tak pewny, że jest przebranym królewiczem, jakby nim był w istocie.
I wieczorami lubił, usiadłszy u kolan matki, nasłuchiwać się o Siekierzyńskich, o ich bojach, o majętnościach ogromnych, o łaskach u królów, o zachowaniu u szlachty, o bogactwach, męstwie,, znaczeniu — myśląc sobie:
— I ja takim będę!
Maciej ze swojéj strony i Dorota, nabrawszy się tych powiastek, które w Siekierzynku od niepamiętnych czasów za pokarm wszystkim służyły i przeszły w podania ludu, w zawody nabijali głowę malcowi wielkością jego rodu. A poczciwy stolnik nurski, pan Piotr Kornikowski, quondam amicissimus nieboszczyka skarbnikowicza, często gęsto wynajdując sobie powód zaglądania do Lublina, po tygodniu i więcéj bawił u pani Siekierzyńskiéj i niemało też przyczynił się do wpojenia w młodego pamięci wysokiego pochodzenia jego familii.
Niestety! cały świat był już o tém doskonale zapomniał, i owe siekiery na grobowych starych płytach z XI i XII wieku po Łyséj-górze, Tyńcu, Miechowie rozsypane, dawno starte zostały nogami pobożnych pielgrzymów lub obrócone na drugą stronę, służyły za schody domostw, za stopnie ołtarzy. Nie było śladu wielkości Siekierzyńskich, a i wiek, kiedy się to działo, nie sprzyjał wcale dumie szlacheckiéj. Nie pytano już, kto go rodził, ale kto wiele wniósł, ani kto jak stary szlachcic, ale ile miał wiosek, a śmielsi utrzymywali, że tak dobry wieśniak, co skibę w pocie czoła odwracał, jak szlachcic, co do góry brzuchem leżąc, burzliwych czekał sejmików, by się na nich popisywać ze swojemi prawami; najzuchwalsi zaś wieśniaka nawet nad szlachetkę przekładali. Pan stolnik nurski mocno na te nowostki ramionami ruszał i przepowiadał z tego wszystkiego ruinę i nieszczęścia niepoliczone...
Sama pani Siekierzyńska ani pojmowała nawet, by te zuchwałe pomysły w szlacheckim narodzie przyjęcie znaleźć mogły i była najpewniejsza, że byleby się świat o Siekierzyńskim dowiedział, wszyscy sobie najwyżéj cenić będą koligacyę z takim domem i zaszczyt podźwignienia go z upadku.
Tadeuszek miał wszystkie rodowe rysy swych dziadów, a pan Kornikowski szczególniéj znajdował w nim podobieństwo do kasztelana nakielskiego Zbigniewa-Subisława Siekierzyńskiego, którego portret dobrze zachowany przejechał z Siekierzynka do Lublina. Mały, zręczny, delikatny, biały i różowy, oko miał niebieskie pełne, pięknie powieką spuścistą pokryte, uśmiech wdzięczny a pański, postawę zręczną, głos dźwięczny, ale cokolwiek się zająkiwał mówiąc, w czém matka, jako matka, nie upatrując wady (którażby je w dziecięciu zobaczyć mogła?) widziała tylko przyjemną szczególność. Niezbyt żywy i roztrzepany, wcześnie myśleć poczynał Tadeuszek, a z pytań jego widać było, że duma głęboko i że swe położenie rozumie. Hojny do rozrzutności, gotów był żebrakowi oddać sukienkę ostatnią, litował się do łez nad nędzarzem, ale różnicę stanów tak już dobrze pojmował, że od dzieci mieszczańskich, które go do zabawy zaczepiły, uciekał jak od ognia. W domu on był raczéj panem niż matka, wszystko mu posługiwało, słuchali skinienia wszyscy, a wola Tadeuszka była rozkazem.
Tak lata płynęły, a prócz tego, co u księży jezuitów nauczyć się mógł sprytny dzieciak, jeszcze z litości a może z jakiéj rachuby, ojciec Ksawery, nauczyciel poetyki, przychodził często na stancyę powtarzać mu lekcye i zabawiać się z nim. Matka pierwsza postrzegła, że Ojcowie zdawali się namawiać jéj syna do zakonu i poty się nie uspokoiła, aż Tadeuszek oświadczył, że do stanu duchownego najmniejszego nie czuje powołania i nakłonić się nie da do nowicyatu! Do czegóż Tadeuszek miał powołanie? spytacie, nie wiem prawdziwie, bo i nie do wojskowości, nie mając po temu ani siły, ani charakteru; i nie do palestry, bo się zawsze zająkiwał, a tam potrzeba lekkiego języka i wyparzonéj gęby. Tadeuszkowi chciało się być panem, w ostatku z biedy zamożnym szlachcicem, dziedzicem wioski, obywatelem, urzędnikiem. Ale do tego, jak było daleko! Na życie ledwie wystarczał przemysł Doroty i poczciwego Macieja, a i tak często obchodzić się musiano oszczędnie z okrasą i zmyślać wigilie dla niedostatku mięsa. Wielkie rachuby Macieja na tabace zupełnie się nie powiodły, tarł ją zawsze wprawdzie, ale największą jéj prowizyą stolnik nurski zakupował, a w mieście kilku tylko kupców nosy do niéj przyzwyczaili, znajdując, że była za tęga wszelako. Lepiéj trochę udawało się Dorocie, ale ona tak ciągle stawała się potrzebniejszą coraz słabszéj pani Siekierzyńskiej, że jéj odstąpić trudno było; handel zaś cały na niéj polegał, bo się wyręczyć kim nie miała. Zastępował ją czasami Maciej, tyle wszakże gadał i łajał, a tak wszystkim tabacznikom i nietabacznikom zalecał swoję tabakę, tak ich przy tém na gawędzie długo trzymał, że tém odstręczał. Kiedy mu to Dorota wymawiała, niesłychanie się gniewał i odchodząc za każdą rażą zaklinał się, że go więcéj nie zwabi w pomoc, a nazajutrz dawał się przebłagać.
Między staremi sługami panowała wieczna wojna słów; Dorota śmiała się; Maciej gderał, ona mu odpowiadała obficie, on w ostatku, gdy słuchać nie chciała, pocieszał się nieskończonemi monologami, obróconemi jakoby ku niéj, chociaż dawno jéj nie było. Wieczorem potém przypominając sobie wymowne poranka słowa, Maciej mówił swej towarzyszce:
— Czego to wasanna uciekłaś? ha? trzeba było posłuchać, com ci potém odpowiedział, byłabyś języka w gębie zapomniała.
— Nie miałabym co do roboty!
I służąca pracowita śmiejąc się, uchodziła, zostawując Macieja przy garnuszkach, których, choć klął, musiał pilnować, bo w nich była nadzieja wieczerzy.
Tadeuszek chodził trochę do szkoły, resztę czasu spędzał w domu przy matce, a wdowa troskając się o jego przyszłość coraz bardziéj, powierzyła wreszcie stolnikowi nurskiemu ostateczne rozmówienie się ze spadkobiercami Lędzkich o proces, z którego jakikolwiek fundusik uratować miała nadzieję. Jako przyjaciel skarbnikowicza, stolnik nurski nie bez pewnéj dumy, że tak ważna sprawa na nim leżała, wybrał się z papierami, poradziwszy się adwokatów i mecenasów lubelskich, do panów Zarzeckich, na których głowy przelał się spadek i pretensye. Podróż trwała kilka tygodni, a wdowa codziennie chodziła do Dominikanów modlić się na intencyę pomyślnego skutku tego kroku, pościła, nowennę odprawując, i niekiedy, nic nie wiedząc o ostatniéj próbie układów z Zarzeckiemi, kołysała się marzeniem, że cokolwiek dla syna odzyska. Ale sprawa, dawnością i ogromem narosłych pretensyj, śmieszną się stała; wygrać ją było niepodobieństwem; przytém stolnik nurski, jakkolwiek mocno zagrzewała go przyjaźń, nie miał zdolności de traktacyi, ani wymowy potrzebnéj, ani przebiegłości. Nadto był prawy i szczery i zrazu okazał, jak klienci jego są ubodzy i nie w możności popierania sprawy; to do reszty Zarzeckich uspokoiło, i z początku obróciwszy w śmiech rzecz całą, skończyli na ofiarowaniu trzech tysięcy złotych, prawie jak jałmużnę.. Stolnik oburzył się i odrzucił, nie wiedział nawet, jak o tém pani Siekierzyńskiéj powiedzieć, przyciśniony pytaniami wyznał w ostatku, co go spotkało, i z westchnieniem usiadł jak delinkwent w kątku, czując, że się źle sprawił. Długo płakała wdowa, pytała o radę, lecz gdy wszyscy mówili jéj zgodnie, żeby, co dają, przyjęła, posłała do Zarzeckich, ofiarując ich skwitować z pretensyj za trzy tysiące. Tak marzenia milionów skończyły się na drobnostce, ale i ta dla biednych była wielką pomocą. Umieszczono kapitalik w rękach pewnych na prowizyi, co stolnik nurski dopełnił cum omni formalitate, i pani skarbnikowiczowa codzień słabsza, zajmowała się już tylko, póki sił stało, wpojeniem w dziecię tych uczuć szlacheckich, których zachowanie w ostatnim potomku tak gorliwie na łożu śmiertelném mąż jéj zalecał.
Nauka nie poszła w las; bo Tadeuszek nabrał wprędce takiéj dumy i takich przesadnych wyobrażeń o wielkości swojego pochodzenia i obowiązków, jakie ono na niego wkładało, iż pan Kornikowski nie przypuszczając, by to mogło być skutkiem samych nauk macierzyńskich, widział w tém działanie krwi! Ze łzami w oczach słuchał on młodzieńca rozprawiającego niemal słowy ojca o rodzinie Siekierzyńskich i unosił się nad cudowném przelaniem się ducha nieboszczyka w syna. Poczém ściskał go serdecznie i odchodził pełen otuchy, że tak wielkich nadziei młodzieniec przepaść nie może, owszem prorokował mu świetne losy, do których osiągnienia, zdaniem jego, brakło tylko jakiegoś trafu, co-by go popchnął na właściwą drogę.
Ten traf jednak nie przychodził! Starano się go sprowadzić i ułatwić mu robotę; ale listy pisane do dawnych rodziny koligatów z prośbą o przyjęcie Tadeuszka na dwór, o posunienie go w świecie, lub zostawały bez odpowiedzi, lub wymówki tylko i grzeczności sprowadzały. A Tadeuszek rósł tak szybko, a matki serce tak biło niespokojem o niego i przyszłość, tém niecierpliwiéj, tém żywiéj, że jéj starość się zbliżała, że codzień słabsza, złamana, już i do kościoła wyjść nie mogła, już większą część czasu przepędzała w krześle z pobożną księgą na kolanach.
Choć i w Siekierzynku nie obfitowała w wygody życia i rozkosze pani skarbnikowiczowa, przecież w porównaniu z Lublinem, był to raj jeszcze; a póki żył małżonek, tyle miała w niego wiary, że jéj się nigdy jutro dla siebie i dziecięcia nie zdawało straszném. Teraz gdy wszystko na nią spadło, a ona nic dokonać nie mogła, tylko cierpiała i bolała, gdy jeszcze nieznany nigdy na wsi niedostatek tysiąca wygódek dokuczać począł, gdy w najdrobniejszych rzeczach oszczędzać się było potrzeba z ofiarą zdrowia i wygód, by Tadeuszek tylko miał zawsze, co zechce; szybko nadbiegła starość, choroba, niedołęstwo. W nogach i w ręku poczęło łamać wdowę biedną, puchły i brzękły kolana, po nocach napadały ją boleści straszliwe, we dnie osłabienie niezmierne, oddech stał się ciężki; a poskarżyć się nie śmiała, bo obawiała się zachmurzyć Tadeuszka i stać się wydatków przyczyną. Dorota poszła po babach szukać leków; zaparzania, okłady, ziółka, wanny, nawet zamawiania choroby, rozwinęły ją tylko silniejszą i straszniejszą codzień. Z anielską cierpliwością znosiła wszystko wdowa, a ze swą księgą na kolanach, z różańcem w ręku modliła się do Boga — o syna tylko. Śmierć o tyle jéj była straszną, o ile samego jednego na świecie zostawiała sierotę, samego wśród tego strasznego zgiełku świata, w którym się potrącają wszyscy, a gdy słabszy na ziemię upadnie, tratują nogami, nie słuchając krzyku. Tadeuszowi młodość, imię, dworek i trzy tysiące złotych zostawiała w spuściznie całéj, a jedynemi przyjaciółmi: Macieja, Dorotę i stolnika Kornikowskiego, który się także pochylał, łysiał, siwiał, pokaszliwał, i często z uśmiechem przepowiadał, że mu czas się wybrać ad patres. Słudzy wielce się niepokoili o swoję panią i nie odstępowali jéj krokiem, szukali ratunku, codzień nową babę, nowego znachora przyprowadzali... ale nic nie pomagało.
W takich okolicznościach doszedł Tadeuszek lat dwudziestu, ale się na mężczyznę nie rozwinął; było to piękne dziecię jeszcze, które zdawało się mieć zaledwie lat piętnaście, tak świeżą była twarzyczka rumiana, tak wzrost mały i siły niewielkie. Zresztą wyglądał raczej na paniątko, niż na ubogie szlacheckie pacholę. Osamotniony, bojaźliwy, wyrobił sobie charakter właściwy, nic nazewnątrz się nie objawiający; wszystko, co miał, było w nim ukryte; milczący, tajemniczy, unikający przyjaźni, choć łagodny i dobry, zdawało się, jakby się lękał ludzi, jakby czasem nie sądził ich godnemi siebie. Dla wszystkich uprzedzająco grzeczny, nikomu nie dając powodu do zmarszczenia brwi na siebie, z nikim się serdeczniéj nie pobratał, nikogo do serca nie przyjął. Rówieśnicy napróżno usiłowali zbliżyć się do niego; nie odpychał ich, ale się trzymał zdała chłodno i nie powierzał im ani swéj myśli, ani tajemnicy położenia.
To téż w szkole u oo. jezuitów okrzyczano go zimnym i bezdusznym między młodzieżą, nazwano Mruczkiem, a starsi tylko i bystrzejszego wejrzenia nauczyciele dopatrzywszy w tém mocy nad sobą i pewnéj dumy, którychby użyć umieli, silnie go ciągnęli do zakonu. Tadeuszek oparł się zręcznie, nie odmawiając i nie obiecując na jutro... Ówczesne wychowanie niewiele rozwijało człowieka i nie usposabiało go wcale do życia praktycznego, do którego nowicyat odbywał potém po dworach, w wojsku, lub palestrze... o ile jednak nauczyć się było można w jezuickich szkołach, skorzystał z nich sierota. Umiał dobrze po łacinie, tak, że stolnika nurskiego nawet zadziwiał swą wprawą i wyrażeniami dobranemi; innych nauk liznął, ile było można; a podobno najlepiéj przykładał się do matematyki i niepospolitéj nabył biegłości w rachunku.
W życiu domowém, prócz matki, dla któréj był wylany, dla któréj nie miał tajemnic, bo téż się ona nie domagała od niego nic z serca głębiéj pochodzącego; zresztą był przyjacielski ale chłodny... Dla stolnika nurskiego z uszanowaniem, zdaleka, rozruszać mu się wszakże nie dawał i starego przyjaciela domu traktował trochę zgóry. Dorota i Maciej, co go wypiastowali i wykarmili pracą swoją, mieli go za ósmy cud świata, a jego powaga i umiarkowanie wzbudzały w nich szacunek trwożliwy. Spoglądali nań zpod oka, ukradkiem i dziwili mu się tylko.
— Co to będzie za człowiek! — mówiła Dorota — a! a! przejdzie on daleko ojca! choć taki milczący, kubek w kubek jak on, ale niech zagada tylko... jest czego posłuchać!
Maciej miał mu za złe, że niewiele mówił, a zwłaszcza z nim.
— Kocham go — szeptał Dorocie, trąc tabakę zawzięcie — dobry panicz, ale czegóż taki mruk, jakby mu kto gębę zalepił! No! i nieboszczyk nie grzeszył gadulstwem, to prawda, Panie świeć jego duszy... ale taki, gdy człowiek przyszedł i zaczął go wyciągać na słowo, to i odezwał się i poszablankował czasami i posłuchał bywało mojego bzdurzenia. A panicz pokłoni się, zakręci się, uśmiechnie... Dobrze, dobrze, mój Macieju, i znikł! Żeby mu jak drogę zastąpić, znajdzie, którędy uciec ode mnie. Ej szkoda, boćby się mógł taki nieraz i dowiedziéć co ciekawego i poradzić ze mną. Jegomość, bywało w drodze, jak po piasku jedziemy, to i o procesie ze mną pogada. A i to źle, że takoż tabaki nie zażywa, przez to taki delikatny...
Niemniéj jednak Maciej bardzo kochał panicza.
Taki był stan rzeczy, gdy dość niespodzianie pan stolnik nurski jednego poranku wysiadł z kolaski na podwórku Siekierzyńskich i o lasce, suwając nogami, trochę podtrzymywany przez Macieja, który go stante pede tabaczką częstował, kroczył do pokoiku pani skarbnikowiczowéj, a po drodze rozpytywał:
— A jak się tam pani wasza ma?
— Cóż? siedzi, panie stolniku, w krześle; do kościoła już ją biedne nogi nie zawloką, modli się i stęka, starość nie radość. Ot widzę i pan stolnik, nie przypominając, coś na nogi szwankuje.
— E! to tak mi ścierpły w drodze, kochanku...
— Otóżto i mnie od czasu — odparł Maciej — aby cokolwiek, to nogi cierpną...
— A panicz wasz?
— Zdrów, chwalić pana Boga, rumiany; ale delikatny gdyby panienka, już takiéj komplecyi — dodał Maciej — chodzi jeszcze do ojców jezuitów, ale nie wiem po co; bo czegóż on już nie umie? ot żeby jeszcze gdzie na dwór...
— Dla niego nic-potém dworska służba, tam ludźmi pomiatają, rzucają, trzeba nieraz głód, chłód, bezsen i jeszcze batogi pod humor wytrzymać, a jemu to nie rzecz...
— To prawda, gdyby tabakę zażywał, toby się zmocnił — rzekł Maciej — ale cóż kiedy mnie nie słucha...
Stolnik się rozśmiał i wsunął się do pokoju wdowy z niskim ukłonem, z rubasznym żartem; i jak był zwykł zawsze winszować i pocieszać, rozpoczął i teraz. Spojrzawszy jednak na Siekierzyńską, język mu się splątał, tak ją znalazł zmienioną, bladą, ciężko oddychającą. Postawił kij i czapkę w kąciku i szurgocząc nogami, zbliżył się do jéj krzesła.
— A co, mocia dobrodziejko! jakże tam zdrowie acani dobrodziejki?
— Jak widzisz, nie najlepiéj, stolniku, zdaje mi się, że już niedługo pociągnę, nogi mi nie służą, w piersiach taką czuję ciężkość, że mi się i położyć trudno, tylko że dyszę i żyję.
— No! a gdyby się doktora poradzić?
— Daremny to ekspens, panie Pietrze! daremny, co Bóg przeznaczy, tego żaden doktor nie przeinaczy. Podobno przyjdzie spocząć.
— E! fe, fe! nie chcę ja tego słuchać, i nie potom przyjechał, żeby mnie tém częstować. Mówmy o czém inném... a Tadeuszek?
— Zawsze toż samo, kochane, poczciwe dziecko!
— Chodzi do jezuitów? — Chodzi, bo cóż ma robić? powiedz; myślałam go do palestry wprowadzić, ale taką ma wymowę, cierpiałby wiele od młodzieży, co to zwykła lada czém prześladować.
— Jakże się acani dobrodziejce zdaje, do czego ma ochotę?
— Ja myślę, że do gospodarstwa chyba, to szlachcicowi wrodzona, ale na czémże gospodarzyć? Możeby za te 3,000 wziął gdzie pod bokiem stolnika maleńką dzierżawę.
— Ciężko! ciężko! zresztą pogadamy o tém; gdyby się to dało zrobić, i owszem.
— A cóż tam w Siekierzynku słychać? — spytała wdowa pocichu.
— Co? już tam Wichuła młody jak szara gęś się rządzi i hula! mocia dobrodziejko, hula, aż za uszami trzeszczy, nie na długo mu wystarczy...
Staruszka westchnęła, stolnik wąsa pokręcił, poły kontusza poprawił, obejrzał się i westchnął. Zmiana twarzy i głosu wdowy uderzała go przykro, zląkł się tego widoku i nie pojmował, że na tak oczywistą chorobę nie szukano rady. Jak skoro tylko powrócił Tadeuszek, wziął go zaraz na bok pan Piotr i począł o doktora naglić; syn wymawiał się, że matka nie chciała na to pozwolić, a wdowa choć niby głucha, dosłyszawszy czy domyśliwszy się rozmowy, przerwała ją stolnikowi.
— Mój panie Pietrze! już ja wiem, co mówicie, to darmo. Ot sam się przekonasz, że mi lekarza wcale nie potrzeba.
Jakoż nazajutrz rano, gdy okiennice otworzono, znaleźli ją na łóżku skuloną, z różańcem w ręku, z wyrazem boleści i modlitwy na twarzy, już nie żywą.
Wielki był lament sług, dziecięcia i przyjaciela, a stolnikowi aż krew puścić musiano. Dorota zachodziła się od płaczu. Maciej milczał jak słup, a to u niego najokropniejszą oznaczało boleść. Tadeusz modlił się, klęcząc u łoża.
We dwa dni potém, kilka osób, kilku żebraków i gawiedź próżniacza, wiedli trumnę czarną na cmentarz kapucyński; otwarte okna dworku i woń kadzidła pogrzebowego świadczyły, że tędy śmierć przeszła. Jedna Dorota musiała zamknąwszy oczy swéj pani, pozostać dla pilnowania domu i siadłszy na progu zalewała się łzami, poglądając z góry na powolnie wlokący się sznur żałobny. Stolnik, jakby umyślnie przybyły, żeby pożegnać przyjaciół, z pomocą Macieja, sunął na cmentarz, schylony, drżący, z zaczerwienioném okiem i wpół-otwartemi usty. Zdawało się, jakby bliskie przejście śmierci i jemu ostatek sił odebrało.
Smutne było wyprowadzenie zwłok ze dworku, ale smutniejszy dla wszystkich powrót do niego jeszcze w pokoju skarbnikowiczowéj stało jéj krzesło, stołeczek pod nogi i poduszki, leżała książka do nabożeństwa, różaniec wytarty jéj ręką i szklanka, którą piła. Dom zdawał się pustką, dotyla to ta w kątku modląca się, milcząca istota życia mu dodawała. Tadeusz powlókł oczyma i wszedł do swego alkierza, a stolnik poszedł za nim plącząc. Maciej chodził z kąta w kąt, nie wiedząc, co robi. Dorota zrywała się z nałogu do roboty i rzucała ją, zakrywając oczy fartuchem.
Stary jednak pan Piotr Kornikowski najpierwszy przyszedł do siebie i począł czynić wszystkim refleksye.
— Dobrze to żałować — rzekł — ale po chrześcijańsku, po chrześcijańsku; nieboszczce Bóg pewnie dał niebo za jéj cnoty, módlcie się za nią, ale myślcie, by i ona spojrzawszy na was, pocieszyła się, że sobie radę dajecie. Co myślisz, Tadeuszu?
— Ja? ja nic jeszcze nie myślę... żal mnie przejmuje.
— Żal żalem, a potrzeba coś postanowić.
— Stolniku, proszę cię, zabaw tu, pomówim późniéj.
Stolnik, choć mu pilno było do gospodarstwa, dla miłości Siekierzyńskich pozostał jednak w Lublinie, ale dopiéro w tydzień mógł się z Tadeuszem rozmówić.
Młody chłopiec przez ten czas płakał i dumał głęboko, na zapytania stolnika nic nie odpowiedział stanowczo, prosił go tylko, żeby mu odebrał 3,000 złotych kapitaliku i do Lublina je przesłał.
— A cóż z tém myślisz? — spytał pan Piotr.
— Jeszcze sam nie wiem — cicho rzekł mu Tadeusz — nie jestem pewien, ale trzeba coś radzić sobie.
— Boćto, kochany Tadeuszu, ostatni twój fundusz.
— Wiem o tém, panie stolniku, ale potrzeba radzić sobie.
— Cóż naprzykład myślisz z nim?
— Sam nie wiem, czas okaże, ale chcę go mieć w ręku.
— Jak wola twoja! nie chcesz mi powiedzieć, nie napieram się, choć stary przyjaciel ojca i opiekun wasz, miałbym do tego prawo, ale... jak chcesz...
Trochę urażony pan Kornikowski dokończył lampeczki wina, wziął kij i z Maciejem poszedł do dominikanów; gdyż do drzewa krzyża św. szczególne miał nabożeństwo.
Ani tego dnia, ani nazajutrz młody chłopiec nie dał z siebie wydobyć tajemnicy, jeśli tam jaka była; myślał, chodził, a przed stolnikiem wymawiał się, że jeszcze nic stanowczego nie postanowił.
Po śmierci skarbnikowiczowéj zmieniło się bardzo życie we dworku; wprawdzie Maciej z Dorotą pozostali na czele gospodarstwa, ale oboje nie mieli do kogo słowa przemówić, bo Tadeusz całe dni sam na sam, jak ojciec chodził po izbie i milczał na pytania, a do rozmowy nie zachęcił. Musieli tedy starzy sami z sobą pocichu stękać i boleć, przypomnieniami się karmić i pocieszać tém, że i im niedaleko już było do końca. Po wyjeździe stolnika, pan Tadeusz coraz rzadziéj siedział w domu, wychodził z rana, wszedł na chwilę, by co przekąsić, i znowu go do późnéj nocy nie było. Ale gdzie był i co robił w mieście, nikt nie wiedział.
Maciej był niezmiernie niespokojny i ciekawy, ale żeby i chciał śledzić, to już swemi nogami nie podążyłby za paniczem. Dorota zgadywać nie myślała, ona wierzyła, że, co zrobi, to będzie dobrze.
W istocie Tadeusz błąkał się tylko po ludném naówczas i gwarliwém mieście trybunalskiém i chodził obcy wszystkim wśród tłumu jak w lesie. Widok ludu, ścisku, wrzawy i życia tego czynnego mimowolnie go rozrywał. Zachodził modlić się do kościołów, posłuchać mecenasów na trybunale, spojrzeć na deputatów kolasy, na pańskie dwory, na palestry igraszki... to znowu ginął w ulicach żydowskich, błąkał się wśród sklepów i czasem wybiegał aż za miasto.
Myśl jego rzadko wprawdzie czepiała się widzianych przedmiotów, rzadziéj jeszcze zabiło mu serce, ale oczy się bawiły, męczył ciało i smutek odbiegał.
Często napotykała go liczna młodzież lubelska, zaczepiała, ale grzecznie pozbywał się towarzyszów. Najulubieńszą jego przechadzką było: przebiedz Krakowskie przedmieście, przejść pod bramą starą, minąć ratusz, spuścić się na Grodzką i resztą brudnego miasta wynijść w pole, na wzgórza. Stamtąd widział jak na dłoni i zamczysko i gród i wieżyce i domy, a położywszy się na trawie, godziny całe pędził w nierozplątanéj zadumie. Nieraz wejrzenie na siebie napawało go smutkiem, czuł się czémś większém od innych, a tak zapomnianym, tak w tłumie zmalałym i nikczemnym, że gdyby go kolasy i konie stratowały wśród natłoku, niktby nie wiedział nawet, kogo rozbito. I gdyby zginął, nie spytanoby o niego, bo prócz Macieja i Doroty, któż się nim zajmował?
Jakby dla dodania sobie goryczy, wznosił się potém myślą do czasów ubiegłych, do znaczenia przodków swoich, do ich bogactw, do wielkości i pytał siebie: — Czy ten upadek był zasłużony, czy był już niepodźwignięty?
Lecz któż tam policzy myśli jak chmury różnofarbne i, jak one, w coraz nowych występujące kształtach? Dość, że gdy powracał, to mu się smutek piętnował na czole i spuszczona głowa świadczyła, że coraz więcéj tracił nadzieję. A dotąd nie przyszło mu jeszcze nic postanowić na przyszłość, nie znalazł środka podźwignienia się, nie widział zawodu dla siebie... Czekał na traf szczęśliwy!
Jednego razu, gdy późną jesienią wyszedł poswojemu za miasto i na wzgórku znajomym usiadłszy, poglądał na stary Lublin, ujrzał przy sobie zabawną figurkę, która krążyła, krążyła krząkając, aby o sobie oznajmić wcześnie, i zbliżyła się nareszcie z dość grzecznym ukłonem.
Był to niski, otyły, rumiany człowieczek, z pękatym brzuszkiem, z wiszącym podbródkiem, z zwiesistym wąsem szpakowatym, ruchawy, żywy, spoglądający tam i sam oczkami, w których się spryt malował. Miał na sobie ze ślicznego sukna zielonego kontusz z galonami, obszyty dla chłodu kunami dokoła i spięty na pętlice zielone ze złotem, buty ciemno-fioletowe, takiż żupan jedwabny pod szyję, a w ręku trzcinę z gałką złocistą, którą za plecami trzymał w założonych na plecy dłoniach obu.
Z oczu patrzała mu ciekawość, ale widać było razem, że nie śmiał się impetycznie naprzykrzać pytaniem, choć język mu świerzbiał, szukał powodu do zagajenia rozmowy. Zbliżył się trochę, stanął, popatrzał, uśmiechnął i spojrzał na miasto, krokiem postąpił jeszcze, a widząc, że się Tadeusz nie oddala, począł:
— Prawda, panie, że stąd pięknie na nasze miasteczko spojrzeć?
Wielkich ceremonij, z jakiemi podżyły człowiek przystępował do młodzieńca, inaczéj sobie wytłómaczyć trudno, chyba postawą hardą Tadeusza, jego posępną miną i wcale starannym żałobnym ubiorem, jaki miał na sobie, tak, że go wziąć było można za kogoś zamożnego, a zamożność, bogactwo tak imponuje!
Tadeusz spojrzał, podniósł się nieco i może rad rozmowie, odpowiedział:
— W istocie, piękny widok.
— A dla mnie to i nie dziw — mówił jegomość w kunach — bom już stary, podtuptany, czas mi spoczywać i to moja rodzina; ale młodemu, jak pan dobrodziéj... i zapewne obcemu?
— Niejestem tu obcy, od dzieciństwa żyję w Lublinie.
— Ja-m się tu i urodził — kończył stary siadając już nieco opodal i spierając się na lasce — i miło sobie tak z góry spojrzawszy odświeżyć w pamięci, co to się przebiedowało, przeżyło, przechorowało.
Tadeusz tylko spojrzał na rumianego i dostatnio ubranego jegomości, jakby się dziwił, że i on o biedzie mówił; domyślił się znaczenia tego wejrzenia stary i dodał:
— Boć to człowiek niezawsze był tak rumiany i otyły i niezawsze miał czém tak uczciwie grzbiet okryć... ach! ach!
To mówiąc westchnął i zamilkł.
— Gdyby to nie było niedyskretnie — dodał po chwilce — przyznaję, że oddawna postrzegam pana chodzącego po mieście i za miasto, tak jakoś zadumanego i bez celu, że mnie chętka bierze spytać, co téż pan w Lublinie porabia?
— Ja? nic! — odparł Tadeusz krótko — chodzę i myślę...
— I zapewne czekasz pan na kogoś, na coś? — spytał stary — ale przepraszam za ciekawość.
— Nic nie szkodzi — odpowiedział powolnie i unikając jąkania Tadeusz, któremu wesoła twarz i dostatek oznajmujący ubiór nieznajomego dość się podobały. — Nie mam żadnego zatrudnienia, nie czekam na nic i na nikogo.
To mówiąc westchnął.
Stary, który miał wyraźny świerzb języka, zamilkł przecie na chwilę i dodał jakby ogólnikiem:
— Dziwna to rzecz młodość bez zajęcia... o! gdyby to mnie drugi raz dał Bóg siły i wiek po temu.
— Cóżbyś pan robił? — spytał Tadeusz ciekawie.
— Co? rozpocząłbym życie drugi raz od początku jak pierwsze...
— Jakto? więc nicbyś pan w niém nie poprawił i nie zmienił, tak z niego jesteś rad?
— A doprawdy, że podobno na jotę-bym nie chciał innego nic nad to, co-było.
— Rzadkie szczęście! — odparł z westchnieniem Tadeusz.
Gdy to mówił a zmierzch padać poczynał i do miasta, chcąc zawczasu przejść przedmieścia, wracać czas było, powstał młody człowiek, podniósł się i stary przychodzień i powoli kroczyli ku miastu. W drodze mówili jeszcze o obojętnych przedmiotach, o trybunale, o deputatach, o głośnéj sprawie, którą odsądzać miano nazajutrz, a o któréj cały Lublin mówił, bo strona jedna chciała koniecznie dwóch deputatów jakim sposobem w kwaterze strzymać, by na sesyi nie byli, i o to się nawet przez doktorów starano... nareszcie nieznajomy w kontuszu z kunami, na Grodzkiéj ulicy rozstał się z Tadeuszem i wszedł powoli do pięknéj kamienicy naprzeciw świętego Michała...
Nazajutrz Tadeusz, zapomniawszy prawie o spotkaniu, swoim zwyczajem ku wieczorowi pociągnął za miasto i opodal trochę od wczorajszego stanowiska, położył się znowu na trawie. Nie wyszedł kwadrans, a jegomość w kunach ukazał się mimo przechodząc, i puścił się daléj powoli na przechadzkę, skłoniwszy zlekka Tadeuszowi. W pół godziny był z powrotem i znowu zawiązała się rozmowa, z któréj Siekierzyński dowiedział się tylko, że dwaj deputaci wzięli w winie lekarstwo, które im na sesyę przybyć nie dozwoliło i strona przebiegła wygrała; lekarstwo szkodliwém nie było, mogło być nawet żołądkom pomocném, ale było... dla deputatów niewygodném...
W kilka dni potém, choć oba nazwisk swoich nie wiedzieli, młody człowiek i wesoły tłuściutki staruszek, spotykając się niemal codzień, bo zdaje się, że oba nie mieli nic do czynienia i zarówno lubili przechadzkę, poznajomili się poufaléj. Stary siadał na trawie przy młodym chłopcu, że gawędzić lubił, a kontentował, się byle go słuchano, miał zaś zawsze coś nowego do powiedzenia, więc poczynał zabawne często opowiadania, a nie skończył aż mrokiem. Nie pytał on nigdy Tadeusza, kto był, ani Siekierzyński śmiał go badać, ale jednego wieczora, spoglądając na oddalone miasto, gdy się przebrało gawędy, stary westchnąwszy, takie opowiadanie rozpoczął:
— Otóż muszę nareszcie waćpanu powiedzieć, kto jestem, choć możeś i nie ciekawy, ale moje życie by najobojętniejszego może zająć, pochlebiam sobie, bom się nie wykołysał w dostatkach i co mam, winienem Bogu i sobie. A z łaski bożéj kawałek chleba mam porządny i niejeden magnat, co z wielkim dworem na trybunał się wlecze, nie pochwali się tak czystą fortuną, jak moja. Otóż jak mnie waćpan widzisz, wszystko to winienem sobie.
— Szczęściu — dodał Tadeusz.
— Jużciż zapewne — odparł stary — ale żeby mi się bardzo na świecie wiodło, nie powiem, bo i biedy zażyłem; tylko żem był uparty jak kozioł i powiedziawszy sobie, że będę bogaty, pótym pracował, aż nim zostałem.
— Dobrzeby to, gdyby dość było to sobie powiedzieć.
— Posłuchajże waćpan. ojca mojego nie pamiętam, matkę tylko biedaczkę cokolwiek sobie przypominam, była ona, czego mi nie wstyd wcale, przekupką i siadała ordynaryjnie pod krakowską bramą z jabłkami, potém koło jezuickiego kolegium, którędy zwykli byli przechodzić studenci do klas.
Tadeusz zarumienił się widząc, z kim ma do czynienia, ale ciekawość go wstrzymała i słuchał.
— Cały mój fundusik był kilkadziesiąt złotych podobno i to Bóg wie, czy i tyle warte były nasze ławeczki, króbki, koszyki, trocha rupieci, łachmanów i zapas buczyny, jabłek, gruszek, śliwek, wiśni, wedle pory roku. Jak zapamiętam, chodziłem bosaka, w szaréj koszulinie, rzadko mając czém głowę zawinąć i karmiłem się nadgniłemi owocami i polewką domową, którą dopiéro wieczorem gotowała matka dla mnie i dla młodszéj siostry, która wkrótce umarła z ospy. Mieszkaliśmy w loszku na tyle Grodzkiéj ulicy, w izbie ciemnéj i wilgotnéj, sklepionéj, o jedném oknie nad ziemią samą, często śmieciem zarzuconém, bez podłogi, a w deszcz wody pełnéj. Mieszkaliśmy, to się tylko tak mówi; bo matka i ja ledwieśmy trochę nocy tam przepędzali, a cały dzień od świtu do późna, czy mróz, czy wicher, czy zamieć, czy skwar, potrzeba było pod bramą siedzieć i czekać kupujących. Że nie było mnie z kim zostawić, chodziłem z matką zawsze, odziany jakotako, grzejąc ręce nad garnkiem z węglami zimą, chłodząc się murem zimnym w skwary i gapiąc się na ulicę.
Ciężkie to były życia początki; jak je wspomnę, ciarki po mnie chodzą, biedna matka chora była, niecierpliwa i za najmniejszą rzecz nie żałowała mi szturchańców, rózek i łajania. Ja to znosiłem milcząc, a myślałem sobie: jak zdużam, to pójdę pracować i nikt na mnie krzyczeć nie będzie i będę sam sobie panem. Ta myśl pocieszała mnie w dzieciństwie, z którego prędko wyszedłem, bo w latach dziewięciu już nosiłem koszyk z piernikami po mieście, groch młody, ogórki i tym podobne łakocie... Raz, gdy trochę podchmielony mecenas jakiś szedł ulicą i koło kościoła jezuickiego wysunął mu się z zanadrzy plik papierów, ja-m go podjął i pobiegłem za nim. Bardzo był rad ze znalezienia zguby i dał mi dwa talary za to. Schowałem je, nic nie mówiąc o nich matce, a nazajutrz wiedząc już, gdzie czego dostać, kupiłem sobie dobry koszyk, krajkę mocną, stare szare płótno wyciągnąłem u matki i zamiast pójść z nią do ławki, puściłem się w miasto, kupiwszy zielonego grochu i ogórków, za które dałem na ogródku za miastem trzy złote. Cały dzień chodziłem od kapucynów do krakowskiej bramy, wywołując mój towar, i wieczorem miałem pięć złotych w węzełku, trochę grochu przywiędłego i pewną nadzieję, że sobie już dam rady.
Trafiało się, że dla swywoli uciekałem nieraz od matki i dopiéro wieczorem powracałem do stancyi pewien dobrych szturchańców, ale razem i wieczerzy; mrokiem i teraz ale z koszykiem na plecach i dumą w duszy, udałem się do sklepiku. Matka już stała w progu, jakby na mnie czekała, i jak mnie tylko zobaczyła, podniosła miotłę ogromną, dając mi znać, co mnie czeka. Ale nie zląkłem się, bo wiedziałem, że mi przebaczy... Jakoż zobaczywszy mnie z koszykiem i wesołą twarzą, osłupiała, zdawała się w początku nie poznawać, wreszcie odezwała się: — A to co, Michałku? — Zejdźmyno, to ja matuni wszystko rozpowiem jak było — odpowiedziałem ufny w siebie i powoli zlazłem za matką do loszku, zdjąłem koszyk, siadłem na wywróconém wiadrze i tak począłem od dwóch talarów moich, aż do zarobku dziennego, dodając: — Otóż zobaczycie, teraz już ja i matuni i sobie na chleb zarobię i nie bójcie się!
Matka tak była zdziwiona, uszczęśliwiona i przejęta tym niespodzianym moim rozumem, że mnie aż w głowę pocałowała i rozpłakała się z radości... Nastawiła prędko wieczerzę, a gotując ją, po kilka razy patrzała moich pieniędzy, rozpytywała mnie i powtarzała sama do siebie:
— No! co sprytny, to sprytny!
I nie wytrzymała przez wieczór, poszła zaraz do sąsiadek pochwalić się synem, sprowadziła starą Kasprową i starą Frankową i kazały mi znów opowiadać, jak to było, kto mi to poradził, jak ja tego dokazałem.
Następnych dni matka sobie siadła pod bramą, a ja poszedłem znowu po krakowskiém i tak powoli dałem się poznać, że już w parę tygodni miałem sobie przedaż zapewnioną.
Potém, że mi się zieleniny nie podobały, bo to psująca się rzecz, zacząłem handlować różnemi drobnostkami, zabawkami dziecinnemi, szpilkami, tasiemkami, igłami... A żem pracować lubił, wesoło witał kupujących, czasem potrzebnym pokredytował, jakoś mi dobrze szło, tak, że cośmy z matką przeżyli, to przeżyli, a jeszcze około sta złotych miałem zapasu.
Pamiętam, że już naówczas chodząc koło sklepów, mówiłem sobie: chybaby Bóg nie łaskaw a ja sklep mieć muszę, i taka mnie ambicya opanowała, żem pracował i grosz do grosza składał niezmordowanie, aż w ostatku udało się, jeśli nie sklep mieć swój, to choć budkę koło św. Ducha, gdziem z początku szkaplerze, paciorki, obrazki, medaliki, książeczki i różne terefelki trzymał. Matka zawsze jeszcze siadywała choć stara nad swojemi jabłkami, chociem ja jéj to perswadował, ale próżnować nie lubiła, przywykła kłócić się ze studentami i takie to już było jéj życie. Bywało jak zachorzeje, a zmuszę ją, żeby w domu w cieple posiedziała, to tak nudzi, że rady sobie dać nie może, wstaje, do okna chodzi, stęka i nazajutrz nieboga wlecze się z garnkiem znowu na swoje miejsce. Chciałem, żeby sobie w mojéj budce ze mną przesiadywała, ale nie mogła: studenci ją wszyscy i ona wszystkich znała doskonale i już żyć bez siebie nie umieli. Ta wrzawa chłopaków, spory z niemi, ciągła baczność, żeby jéj nie okradli, ożywiały ją i odmładzały. Śmiała się, gdy ją nazywali Cybetą i gniewała się sądząc, że to znaczyło cybulę poprostu, któréj nie sprzedawała; domagała się, żeby ją lepiéj przezwali jabłkiem lub gruszką, ale wszystkie pokolenia studentów znały już ją pod tém nazwiskiem. Mnie tymczasem szło bardzo dobrze i nie pamiętam w życiu szczęśliwszych chwil nad te, które spędziłem nosząc w koszyku na plecach nadzieje, sadząc je w budce obok siebie. Dobiłem się późniéj wszystkiego, czegom tylko żądał; ale mniéj mnie to uradowało, niżeli marzenia dziecinne... nie było téż już i poczciwéj staréj matki, by się z nią podzielić dostatkiem. Staruszka siedziała, póki tylko mogła, u bramy kolegium jezuickiego, a gdy już zwlec się nie potrafiła na stanowisko, jednego dnia jesieni przechorowała dwie doby i zasnęła nazawsze... Możeś pan widział piękny kamienny nagrobek na cmentarzu dominikańskim, z koszem owoców na wierzchu wyrobionym, jest to pomnik mojéj matki...
Sam jeden pozostawszy, pracowałem daléj i z budki pod św. Duchem wprędce przeniosłem się do najętego sklepiku naprzeciwko ratusza, a sklepik to już był, co się nazywa, nie wielki, ale zaopatrzony dobrze w korzenie, cukier, kuchenne przyprawy i t. p. Ale że to się jeszcze z niewielkiego grosza kupowało od hurtowników, zysk nie był znaczny i musiałem powoli dorabiać się, nim doszedłem do tego, że sam sobie towar mogłem sprowadzić. Z dwóch talarów rzuconych mi przez mecenasa podchmielonego, w krótkich latach przyszedłem do dwóch tysięcy talarów gotówki i zapasu sklepowego... Prawda, że mi się wiodło, ale trochę się i pochwalić tém mogę, bo i wagi i miary pilnowałem, nikogom na grosz nie oszukał i oszczędzałem w początku jak ostatni sknera — a zrobiłem był sobie ślub, który dotychczas dopełniam, dawać każdemu ubogiemu, którego spotkam, nie mniéj ni więcéj grosz, na pamiątkę mojego własnego ubóstwa. Może i ta moja jałmużna dała mi szczęście, ale to pewna, że szkody nie miałem nigdy ani od złodzieja, ani od pożaru, ani z oszukaństwa złych ludzi, i powoli, powoli, ot z urwisa ulicznego, włóczęgi, któryby mógł przepaść na wieki, wyszedłem na mieszczanina, na hurtownego kupca, kupiłem kamienicę, ożeniłem się dobrze, dziatki mi się hodują i dostatek powiększa. A w dodatku powiem waćpanu, że jestem radcą miasta Lublina i ludzie mnie uważają i kiedy król nieboszczyk przejeżdżał przez nasze miasto, trzymałem baldachim u krakowskiej bramy...
Tadeuszek wysłuchał cierpliwie całego opowiadania, a gdy skończył kupiec i powstał, rzekł tylko sucho i zimno:
— Bardzoś pan był szczęśliwy! i ciekawa to istotnie historya!
— A morał jéj — dokończył pan Michał — że aby człowiek chciał pracować, to na świecie się poprze...
Ostatnie słowa zdawały się wymówione z pewnym zamiarem; jakoż utkwiły dobrze w głowie Tadeusza, który zamyślony powrócił do dworku i część nocy potem z wielkiém zdumieniem i niepokojem poczciwéj Doroty i Macieja, chodził mocno zadumany po swojéj izdebce. Wielka w nim odbywać się musiała walka, bo widoczne na twarzy malowało się wzruszenie: czoło to rozjaśniało się, to chmurzyło, oczy błyskały i mgłą się zasuwały, chodził żywo i stawał i liczył, i nad rankiem położył się nierozebrany z jakiémś silném postanowieniem. Nazajutrz jak świt, znikł znowu ze dworu i poszedł w miasto, tymczasem poczciwi słudzy bardzo o niego byli niespokojni, zwłaszcza stary Maciej. Zeszli się oboje w kuchni i udzielali sobie wzajemnie swoich domysłów i postrzeżeń.
— Milczy i chodzi — mówił Maciej — to źle, bardzo źle, uważałem, że i nieboszczyk przed śmiercią najwięcéj chodził i milczał uparcie. Człowiek, co nie gada, musi być chory. Wołałbym, żeby się gniewał, łajał, bił zresztą, ale tak słupem niemym z kąta w kąt się przesuwać, to już coś niedobrego. Ale co tu radzić?
— Co radzić?.. — odpowiedziała Dorota, która od niejakiego czasu wpadła w nadzwyczajną pobożność — modlić się i Pana Boga prosić.
— Ać! zapewne! — rzekł Maciej — Pan Bóg — ojciec sieroty, ale trzeba sobie radzić i samym, jużciż z założonemi rękoma siedząc, tabaka się sama nie utrze. Możeby dać znać stolnikowiczowi...
— Albożeście to nie uważali, że on i ze stolnikiem tak mruczek, jak z nami, i co się go naprosił, żeby mu powiedział, co zrobi z temi pieniędzmi, które chce odebrać, nie uprosił przecie, nawet trochę markotny odjechał. Już to taka natura... Słuchaj, Macieju, a gdybyśmy spróbowali dojść, co to on po całych dniach robi?
— A kto się z nim zejdzie! — odparł Maciej — ja coś tak suwam nożyskami jak nie swojemi, coś mi się zrobiło... i wy.
— E! nie gadałbyś; ja jeszcze dwie mile ujdę codzień po mieście.
— A wieczorem się skarżycie?
— Bo to taki bruk niegodziwy w Lublinie! bywało w Siekierzynku co się człowiek nadrepce, a nogi nie zabolą.
— Oto to musi ten bruk i mnie szkodzić — przerwał Maciej — ani chybi bruk, bo od roku nogi jak kłody...
Nie spostrzegli się oboje, że lat kilkanaście upłynęło od wyjazdu z Siekierzynka, biedacy!
Z tych długich narad nic nie wynikało; Dorota sobie, Maciej sobie próbowali rozgadać się z Tadeuszem, ale on ich zbywał ni tém ni owém, a coraz mniéj w domu siedział. Zwłaszcza gdy stolnik umyślnym pieniądze odesłał, przy obszernym liście naszpikowanym łaciną i sentencyami, Siekierzyński zaraz nazajutrz znikł jeszcze raniéj z domu i nie powrócił aż w nocy, uznojony, zmęczony, jak gdyby z dalekiéj powracał wędrówki. Potem aż do dnia coś pisał, notował, papiery układał i znowu ledwie się na jutrznię ozwał kapucyński dzwonek, otworzył drzwi, zawołał Dorotę, żeby je za nim zamknęła i na cały dzień uszedł.
To niewytłómaczone postępowanie do reszty zniepokoiło poczciwych sług, i Maciej nogi sobie spirytusem wysmarowawszy, postanowił ruszyć na zwiady po mieście, czy też nie spotka go gdzie i nie zobaczy, co robi. Nie bez przyczyny bowiem od dwóch dni obiadu w domu nie jadł, i zapowiedział Dorocie, żeby sobie tylko gotowali, bo chyba na wieczerzę będzie mógł powrócić.
Oglądając się, rozgadując po drodze, wstępując do otwartych kościołów, stary Maciej powlókł się o kiju od krakowskiego przedmieścia, od kapucynów począwszy do Grodzkiéj aż ulicy; zawrócił się potem ku dominikanom i jezuitom, ale napróżno oczy wytrzeszczał, nigdzie Tadeusza nie odkrył. Uparty, cały dzień tak błąkał się ze swemi pęcherzami pełnemi tabaki, rozpytywał ludzi, śledził, nadaremnie. Sprzedał tylko kilka funtów maciejówki, napił się miodu u Indyka (tak zwano szynkownię u żydowskiéj a raczéj Grodzkiéj bramy) i mrokiem już przyszedł nazad z niczém. Dorota postanowiła nazajutrz sama w ślad pójść za swoim paniczem.
Nocką już przyszedł on do dworku, kazał sobie dać wody do umycia, która, jak uważała Dorota, była czegoś dziwnie ciemna, jak gdyby się panicz czém powalał, zjadł trochę nawarzonego krupniku i chleba kawałek, zapisał coś sobie i spać się położył. Ledwie na brzask było, już posłyszeli starzy, że ognia krzesał, ubierał się i zabierał do wyjścia, a Dorota, która dla pewności ubrana spać się położyła, poniosła mu piwo grzane, za które jéj podziękował z uśmiechem dawno niewidzianym, ale pił je, już w opończę się uwinąwszy, w czapce na głowie i poparzywszy rękę z pośpiechu, umknął z domu jak złodziéj. Stara Dorota, której ciekawość sił dodawała, w minutę pobiegła za nim, ale go już spostrzegła daleko przed sobą, a że musiała unikać, by jéj nie zobaczył, i kryć się w pustéj jeszcze ulicy, straciła go z oczu koło ratusza — błądziła, błądziła i z niczém, jak Maciej, powróciła.
Wielki to był tryumf dla starego stangreta, który dowodził, że wszystkie śledzenia będą próżne.
— Zobaczymy — odpowiedziała kobieta — zobaczymy... jutro ja się lepiéj jeszcze nasadzę...
Jakoż następnego poranku trochę więcéj dowiedziała się Dorota, zobaczyła go bowiem koło ratusza wchodzącego do jakiéjś kamienicy, w któréj znikł. Czekała, czekała długo, czy z niéj nie wyjdzie; koło południa poszła wewnątrz, ale z wielkiém strapieniem przekonała się, że kamienica była przechodnia.
Maciej śmiał się do rozpuku, ale trzeciego dnia zaparłszy dobrze dworek, sam poszedł z Dorotą; znowu Tadeusz wszedł do téj-że kamienicy, z któréj jednego wyjścia pilnowała służąca, drugiego stangret. Stali tak niezmiernie długo i nie zobaczyli go wychodzącego. Dorota utrzymywała, że go Maciej prześlepił, on, że się ona zagapiła, pokłócili się mocno i powrócili do domu. Staremu przyszło na myśl zasadzić się już wieczorem, azali on po mroku z tegoż miejsca wychodzić nie będzie; potém śledzić, co on może robić w téj kamienicy. Jakoż zwycięsko przyszedł oznajmić Dorocie, że panicz cały dzień w téj kamienicy siedział i o mroku dopiero, uwinięty w opończę, wysunął się temi drzwiami, któremi wchodził.
Pozostawało tedy dojść, co go tam ciągnęło i czém się cały dzień zajmował, a tu Maciej ofiarował się na zwiady ze swoją tabaką. Nazajutrz więc około godziny dziesiątéj wybrał się, opatrzywszy w pęcherze pełne maciejówki i począł logicznie od dołu kamienicy, która miała dwa oprócz tego piętra. Na dole był tylko sklep korzenny jakiegoś kupca Falkowicza, zdawało się nowo założony, bo i tablicę miał świeżą i dawniéj go jakoś nie widział Maciej, choć często tędy przechodził; z drugiéj strony mieszkał szewc, którego głos donośny rozlegał się daleko; nazywali go Tubą, a to nazwanie dali mu studenci, bo nie było chwili, żeby jego krzykliwe i namiętne wołanie nie rozlegało się aż w podwórzu. Nie zaglądając do sklepu Maciej, zaszedł do Tuby, sprzedał mu ćwierć funta tabaki na próbę i kroczył na górę; znalazł tam jedno mieszkanie zamknięte, w drugiém umarłego na marach staruszka jakiegoś, u którego trumny kilkunastu wnuków klęczało. Na drugiém piętrze mieszkał jakiś prawujący się szlachcic, u którego właśnie pili na zabój na konferencyi znajdujący się prawnicy, i młode małżeństwo zajęte pilnie swojém szczęściem i gospodarstwem. Nigdzie śladu Tadeusza nie dostrzegł stary, i jedno tylko zamknięte mieszkanie zostawało nierozpatrzone. Chcąc się o nie rozpytać, wszedł na dole do sklepu Falkowicza; siedział tu kupiec, sam obmotany opończą, w kapuzie na głowie, jakby chory, i trzymał chustę przy twarzy, osłaniającą mu ciemne, brunatne lice — siwowaty włos z pod czapki się wymykający, zgarbione plecy świadczyły o wieku mieszczanina. Na widok wchodzącego Macieja, pan Falkowicz wstał, coś mruknął nie odejmując chusty od twarzy i postąpił ku niemu, ale wpatrzywszy się zapewne w liche jego ubranie, bo Maciej od wyjazdu z Siekierzynka dodzierał stare opończe i drelichowe katanki, odsunął się szybko i usiadł, dając znać, że cierpi.
— Nie zażywacie tabaki? nie potrzebujecie maciejówki? — spytał stary — doskonała tabaka! jak Boga kocham, proszę spróbować? Pan cierpi na zęby, niema nic lepszego jak płukać i myć tabaką... proszę spróbować.
Ale kupiec odtrącił pęcherz otwarty ręką i usunął się kiwając głową, a nie mówiąc ani słowa.
— Pan nie zażywa? — spytał Maciej niechętnie.
Falkowicz głową kiwnął i głębiéj jeszcze cofnął się w ciemny kąt kramu swego, jakby mówił:
— Dajcie mi pokój.
— To jak wola, nie napieram się — mówił stary — boć nie chwaląc się, tabaka jakiéj drugiéj w Lublinie niema; żydzi farbują krwią, mieszają popiół, szczecinę, szkło i Bóg wié co, a moja czysta! ale jak nie, to nie. Mam i tak odbyt wielki, ledwie nastarczę; prosiłbym tylko pana kupca powiedzieć mnie, kto tu mieszka w téj kamienicy na górze, gdzie drzwi zamknięte, naprzeciw nieboszczyka!
Na to pytanie zmieszał się Falkowicz, spuścił głowę i zpod chusty grubym przez nos głosem odpowiedział niecierpliwie:
— Ja... ja!
— A! bardzo przepraszam, proszęż dać pieprzu za trzy grosze.
Na to żądanie poparte rozwiązaniem węzełka, z którego Maciej dostał trojaka i położył na stole, zawahał się Falkowicz, może dlatego, że go zęby bolały, a żądanie było maleńkie, ale wkrótce jakby się namyślił, obwiązawszy się chustą, chwycił szufladę pieprzu, nasypał go na papier, odważył, zawinął i oddał Maciejowi, wpuszczając monetę do innéj szuflady. Tego dopełniwszy, stęknął, siadł, podparł się, jakby mówił: — Idź-że waszeć sobie. — Macieja wszakże niełatwo było się pozbyć; i nim do kieszeni stosownéj wpuścił kupiony pieprz, zaczął rozmowę znowu.
— A to widzę nowy sklep, bo ja tu mieszkam w Lublinie od lat trocha, a jeszcze go nie widziałem...
Kupiec milczał, kiwnął tylko głową.
— Piękny sklep, co się zowie, tablica ślicznie malowana! i dostatek widać towaru... No! daj Boże szczęście... pan to pewnie z innéj ulicy tu się przeniósł?
Falkowicz znów głową tylko dał znak potakujący.
— I miejsce to dobre, niema co mówić, sam przechód, kamienica na drodze, blisko ratusza, w środku miasta, pozycya doskonała, powinszować! A imbieru u pana dostanie?
Falkowicz wskazał na szufladkę.
— Psi! si! wszystko jest! ślicznie! ślicznie! kłaniam się panu i kłaniam!
I widząc, że uparty kupiec milczy, ciągle się chustką zasłaniając, rad nie rad uszedł.
— Dziwny to jakiś kupiec — mówił po drodze — milczący, chory, stary... Nie zrobi wielkich rzeczy, jeśli tak go będą ciągle zęby bolały; towar trzeba chwalić, kupującego zapraszać; ja z moją tabaką, co gęby nastudzę, a ledwie radę dam... Milczkiem to tylko na lisa polować dobrze... Bóg z nim. Ale radbym wiedziéć, co się z tym paniczem dzieje... Dorota będzie śmiać się ze mnie, że nic nie doszedłem, ale doprawdy chyba go tam dziś niéma? Kupiłem jéj za to pieprzu i tanio i pachnącego.
Powróciwszy do dworku, Maciej najsumienniéj i najobszerniéj się wytłómaczył ze spraw swoich, oddał Dorocie funcik z pieprzem, nad którego taniością i gatunkiem wydziwić się nie mogła, i z westchnieniem usiadł, zeznając, że pana Tadeusza nie rozumie i nie wié, co się z nim dziać może.
— Jeśli chcesz wasanna — dodał z przekąsem — popróbuj jutro sama, może czego dojdziesz?
Dorota ruszyła ramionami.
— Daj mnie pokój! — odpowiedziała — dobrze tylko i to, żeś taki dobry sklep odkrył; jak mi czego będzie potrzeba, to do niego pójdę, bo po pieprzu wnoszę, że tam taniéj jak gdzieindziéj.
Najdziksze więc robiąc domysły, słudzy pozostali w niewiadomości obrotów swojego pana, a jak w początku jego postępowanie zdawało im się bardzo dziwne, tak późniéj przywykli do jego wycieczek całodziennych, że przestali się niemi niepokoić. Tadeuszek zaś najregularniéj znikał zrana bardzo i nie powracał aż późnym wieczorem, coraz mniéj przebywając we dworku, w którym dwoje tylko starych samotnie życie pędziło.
W kilka tygodni Dorocie potrzeba było różnych ingredyencyj kuchennych i z koszykiem udała się do sklepiku Falkowicza dla zakupienia ich. Niemniéj jak Macieja zdziwił ją osobliwszy milczący kupiec, zawsze prawie obwinięty chustką, śniadéj płci i siwych włosów, niecierpliwy, pół słowy zbywający, ale sumienny w przedaży, wadze i cenie. Żadnym sposobem nie udało jéj się zawiązać z nim rozmowy; ale z kilku jego wyrazów stłumionym wyrzeczonych głosem, Dorota zmieszana zdawała się rozpoznawać zmieniony, a przecież znany jéj dobrze dźwięk głosu. Wzruszona i niespokojna, jęła się przypatrywać, siedziała długo, szpiegowała nowego przemówienia, ale już Falkowicz ust nie otworzył i choć ciągły był napływ potrzebujących, ciągła sprzedaż towaru, zbywał przychodniów milczeniem. Dorota stała drzwiami zasłoniona długo i próżno przypatrywała się przez szparę starcowi i pojąć nie mogła, co się jéj przymarzyło.
W istocie dziwne miała przywidzenie; zdało jéj się, jakby słyszała wykrzywiony niezręcznie, stłumiony umyślnie głos Tadeusza; ale sama się z tego potém śmiała, tłómacząc sobie dziką myśl swoim niepokojem o wychowańca. Falkowicz był tak stary i siwy, śniadéj płci, niski, gruby! A wreszcie cóż być mógł za stosunek kupca z dzieckiem rodu Siekierzyńskich! Tylko widziany kilka razy i znikający w téj kamienicy Tadeusz dawał do myślenia Dorocie... że kryjówka młodego człowieka i ten głos osobliwszym sposobem w jedném się miejscu zbiegły.
Wróciwszy, nie wspomniała o tém, co się jéj przysłyszało, Maciejowi; byłby ją wyśmiał, ale z różnych poznak wnioskując i myśląc długo, poczęła wpadać na jakieś domysły, które ją nazajutrz znów do sklepu zagnały. Weszła tak, że jéj Falkowicz nie widział, a gadał do kogoś; jakkolwiek przebrany, zestarzony, wykręcony, tak jéj był znany od pieluch! Był to głos Tadeusza, nie mogła się zmylić!
Pan Tadeusz, ostatni z Siekierzyńskich, ów dawny szlachcic, kupcem! cóż mu się stało? być-że to mogło? Była pewna, że się nie omyliła; nie rozumiała ani celu, ani powodu... ale jakiś niepokój ją opanował, jakby o zbrodni się dowiedziała, jakby popełniła występek. Siadła i zaczęła gorzko płakać.
Maciej o niczém nie wiedział; on właśnie w ganku przyjmował przybyłego stolnika nurskiego, który pomimo podagry przybył się dowiedziéć, co porabia syn przyjaciela, co się stało z odebranym kapitalikiem. Zaraz na wstępie schwytał Macieja zapytaniem:
— A co, mój stary, co u was słychać?
— A! panie stolniku! najgorzéj, że nic... człek nie wié, czy się cieszyć, czy lamentować, tylko w niepokoju czeka jak burzy, którą widzi nadchodzącą.
— Cóż wasz panicz?
— Panicz! możemy powiedziéć, że go prawie nie widujemy. Bóg jeden wié, co robi? wychodzi z domu o świcie, powraca nocą dopiero, a w żaden sposób dojść nie można, czém się zajmuje... Po mnie aż ciarki chodzą.
— Jużciż mogliście go popytać?
— Aha! żebyż odpowiedział! taki takusieńki mruk jak nieboszczyk ojciec, chodzi i milczy, milczy i chodzi... Dobry, poczciwy, ale ma dwie wady, paneczku... nie gada i tabaki nie zażywa, to go i zgubi.
— Cóż to, jak myślicie? hula może, co?
— Gdybyż hulał? to rzecz wiadoma, że młodemu trzeba trochę się wyszumiéć, ale gdzie tam! Tak on hula jak i ja... Ale coś robi potajemnie i kryje się.
— To źle — rzekł stolnik — potrzeba dojść koniecznie... Kto wié!...
— Niech-że kto będzie mądry! Już my z Dorotą dobrześmy tańcowali i nic... Powiem panu nawet — ciszéj dodał Maciej — szpiegowaliśmy go, wchodzi do jednéj kamienicy regularnie co rana i aż nocką z niéj wyjdzie dopiéro.
— No! to było śledzić kto tam mieszka?
— A któż mieszka? ja nie w ciemię bity... mieszka stary jeden kupiec, młode małżeństwo, szewc, szlachcic jakiś, co na trybunał przyjechał i jeszcze tam jakaś familia uboga; ale jego ani słychu.
Stolnik się zmarszczył mocno, pokiwał głową, zamyślił.
— Ja z nim o tém pogadać muszę — rzekł — przyzna mi się; jużciż nie rozbija i nie kradnie.
Wtém nadeszła Dorota z czerwonemi od płaczu oczyma i uściskała nogi stolnika; jakoś Maciej poszedł dla koni gościa kupić siana wiązkę, a on został sam na sam ze starą sługą.
Dorota obejrzała się naprzód na wszystkie strony, pokiwała głową, załamała ręce i szlochając zawołała:
— Wié pan, co się z naszym paniczem dzieje?
— A! wiem, mówił mi Maciej przecie.
— Cóż on panu mógł powiedzieć? — tu się zaszła od płaczu — on nic nie wié.
— A! na Boga, mów, moja Doroto! mów, zaklinam!
— Gdyby nieboszczyk to zobaczył, umarłby z rozpaczy.
— Jezu miły, ale cóż to jest, Doroto — zawołał stolnik — mów, jeśli Boga kochasz, na rany Chrystusowe!
Dorota zbliżyła się do ucha pana Piotra Kornikowskiego i szepnęła:
— Został kupcem.
Gdyby piorun uderzył u nóg stolnika, nie byłby więcéj pobladł ani się przeraził; słowa zamarły mu w ustach, zatrząsł się, namarszczył brew.
— Jak? co? gdzie?... to być nie może! — wyjęknął — powiadam ci, to być nie może! on! on! Siekierzyński! potomek hetmanów i kasztelanów!..
— Ciszéj, panie stolniku, ciszéj, na Boga, jeszcze nas kto posłyszy; tak jest! został kupcem.
— Prędzéjbym myślał, że się utopi! — krzyknął stolnik porywczo — ignominia! infamia! ale mów-że wasanna, mów-że, jak Łosię stało?
— Jak to się stało, ja tego nie wiem, ale jak się przekonałam, to zaraz się wytłómaczę... Jak zaczął panicz z domu rankiem uchodzić, a aż w nocy powracać, zlękliśmy się z Maciejem i szpiegowaliśmy go. Otóż w kamienicy, do któréj chodził, na dole jest sklep, napisano Falkowicza, a to nie Falkowicza żadnego, tylko jego.
— Cóż on tam u kaduka sprzedaje?
— Co? pieprz, rodzenki, imbier, cukier... zwyczajnie kupiec.
— Jak-to! tak, w biały dzień, bez wstydu, psu oczy sprzedawszy!
— O! nie! zobaczysz pan co za dziwy z siebie zrobił! przebrał się, powiadam panu, jak na zapusty! włosy siwe, twarz oliwkowa, garbaty, stary.
— A to ty mi androny prawisz! — krzyknął stolnik laską stukając — to brednie, powtarzam, to brednie.
— Ale panie, ja go wyhodowałam, poznałam go! po głosie go poznała, to on, jak mi święta pamięć jego matki!
— Tfu! tfu! — przerwał staruszek — zwaryowałaś czy co! androny! banialuki! powiadam! Gdzie? przebrał się? zamaskował! jak to być może, chyba sfiksowawszy.
— To niech-że się pan sam przekona! ja pana zaprowadzę.
Jakkolwiek zmęczony, stolnik wziął za kij, otrzepał tylko z pyłu kapotę podróżną, wychuchał czapkę pomiętą, przygładził siwego włosa i z Dorotą wraz, zostawując na straży domu furmana swego, ruszył pod ratusz.
Kawał to drogi z Winiar, zwłaszcza dla starca, co tylko wysiadł z bryczki i cierpiał na nogi pobrzękłe, a w dodatku, in publico, jak powiadał, swoich defektów pokazywać nie chciał i usiłował iść prosto i lekko, a nawet z pewną młodzieńczą zamaszystością... Ale wiele może wola i niepokój, gdy niemi kieruje serce poczciwe.
O kilkanaście kroków Dorota się przyzostała, a pan Piotr naczupurzywszy się, wszakże z widocznym niepokojem, po dwóch kamiennych śliskich płytach wszedł do kramu, nad którego drzwiami wielkiemi literami stał napis:

SKLEP KORZENNY
Jana Falkowicza ze Lwowa.

Pod temi wyrazami na czarném tle narysował artysta dla nieumiejących czytać, szalki, pudełko i o ile mógł i umiał, w różnych mniéj więcéj wiernych kształtach, atrybuta handlu korzennego, a między niemi głowę cukru z uszanowaniem odkrytą przed publicznością i świecącą białą łysiną swoją. Kram był bardzo świeży i porządny, szafy malowane ciemno, naczynia i pudła nowe, szalki świecące, nawet ta szpulka, z któréj z nieprzyjemnym, kłótliwym głosem rozwija się sznurek, protestując przeciwko nieustannemu rozcinaniu, miała jakąś fizyognomię uśmiechniętą i wystrojoną. Była żółta z brzegami ponsowemi... W sklepie był zapach zachwycający: mieszanina szafranu, bobkowych liści, imbieru, pieprzu i tysiąca drogich staropolskiej kuchni przypraw połączonych w jedno totum. Kędy spojrzałeś, radowało się serce i żołądek na widok materyałów, które w rękach kuchmistrza specyalne wydać miały potrawy, wytworne i zawiesiste sosy. I czy to, że sklep był nowy, a nowe sitko na kołku, czy, że w istocie jego czystość, porządek i oblicze wesołe nęciły, ale ciżba kupujących była wielka. Stary, zgarbiony, szpakowaty, oliwkowéj cery, w kapuzie i z gębą zawiązaną chustką kolorową kupiec, zwijał się nie mogąc wszystkim nastarczyć. Stolnik wszedł z tłumem i spojrzawszy na oryginalną figurę pana Falkowicza, rozśmiał się do rozpuku z Doroty i z radości, że się tak pomyliła. W téj chwili kupiec zwrócił na niego oczy i sznurek, którym wiązał ogromne oko bobkowych liści, zastrzęgł mu w rękach, widocznie zmieszał się, spuścił głowę i poprawił chusty, odwrócił się...
Ten ruch nie uszedł pilnego oka stolnika, który dobywszy talara z kieszeni, zbliżył się do kupca.
— Proszę wacana o funt rożków... rzecz dobra od kaszlu.
Falkowicz, który stał odwrócony, śmiało zbliżył się, wziął talara w milczeniu, spuścił go w szufladę, oddał resztę i zawinąwszy ekstra-szparko rożki, wręczył je stolnikowi. Ten ręki nawet nie mógł zobaczyć, bo kupiec miał na niéj rękawiczkę. Chciał głosu dobyć z téj nieméj postaci, i począł rozmowę, ale sąsiad go trącił i rzekł mu na ucho:
— Pan nie wié, że Falkowicz ma defekt z pozwoleniem, w gębie, ciężko mu gadać, cyrulik mu zęba dostawał i szczękę nadłamał... otóż i nie konwersuje przez to... Ale to pierwszy sklep — dodał — quoad integritatem, człek słuszny... Kilka lat, ba i pono z dziesięć czy więcéj nie mieszkał w Lublinie, teraz powrócił do nas ze Lwowa.
Stolnik głową pokręcił.
— Gdzież u kaduka ta Dorota wzięła swego Tadeusza w tym starcu: a muszęż jéj głowę zmyć za tę potwarz! Podobny jak pięść do nosa!
Tymczasem sąsiad poczęstował stolnika tabaczką, stolnik przyjął ją z wdzięcznością i rozwinął swoje rożki, by się wywdzięczyć, a z tych preliminaryów zawiązała się rozmowa ze staropolską uprzejmością braterską.
— Waćpan dobrodziej nie tutejszy? — spytał sąsiad sklepowy.
— Ja, mości dzieju, jestem z Mazowsza.
— Zapewne do trybunału; czybym nie mógł usług moich ofiarować?
Gratias ago, ale nie w tym interesie przybyłem, prawa żadnego nie mam, przyjechałem, iż tak rzekę, dla rozrywki, propter delectationem.
Prawnik się ukłonił niżéj jeszcze.
— Jakże godność pańska?
— Piotr Kornikowski, stolnik nurski.
— Miło mi poznać waćpana dobrodzieja, zwłaszcza, że Kornikowscy herbu Rola?
— Tak, Rola.
— Z Mazowsza itidem, z których jeden miał za sobą Malewiczównę z Malewa, znany był mi intime...
— Mój stryj nieboszczyk, requiescat in pace.
— Umarł! proszę asindzieja? umarł!
— A kogóż mam szczęście tam insperate poznawać i szczycić się zawiązaną miłą mi konwersacyą? — spytał z właściwą wymową pan stolnik.
— Kordziłowicz Inocenty z Wołynia, z pod Łucka — odparł prawnik — z Kordziłówki szlachcic, mogę powiedzieć, tak dobry jak i drudzy i possessionatus, acz na cząstce.
— Bardzo mi miło zaszczycić się towarzystwem waćpana dobrodzieja!...
Gdy tak wzajemnie prawią sobie starzy komplementa w smaku czasu owego, usunęli się nieco, by natłokowi ustąpić, a stolnik nagle jak sparzony, ogromne oczy na kupca wytrzeszczył. Falkowicz, który go już może za nowo przybyłemi nie widział, odezwał się do kogoś; dźwięk jego mowy doszedł uszu pana Kornikowskiego. Schmurzyło się nagle oblicze, zacisnęły usta i, pożegnawszy szybko Kordziłowicza, który miał intencyę wprosić się na miodek lub węgrzyna, o ile mógł, szybko wyniósł się ze sklepu.
Ale jak wzruszony! jak trzęsący się! jak blady! jak oddychający ciężko! Oczy mu mgłą zaszły, łzą może, i ze schodów, o których zapomniał, tylko co się nie stoczył; przecież Kordziłowicz go jakoś podtrzymał, co dało powód do nowych uścisków i poleceń pamięci; a stolnik jak napiły, powlókł się sam nie wiedząc dokąd, i zamiast ku ratuszowi, skręcił się ku dominikanom, zapomniawszy, że na niego czeka Dorota.
Poznał on ten głos, chustka się nieco usunęła, dojrzał twarzy i był przekonany, że w istocie Siekierzyński został kupcem.
Był to cios tak dla niego wielki, straszny i niespodziewany, że w początku powtarzał tylko: kupiec! kupiec! i szedł jak przybity. Zastanowił się chwilę, zbierał myśli.
— Niech kaduk porwie! sza! sza! ani mu powiem, żem go poznał! potrzeba to utopić! żeby świat nie wiedział, nie widział, nie domyślił się. Wstyd! hańba! strata szlachectwa! Siekierzyński! Siekierzyński! a! a! gdyby się nieprzyjaciele ich dowiedzieli!
I pochwycił się oburącz za głowę.
— Nikt! nikt o tém wiedziéć nie powinien! ani ja! ani ja nawet! Falkowicz! Falkowicz! szaleństwo! jakiś głupiec mu to doradził, a on głupiec drugi, że to przyjął! A! rozumiem teraz, na co mu potrzeba było pieniędzy! Gdyby się był utopił, nie tylebym się dziwował! Ale kupcem zostać! Siekierzyńskiemu! Nie lepszać nędza, ubóstwo, żebranina... wszystko lepsze...
I rozprawiałby tak stolnik długo może, gdyby go Dorota dognawszy, nie chwyciła za rękę.
— A co? — spytała — a co! nie prawdaż?
— Przeżegnaj się, kobieto! — odparł żywo pan Kornikowski — co tobie było w głowie!... No! głos podobny! Ale cóż z tego? To starzec!... tu go w mieście od lat kilkunastu znają bardzo dobrze! Pytałem ludzi! Gdzie zaś! a broń Boże, byś to komu powtórzyła, ot zgubiłabyś chłopca.
— Ale mogłamże się ja omylić?
— I jak najpewniéj, powtarzam, toć go tu od piętnastu może lat znają... Imaginacya! obłąd! porzuć to! porzuć! Tak-eś mnie nastraszyła, a nadarmo! gadałem z nim sam! Gębę ma zawiązaną, bo mu cyrulik szczęki nadłamał zęba dobywając.
Dorota zbita z tropu i zgromiona zamilkła. Stolnik wielce poruszony powoli teraz i spoczywając szedł na Winiary. Stara sługa zadumana, nie umiejąc sobie wytłómaczyć swojéj omyłki, wyrzucając sobie, że z taką pewnością takie dzieciństwo poplotła i stolnika daremnie przeraziła, smutnie ciągnęła się zanim w milczeniu. Obwiniała siebie i rada była razem, że to się bajką okazało, bo krok tak dziwny zdawał jéj się nieledwie występkiem w obliczu przeszłości Siekierzyńskich.
Był to czas, w którym klasy nieszlacheckie zupełnie pojmowały tę wyższość szlachty i zaszczytu przypuszczenia do niéj dobijały się wszystkiemi środkami; cóż dopiéro szlachectwo takie jak Siekierzyńskich, odwiekuiste, starożytne, za coś nadzwyczajnego uchodzące w sąsiedztwie i tak poważane powszechnie!
Stolnik ze swojéj strony obracał ten wypadek na wszystkie strony; przypominał charakter Tadeusza i pojąć nie umiał, co mu się stało; nie wpadał wcale na myśl, żeby go to zbogacić mogło, a brzydząc się po szlachecku kupiectwem, jako stanem wyrabiającym w człowieku chciwość, i wedle wyobrażeń ówczesnych, służebniczym i podłym — nie mógł rozplątać węzła. Postanowił sobie w téj klęsce, którą go Pan Bóg dotknął, gdyż nie inaczéj nazywał Tadeusza zmianę stanu — udać, że się niczego nie domyśla, milczéć i modlić się, by ten szał jak najprędzéj ustał.
Ale z drugiéj strony sumienie szlacheckie kazało mu odezwać się, zreflektować, wprowadzić na drogę... Cóż tedy począć, mówić czy milczeć?
Długo rozmyślał pan stolnik, zastanawiał się nad swojém położeniem, rozbierał obowiązki, kłócił się z sobą, robił wyrzuty i tak dzień cały spędził w niepokoju największym. Bardzo późno w noc drzwi od sieni skrzypnęły i Tadeusz wszedł do dworku, czekała na niego Dorota z wieczerzą i oznajmieniem, iż stolnik przyjechał.
Nic na to nie odpowiedział Siekierzyński, zrzucił tylko opończę i spiesznie udał się do izdebki pana Kornikowskiego, który chodząc powoli, odprawiał wieczorne pacierze.
Na widok winowajcy, staruszek zarumienił się, pomieszał, ale otworzył mu ramiona z serdecznością i w téj chwili postanawiając nic nie mówić i udawać, że nic nie wié, powitał go głosem:
— A witaj-że, witaj-że, Tadeuszku! cóż to jest? skąd-że tak późno?
Siekierzyński może nieprzygotowany do zręcznego kłamstwa, rzekł:
— Byłem u ojców jezuitów, u księdza Ksawerego, u którego zwykle całe dni przepędzam.
— Cóż to? czy cię tylko ojcowie nie ciągną do zakonu? hę? przyznaj, się! wiesz, że ojciec twój i matka byli podobnéj myśli przeciwni. Świat szeroki, zawczasu nie trzeba go sobie zawiązywać.
— Ale ja o tém wcale nie myślę — rzekł Tadeusz.
— No! a cóż porabiasz? co zamierzasz? co myślisz? quid proponis?
— Jeszcze sam nie wiem — cicho odparł Siekierzyński.
— Daruj, bo to z przyjaźni dla ciebie, ale niespokojny jestem, co też zrobiłeś z pieniędzmi?
— Z pieniędzmi? tymczasem złożyłem je u ojców jezuitów.
— Wszystko u jezuitów! u jezuitów! zaprawdę wielki z waćpana jezuita — rzekł stolnik, chodząc powoli — i to pewnie? — dodał.
— Masz-że pan powód wątpić o tém?
— Ja? nie; ale to lokata osobliwsza, przyznam ci się.
— To nie lokata, skład tylko, tymczasem obmyślam, co z sobą zrobię.
— I niceś pan nie postanowił? — silnie wpatrując się w niego, spytał stolnik.
— Dotąd nic jeszcze.
Stary głową pokiwał, chciał wytrwać w milczeniu, ale oburzony postępowaniem Tadeusza, a więcéj tajemnicą, którą chciał przed nim zachować, odezwał się wreszcie:
— E! do kaduka! przynajmniéj ze mną przestałbyś udawać, Tadeuszu, to nic-potém i na nic ci się nie przyda. Ot, co tu tergiwersować, ja wiem wszystko.
— Co takiego? — spytał bardzo naturalnie Tadeusz zdziwiony.
— Co? pytasz mnie jeszcze! co! dziwactwo czy szaleństwo twoje bezprzykładne, bo nie wiem jak to nazwać! Człek takiéj parenteli, takiego nazwiska! takiej ekstrakcyi! Gdybym na moje oczy nie widział, do śmiercibym nie uwierzył, choćby mi stu świadków przysięgało.
— Ale cóżeś pan widział? — czerwieniąc się spytał Siekierzyński.
— Porzuć waćpan to udawanie; nie dość ja, ale i inni cię poznali, to się utaić nie może.
— Panie stolniku — silnie odezwał się Tadeusz z gniewem, który błyskał mu w oczach, tak, że Kornikowski zachwiał się w swojém przekonaniu — panie stolniku! cóż to są za enigmy? o co mnie posądzasz?
Stolnik oniemiał, zdawało mu się, że się nie mylił, a uparte przeczenie pupila wprawiało go w wątpliwość, nie wiedział, co począć; po chwili przecie otrząsł się z tego odurzenia i z nową mocą zawołał:
— Panie Tadeuszu! zrobiłeś głupstwo, w czas się cofnij, póki się to jeszcze nie wydało, mało kto wié o niém; utopimy to nieszczęśliwe dziwactwo, wyjedziesz na wieś i nikt wiedziéć nie będzie, żeś się tak dobrowolnie splamił!
— Ja! splamił! ja! na Boga, stolniku! mów-że i czém?
Tadeusz zdawał się tak szczery, że pan Kornikowski znów się zachwiał w swojém przekonaniu.
— Co u licha? miałżebym się omylić? to być nie może! Przyznaj się! — rzekł ciszéj — przyznaj, do czego ta komedya?
— To nie jest żadna komedya, ja nie wiem, co pan mówisz, o co mnie posądzasz? com zrobił? kto mnie poznał? gdzie? Ja się muszę dowiedzieć, muszę oczyścić!
— Ale cóż u kaduka! wszakżem cię widział i co gorzéj słyszał sprzedającego korzenie w sklepie Falkowicza pod ratuszem; wszakżeś mi dał swoją ręką funt rożków!
— Ja? co to jest? w jakim sklepie? panu się śni! ja? w sklepie? ja! kupcem, Siekierzyński! pan się zapominasz, pan rzucasz potwarz na syna przyjaciela!
I znowu tak silnie, z takiém uczuciem wymówił te słowa, że stolnik osłupiał, odurzał, ruszył ramionami, podniósł wargi z wąsem, jak zwykł był, gdy mu się co przykrego trafiło, i rzekł:
— Miałżebym się omylić? cóż u licha! Ale głos ten nie był decepcyą!
— Ja tego nie rozumiem! proszę mnie to wytłómaczyć! — dodał żywo Tadeusz.
— Co tu tłómaczyć! — odparł stolnik — tu niema nic do tłumaczenia! przepraszam pana Tadeusza, jeślim się omylił, i po wszystkiém, boć i mnie się to bardzo dziwném zdawało, żeby miał Siekierzyński mydło i świece sprzedawać!
Tadeusz rozśmiał się, ale dziko i dziwacznie.
— Kochany stolniku! — rzekł siadając — znasz mnie od dzieciństwa, skąd-że ci taka dzika myśl przyjść mogła? Byłem nieraz w tym sklepie, o którym mówisz, niedawno założony. Tego Falkowicza znają tu od lat kilkunastu, jest to starzec chory, siwy, cóż za stosunek? jakie podobieństwo ma ze mną?
— Ale ba! — wpatrując się uważnie w oczy Tadeuszowi, mówił pan Kornikowski — vox simillima!
— On rzadko się kiedy odzywa i to zpod chustki.
— Ba! ale jak się odezwie!
— Dzieciństwo! przywidzenie! imaginacya! — żywo zagadał Tadeusz — kto myśl taką mógł podrzucić? Ja! Siekierzyński! syn takiego ojca, kupcem! Pan mnie znasz i mogłeś mnie tak lekko i płocho posądzić!...
— Jeśli płocho, to daruj — przerwał stolnik ciągle usiłując w oczy patrzeć Tadeuszowi, jakby przez nie do głębi duszy chcia się dostać — ale jeśliby to przypadkiem miała być prawda! czy rozważyłeś konsekwencye? Infamia! postradanie szlachectwa! tego żadne pieniądze w świecie nie opłacą! A dubitandum, czy i pieniądze z tego frymarku być mogą.
Tadeusz się rozśmiał, zdawało się, że szczerze!
— Panie stolniku — rzekł uprzejmie — skądże myśl podobna? pan tak rozważny, mogę powiedzieć, tak subtelnie przebiegły (wyraźnie ujmował go pochlebstwem), mógłżeś wpaść na przypuszczenie takie, pozwól powiedzieć, dziecinne. Wszakże znasz pan mnie od dzieciństwa, mnie, rodziców, pochodzenie i wiesz, jak cenię mój klejnot szlachecki.
Stolnik milczał, potém nagle zapytał:
— Ale cóż tedy robisz od świtu do mroku? jużciż u ojców jezuitów a dilucido ad noctem usque siedziéć nie możesz? Gadaj!
— Rozumiem, skąd to się tych wszystkich urojeń i bajek nabrało — odpowiedział zimno i powoli Tadeusz. — Poczciwi, ale nieroztropni starzy moi musieli cię nastraszyć, panie stolniku kochany, musieli cię zaalarmować, że bardzo rano wychodzę, a w nocy aż powracam. Któreś z nich dostrzegło, że codzień do kamienicy Falkowicza wnijdę i zniknę i ot baśnie sobie potworzyli! — Ruszył ramionami. — Ale to absurda! któreś z nich dosłyszało głosu podobnego do mojego i nastraszyli się z wielkiéj o mnie pieczołowitości.. Gdzież podobieństwo do tego!
— No! ale cały dzień nie siedzisz u jezuitów?
— Nie, panie stolniku, i miałem ci właśnie mówić o moich projektach, gdy mnie tak niespodzianie napadłeś...
Insperate et a tergo! — dodał stolnik, śmiejąc się, ale jeszcze nie ze wszystkiém uspokojony.
Tadeusz tak mówił daléj:
— Część dnia spędzam z ojcem Ksawerym na naukowych zatrudnieniach.
— I to nic-potém szlachcicowi, wszakci do zakonu nie wstąpisz i bakałarzem nie zostaniesz?
— Tak, ale łacina potrzebna zawsze.
— A! łacina to co innego! ja sam język ten po naszym primo loco kładę i nie chwaląc się, posiadam go expedite.
Tadeusz bardzo nieznacznie się uśmiechnął i ciągnął znowu:
— Resztę dnia w tejże kamienicy na górze zajmuję się nauką prawa.
— Nauką prawa! Cóż to, chcesz do palestry wstąpić? A i to ślicznieby było!
— Nie, panie stolniku; ale któremuż szlachcicowi nie potrzebna prawa znajomość?
— To prawda! ale waści to nie pilno, bo o cóż u licha prawować się będziesz?
— A! chociażby o Siekierzynek?
— O Siekierzynek! — Stolnik się zastanowił. — Ba! sprawa ciężka! nil desperandum, tytułu dziedzictwa nie mają. Byłeś małoletnim, przedawnienie nie zaszło. Ale czémże wykupić?
— Kto wié? późniéj! ożenienie, spadek! los! wszystko w ręku bożym, panie stolniku!
To mówiąc spuścił oczy trochę zmieszany i zamilkł. Pan Kornikowski trutynując, co słyszał, milczał także i łysinę gładził, spojrzał na młodego człowieka, potém na swój srebrny zegarek.
— Ale to północ, panie Tadeuszu — rzekł — czas nam spać; ja jutro przez ranek jeszcze zabawię, ku południowi ruszę do domu, spodziewam się, że ranek ze mną przepędzisz.
— Ja? może być... nie wiem... wprawdzie kazano mi być na konferencyi bardzo rano, ale...
— Jużciż możesz mi kilka godzin darować...
Z tém się rozeszli, ale jak świt wybiegł ze dworku Siekierzyński i w pół godziny powrócił nazad, tak, że nim stolnik ubrał się, wymodlił i piwo grzane wypił, już był u niego. W nocy Kornikowski długo dumał, co na twarzy jego znać było, zdawał się zachmurzony, ale o nic już nie pytał; pociągnął z sobą w miasto Tadeusza pod pozorem sprawuneczków do domu i mimo, że ten go od ratusza odprowadzał, wszedł z nim razem do sklepu Falkowicza dla tém pewniejszego przekonania o wczorajszej omyłce.
Ale w sklepie dziś siedział tylko młody chłopak jakiś, a starego kupca nie było, mówiono, że zachorował. To dziwne wydarzenie wzbudziło nowe domysły w panu Kornikowskim, jakkolwiek z natury swéj niepodejrzliwym. Wrócili do dworku, pan stolnik wybrał się w drogę zupełnie, usiadł w kolaskę i gdy Tadeusz odchodził w jednę stronę, on odjechał w drugą. Ale niedaleko zaraz na placyku w Winiarach kazał zawrócić furmanowi i jechać do księży jezuitów. Przypomniał sobie, że ojca Ksawerego znał z widzenia za życia pani skarbnikowiczowéj i postanowił u niego o Tadeuszu się coś więcej dowiedziéć.
Powoli po nierównym tocząc się bruku, kolaska zajechała przed wspaniały kościół jezuitów i obszerne ich kolegium. Stolnik, który raz pierwszy zwiedzał to miejsce i nie był dotąd w żadnym z jezuickich klasztorów, uderzony został fizyognomią jego wytworną, wspaniałą, potężną i szczególnym charakterem, właściwym wszystkim zakonu tego gmachom. W każdym innym klasztorze obejmowała wchodzącego ze świata cisza, spokój, tęskne jakieś religijne uczucie; tu pomimo oznak pobożności, godeł religijnych, czułeś, żeś jeszcze niezupełnie rozstał się z wrzawą życia, z bojem jego. Klasztor jezuicki był jakby czémś pośredniém między gwarem świata a zakonną ustronią, placem, na którym zwierały się życie i życia zaparcie. W saméj jego budowie widziałeś myśl skierowaną ku pociągnieniu ludzi wytworem, blaskiem, wspaniałością, nagięciem się do smaku wieku. Symbole wiary złociły się, srebrzyły, kolorowały i migotały przybrane bogato, strojne, wdzięczące się; klasztor był wspaniały, obszerny, wszędzie w nim widny dostatek, wszędzie przeglądało staranie o pozór, o powierzchowność, o ubranie.
Przez ciszę jasnych korytarzy, słychać było często wesoły dobroduszny uśmiech, czasem dźwięk miły, głos słodziuchny, nigdy tego szmeru pokornéj modlitwy podobnego do szumu lasów, który za serce chwyta w klasztorach innych zakonów. Ani tu śladu ubóstwa i wyrzeczenia się świata: uderzały kwiaty pielęgnowane starannie, rzadkie, z innych stref przybyłe, kosztowne zegary, piękne i wielkie obrazy, krzyże nawet robotą lub materyałem zastanawiające. Znać było, że ludzie, co tu żyli, więcéj odwróceni byli do świata niż do Boga, że nie wyrzekli się pierwszego, ale panować mu chcieli. W twarzach zakonników uśmiechniętych, miłych, wysłodzonych lub poważnych czytałeś żądzę ujęcia każdego i wyższości. Stolnik, który tak swobodnym był u księży kapucynów, tu znalazł się bojaźliwym, onieśmielonym, niespokojnym; ginął w ogromnym gmachu, a dziwił się co krok czemuś i nim się dopytał celi księdza Ksawerego, długo błądził po klasztorze, który mu wielkie dał wyobrażenie o zgromadzeniu Lojoli. Nareszcie braciszek laik, krawiec z powołania, w czarnéj sukience, łysy, zgarbiony, grzeczny bardzo i niezmiernie pokorny, otworzył drzwi na pierwszém piętrze, nad któremi w dębowych rzeźbionych ozdobach umieszczony był obrazek z życia apostoła Indyj; i stolnik znalazł się nie w skromnéj celi, jakiéj się spodziewał, ale w miłém, jasném i ślicznie acz niewytwornie przybraném mieszkaniu, którego okna stroiły kwiaty, ściany — obrazy, a kanapki i krzesła przypominały pańskie pokoje. W drugim pokoju, ksiądz Ksawery zajęty był nad książkami, któremi stół był zarzucony cały, zdając się czynić z nich jakieś wypisy. Piękny zegar leżący bronzowy, przeglądał w pośrodku ze stron pergaminowych białych okładek... Był to niemłody już człowiek, blady, słusznego wzrostu, z krótko obciętym włosem, z twarzą zmęczoną i zżółkłą, ale z oczyma pełnemi życia; znać w nim było utrudzenie ciała, a podniecony żywot duszy. Uśmiech, którym powitał starego, był uprzejmy i pełen wdzięku, pośpiech, z jakim na progu odrzuciwszy księgi przyjął pana Kornikowskiego, zdawał się wyrazem gościnności i serca.
— Cóż mi sprowadza pana stolnika! — zawołał chwytając go za ręce, jakiż to miły wypadek?
— Dawno to się należało — zmieszany odparł kłaniając się nisko pan Kornikowski, ale jakżeś to waćpan dobrodziej łaskaw, że mnie starego sługę swego poznałeś?
— O! o! myślisz więc, kochany stolniku, że w klasztorze pamięć tracimy? i owszem tém żywiéj pamiętamy im mniéj osób pamiętać możemy, zerwawszy ze światem i rzadko się nań wychylając.
Stolnik się ukłonił, odchrząknął, a jezuita obok niego przysiadłszy, zdawał się wejrzeniem, uśmiechem zachęcać go do wynurzenia się, którego oczekiwał.
— Jakże zdrowie stolnika? — zapytał.
— Zdrowie? — rzekł pan Kornikowski pokazując nogi — gdyby nie to, byłoby jak na mnie dobre, ale szkapy się zmęczyły... a do tego często-gęsto i po kościach łamania doświadczam, są to przypomnienia mogilne...
— Gdzież znowu, a z twarzy — rzekł ksiądz Ksawery — ślicznie mi pan stolnik wyglądasz, zdaje się, żeś jeszcze odmłodniał.
— O! o! tak to w łaskawych jego oczach.
— Doprawdy! doprawdy!
— Właśnie, że to człowiekowi co chwila śmierć na myśli, przyszedłem do jegomości dobrodzieja poradzić się...
— W czémże mu służyć mogę? pewnie o pupilu mowa?
— A o kimżeby, jeśli nie o nim? Radbym, żeby sobie stan i cel jakiś obrał.
— Dawnom go bardzo nie widział — rzekł ksiądz Ksawery żywo i nie wiem, jak się kieruje.
— Dawno? — spytał stolnik z przyciskiem.
— Ol tak! lat kilka jak mi znikł z oczów, szkoda go, jeśli pięknych danych mu od Boga zdolności nie użyje, młodzieniec zacny i głowa dobra...
Stolnik już wiedział, co chciał wiedziéć, westchnął, podparł się na lasce i kończył, nie dając do zrozumienia, że to, po co przyszedł, już otrzymał.
— I mnie też głowa boli o to, jakiby mu stan obrać?
— Prawdziwie nie wiem, jak na to radzić, choć kochałem i kocham go jako jednego z lepszych uczniów, ale czémże się dotąd zajmował?
— Zdaje mi się, że miał propensyą niejaką do prawa.
— We wszystkich stanach Bogu i ludziom miłym być można, użytecznym społeczeństwu... ale w téj karyerze tyle jest okazyi do złego, tyle widzimy zmarnowanych pięknych zdolności, umysłu i serca...
— A zapewne! — odrzekł stolnik — lecz chciejcie mi z łaski swéj, o ile znaliście mojego pupila, powiedziéć, do czego w nim postrzegliście zdolność.
— O ile go pamiętam — uważnie mówił jezuita — chociaż teraz się bardzo mógł odmienić, górowały w nim zdolności do matematyki... Ale u nas chociażby wysoko posiadał tę naukę, do czegóż ona poprowadzi? Gdyby matka i on byli się chcieli nakłonić na zostawienie go nam, mógłby, kto wié, zostać dobrym nauczycielem...
— Ale, ojcze dobrodzieju, do zakonu nie miał wokacyi.
— Wielka szkoda; bo dla ubogiego sieroty, pięknego imienia, którego podnieść nie może, byłoż co stosowniejszego, jak ustroń klasztoru i nadzieje wysokich może w zakonie dostojeństw?...
— Ostatni z imienia i domu, miał obowiązki.
— Nie wchodzę w to — rzekł jezuita. — Ale czémże się teraz zajmuje?
Stolnik się zmieszał.
— Uczy się prawa — odparł szybko.
— A! kiedy już rozpoczął, nie pozostaje nam tylko pobłogosławić. I w tym zawodzie wiele dobrego uczynić można, byle z Bogiem...
Mówili tak jeszcze z pół godziny, a stolnik przekonawszy się dostatecznie, że Tadeusz od lat kilku nietylko nie bywał u księdza Ksawerego, ale go w oczy nie widział, odjechał pożegnawszy jezuitę, przeprowadzony aż do wschodów, smutny i niewiele wiedząc, jak i co począć daléj.
Rozkazał kolaskę nawrócić ku ratuszowi i zastanowić się na placyku, a sam poszedł do sklepu Falkowicza. Tu już gospodarzył stary kupiec sam, jak zawsze obwinięty, okutany i niezmiernie zajęty. Na widok pana Kornikowskiego nie zdawał się bynajmniéj zmieszany, podał mu, co ten sobie życzył, na zapytanie jego, parę razy z pod chusty odpowiedział nawet, ale głos był tak dziwnie odmienny, iż już wcale młodego Siekierzyńskiego nie przypominał. Dla obcego poznać w Falkowiczu Tadeusza było zupełném nawet niepodobieństwem, tak doskonale inna to była postać, mina, wiek, twarz nawet; stolnik, co go od dzieciństwa na kolanach wykołysał, acz niepewien swego, wyszedł ze sklepu mocno wzruszony i wątpiący.
— Cóż począć? znowu nań czekać we dworku i usiłować wymódz zeznanie? byłoby nadaremnie; złapać go na uczynku? niepodobna... lepiéj to wszystko Bogu polecić i do domu wracać, jakby się o niczém nie wiedziało; bo przypuściwszy nawet, żeby się Tadeusz przyznał, czy poprawić się zechce?
Nadumawszy się długo, pan Kornikowski kazał furmanowi ruszać do domu, a ludzie tylko uważali, że przeciwko swojemu zwyczajowi całą drogę milczał, wzdychał, facecyj i przysłów nie powtarzał, wreszcie do Czerczyc, swojéj wioseczki, przybywszy, z wielkiego zmartwienia rozchorował się ciężko.
Szczęściem, że nie wezwał doktora Vogelwiedera, który miał szczególny talent wyprawiania na łono Abrahamowe starych pacyentów w jak najkrótszym czasie, ale sam się sobie gorącą wodą, nacieraniami, rumiankiem i domowemi specyfikami leczył i po dwóch tygodniach łóżka, powstał na nogi. Żyd cyrulik Moszko doglądał go tylko i trochę mu krwi upuścił, kilkanaście baniek na krzyżach postawił, poczém wziąwszy pół korca pszenicy, do miasteczka odjechał.
Sąsiedzi, proboszcz i krewniak daleki bawiący przy stolniku obserwowali, że od powrotu z Lublina jakby ciężką tajemnicę i strapienie w sobie trawił; często wzdychał, narzekał, niekiedy do siebie sam pomrukiwał i ramionami ruszał, wreszcie co wprzód bardzo często o Tadeuszu mawiał, teraz nawet pytany przez proboszcza, milczał lub zbywał go tylko.
— Dorósł... niech sobie sam radzi; jak sobie pościele, tak się wyśpi.




Dziesięć lat w powieści jakże to szybko ubiega! ale w życiu ileż to w latach dziesięciu mieści się cierpienia, pamiętnych chwil, ciężkich a długich dni i godzin! strat niepowetowanych i zmian w człowieku, w ludziach, we wszystkiém otaczającém! Są wprawdzie tak szczęśliwi (kto inny nazwałby to przeciwnie), co po latach dziesięciu, odwróciwszy się twarzą ku ubiegłemu, niewielką widzą różnicę między niém a jutrem, ale to wyjątki... ale to ludzie z żywotem kamieni, co tylko trochę mchem porosną, z miejsca się nie ruszywszy, nie malejąc, nie rosnąc, nie dbając, co ich otacza.

Lat dziesięć! jaka to zmiana w domach i na cmentarzach! Ile tu przybywa kolebek, tam świeżych lub porosłych już mogił! I z naszych znajomych, znajdziemy kilku nie na swojém dawném miejscu: stary Maciej dawno śpi ze swoją rogową tabakierką na mogiłkach kapucyńskich. Dorota siedzi pod piecem, niedaleko za dom mogąc się ruszyć, bo już czasem kija używa na pomoc nogom zbolałym i stęka, że jak dawniéj pracować nie może. Ksiądz proboszcz, dawny przyjaciel Siekierzyńskich, spoczął także na cmentarzu w Siekierzynku, w mogile, którą sobie przeznaczył w rogu murów opasujących kościółek, pod kośnicą. Stary Piotr Kornikowski, stolnik nurski, żył jeszcze i prawił po łacinie, ale się często zapominał, z krzesełka nie wstawał i na ganek tylko, na ręku sługi sparty, czasu pięknego dnia wychodził.
Przejeżdżał się rzadko, do kościoła, w sąsiedztwo, ale smutny, pragnący rozrywki, uspokojenia, a nigdzie ich znaleźć nie mogąc.
W Siekierzynku szumno i tłumno hulają Wichułowie młodzi, a o starych już ani słychać, bo i pan brat i wdowa pomarło to jedno po drugiém, a dzieci się rządzą jak szare gęsi. Ludzie poczciwi, pomimo kilkudziesiąt już lat ubiegłych od wypędzenia dawnych dziedziców, pamiętają starych panów i część wsi, która do nich należała, zowie się Siekierzyńszczyzną, a druga tylko, mniejsza, Wichulińszczyzną; pokazują miejsce, gdzie stał dwór, opisują budynek, mówią o obyczajach swoich panów, o ich rodzie i pochodzeniu, i, jak to zwykle bywa, byle pana nie stało, powtarzają z westchnieniem:
— Oj! nie tak to było za naszych starych panów!
A tymczasem naprzeciw ratusza lat dziesięć sprzedaje pan Falkowicz pieprz, świece, imbier i rodzenki i ludzie się niepomału dziwują, że tak nic nie starzeje, że kaszlący, chory, zgarbiony, zawsze od rana do nocy pracuje, a nie skarży się i nikim nie wyręcza: a niejeden powtórzył przysłowie: „Skrzypiące drzewo najdłużéj trwa!“ Współkupcy, mieszczanie zazdrośném patrzą okiem na Falkowicza sklep i pokup, mówiąc pocichu, że musiał chwycić piasku skrwawionego zpod szubienicy, taki zawsze u niego natłok, ścisk i wrzawa kupujących, tak szybko rozchodzące się towary. Ale prawdziwym piaskiem krwawym pana Falkowicza — to krwawa jego praca, wytrwałość i rzetelność i nikt go nie złapał na pociągnieniu ceny, na sprzedaży nadpsutego towaru; woli go wyrzucić na ulicę, niżeli zamieszać z lepszym lub taniej nawet się go pozbyć. To też wszyscy prawie ciągną pod ratusz i kupiec coraz to powiększa sklep, coraz to rozszerza swój handel, a zawsze taki pokorny, cichy, zawiązany, zakapuziony i wiecznie ze swoją szczęką bolącą się nosi.
Aż jednego poranku po latach dziesięciu zamknięto drzwi kramu, i po kilku dopiero dniach zjawia się nowa tablica nad wystawką, inny znak, inny kupiec wcale, a Falkowicz zniknął i jak w wodę wpadł. Pytają o niego ludzie, co się też z nim stało, bo byli i tacy, co go mimo milczącej i posępnej twarzy polubili, co do niego przywykli, a młody kupczyk, jego zastępca, pan Ceratynowicz, odpowiada z uśmiechem, że poprzednik jego zachorzał, wyjechał na wieś i umarł.
— Jakaż to szkoda tego poczciwego Falkowicza! — powiadają sobie kumoszki, wracając ze sklepu — proszę wasani! umarł! A taki zdawał się jeszcze silny, krzepki, jak gdyby młodniał i pod koniec odzywał się nawet lepszym głosem, ale musiał to być już bardzo stary człek! O! już ten młokos Ceratynowicz go nie zastąpi. Uważasz wasani, że mi dał daleko mniejszy funcik pieprzu i dziecku nawet figi nie podarował, jak bywało stary Falkowicz!!
I stara Dorota zdziwiła się, gdy po latach dziesięciu samotnego życia we dworku, w ciągu których ledwie w niedziele i święta widywała Tadeusza, postrzegła go jednego poniedziałku nie rano, przy szabli wychodzącego w ulicę, a powracającego w godzin kilka. Zbita z tropu przez stolnika, poczciwa niewiasta już od owych początków, a zwłaszcza od śmierci Macieja, nie wychodziła prawie z domu i nie wdawała się wcale w to, co mógł porabiać Siekierzyński. Przywykła do jego rodzaju życia, pewna, że gdzieś przy mecenasie aplikował się, nie śmiała go nawet pytać o to. Pan Tadeusz tymczasem wyrósł, zmężniał, ale się nic nie odmienił; tych lat dziesięć tajemniczo za domem spędzonych uczyniły go mężczyzną, a umysł pozostał, czém był, gdyśmy go znali wyrostkiem. Milczący, skryty, smutny, zamyślony, bez związków w mieście, stosunków i znajomości, pędził życie tak regularne, tak odludne, a tak jednostajne, że i Dorota wydziwić mu się nie mogła.
Stolnik niekiedy zajrzał do Lublina, ale contra consuetudinem nie stawał nawet we dworku i często się nie widywał z panem Tadeuszem, a obchodził się z nim zimno i ceremonialnie. W końcu od lat już trzech nie zajrzał do miasta, co nie dziw, bo się był podstarzał, a kawał drogi jechać było z pod Czerska do trybunalskiego grodu. Mieszkał on zawsze w swojej małej wioseczynie tak jak sam jeden, z dalekim krewnym tylko, mając się zawsze jeszcze za gospodarza, choć już tylko z ganku i z izby gospodarował. Uważano, że jak dawniej lubił mówić o Siekierzyńskich, tak teraz o nich ani wspomniał, a gdy mu kto poddał ich, powiedział słów kilka o skarbnikowiczu i urywał, by o Tadeuszu nie mówić ani źle ani dobrze.
Wielkie to było podziwienie Doroty owego pamiętnego poniedziałku, gdy zobaczyła swego wychowańca przy szabli powracającego do dworku około południa i z taką jeszcze rozweseloną twarzą, pogodném czołem, tak żywo i młodo idącego jak nigdy. Nawet do niéj kilka słów przemówił uśmiechnięty.
— No, moja Doroto — rzekł — wynudziliśmy się dosyć w mieście i wywędzili, może pan Bóg da, że pojedziemy na wieś; tymczasem ja teraz już częściej będę z tobą, przygotuj-że mi co zjeść.
Dorota odmłodniała, głos jego posłyszawszy, i pobiegła raczéj niż poszła do kuchni naradzić się z Kaśką służącą, którą od lat kilku do pomocy sobie przybrała, coby paniczowi zrobić na obiad. W mieście to łatwo, bo wszystko pod ręką... a Dorota tak była czegoś szczęśliwa, że się te wycieczki skończyły, że Tadeusz gadał do niéj i chodząc u siebie po izbie, świstał nawet! I Po obiedzie, który był wyśmienity i przypominał lepsze, stare czasy w Siekierzynku, odpoczął trochę Siekierzyński, a gdy zmierzchło, puścił się (tylko już bez szabli) na Grodzką ulicę.
Tu wszedł do pięknego domu na pierwsze piętro i, jak stary znajomy, przestąpił próg dostatniego mieszkania Michała Balcera, kupca i mieszczanina lubelskiego. Był to ten sam tłusty, rumiany, wesoły jegomość, którego dawno przedtem spotkał Tadeusz naprzechadce za zamkiem w szamerowanéj bekieszy.
Staruszek, siwy już dobrze, siedział w krześle wygodném koło okna wychodzącego w ulicę i patrzał na ruch miejski, nie mogąc już w nim uczestniczyć; nieco opodal za stołem zajęta jakąś robotą, w okularach na nosie, poważna matrona mówiła coś do małego dziecięcia, które koło niéj kręcąc się szczebiotało. Dzieciak był rumiany, z bystrém spojrzeniem, śmiały i wesoły. Przy pani Michałowéj, z robótką także, odpowiadając coś i uśmiechając się, siedziała młoda mężatka, synowa kupca, uważném okiem śledząc każdy ruch chłopaka swego. Z drugiéj izby przeze drzwi wpół otwarte, piękna młodéj dziewczynki głowa, strojna we włosy jasne, ciekawie zdawała się czekać wejścia Tadeusza.
Pokój był raczéj bogato niż wytwornie ubrany; wszedłszy widziałeś, że to nie próżniaczy bawialny salonik wiejski, w którym tylko gości przyjmują pogadanką i ukłonami. Naokoło stały gdańskie piękne mebliki, ciekawe sprzęty cudzoziemskiéj ręki dzieła, zegary sztuczne, kufry obijane skórami morskich zwierząt i złoconemi bronzami, pudła z hebanu i słoniowéj kości, srebrne misternéj roboty puhary. Po ścianach było kilka pobożnych obrazów ze szkoły gdańskiéj, i portrety kilku królów. W pośrodku obok stołu przepyszne cacko z różowego drzewa, ozdobne rzeźbą z kości i kruszcu, był kołowrotek pani Joachimowéj z jedwabiem, który zwijała. Na szafeczce pokrajana sztuka materyi, zwieszała się fałdując przepysznie; dalej kilka ksiąg rachunkowych w pąsową skórę oprawnych, otwierało swe karty gęstemi podzielone liniami. Wszędzie obok dostatku widać było ślady pracy i zajęcia.
Zaledwie ze drzwi pół otwartych ukazała się w mroku twarz pana Tadeusza, wszyscy go prawie powitali uśmiechem, słowem, skinieniem. Kupiec wstał z krzesła i przyszedł go przywitać, żona jego wskazała mu siedzenie, uśmiechnęła się pani Joachimowa, ale wejrzenie z za drzwi młodéj dziewczynki nad wszystko było wymowniejsze. Główka jéj jak zjawisko idealne ukazała się tylko, rozpromieniła weselem i znikła.
— Witaj że, panie Marcinie! witaj! sto lat! sto lat, jakeśmy się nie widzieli! — zawołał kupiec — cóż robicie, jak się wiedzie?
Tadeusz, nazwany Marcinem przez kupca, przywitał wszystkich poufale, usiadł i drżącym prawie głosem rzekł do kupca:
— Dziękuję, dziękuję... Ot, panie Michale dobrodzieju!., przyszedłem was pożegnać.
— Co? jakto? chyba na krótko — zmieszany trochę rzekł kupiec.
— Na krótko? długo? nie wiem prawdziwie, ale mi potrzeba dla interesów ruszyć w dalszą trochę drogę.
— No, dokąd-że i skąd tak nagłe projekta?
— W Ruś ku Lwowu do swoich pojadę — odparł spuszczając oczy Tadeusz.
— Ale z powrotem myślę? nieprawdaż? — rzekł stary przysuwając się — z powrotem do nas, bo kto raz żył w poczciwym Lublinie, nie potrafi tam potém w Rusi wymieszkać!
— Ale potrzeba zajrzeć do swoich.
Na te wyrazy nadeszła młodziuchna dzieweczka Ludwisia, córka kupca, któréj piękne liczko zabłysło nam już przeze drzwi; na widok Tadeusza zarumieniła się, zmieszała, on także trochę, zakręciła po pokoju, chwyciła robotę i pobiegła usiąść przy matce, a ta jéj coś na ucho szepnęła. Cała w płomieniach, krasna jak jabłuszko, Ludwisia porzuciła robotę i w chwilkę wróciła z talerzem jabłek, butelką wina i dwoma kieliszkami w ręku, na ślicznym srebrnym półmisku.
Tymczasem stary kupiec rozmawiał z Tadeuszem, zowiąc go ciągle Marcinem i przekonany będąc, że na Ruś wyjeżdża. Mieszały się do rozmowy pani Michałowa i Joachimowa, a Ludwisia tylko spojrzeniem i rumieńcem dawała poznać po sobie, że w niéj także uczestniczyła. Wzrok jéj od roboty często się podnosił na Tadeusza i wracał na materyą, którą miała w rękach, nie bez wzruszenia. Siekierzyński także parę razy jakby z żalem i litością spojrzał na nią, ale słowa nie rzekłszy, wkrótce wziął za czapkę i zabierał się do wyjścia. W téj chwili Ludwisia znikła z pokoju tak cicho, tak szybko przesuwając się mimo bratowéj i matki, że jéj nie dostrzegły. Gdy Tadeusz chciał ją z kolei pożegnać, znalazł tylko miejsce próżne i zmiętą suknię, którą szyła, rzuconą na siedzeniu, szukał jéj oczyma we drzwiach, nie znalazł. Stary pan Michał przeprowadził gościa do pierwszéj izby, zdawał się nad czémś myśleć głęboko, wahać się, chcieć czegoś i nie śmiéć. Byli u drzwi; Tadeusz wzruszonym ale cichym głosem rzekł kupcowi:
— Pozwól pan, bym mu jeszcze raz podziękował za dobrą radę...
— O! a za cóż? — spytał Michał śmiejąc się, ale tylko ustami, bo widocznie był smutny.
— Często jedno w porę wyrzeczone słowo zmienia los człowieka... pamiętasz pan lat temu dziesięć naszę rozmowę na przechadzce za zamkiem? i jakeś mi pan opowiedział życie swoje?
— No i cóż z tego?
— Myślałem, pracowałem i winienem panu spokojny byt mój na przyszłość, który zyskałem nie mówię jaką... pracą... alem go się dorobił sam i winienem go tylko sobie.
Pan Michał słuchał, łzy miał w oczach.
— Bardzom szczęśliwy — rzekł — więc wiecie co — dodał — posłuchajcie mnie raz jeszcze... Nie gońcie za dalekiém szczęściem i dolą, szukajcie ich kolo siebie... Ot, wiecie co, wam to powiem otwarcie... Znamy się potrosze lat dziesięć. Ludwisia w waszych oczach wyrosła na dziewczynę, dam jéj także jakich siedem tysięcy dukatów posagu pod poduszkę i porządeczek białogłowski jak się patrzy; jeśli czujecie do niéj serce, niech Bóg błogosławi. — To mówiąc, głos starca był drżący i bojażliwy. Tadeusz spuścił głowę i westchnął głęboko, zdawał się mocno wzruszony, przycisnął czapkę do piersi, podniósł głowę i rzekł z uczuciem:
— Gdybym był panem siebie, panie Michale, uczyniłbyś mnie szczęśliwym, bardzo szczęśliwym, ale ja zależę od familii, jadę do niéj, a jeśli powrócę, to żebym wam podziękował.
— Rozumiem, rozumiem — odparł kupiec — jedźcie, radźcie się, szanujcie wolę starszych, ale powróćcie do nas, dalibóg nie znajdziecie nigdzie lepszych serc i życzliwszych sobie ludzi...
To mówiąc, Michał odwrócił się, bo oczy miał łez pełne, a Tadeusz zbiegł szybko na schody spuściwszy głowę, zadumany, usiłując prędkiemi kroki jakby sam uciec od siebie. Wtém mignęła mu biała sukienka, Ludwisia szła z dołu kamienicy ku górze, uchylił się, podniósł czapkę, oczy się ich spotkały. Twarz jéj pałała, on bledszy był niż zawsze, zastanowiła się przed nim z uśmiechem smutnym i chciała coś mówić a nie mogła.
— Pan jedzie? — odezwała się nareszcie pocichu.
— Jadę i żegnam panią, daj Boże do zobaczenia.
— Ale prędko? — spytała — prędko... i nie zapomnisz pan o nas?
— Nigdy! — rzekł Tadeusz nieśmiało.
— I powrócisz pan?
Siekierzyński spojrzał do góry, jakby nie wiedział, czy spodziewać się może; wtém zaszeleściało coś na górze i Ludwisia jak jaskółka poleciała, zostawując go na chwilę osłupiałym, pomieszanym, drżącym.
Ale krótko trwał ten stan, jakby coś sobie przypomniał nagle, rzucił się w dół schodów i nie oglądając się pobiegł ulicą na Winiary.
Nazajutrz Dorota dowiedziała się, że panicz jechał w Mazowsze, a obietnica, że może oboje późniéj powrócą jeśli nie do Siekierzynka, to w sąsiedztwo dawnego dziedzictwa, tak starą sługę wzruszyła, że się natychmiast pakować zaczęła, w słodkiéj nadziei, że to prędko nastąpi. W kilka dni buda żydowska wywiozła pana Tadeusza z Lublina, a w dworku została sama Dorota, Kaśka i stary mazur najęty na stróża, który wynalazłszy po Macieju pozostałą donicę, wałek, trochę tytuniu i puste pęcherze, zajął się fabrykacyą tabaki w wolnych od zatrudnień chwilach. Nie była to wszakże owa sławna systematycznie i pedancko robiona Maciejówka, po któréj nosy kilku mieszczan długą nosiły żałobę.




Pan stolnik nurski kazał się był wynieść w ganek i odmawiał pocichu różaniec, spoglądając przez sad na płynącą w oddaleniu Wisłę; gdy zaturkotało na drodze, otworzyły się szerokie wrota i wielka żydowska bryka wtoczyła się z wielkiém wywijaniem batoga przed ganek. Stolnik nie mógł pojąć, kto taki przyjechał, i widząc wysiadającego, jeszcze poznać nie potrafił... a już pan Tadeusz stał przed nim z nieśmiałą i pokorną miną i czekał powitania. Stary próżno łapiąc się za poręcz ławki chciał powstać do swojego gościa, sił mu brakło, wołał więc ludzi:
— Kasprze! Jędruś! a chodźcież!
I to mówiąc wpatrywał się uważnie w twarz przybyłego, coś mu się przypomniało, chciał witać, wahał się.
— Jak to, kochany stolnik mnie nie poznaje?
— Darujesz waćpan dobrodziéj starym oczom, ale...
— Ani po głosie?
— Owszem, certa similitudo przypomina mi...
— Panie stolniku, pupila swego.
Jakby go gorącą wodą oparzył, pan Kornikowski, pamiętny kupiectwa, trochę się cofnął, skrzywił i bąknął:
— A, pana Siekierzyńskiego.
— Stolniku dobrodzieju, tak-że to się wita wychowańca?
— Proszę siadać, proszę siadać — rzekł Kornikowski.
— Nie mogę usiąść — odparł, z dumą podnosząc głowę Tadeusz — proszę mi wytłómaczyć naprzód powód tak zimnego przyjęcia?
Kto znał pana stolnika, a wié, jak do śmierci był żywy i gorączka, wytlómaczy to sobie, że zniecierpliwiony w téj chwili zawołał:
— E! mociumpanie! tłómacz to sobie sam do kaduka, nie żebym ja miał gębę paskudzić. A toć kto ważył i mierzył, tego za Siekierzyńskiego nie uznaję... a do Falkowicza interesu nie mam.
— Kto mi tego dowiedzie! — zawołał, czerwieniąc się Tadeusz — panie stolniku, są to nierozważne słowa i kalumnie nieprzyjaciół, żaden Siekierzyński się nie zbłaźnił, ani ja z ich rodu ostatni.
— Bredź sobie, kochanku! — odparł stolnik — kiedy oczy widziały, trudno nie wierzyć.
— Ale kto mi tego dowiedzie? — żywiéj jeszcze zawołał Tadeusz.
Stolnik mu w oczy spojrzał.
— Podaj mi waćpan rękę i chodźmy do izby — rzekł — tam się rozmówimy.
Weszli tedy do ciasnego pokoiku i Kornikowski, usiadłszy na zwykłem miejscu przy stoliku, rzekł:
— No, mów-że waszeć, kiedy chcesz, bo nie chciałem, żeby ludzie nas słyszeli, i przyznaj się lepiéj, niżeli masz zapierać.
— Czego się mam zapierać i do czego przyznawać?
— A! do licha! do frymarku i kupiectwa!
— To bajka.
— Bywaj-że mi asindziéj zdrów, kiedy mi nie wierzysz — rzekł stolnik żywo stukając okularami po stole.
— Przypuszczając, żeby i tak było, jak sobie uprządliście, panie stolniku, kto mi tego dowiedzie? — pytał uparcie zaczerwieniony pan Tadeusz.
— Kto? gotowe o tém całe miasto wiedzieć!
— Ale wież o tém kto? mówił? wspomniał
— Wielkie rzeczy! ja tam nie bywałem od dawna.
— Pojedźcie, poślijcie, przekonajcie się i spytajcie!
— Ale czegożeś waść tu przybył? — rzekł stolnik — po co? między nieprzyjaciół rodziców twoich, którzy na ciebie odgrzebaliby z ziemi kalumnię, gdyby mogli! Było przynajmniej jechać w świat...
— Niech sobie nieprzyjaciele szukają, czego chcą — rzekł Tadeusz — spokojny jestem, że nie znajdą nic; a ja tu musiałem przyjechać, bom wygrał jako tako proces z Lędzkiemi.
— Co! renovatum? a toż to było skończono!
— Nie zupełnie.
— Lędzcy zapłacili trzy tysiące złotych, a myśmy ich pokwitowali.
— Nie mając do tego prawa.
— Co asindziéj pleciesz?..
— Byłem małoletnim.
— Nieprawda.
— W istocie, brakło miesiąc do pełnoletności.
Stupendum, i cóż tedy więcej mi myślisz nakłamać?
— Panie stolniku, tak mnie traktować się nie godzi.
Kornikowski ruszył ramionami tylko.
— Cóż daléj?
— Musieli mi dać dwadzieścia tysięcy talarów, a teraz zagramy z Wichułami o Siekierzynek — rzekł rezolutnie pan Tadeusz — i chybam nie Siekierzyński, jeśli ich nie wygonię stąd, gdzie pieprz nie rośnie.
— Tylko waćpan pieprzu nieprzypominaj, suplikuję.
Siekierzyński się zaczerwienił po uszy.
— No, no! śliczne projekta! śliczne projekta! i waść tu przyjeżdżasz w myśli...
— Rozwinienia procesu Wichulom, wszak tytułu dziedzictwa nie mają.
Stolnik pomyślał, milczał, milczał długo, nareszcie otworzył ramiona:
— Tadeuszku! — rzekł — jak pana Boga kochasz! nie przelewałeś wasan pieprzu?..
Siekierzyński się zachwiał.
— Ale cóż za posądzenie! co za posądzenie, panie stolniku.
— No, mówi jak pana Boga kochasz? mów! Tak zagadnięty, zaciął się Siekierzyński, zastanowił, jak gdyby szukał sposobu wy winienia, ale stolnik powtarzał ciągle nalegając:
— No, powiedz, jak Boga kochasz!
— Jeśli mi pan nie wierzysz na słowo — odparł Tadeusz wreszcie — upokarzająco-by było dla mnie odprzysięgać się, myśl pan, co chcesz.
Usłyszawszy te słowa, ręce roztwarte panu Kornikowskiemu opadły, spuścił oczy, westchnął.
— Stało się — rzekł z boleścią — stało! trzeba było téj hańby i upokorzenia, aby ostatni ex illustri prosapia Siekierzyńsciorum zniżył się usque ad mercaturam i zaparł sam swego szlacheckiego klejnotu, swéj dostojności nobilis Polani!... Ha! płakać potrzeba i radować się; siadaj waść i mów mi, co myślisz z sobą?
Tadeusz usiadł, pocichu ocierając pot z czoła.
— Więc myślisz dopominać się Siekierzynka? — spytał pan Piotr.
— Nietylko myślę, ale mogę, muszę i odbiorę go — rzekł stanowczo Tadeusz — prawa moje są najczystsze i najjaśniejsze, papiery wszystkie w gotowości.
— A kogoż myślisz waść użyć do procesu? pamiętaj, że lat kilkadziesiąt upłynęło od czasu, jak-eście się stąd wynieśli, Wichułowie porobili sobie stosunki i przyjaciół: wy ich nigdy wielkich nie mieliście, nikt, chyba jaki causidicus i causiperda odarty, nie podejmie się twojéj sprawy.
— Mniejsza o to! — przerwał Tadeusz — ja sam bronić jej będę, jestem gotów.
Paratus! co? a gdzieżeście się tak ku temu przysposobili, w sklepie Falkowicza? hę? Ale cicho! sza! Tu nieraz przyjdzie ora tenus i stante pede długi głos powiedziéć, czujesz-że się na siłach?
— Na wszystko to jestem zupełnie gotów i asygnuję Wichułów do komportacyi dokumentów i osobistéj komparycyi.
— Daj-że Boże szczęście! — pocierając czoło, mówił powoli stolnik — a daléj cóż myślicie?
— Daléj, odebrawszy Siekierzynek, siadam gospodarzyć jak inni, ożenię się i...
Stolnik ciągle głową potrząsał chmurny, niedowierzający, zimny, zdawał się marzyć o przeszłości, teraźniejszości nie ufać, a Siekierzyński ledwie go ku wieczorowi rozruszał nic jednak dawnéj serdeczności wrócić nie potrafiło, którą kupiectwo Tadeusza rozerwało. Pan Kornikowski prosił wprawdzie pupila, aby u niego zamieszkał do czasu, póki schronienia potrzebować będzie, ale czynił to widocznie dla pamięci rodziców, nie dla niego. Zostawiwszy szkatułkę pod łóżkiem pana stolnika, Siekierzyński ubrał się nazajutrz dostatnio, przypasał szabelkę ojcowską, wygolił twarz i czuprynę more antiquo, i staremi szkapami pana Kornikowskiego ruszył do Siekierzynka, którego wcale nie pamiętał, tak małém z niego wyjechał dziecięciem. Na czele rodziny Wichułów stał wówczas pan Ksawery, rodzony syn ojca swego, szaławiła i hulaka, nie żonaty jeszcze i sam z rodzeństwem zamieszkujący dworek dziś wielce poprawiony, rozszerzony i upiękniony. Ksawery oprócz wzrostu, którym prześcignął ojca, wielce go przypominał. Też same to były rysy twarzy, ta sama i charakteru gwałtowność, taż złośliwość i zawziętość.
Bali się go sąsiedzi, rozlegały jego krzykiem sejmiki, a po miasteczku, gdy przechodził, szabla spuszczona nisko, dźwięczała złowrogo. Miał zwyczaj pokręcać wąsa i poświstywać wszędzie, ledwie nie w kościele, a tak w siebie i swą siłę wierzył, że byłby się porwał na potęgę magnata i dwór jego cały ze swoją szerpentyną i nieustraszoném sercem. W domu on rej wodził nad wszystkiemi; brat i siostry go słuchały ze drżeniem; chłopi chowali się na widok jego; a sam proboszcz, następca znajomego nam księdza, pokornie czapkę przed tym kolatorem straszliwym zdejmował. Na żydów był to kat prawdziwy i dziwnym też chyba wypadkiem izraelita się u niego pokazał, bo szczuł psami, moczył w stawie jak konopie, wieszał ich potém dla obeschnienia, trzepać kazał z pyłu bizunami i tysiące podobnych sztuczek płatał z nich każdemu. Jeden tylko faktor jego, Szmul ryżobrody, przywykły do bizuna, łajania, targania za brodę i wypychania za drzwi, miał do niego przystęp i wszystkie jego robił interesa; bo któż u nas dawniéj co począł bez żyda?
Do takiego to zawadyaki, opisanego zresztą dokładnie przez stolnika, śmiało, z papierami za nadrą, jechał pan Siekierzyński, chcąc rozpocząć sprawę od wypuszczenia mu swoich pretensyj i usiłując zgodnie skończyć, jeśli było można. Bryczka wtoczyła się na dziedziniec, na którym właśnie pan Ksawery konia dzikiego ujeżdżał i z wielkiém podziwianiem gospodarza, wysiadł z niéj całkiem mu nieznajomy mężczyzna.
Rzucił z przekleństwem szkapę rozsrożoną Wichuła i pośpieszył na spotkanie Siekierzyńskiego, z czapką nabakier, w kitelku rozmamanym, czerwony, sapiący i gniewny.
— Kogóż mam honor powitać? — spytał.
— Mówię z gospodarzem domu, W. Ksawerym Wichuła?
— Tak jest, a honor pański?
— Tadeusz Siekiera Siekierzyński.
Na to dobitnie wymówione nazwisko (widać było, jak silne wrażenie uczyniło na gospodarzu) zaciął wargę, zmarszczył czoło i wskazał drzwi do izby. W izbie było jak w starym składzie, nie umieciono, porozrzucano, nieporządnie, męskie ubiory i kobiece roboty leżały po stołach i stolikach, w pośrodku spały dwa ogromne charty, które się na wchodzących rzuciły, ale batem wygnane, poszły warczéć za drzwiami. Skrzypka wisiała na kołku u drzwi, na innym munsztuk, na innym jeszcze pasmo nici szarych. Przy kominie wygasłym jakiś garnuszek z przykrywą drzemał ostygły, na daszku ukazywały się talerze z widelcami żelaznemi; przez półotwarte drzwi do drugiéj izby widać było kobiece przybory i jakaś panienka wpół tylko ubrana, odskoczyła kryjąc się do szpary, którą poczęła zaglądać ciekawie. Zapylony zegar gdakał w kącie, a trzpiotowatych para kanarków odzywała się w klatce nad oknem. W drugiem wiewiórka obracała dziecinny swój młynek, latając niespokojna. Wichuła wskazał krzesło, z którego zrzucił futerko i chustkę, a sam chwycił drugie i grzmotnął niem tak o podłogę, jakby je chciał pogruchotać.
Tadeusz rzucił okiem wkoło, ale nie usiadł.
— Cóż tu pana dobrodzieja sprowadza? — rzekł Ksawery dysząc.
— Maleńki interes.
— Zdawało mi się — z przekąsem odparł Wichuła, szydersko mierząc oczyma pana Tadeusza — że między nami a Siekierzyńskiemi wszystkie interesa skończone?
— Nie ze wszystkiém.
— No proszę, ja sądziłem, że wziąwszy Siekierzynek już było po wszystkiém?
— Nie dość go wziąć było, potrzeba go jeszcze oddać — rzekł Tadeusz.
— Cha! cha! po dwudziesto-letniém posiadaniu!
— Chociażby.
— A! łaskawco! chlebodawco! wytłómacz-że mi, jak to być może?
— Właśnie z tém przyjechałem; panowie nie macie tytułu dziedzictwa.
— Cóż z tego?
— Ja jestem spadkobiercą i synem Longina Siekierzyńskiego.
— Bardzo mu winszuję, ale cóż z tego?
— I Siekierzynka pozbyć się nie chcę.
— Chwalę! ale cóż z tego? potrzeba zapłacić nabyte przez nas długi.
— Ja téż je płacę.
— Pan je płacisz, powiadasz? cha! cha! a czerm-że?
— Pieniędzmi — odparł Tadeusz zimno — a wzajem proszę o kalkulacją z posiadania przez lat tyle!
Wichuła spojrzał, jakby chciał z oczu wybadać przybyłemu, czy to była prawda, czy żart tylko i wyciągacz jaki; ale Tadeusz mówił seryo i poważnie.
— Nim rozpoczniem proces, chciałem wprzódy przekonać się, czy zgodnie ukończyć nie możemy? Rodzice nasi, jak panu zapewne wiadomo, żyli w sporze i niezgodzie.
— I mój ojciec waścinego wypędził.
— A ja mogę waćpanu odpłacić się tąż samą monetą.
— Kochanku! — zakrzyczał Wichuła z zakrwawionemi oczyma; gdyż ile razy w impet wpadał, białka mu czerwono zachodziły. — Kochanku! pamiętam, żeś w moim domu i dlatego nie chcę gwałtu popełnić, ab ruszaj z Bogiem i rozpoczynaj proces, a zobaczymy, co z tego wyrośnie.
— Zgodnie więc nic nie uczynimy? — spytał pan Tadeusz.
— Ja z Siekierzynka chyba nie żyw ustąpię — rzekł Ksawery — i wiedz to, kochany panie, że zaczepić Wichułę, wolałbyś dyabła zaczepić... mnie w kaszy nie zjesz.
— Ani mnie — odpowiedział Siekierzyński — a zatem mam honor go pożegnać.
— I ja też! — śmiejąc się rzekł Wichuła i odprowadzając gościa w ganek, nie bez pewnego jednak niepokoju wewnętrznego. Ukłonili się sobie ceremonialnie, zaszła bryczka i Tadeusz wprost pojechał do miasteczka.
A w Siekierzynku gwałt wielki! Pan Ksawery pobiegł do brata, który w ogrodzie był przy otrzęsaniu jabłek, z wielką nowiną; siostra, która wszystko słyszała, pobiegła za niemi; narada, krzyki, śmiechy i odgróżki... wreszcie dosiadł Wichuła starszéj szkapy, dał jéj bizunem po grzbiecie i jak strzała poleciał do swojego przyjaciela, niegdy prawnika, dziś gospodarza, pana Wertkowskiego.
Wertkowski mieszkał o staję, był to już nie młody człowiek, dobrze pamiętający czasy zrzeczenia Siekierzyńskich, którzy acz podupadli, uważani byli przez szlachtę; znał on interesa Wichułów i Siekierzynieckie, bo do nich wpływał. Nieszczęściem od lat kilku Rzuciwszy mecenasowstwo, siedział na wsi, a osamotniony, bo on tylko i żona, głucha staruszka, cały dom składali, począł z nudów zaglądać do apteczki zbyt często i pić tak, że rzadko go po obiedzie zastał kto trzeźwym. Ale upojenie jego było szczególniejszego rodzaju — na nogach ciężko mu się było utrzymać, oczy słupem stawił, minę miał osowiałą, rzekłbyś, że i przytomność postradał. Tymczasem choć tak pozornie pijany, wszystko rozumiał, odpowiadał do rzeczy; potém poznać go było można, że z krzesła się już nie ruszył i jąkał co chwila. Co się tyczy pamięci, ta nawet żywsza była po wódce niż naczczo. Zwykle on i żona całe dnie grywali z sobą w maryasza na fasolę, a pod krzesełkiem Wertkowskiego stała flaszka ciemna z wódką, którą on na przypadek przyjazdu obcego, nazywał smarowaniem danem mu przez doktora. Wertkowski mieszkał w chałupinie lichéj na dwóch chłopkach zastawą wziętych z których ledwie mógł mieć chleb i jarzynę na stół, zresztą kupował z procentu od jakiéjś sumki, u pana wojewody mazowieckiego ulokowanéj.
Wszedłszy do izdebki, poznał zaraz Wichuła po minie adwokata, butelce pod stoikiem skrytéj i z tego, że nie wstał na przybycie gościa, że już był podchmielony. Wertkowski wytrzeszczył oczy i zadał niżnika ze czterdziestu, witając sąsiada, w nadziei, że żona zmieszana nie postrzeże podstępu.
— Jak się masz, rejencie? jak się masz? a co, jak zdrowie? — krzyczał Ksawery siadając — widzę cierpiący jesteś?
— A! a a... ta... ak... piący... piący...
— Właśnie po radę przybywam i niedługo naprzykrzać ci się będę. Osobliwsza do stu korków okoliczność... Przyjeżdża dziś do mnie Siekierzyński.
— Co? nieboszczyk! — zawołała pani Wertkowska rzucając karty.
— Syn to nieboszczyka... Ale ze śmieszną pretensyą...
Stary prawnik wytrzeszczył oczy ogromnie i ciekawie.
— Wystaw sobie, panie rejencie, przypomniała sobie babka, jak była panną... chce mu się Siekierzynka!
Quo... ti... tulo? — spytał Wertkowski.
— Ba! zabrany za długi, ale nie mamy tytułu dziedzictwa! otóż chce pozwać do kalkulacyi i zapłacić, co należy... powiedz-że mi, może on tego dokazać?
Wertkowski się namyślał długo, kilka razy dostał czkawki, jąkał się, jąkał i wyjąknął:
— Może...
— Jak to? odebraliby nam Siekierzynek?..
Si pecuniam habet...
— A kat go wié, czy habet! ale-by bez tego nie przyjeżdżał. No, a jeśli habet?
— To i Siekierzynek habebit!...
— A niech że go dyabli wezmą! — krzyknął Ksawery — żebym był wiedział, że to nie żarty, byłbym mu na skorym razie uszy poobcinał, ochotę do pieniactwa odpędził... ale to się da zrobić jeszcze przy pierwszém spotkaniu.
— Gdzieżeście go widzieli? — spytała pani Wertkowska.
— Przyjeżdżał do mnie z propozycyą zgody, a ja go zbyłem śmiechem i odprawiłem.
— Szkoda! — krótko odezwał się Wertkowski.
— Jak to? to doprawdy mogą nam odebrać Siekierzynek?
Pecunia — powoli wybąknął stary — wszechmogąca.
— A szabla, panie rejencie?
Variabilis — mruknął Wertkowski.
— Ale rozpatrzcie się no w sprawie! pamiętacie wy ją?
— Znam jak zły szeląg.
— I myślicie, że wygra?
Probabilitas. — Wertkowski mówił zawsze lakonicznie po pijanemu, bo mu i trudno było wyjąkać.
— No, to przynajmniéj wiem, co czynić — rzekł Wiehuła — jadę do miasteczka i pierwszemu, kto tę sprawę weźmie, nos i uszy poobcinam, a pana Siekierzyńskiego wykurzę płazami, jeśli zechce. Nie dopuszczę ja go do prawa...
To powiedziawszy i widząc, że Wertkowski nic nie odpowiada, zawrócił się Wiehuła:
— Bądź zdrów, sąsiedzie! — zawołał, trzasnął drzwiami, dosiadł szkapy i nazad do Siekierzynka. Tu zaraz zaprzężono mu bryczkę i niedługo myśląc, pan Ksawery pognał do Czerska.
Jakoś na pół drogi był lasek sosnowy niewielki, gdzie się schodziły u karczemki dwa gościńce od Siekierzynka i od Czerczyc, skąd właśnie jechał pan Tadeusz do Czerska także, i traf chciał, żeby, gdy konie Wichuły się wysapywały, a on kwartą piwa się chłodził, nadjechała bryczka Siekierzyńskiego i stanęła także spocząć szkapom. Dwóch szlachty na nędznych chabetach posilali się chlebem i serem w pierwszéj izbie, przywiązawszy konie do płotu Siekierzyński został na bryczce, Wichuła jak go tylko zobaczył porzucił kwartę z piwem, podtarł wąsa i wprost do bryczki:
— Kłaniam, panie Siekierzyński.
— Czołem, mości Wichuło!
— A co! do Czerska?
— A do Czerska.
— I ja też.
— Weseléj będzie w drodze.
Wichuła, którego w okolicy bali się wszyscy jak ognia, nie przywykł był, żeby go kto tak lekko traktował, namarszczył się i sięgnął impetycznie ręką ku kołnierzowi kontusza siedzącego na bryce... Ale nim dotknął pana Tadeusza, już ten z szabelką, którą chwycił z siana, wyskoczył i stanął przed przeciwnikiem śmiało, a śmiejąc się w dodatku:
— Co! — zawołał — czy nie chcielibyście rozpocząć procesu od uszów i nosa!
— O! patrzcie go, jak głośno śpiewa! — odparł Wichuła — nu, bratuniu jeden, myślisz, żeś młokosa złapał, co cię się zlęknie, zaraz ja ci tu pokażę Wichułę.
— Ja-m nie od tego, jak widzicie — rzekł Tadeusz raźnie — cale po szlachecku mosanie i przy świadkach, jest tu widzę dwóch szlachty w karczmie, co stoją na progu gawroniąc się na nas, weźmiemy ich na przyjaciół i, jeśli wola a łaska, spobujemy się.
— Panowie bracia! prosimy na świadki! — krzyknął niecierpliwie Wichuła — dobywając już szabli, którą obejrzał i rękawem otarł z kurzawy.
— Prosimy! — dodał Siekierzyński, obnażając swoję zwinną niewielką szerpentynkę, która błysnęła w powietrzu.
Dwaj przejezdni spojrzeli po sobie i przystąpili bliżéj, ale już zajadli nieprzyjaciele stawali do boju oba równie żywo, Wichuła ze złością widoczną, Siekierzyński z zimną krwią, pozorną tylko. Pau Ksawery tak był pewien siebie, tak się miał za niezwyciężonego, że nawet rękawów od kontusza dobrze sobie nie związał. Tadeusz miejsce swe opatrzył, zmierzył okiem przeciwnika i szable brzękły.
Wichuła bił się doskonale, Siekierzyński zręcznie jak szatan i widać, że mu to także niebyło obce; zimną krwią swoją miał wyższość nad przeciwnikiem, który się miotał szparko, gwałtownie, krzykliwie, usiłując nastraszyć wprzód, potém przemódz ulęknionego. Zaraz w początku drasnął Ksawery Siekierzyńskiego po ręku, krew pociekła, ale wprędce odebrał taki raz przez głowę, że mu oczy zalało i zasłaniając się rękawem, zawołał:
— Zgoda! panie bracie!
— Zgoda! — powtórzył płazując go zlekka Tadeusz — zgoda! zgoda! a nie zaczepiajcie ludzi po drogach, nie chcecie-li mieć znaków na łbie...
To mówiąc wskoczył na bryczkę Siekierzyński, skłoniwszy się szlachcie, i kazał jechać, a Wichuła obryzgany krwią sparł się na swojéj, wołając, żeby mu szmatę i wódki przynieśli. Ledwie słowa te wyrzekł, upadł nieprzytomny na trawę.
Było tam komu ratować go, nie zwrócił się więc przeciwnik i ruszył tymczasem do Czerska, otarłszy sianem szabelkę, tak spokojny, tak chłodny, jakby przed chwilą nie skosztował ludzkiego mięsa.
— A niech go dyabli wezmą! — wolał Wichuła gdy go otrzeźwili i obwiązali — chyba żyć nie będę, jeśli mu uszów nie poobcinam! kanalią jestem, że byłbym go posiekał na kapustę, gdyby jeszcze sekunda, ale mnie przeciw wszelkim regułom zajechał.
Z rozciętą głową trudno było ruszyć do miasteczka, zawrócono więc do domu i z wielkiém podziwieniem brata młodszego pana Aurelego Wichuły, wszedł Ksawery ogromnie zły i klnący na czem świat stał, do izby, gdy sądzono, że do Czerska dojeżdża.
— A to co, panie bracie? — zapytał Aureli postrzegłszy szmatę i krew — konie ponosiły?...
— Idź do dyabła z końmi! konie! pies, powiedz, pokąsał! Spotkałem się z tym hołopiętą Siekierzyńskim i ten mnie tak poczęstował, ale chyba żyć nie będę, jeśli go nie zbiję na kwaśne jabłko.
— Co! Siekierzyński, pana brata!
A wtém i siostra wybiegła z lamentem, z płaczem, z kluczykami i cała rodzina poczęła każdy innym głosem łajać, krzyczeć, wyrzekać.
Zostawmy ich, a wróćmy do Czerczyc, gdzie stolnik medytuje mówiąc z roztargnieniem godzinki i już piąty raz poczyna... „Zacznijcie wargi moje!“
Właśnie spluwał odtrącając myśl obcą, która mu się gwałtem cisnęła, gdy szlachcic pokorny w kapocie szaréj i kurpiach na nogach, w borsuczéj torbie, ukazał się na progu. W izbie mrok był, szarzało.
— A, to ty, mój Pancerzyńsiu! — rzekł stolnik — jak się masz? (Jednakże, pomyślał, godzinek nie zacząłem, skończę je późniéj) Co tam słychać? skądże to Bóg prowadzi?
— Z Czerska, wielmożny panie.
— Jak się masz, zdrów?
— Zdrów, Bogu dzięki, do usług pańskich, przejeżdżając wstąpiłem, może pan co rozkaże.
— No! a zwierzynki nie masz?
— Da Bóg będzie... Ale ja tu na drodze, o małom zwierzyny innéj nie napotkał.
— No? a co takiego? — spytał stolnik.
— Co! krótko mówiąc, dobrze, żem sucho wyszedł, cała historya. Jadąc z Czerska, szkapa mi przystała i koło Kociéj Górki na rozstaju przy karczemce stanąłem wytchnąć... Wyjąwszy ja tedy z torby sera i chleba, patrzę, aż jedzie pan Jacenty z Muszyna, sobie konia uwiązał przy płocie, staje. Nuż my gadać i śniadać; kiedy tak bzdurzym, aż tu leci bryczka z Siekierzynka z panem Salerym (tak go szlachta zwała) i tyć staje. My z Jacentym ustąpili się panu z drogi i poszli do izby; aż ru, ru, ru, znów ktoś się wlecze... poznaję konie jegomościne i jakiś jegomość.
— A! pan Tadeusz... no! no! ciekawości! mów tedy, co się stało?
— Zaraz, proszę pana, porządnie powiem, jak się należy. Tylko co jegomościne konie przytrzymały się, a ten pan na bryczce sobie spokojnie siedzi Bogu ducha winien; przysuwa się Wichuła do niego, coś tam mu powiedział, ten jemu, Bóg ich wie, co od siebie chcieli, aż widzę ja, pan Salery jego niby chce za kołnierz chwycić, ten z bryczki i do szabli.
— O!... patrzaj wasan, do szabli!
— Tak! i woła do nas, panowie bracia! prosimy na świadków. Ledwieśmy nadbiegli, aż tu, panie stolniku dobrodzieju, jak się poczną chlastać i Wichuła...
— Byłem tego pewny, to rębacz bestya! — rzekł stolnik, waląc ręką o stół.
— Wichuła go po palcu! a ten jak nie plaśnie Salerego, z pozwoleniem pańskiém, przez łeb, tak się krwią oblał ze wszystkiém. Jeszcze go trochę wypłazował, gdy się Wichuła, gdyby zając przewrócił, ślepie wytrzeszczywszy, ten siadł sobie i pojechał.
Gdy Pancerzyński opowiadanie kończył, stolnik, który oddawna z krzesła nie wstawał, z wielkiego wzruszenia i radości, aż się na nogi podniósł, oczy mu się zaiskrzyły, twarz zapałała, wąsa kręcił i śmiał się.
— Patrzajcie! patrzajcie, obciął Wichułę! jak Boga mego kocham, obciął! waść to sam widziałeś, na swoje oczy! Jest krew! jest krew! Idź, mój Pancerzyńsiu, napij się wódki u Jędrzeja duży kielich ten, co z gwiazdkami, i wróć tu do mnie...
Poszedł szlachcic, a stolnik ręce złożył.
— Dzięki Bogu! nie zmieszczańczył się nic... Kto wie, może i nie sprzedawał pieprzu! a zresztą kto go tam będzie wiedział! Ale gdzież się uczy! szablą wywijać? Chwat! uściskam go, jak przyjedzie! No! to mnie rozbraja! chwat! Gdyby był pieprzu nie przedawał! ale stało się! cóż robić! Obciął Wichułę! Siekierzyński zawsze Siekierzyńskim!
I tak bez ładu, drgając aż na swojém krześle, starzec coraz to wykrzykiwał aż do powrotu Pancerzyńskiego, który znowu od początku do końca musiał mu całe spotkanie z największemi opowiadać szczegółami.
Stolnik cieszył się z tego wypadku niepomału, kochał bowiem Tadeusza, od którego tyłka dzieliło go dziś przykre wspomnienie kupiectwa, niezmazany ślad na herbowéj szlacheckiéj tarczy Siekierzyńskich zostawującego. Stolnik rad był utopić pamięć tego uczynku, a bał się co chwila, by się nie rozgłosił i drżał na samo przypuszczenie podobnéj ignominii, wolałby był Tadeusza ubogim, niż w ten sposób zbogaconym i krzywił się na myśl tych talarów nabytych sprzedażą pieprzu, śmierdzących imbierem i łojem, jak powiadał. Zawsze mu się zdawało, że jedynym użytkiem stosownym takich pieniędzy było oddanie ich na kościół lub klasztor na przebłaganie za występek przeciwko dostojności szlacheckiéj; nawet odkupienie Siekierzynka tym groszem w smak mu nie szło, choć niezmiernie go pragnął. Pocieszył się cokolwiek rzeskiém znalezieniem się Tadeusza, ale gdy począł medytować potém sam na sam i przywiódł sobie na pamięć ów sklep pod ratuszem, ciarki po nim przeszły.
— Niech robi, co chce — zawołał z żalem do siebie — tego zmazać nie podobna! Zawsze to plama indelebilis! A! a! gdyby powstał z grobu skarbnikowicz, a zobaczył synka mercatorem, umarłby z żalu i aprensyi!.. Kto mu to doradził, coram Deo respondebit.
Plótł tak szanowny nasz pan Piotr Kornikowski, aż zasnął, a przebudziwszy się, znowu myślał o teém i o obcięciu Wichuły z niejaki!; satysfakcyą.
— Może zresztą, — rzekł pocieszając się — może i nikt o tém wiedziéć nie będzie, że kupczył, ale plama plamą zawsze... daj Boże, by się to utaiło, chociaż nie pojmuję, jak to być może. Prędzéj późniéj prawda jak oliwa na wierzch wychodzi.
Gdy się to dzieje w Czerczycach, a w Czersku chodzi napróżno pan Tadeusz Siekierzyński od prawnika do prawnika, chcąc swoję sprawę któremu z nich powierzyć, w sąsiedztwie ogromne larum wznieciła kresa przez łeb pana Ksawerego. Trzeba wiedziéć, że Wichułowie mieli adherentów i koligatów dosyć, a niejeden przyjacielem ich się głosił ze strachu tylko, inny w nadziei pomocy, bo Ksawery szabelki i w cudzéj sprawie ochotnie dobywał, zwłaszcza podochocony. Nikt dotąd go nie zwyciężył, nikt nie drasnął nawet, a tu nietylko kresa ale i wypłazowanie, przez szlachtę świadków gruchnęło po sąsiedztwie. Wieść ta przeraziła jednych, ucieszyła drugich, zaciekawiła innych; jęli niektórzy przypominać dawne znaczenie Siekierzyńskich i dawną dla nich sympatyą. Wszakże w Czersku żaden prawnik nie podejmował się forytowania sprawy contra Wichułów. Niejeden nawet odradzał Siekierzyńskiemu dalszych kroków, szepcząc na ucho, że Wichułowie i ich adherenci gotowi są na wszystko, a obcięcie Ksawerego nietylko ich nie wystraszy, ale jeszcze zajadlejszemi uczyni. To jednak nie odstręczyło pana Tadeusza od zamierzonych prawnych poszukiwań dziedzictwa Siekierzynka i wreszcie decydowany już sam sobie być mecenasom, byłby zajął się sprawą, gdyby mu nie wskazano pana Pancerzyńskiego Adama, młodego prawnika, który, jak mu mówiono, jeden może jąć się procesu z Wichułami.
Pancerzyński, brat stryjeczny tego szlachcica, któregośmy przed chwilą świadkiem spotkania u Kociéj Górki widzieli, wyszedł z drobnéj rozrodzonéj i ubogiéj familii i sprytem a odwagą dochrapywał się znaczenia i pieniędzy, obojga będąc chciwy nad miarę.
Różnie różni mówili o początkach życia pana Adama, ale się wszyscy godzili na to, że przechodził nauką i zręcznością wszystkich w Mazowszu prawników, że dla niego niczém było wygrać, gdzie inni i nie śnili wygranéj, podnieść zagrzebane od dawna i dać radę w razie zdesperowanym. Był on jak lekarz, do którego to udają się, gdy już chory ledwie nie kona; z dobrym interesem, czystym, jasnym i łatwym nikt go nie używał, ale w złym, nikt się bez niego nie obszedł. Nic nikomu nie zrobił darmo, zawsze prawie wymagał wynagrodzenia wielkiego, targował się o nie jak o grzyba, ale za to gdy się wziął za co, dokazywał cudów.
Wskazano tedy Pancerzyńskiego panu Tadeuszowi, a ten ledwie go odszukał w oddalonym dworku nad Wisłą, gdzie mieszkał na ustroniu sam jeden z chłopakiem tylko, który mu służył za przepisywacza, kuchtę, sługę, woźnicę i dependenta. Długo potrzeba było do drzwi stukać, zanim je ów odarty Janek otworzył, a nie puszczając do środka, póki tynfa nie dostał, wypytał się o nazwisko, potrzebę i poszedł, zostawiwszy gościa w pierwszéj izbie, do kancelaryi pańskiéj. Ta izba niewielkie dawała wyobrażenie o zamożności pana Adama; w niéj dwa stołki sosnowe, ława, stół prosty, komin i piec gospodarski jak w chacie, a na ścianie tylko Chrystus ciemno malowany. Zresztą pułap niski z belkami, drzwi wąskie i małe, okna z czterech szybek złożone i podłoga piaskiem wysypana. Po chwili oczekiwania skrzypnęły drzwiczki i wszedł Pancerzyński; figurka mała, koszlawa, krzywa, blada, za którąbyś nie dał trzy grosze. Głowę miał śpiczastą bardzo, pokrytą włosem ostrzyżonym ze szwedzka, ale bez pudru i najeżonym do góry; skóra na twarzy podobna była do pergaminu, oczy piwne duże, nos trochę krzywy, usta wąskie, a w lewym policzku, z jakiejś choroby widać, w środku zrobił się doół i ściągnęły muskuły nadając dziwny wyraz téj części fizyognomii, tak, że inny był z prawéj patrząc, inny z lewéj i jedna strona zdawała się ciągle uśmiechać, gdy druga patrzała ostro i surowo. Taż sama choroba zapewne, która skrzywiła twarz, wyciągnęła mu też jednę nogę, a chodząc nią zamiatał jak nie swoją, ręce wisiały mu długo i ogromnemi kończyły palcami.
Pan Tadeusz cofnął się myśląc, że to nowy sługus tynfa z niego wydrzeć przychodzi i już się do sakiewki gotował, bo ubiór prawnika niepoczesny omyłkę usprawiedliwiał, gdy głosem ogromnym, głosem jakby z piersi olbrzyma pochodzącym, dziwna ta postać odezwała się:
— Jestem do usług waćpana dobrodzieja.
— Pan Adam Pancerzyński?
— Tak, tak! ja sam, siadać proszę, a pan?...
— Tadeusz Siekiera Siekierzyński.
— Czy nie Longina Sobiesława skarbnikowicza syn?
— Właśnie, panie dobrodzieju!
— Cieszy mnie, że go u siebie oglądam! bom rodzinę pańską szanował, choć nie znając, gdyż młody byłem, jak szanowny rodzic jego żegnał się z światem. Czémże pomocny mu być mogę?
Tadeusz całą sprawę swoję opowiedział, papiery dobył, dał czas do ich przeczytania, a Pancerzyński z niesłychaną szybkością przebiegłszy je i wnet obeznawszy się cudownie prawie ze stanem sprawy, rzekł:
— Wszystko jest do zrobienia, choć nie taję, że z Wichułami sprawa zła, oni czego nie zyszczą u kratek, będą wiolencyą dobywać, bo w wyborze środków nie są trudni. Ale dla zwierza w las nie iść, nie męska rzecz!... zrobimy! Jedna tylko uwaga: proces pociągnie długo, Siekierzynek odłużony wyżéj może waloru, przyjdą rachunki nakładów, ulepszeń, budowli et sic porro, może wypadnie zapłacić więcéj niżeli warta wioska. Czy nie lepiejby inną kupić?
— Ja Siekierzynka żądam dlatego, że to jest Siekierzynek, nie dlatego, że wioska, dlatego, że tam jest grób rodziców moich, że to jest dziedzictwo mojéj rodziny, a może też iż go nieprzyjaciele posiadają, co mojemu ojcu życie struli i do mogiły go przywiedli.
— A to co innego, inna facies rerum — odparł Pancerzyński, a zatém dojdziemy Siekierzynka. Ale — dodał prawnik głos zmieniając — clara pacta, claros faciunt amicos, mówię to, choć do przyjaźni pańskiéj nie śmiałbym sięgnąć, znając, żem jego sługą. Potrzebujemy wprzód umówić się o warunki pracy z mojéj strony... ja-m ubogi i potrzebny, jestem w dorobku.
— Słuszna rzecz! słuszna! proszę o warunki!
— To wymaga namysłu, a zatém jutro służyć będę. Gdzie pan mieszka?
— U Icka Szklarza na Warszawskiéj ulicy — rzekł Tadeusz.
— Jutro o dziesiątéj...
To mówiąc wstał zamiatając swoją nogą i Siekierzyński go pożegnał.
O dziesiątéj na ratuszowym zegarze, przystawił się prawnik trochę lepiéj ubrany, ale w wytartéj kontusinie i pasie włóczkowym, odartą i zaklapaną przyjechawszy bryczką, którą Janek powoził. Powitawszy Tadeusza, który z niecierpliwością oczekiwał odezwała się prawnika, począł pan Adam o obojętnych mówić rzeczach, o deszczu i pogodzie, o miasteczku i jego mieszkańcach, potém zamilkł i położywszy papiery na stole, zdawał się wzywać Siekierzyńskiego, żeby on rozmowę rozpoczął.
— Cóż tedy, szanowny mój obrońco? — spytał niecierpliwy Tadeusz — jakżeście się namyślili?
— Interes — począł Adam Pancerzyński — interes ciężki, więc się go podejmę, bo mnie właśnie takich potrzeba, żeby sobie i renomę i kieszeń rozszerzyć, ale jak za wszystkie ciężkie sprawy, załata będzie gruba.
— Minimum... tysiąc talarów — dodał po chwili — po ukończeniu interesu i wprowadzeniu w posiadanie Siekierzynka, a na koszta i przejażdżki osobno, ile pokażę rachunkiem.
— Nie myślę się targować — odparł Tadeusz — choć mi się to zdaje zbyt wiele, ale za warunek z mojéj strony kładę, żeby się to nie wlekło.
— Tego warunku nie potrzebuję — rzekł adwokat — czas i mnie drogi, ale z mojéj strony jest też jeszcze warunek.
— Jeszcze warunek?
— Tylko jeden.
— Oto, że waćpan dobrodziéj oddając mi ten interes, powierzysz mi go zupełnie, nic bezemnie nie poczniesz, we wszystkiém rady się mojéj trzymać będziesz i zdasz się słowem na dyskrecyą moję.
— Zgoda i na to.
— A więc czasu nie tracąc, bo czas drogi, ot naprzód rada, którą spełnić potrzeba. Waćpan nie jesteś bezpieczny od Wichułów; wiem pewnie, że mu gotują i gotować będą tysiące napaści i usiłować gwałtem jakimś go ustraszyć lub się pozbyć. Samemu jednemu przeciwko ich bandzie nie podołać. Trzeba zaraz wynaleźć sobie przyjaciół kilku i nieodstępnych aniołów-stróżów, którzyby gotowi byli dniem i nocą szabel dobyć w obronie pańskiéj...
— Gdzież ich znajdę?
— To już moja rzecz, ja ich tu w Czersku zwerbuję czterech lub pięciu i przyślę do kwatery pańskiéj, a bez nich kroku się pan nie ruszysz, ani tu, ani na wsi...
Tadeusz podziękował za tę troskliwość panu Adamowi, choć pomyślał, że mu ci przyjaciele i wiele kosztować i dużo kłopotać go będą; ale cóż było robić? Adwokat zabrał papiery, trochę grosza i śpiesznie siadł na bryczynę, szukać swych przyjaciół, z któremi radził panu Tadeuszowi odjechać do Czerczyc i spokojnie czekać, jak mówił, felicem eventum jego zabiegów.
W kilka godzin po odjeździe Pancerzyńskiego, posłyszał zaraz wrzawę przed domem i domyślił się, że przyjaciele zbierać się poczynają. Wychyliwszy głowę przez okno, postrzegł w istocie dwóch barczystych szaraczkowych, z których jeden wiódł konia za tręzlę, drugi szedł z chłopakiem i parą koni za sobą, pytając głośno o kwaterę pana Siekierzyńskiego.
Wskazano ją i dwóch potężnych drabów wsunęło się wrzawliwie do stancyi, jeden drugiego przedstawiając.
— Imć pan Urban Panewka, łowczycowicz wyszogrodzki...
— Imć pan Filoktet Próciński, obożnic zakroczymski...
Pan Urban, trzyłokciowy barczysty chłop, z wąsami sterczącemi po za twarz daleko, ogorzały jak cygan, z czołem zmarszczoném, osypany brodawkami i plamami piegowatemi po twarzy, z łysiną podgoloną, miał na sobie szaraczkową kontusinę wytartą po łokciach i na plecach, buty mocno łatane bez ceremonii i hipokryzyi żadnéj, szabelkę w prostéj pochwie rzemiennéj i pasik skórzany na klamrę mosiężną zapięty. Udawał on zręcznego i bardzo grzecznego, śmiał się co chwila, kłaniał, ustępował z krzeseł, ceremoniował o przejście, o usiądzenie, o słowo, ale mu z oczów patrzała burda. Pan Filoktet nieco niższy ale barczystszy jeszcze, gdyby snop dobrze związany, nie krył się ze swojém zuchowstwem, machał rękami szeroko, stąpał głośno, biorąc stołek rzucał nim, stukał wszystkiém, czego dotknął, i wielce dbał o równość szlachecką, nie dając nikomu brać prymu przed sobą. Mało mówił, ale klął dużo i miał przysłowie Ciumperda! które co chwila powtarzał, zwłaszcza, gdy się gniewał na kogo. Zwano go pospolicie Ciumperda i znano o mil sześć wokoło z ogromnéj siły pięści i głowy, bo beczkę piwa w ciągu dnia mógł wypić i wypróżniwszy ją, wziąć pod pachę jak czapkę wynijść o swéj sile i nie zataczając się wcale.
Zaledwie ci panowie usiedli i delikatnie przymówili się o miód, który miał być doskonały u Szklarza, nadszedł trzeci nie tak pozorny, cienki, chudy, pokorny, blady, milczący jak deska i ciągle składający ręce jak do modlitwy. Miał na sobie prostą granatową kapotę i torbę myśliwską, niepozorną szabelkę, którą nazywał scyzorykiem i jakiś węzełeczek pod pachą, który złożył u drzwi. Zarekomendował się jako Jozafat Węgiel bez żadnego tytułu, dodając tylko, że jest obywatelem osiadłym ziemi wyszogrodzkiéj. Usiadł spokojnie w kąciku, rzucił okiem na dwóch zapaśników, co go poprzedzili, i złożywszy ręce, począł poglądać po suficie. Panowie Urban i Filoktet powitali go bardzo grzecznie i kordyalnie nawet.
Już i miodek na stół wystąpił, gdy nowa postać jeszcze uchyliła drzwi, zaśmiała się kiwając głową i wpadła do izdebki.
Było to coś żwawego, ubranego kuso, niby strojnie, z pretensyą do wdzięku i młodości; czuprynka ryża do góry, wąs mały idem, w uchu kolczyk z niemiecka, buciki choć wytarte ale czerwone, szanbelka na złocistych rapciach, pas pstrokaty sztucznie zwinięty, żeby dziur i cer nie było widać. Mały, zwinny, wesoły Impan Atanazy Bajdurkiewicz, nie był już naczczo; zapach gorzałeczki, cebuli i piwa otaczał, a wymowa zdradzała umysł podniecony sztucznemi środkami.
— Wielce mi to zaszczytno i sercu mojemu drogo, że mogę tak sgodego imienia panu a bratu stanąć w pomoc i ofiarować rękę i głowę contra inimicos; przysłany w to miejsce przez zacnego Adama Pancerzyńskiego, stoję z gorącą aspiracyą, by być użytecznym omni modo; a jeśli jest szklaneczka, tobym o miód prosił.
Musiała się znaleźć szklanka i grzeczny Urban, zawadya Filoktet, milczący i pokorny Jozafat wespół z Atanazym zasiedli przepijać za zdrowie Siekierzyńskiego, wkrótce postrzegając unanime, że zdałaby się i przekąska. Podano przekąskę, okazała się słona, ponowiono miód i noc nadeszła, a jeszcze panowie bracia za stołem gwarzyli, najwięcej o Wichułach i o sobie. Jeden pan Węgiel milczał, ze złożonemi rękoma i spuszczoną głową siedział, ale kolei pilnował sumiennie i nie dawał o sobie zapomniéć. Tadeusz mało się do rozmowy mieszał, ale słuchał uważnie i dowiedział się wiele o okolicy i stosunkach, które dotąd były mu obce.
Rano po śniadaniu, do którego i przymawiać się nie było potrzeba, szlachta miała jechać z panem Tadeuszem do Czerczyc, ale oprócz Węgla, który kroku nie zrobił ze stancyi i grzecznego Urbana, co już Tadeusza nie odstępował, Filoktet pożyczywszy talara wyskoczył na pół godziny do przyjaciela, a Atanazy poszedł umizgać się do szynkarki zprzeciwka i nie powrócili aż ku południowi. Dwaj pierwsi wsiedli na koń, Filoktet miał ich dognać, a Bajdurkiewicz przyczepił się na bryczce puściwszy szkapę za nią, pod pozorem, że się na siodle obtarł szkaradnie dnia wczorajszego.
Taką kalwakatą ruszyli po południu już z Czerska do Czerczyc i mrokiem byli u Kociéj Górki. Tu naturalnie spocząć wypadało, bo konni nawet byli się przyzostali z tyłu, a Bajdurkiewicz życzył na nich poczekać, aby nocna podróż daléj bezpieczniejszą była dla patrona, którego tymczasem obawiał powiastkami, a zastraszał potęgą Wichułów, zdając się ją dosyć szanować. Weszli do izby, w któréj siedział żyd pod piecem, żydówka za stołem, a kot na przypiecku, jakiś odarty chłopisko wstał z ławy przede drzwiami, przypatrzył im się dobrze, wyszedł do koni, które oglądał uważnie i szybko popędził w las. Nie uszło to baczności pana Tadeusza, szepnął na ucho Bajdurkiewiczowi, żeby się mieli na ostrożności i nie uważał jak ten pobladł i zakręcił się ku bryczce. W istocie wymowny Atanazy główną siłę miał w języku, a co się tyczy spotkania, wywijał się sianem, jak mógł, dużo krzycząc, a zasłaniając cudzemi plecami. Na biedę przypóźnionych posiłków nie było i nie było, a na Filokteta nawet rachować ciężko, bo zdaniem wszystkich ledwie w pół godziny po innych mógł nadążyć, choć szkapę miał dzielną, ale maruda był zawołany.
Postrzegł zaraz z manewrów pana Bajdurkiewicza Tadeusz, że niewielką mu będzie pomocą i postanowił, zdawszy się na wolę bożą, pozostać w karczmie, dopokiby nie nadjechali pan Urban i pokorny a cichy Jozafat.
Poczynało dobrze zmierzchać, Bajdurkiewicz skarżąc się na ból zębów, położył się w bryczce i zaszył w siano głęboko; Tadeusz świszcząc, chodził przed końmi, niekiedy zaglądając do karczmy.
Aż tu drogą od Siekierzynka jedzie dwóch jeźdźców szybko na zdyszanych koniach, obejrzeli się i pozsiadali z koni; miny gęste, wejrzenie zaczepiające, mowa głośna. Tadeusz poświstuje i chodzi spokojnie. Ci ichmość do izby, poszeptali coś z arendarzem i wybiegli na podwórze, postawali w zajeździe, patrzą na drogę od Siekierzynka i śmiejąc się, zacierają ręce. Bajdurkiewicz leży w bryczce i stęka.
— Możebyśmy jechali — rzekł zcicha — oni nas dopędzą!
Tadeusz nic nie powiedział.
— Bracie świstunie! — rzekł jeden z przybyłych, a dokąd to Pan Bóg prowadzi!
— Przed siebie! — odparł Tadeusz — a panów śpiewaków dokąd?
— Na spotkanie waszmości.
— No, to i dobrze — rzekł Siekierzyński — a co łaska do mnie?
— Chcieliśmy się od niego dowiedzieć — rzekł drugi — czy myślicie tu popasać w Kociéj Górce?
— Ile mnie się podoba.
— No! a jakby się nam podobało, żebyś tu waćpan nie popasał?
— Cóż robić! nie wszystko się wszystkim podobać może!
Bajdurkiewicz z bryczki szepnął:
— Niech się pan mityguje, tymczasem nadjadą, słyszę tętent.
— To tętent od Siekierzynka — mruknął pan Tadeusz — bądź Pan na pogotowiu.
— Żebyś pan wiedział, jak mnie zęby bolą!
Wtém Tadeusz odwrócił się do zaczepiających.
— Panowie bracia — rzekł seryo i poważnie — czy szukacie okazyi?
— Jakby dobra, czemu nie? — rzekł jeden ze śmiechem.
— Cóż to panowie nazywacie dobrą, tak w kilku na jednego naprzykład, po zbójecku!
Szlachta się zmieszała widocznie, ale jeden zaraz wyskoczył:
— Co ty nas robisz napastnikami! coś ty za jeden?
— Wiesz waćpan, kto ja jestem, jak ja wiem, kto wy jesteście.
— Naprzykład?...
— Przyjaciele Wichutów.
— Jakbyś tam był! dalipan, wciurnastki go nie wzięli! tęgi chłopak! zgaduje! toć wiedziéć musisz, czego od waści chcemy?
— Doskonale, ale to wszystko na nic się nie zdało!
— A jak waści przetrzepiemy?
— Spróbujcie!
Ale szlachta nie próbując, poglądała wciąż ku Siekierzynkowi, skąd tętent koni coraz bliższy dawał się słyszéć i razem czterech jeźdźców przypędziło, a na ich czele z zawiązanym łbem pan Ksawery.
— Wstawaj i do szabli! — krzyknął Tadeusz do Bajdurkiewicza.
Na to dictum acerbum nie było rady, pan Atanazy wylazł powoli z bryczki, pomacał po szabli i stanął niechętny za panem Tadeuszem, szepcąc mu:
— Jeno powoli, to nadjadą!
Ale już nie czas było powoli poczynać, bo przybyli z krzykiem:
— A tuś, rozboju! a tuś, Siekierko! a tuś, trutniu!
Otoczyli Siekierzyńskiego i szabel dobyli. Tadeusz z zimną krwią przyparł się plecami do bryczki, dostał szerpentyny i stał jak mur.
— Mości panowie — rzekł — jeśliście szlachta, nie rabusie, a macie do mnie żal jaki, gotówem im służyć wszystkim po kolei, ale jak przystało pojedyńczo, nie ocinać się jak wilkom.
— Jeszcze ty tu łajać nam będziesz!
I podnieśli wszyscy szable, jakby go rozsiekać mieli.
Wichuła krzyczał:
— Wypłazować go! wypłazować!
Bajdurkiewicz zważywszy ból zębów i przemagającą siłę, schował się pod bryczkę i myślał już przemknąć się niepostrzeżony do lasu. Wrzawa, krzyk okrutny powstał, żeby Tadeusza ustraszyć, ale ten choć blady, stał twardo.
— A chcesz ujść śmierci! — zawołał Ksawery — to podpisz zrzeczenie się Siekierzynka i idź z życiem, niech cię dyabli wezmą.
Siekierzyński tylko się rozśmiał.
— Co? nie! nie! to cię tu w sztuki rozniesiem na szablach!!
— Co będzie, to będzie! — rzekł Tadeusz.
Ledwie rzekł te słowa, ażci już sypnęli się wszyscy ku niemu i świst szabel tylko usłyszał nad głową, jedna z nich raniła go silnie w prawe ramię, opadła ręka, zasłoniły się oczy, upadł... stracił przytomność. Ale w téj-że chwili drogą od Czerska nadbiegli panowie Urban i Jozafat, a na ich widok i Bąjdurkiewicz począł z drugiéj strony bryczki krzyczeć i machać szabelką i wszyscy razem na Wichułów. Ci niespodzianie zagadnięci, a widząc przed sobą trupa i bojąc się, by ich nie połapano, w nogi, ale nie daléj jak do izby karczemnéj, w któréj się zaparli.
— Nie mogli większego głupstwa zrobić! — zaśmiał się pocichu i spokojnie pokorny pan Jozafat — tu ich wszystkich połapiemy jak wróble w strzesze... Héj! Bajdurkiewicz z furmanem pod okno od lasu i stać mi na straży... Okno załóżcie dylami, które tam znajdziecie; ja z panem Urbanem damy sobie tu radę.
Ledwie tych słów domawiał pan Jozafat, który z najcichszego w mgnieniu oka stał się najmowniejszym i wszystkim dysponował, nadbiegł i oczekiwany Filoktet.
— Oho! — zakrzyczał — jest robota! — Jest! nasz pryncypał ranny, połóżcie go na bryczce i dajcie mu wódki, jeśli macie. Zostaliśmy się w tyle a jego tu napadli, Bajdurkiewicz siedział pod bryczką.
— Co, ja? pod bryczką? — krzyknął przeraźliwie zpod węgła — ja! trzeba było widzieć, jak-em ja tu się odcinał, ale pięciu na dwóch to nie sztuka... jestem podobno ranny.
— W but — dodał pocichu Jozafat — pilnuj asan okna a nie gadaj, a ty, bracie Filku, do nas; zobaczymy, co Wichułowie poradzą.
Ciumperda! zobaczymy!
To mówiąc, omdlałego Tadeusza położył w siano i poskoczył do swoich.
— Obejrz karczmę dokoła! — rzekł Jozafat — popodpieraj wrota.
— Co myślisz? — spytał Urban — paneńku, co myślisz?
— Nic, usmażę ich trochę — pocichu odpowiedział Jozafat wzdychając. — Cóż robić? kiedy tacy durnie, że zamiast do lasu, uciekli do karczmy.
— Oto! to dobrze, bracie! byle nam dachem nie pouciekali!
— Zjedzą licha, mamy pistolety, choć nie wszyscy, postrzelamy ich jak wrony.
To mówiąc, począł powoli krzesać ognia i szukać słomy, a dobywszy iskry i rozpaliwszy suchego liścia, zatknął go w strzechę z jednéj strony, Urban z drugiéj — Bajdurkiewicz i Filko pilnowali drzwi i okien.
Suchy dach słomiany zajął się jak świeca wśród mroku, ogień zabłysł na drzewach i czerwoną łuną oblał wszystko dokoła. Tadeusz leżał stękając na bryce i ledwie widział, co się koło niego działo.
Wtém z okna ukazała się głowa zawiązana Ksawerego Wichuły.
— Panowie bracia! — zawołał — co to jest u kroćset dyabłów? karczmę rmoję palicie?
— A palim! — odparł kłaniając się Jozafat cichy.
— I cóż to myślicie?
— Nic! to tak sobie! ciemno na dworze, chcemy przyświecić!
— I waćpanu nie wstyd, panie Węgiel, za tego gałgana, za tego przybłędę się ujmować?
— Na czyim wózku jadę, temu piosnkę śpiewam — cicho zawsze odparł Jozafat.
A wtém i inni powyścibiali głowy z okien wołając:
— Na Boga! stołowanie się zajęło! my się podusimy!
— A duście się gałgany — krzyknął Filoktet — duście się! tego nam i potrzeba, a nie, to wyłaźcie do nas i bijcie się, jak przystało na szlachtę, nie na urwisów i rozbójników.
— Bić się, to był czas wprzódy! — rzekł Jozafat — ale kiedy w pięciu skoczyli siekać jednego na gościńcu, niechaj teraz pokutują; zabijcie okna!
To rzekłszy, począł się zabierać do zatarasowania otworów, z których i głosy szlachty i żydów, wzywając litości, się odzywały. Pan Jozafat był jakby głuchy i niemy, dźwigał dyle, kierował Urbanem i Filkiem Ciumperdą, napędzał Bajdurkiewicza, a sam pracował za wszystkich. Wewnątrz słychać było wyłamujących drzwi do sieni i wszyscy w zajazd wybiegli, ale tam choć szerzéj było, dach bez stołowania trzęsioną słomą poszyty, płachtami ognistemi padał na głowy, a dym oddech zabijał. Krzyk się dał słyszeć, jakieś szamotanie, potém cicho...
Karczma płonęła prześlicznie, i dach w oka mgnieniu objęty już opadał, trzeszcząc, tak, że pilnujący odstąpić musieli nieco, by ich zwaliska krokiew i łat nie dosięgły. Dziwiło ich, że żadnego więcéj głosu z wewnątrz nie słyszeli, a gdy ściany gorzeć poczęły, nie dostrzegli ani śladu zamkniętych w budynku, czy to, że ich dym udusił, czy się gdzie przychowali tak zręcznie.
Cicho i tylko drzewo potrzaskuje, okna pękają, opadają belki a płomień żwawy to opadnie ku dołowi, to podniesie się ku górze, jakby śpieszył poźréć prędzéj pastwę swoję.
Pan Węgiel siadł na pniu niedaleko i patrzy spokojnie, jak na dziecinną zabawkę, Filoktet biega dokoła, Bajdurkiewicz krzyczy, a Urban trzeźwi Tadeusza.
— Gdzież się u dyabła podzieli? — spytał wreszcie Filko Ciumperda — nie mogli się tak prędko podusić! niepodobna, żeby nie wołali o ratunek i nie krzyczeli pardon!
— I mnie coś się zdaje, że oni nie musieli się poskwarzyć! — rzekł Węgiel — baczność tylko, oni tu wylezą pewnie jaką dziurą!
— Gdzież-by się u licha skryli?
— Już że tędy nie uciekli, to pewna! — krzyknął Bajdurkiewicz — bo pierwszemu, coby nosa pokazał, kark bym uciął!
Jozafat tylko głową pokiwał.
Siedzą a czekają, już i karczma się wali, zajrzeli w środek, nigdzie śladu. Nie jużby się tak popalili!
Wtém Węgiel poskoczył w krzaki za karczmę, wołając:
— Za mną! za mną!
— Wszyscy za mną!
— Po czasie! — krzyknął w chwilę rozpatrzywszy się — po czasie! Ot patrzcie! w stajni była szyja do lochu! loch wychodził za karczmę, wydarli w nim sklepienie z dylów, i tędy w krzaki szmyrgnęli. Wszak to o trzy kroki od Bajdurkiewicza!
— Jak Boga kocham to być nie może! ja w tę stronę patrzałem, nie mogli mi ujść, byłbym ich w sztuki porąbał.
— A patrz-że no, co to się znaczy? — odparł powolnie Jozafat — wszak świeżo oddarty dach i jeszcze żydowskie łachmany, które z pośpiechu poodzierali, wiszą na krokiewkach. Ot i ślady! wymknęli się!
— To być nie może! — wołał ciągle Bajdurkiewicz.
— Wróćmy się do naszego pryncypała — rzekł Węgiel — on tam leży i stęka, potrzeba go opatrzyć i do domu zawieźć.
Tu już pan Atanazy Bajdurkiewicz był na przodzie i pierwszy zbliżył się z wielką gorliwością do bryczki, na któréj leżąc stękał Tadeusz.
Opatrzono rany; najcięższa była w ramię zadana, inne mogły się ledwie liczyć za draśnięcia. Natychmiast z wprawą szlachty, co umiała dać rady na cięcia, obmyto i obwiązano rękę, i powoli ruszono w drogę ku Czerczycom. Ale że pośpieszać nie było można, ledwie nad świtem bryczka wtoczyła się przed ganek. Bajdurkiewicz pod pozorem oznajmienia stolnikowi, pośpieszył przodem i znaleziono go już nad garczkiem piwa, opowiadającego, jak rąbał Wichułów i jak cudem Najświętszéj Panny, do któréj się obrazu czerwieńskiego ofiarował, ocalony został od nieuchronnéj zagłady, gdyż czuł nawet cięcia na sobie, ale szable od niego jak od stali odskakiwały.
Stolnik ze snu rannego zbudzony, o lasce wywlókł się na ganek przeciw Tadeuszowi i, popatrzywszy na jego towarzyszów, którzy mu się każdy w swój sposób przedstawiali i rekomendowali, zrobił pocichu uwagę, że byleby ci goście dłużéj pobyli w Czerczycach, ani śpiżarnią im, ani piwnicą nie wystarczy.
Po doktora nie było potrzeba posyłać, gdyż dawniéj z ranami każdy sobie rady dać umiał, a Jakób, stary sługa stolnika, niegdyś wojak, doskonale się z niemi obchodził. Zniesiono więc pana Tadeusza do izby, grzeczny pan Urban przymówił się, żeby co przetrącić, a reszta chórem za nim weszła za stolnikiem do stołowego pokoiku.
Bajdurkiewicz wypatrzywszy młodą córkę klucznicy, już za nią skradał się, prawiąc koncepta, do lochu. Jeden Węgiel milczący usiadł w kącie, założył ręce i głową kiwał na opowiadania Urbana i Filokteta.
Wichuła ze sprzymierzeńcami wydarłszy się lochem z pogorzeli, pieszo umknął do domu, pocieszając się tylko, że nieprzyjacielowi za swoję kresę przez głowę sowicie odpłacił. Nie obawiał on się poszukiwań sądowych, mając na wypadek ich tysiące starych skutecznych sposobów zwleczenia wymiaru sprawiedliwości. Upokorzony był wszakże i smutny, dopóki nie zapił strachu swego i znużenia. Wieść o napadzie w Kociéj Górce i spaleniu karczmy nazajutrz rano przyszła do Czerska, a Pancerzyński ze szczegółami się o tém dowiedział od stryjecznego swego, który pod koniec dramatu przybył na miejsce i o wszystko się dokładnie rozpytał.
Tego było potrzeba tylko Pancerzyńskiemu! Napad, gwałt, intymidacyjne środki użyte przez Wichułów bardzo mu były na rękę i proces się zaraz rozwinął. Z wielką zręcznością zakreślone były pretensye Siekierzyńskiego do Wichułów detentorów Siekierzynka: między innemi figurował w nich i dom mieszkalny, zwalony w znacznéj sumie i pobierane przychody, tak, że finalnie okazywało się, że odbierając Siekierzynek, pan Tadeusz miałby jeszcze do poszukiwania jakie 30,000 złotych na Wichułach, nie licząc prawnych grzywien i opłat.
Nie dowiedzieli się Wichułowie o sprawie, aż już dekret wisiał nad niemi, pozwy im kładziono, głowy potracili, nie stawili się i nie umocowali nikogo, tak, że w pierwszéj instancyi zapadł wyrok pod niestanność obżałowanych. Sądzeni zaocznie, przestraszyli się i wybrali sobie adwokata starego, Wachlera, Inflantczyka, zdawna w Mazowszu osiadłego, który był prawda niegdyś zręcznym jurystą, ale postarzał, podślepł i więcéj o dawnych swych cudach prawił, niżeli nowych dokazywał. Pomimo starania Wachlera i głosu jego wymownego, wygrał w drugiéj instancyi Siekierzyński.
Opatrzyli się Wichułowie, że źle, bo agrawowana była sprawa kryminalném poszukiwaniem o wiolencyą, gwałt i zadane rany, wysłali więc parlamentarzy, przychylając się do zgody. Odstępowali części Siekierzynka warując sobie wypłat pretensyj, a żądali pokwitowania z procesu kryminalnego i zgody. Pau Tadeusz, który wstał już z łóżka, odpowiedział przybyłemu krewnemu panów Wichułów, że innéj zgody nie przyjmie, tylko jeśli mu z Siekierzynka ustąpią, kompensąjąc pretensye pretensyami i swoję część mu odprzedadzą; za to ofiarował się nie dochodzić napaści i dać pokój dalszemu popierania sprawy. Krzyknęli usłyszawszy to Wichułowie:
— Lepiéj zginąć i pójść z torbami, niżeli taką przyjąć zgodę!
— To pójdziecie! — odparł pan Tadeusz zimno.
Poszły apelacye do najwyższéj instancyi, Pancerzyński pojechał do Lublina, a panu Tadeuszowi kazał siedzieć w Czerczycach. Nie odstępowali go owi przyjaciele, krom Bajdurkiewicza, którego stolnik grzecznie się pozbył jakoś. Wichułowie zrobili w Lublinie konferencyę, powieźli Wachlera, pojechali sami, źle się święciło! Wszyscy im mówili, że Siekierzynek oddać muszą, a za gardłową sprawę odpowiedzą kryminalnie.
Trochę dawniéj byliby może mogli z procesu kryminalnego i dekretów żartować, bo niejeden na gardło i banicyą wskazany, chodził bezpiecznie i szedł spać spokojnie; ale to były czasy właśnie, gdy cały naród obejrzał się, że bez poszanowania praw musi panować bezprawie, a bezprawie wiedzie prędzéj-póżniéj do zguby; Wichułowie miarkowali, że nie żarty. Przytém Pancerzyński tak przy swojéj poczwarnéj powierzchowności i nieznaczącéj figurce trząsł trybunałem i deputatami, że prawnicy silnie nalegali na Wichułów, aby, póki można, zgodę robili. Nim sprawa z regiestru nadeszła, krewniak Wichułów, pan Michał Waliński poleciał z ostatecznemi warunkami do Czerczyc, a Pancerzyński wysłał ze swojéj strony z listem do pana Tadeusza, dając mu rady, jak się miał godzić. Stolnik był także za zgodą, bo drżał, żeby kto z nieprzyjaciół nie wydobył owego kupiectwa Siekierzyńskiego na wierzch, kupiectwa, któreby od Tadeusza wszystkich aż do adwokata odstrychnęło.
Wichułowie upokorzeni przystawali na wykupno Siekierzynka za sumę niewielką ugodnie ułożoną, odstępowali swojéj części także i żądali umorzenia kryminalnéj sprawy. Głównym punktem było umiarkowanie sumy za wioskę, a to nie łatwo przyszło, bo pan Tadeusz rachował się bardzo ściśle i postępował po odrobinie. Nareszcie salta confirmatione interesowanych, pan Michał Waliński zawarł umowę i pojechał z nią do Lublina; Wichułowie przyjęli warunki, wstrzymano proces, którego jednak pilnował Pancerzyński, i Ksawery zjechał na grunt dla ostatecznego podpisania układu i tranzakcyi.
W parę miesięcy potém pan Tadeusz Sobiesław Siekiera Siekieyzyński wchodził w miesiącu marcu w posiadanie wioski ojczystéj i posłana fura po starą Dorotę, przywiozła ją na rodzinny zagon. Jakże jéj się tu wszystko zmieniło!! Nie było domu starego, wycięto część drzew stuletnich, odmieniono ścieżki, poplątano drogi, budowle czegoś zmalały, gościńce stały się ciaśniejsze i wszystko tak się pochyliło, tak postarzało... Poczciwej Dorocie zdawało się że znajdzie każdą rzecz na swojém miejscu, jakby ją wczoraj odjechała, a tu nic dawnego się nie utrzymało. Ludzie po wymierali, drzewa się powaliły, budowle pogniły i runęły, mało kto je pamiętał, mało z kim mogła pomówić o swoich czasach i panach. Pomimo te zawody, była szczęśliwa i żywo się bardzo krzątała za uciekłemi pamiątkami, większą część dnia na zielonych już rumowiskach starego domu spędzając. Dom, z którego ustąpili Wichułowie, nie podobał jéj się wcale, namawiała pana Tadeusza, żeby postawił nowy na staréj ojcowskiéj sadybie. Ale on miał i bez tego wiele do czynienia, znajomi i nieznajomi dowiedziawszy się o Siekierzyńskim, którego już bogaczem głoszono, choć wcale nim nie był, zjeżdżali się, submitując nowemu sąsiadowi. I stolnik przywlókł się także do pupila, a szczęściem trafił, że był sam jeden, łzy mu się puściły z oczu na widok dobrze dawniéj znaunego miejsca, gdy ujrzał rozwieszone na ścianach owe portrety familijne i stare gienealogiczne drzewo Siekierzyńskich, wieczny przedmiot opowiadań nieboszczyka skarbnikowicza.
Nie rozweselił się nawet, widząc nowo rozpoczynającą się erę świetności domu, który już miał za upadły, stanął naprzeciw drzewa wyrastającego z lędźwi Sobiesława i westchnął:
— Ha! — rzekł — wszystko to ślicznie i pięknie, ale gdyby ci mężowie powstali i spytali cię, panie Tadeuszu, czém to okupiłeś, co masz dzisiaj?
Siekierzyński się spłonił.
— Zawsze te dawne podejrzenia, panie stolniku!
— A żebyś waćpan wiedział, jak to mnie gryzie, nie miałbyś za złe, że się z tém siud tud wypaplam! Mnie to jak kamień cięży na sumieniu, bom taki był twoim opiekunem i dozwoliłem na to!
— Na cóż, panie stolniku?
— At! wypieraj się zdrów! to darmo, i twoje eklipsy lubelskie i początek tych pieniędzy, rozumiem wszystko dobrze, gorzkiemi łzami na to płaczę!... Trzeba mi było tego gryzącego na starość robaka nosić w sobie. To być nie może, żeby się to nie wydało. Omnium rerum inceriissima dochowanie niebezpiecznej tajemnicy. Nieraz mi się w nocy zdaje, że waćpana przodkowie przychodzą do mnie i pytają mnie o rachunek, jak Bóg pytał Kaina o krew Abla, zrywam się jak opętany ze snu i krzyczę! Wiem ci ja, wiem, że to teraz szlachectwo sobie lekceważyć poczynają, ale ja i sercem i wiekiem jestem laudator temporis acti.
— Ale na Boga! panie stolniku, có śpan sobie myślisz? myślisz-że pan, że ja nie cenię, nie szanuję, nie czczę pamięci przodków i mojego szlacheckiego klejnotu?
— A przecież-ci go waszeć pieprzem posypał! — odezwał się stolnik.
— Kto mi tego dowiedzie?
— Ej! ej! nie wywołuj wilka z lasu.
— Byłaby to kalumnia! żaden Siekierzyński nie splamił się niczem, a ja z nich ostatni.
— Tere-fere kuku! strzela baba z łuku! nie mnie to gadaj przynajmniéj. O! gdyby to była prawda, jabym waści w nogi pocałował.
— Wiesz pan, że tak jest. Co ma wspólnego jakiś tam Falkowicz z Siekierzyńskim? —
Ulinam! ale dajmyż już temu pokój! Horas non numero nisi serenas, mówmy o przyszłości lepiéj. Otożeś już wacan possessionalus i spokojny na starem dziedzictwie, wiek po temu, żenić-by się potrzeba...
— I ja to myślę — cicho i z westchnieniem rzekł pan Tadeusz.
— Przybyłem właśnie rozgadać się o tém, zrobiemy planik, trzeba myśleć, bo daléj, daléj postarzawszy, coraz trudniéj, waść wiesz przysłowie.
— Słucham pana stolnika! ale naprzód muszę mu moję myśl objawić.
— I owszem, byle dobrą.
— Wiesz pan jakiego jesteśmy rodu?
— Gdyby nie ten pieprz!...
— Dzięki Bogu nikogo tu od nas lepszego nie widzę! szlachectwo nasze sięga czasów niemal bajecznych, przodkowie moi zajmowali pierwsze dostojeństwa w rzeczypospolitéj, mająteczek mam niezły, mogę więc aspirować do najświetniejszych partyj.
— Gdyby nie ten pieprz! — dodał stolnik uparcie.
— Potrzeba mi dla odświeżenia znaczenia rodu i familii, nie tak bogactwa szukać jak świetnéj i wielkiéj koligacyi, bodaj w zubożałej, ale staréj rodzinie.
— Jakbym ojca słyszał! — odparł stolnik — zgadzam się, laudo, żebyś tylko tak zrobił, jak mówisz! A im więcéj waćpana mówiącego słyszę, tém więcéj się dziwuję, że z takim respektem palenteli i stemmatu, wlazłeś dla pieniędzy w takie błoto... Rozmówmyż się jeszcze, czy nie masz już kogo upatrzonego?
— Dotąd nikogo.
— W sąsiedztwie ja też nie widzę nic dla waści, potrzeba będzie daléj podobno ruszyć, albo i do familii matczynej w krakowskie. Ale, ale, wszakże to zapomnieliśmy o pannie kasztelance!
— O jakiéj?
— Ba! to jéj widzę nie znasz. Kasztelanka! znają wszyscy! sierota magni nominis, mieszka u stryja, pana wojewody, o mil dwie stąd; cóż można żądać nad to piękniejszego?... Prawda, że nie ma nic, lub tak jak nic, gdyż ojciec absolute majątek stracił.
— Młoda?
— Nie sądzę, bo lat temu dziesiątek była już na wydaniu, tylko że się nikt nie zgłaszał! Zatem najmniéj Jezusowych latek, ale to mniejsza.
— Piękna?
— O ile sobie przypomnieć mogę, szpetną nie była, kto wié, co dziś? Są osoby, które wiek upięknia! Wszakże tu nie chodzi o wdzięki ale o ród i koligacye... Mała, czarniawa i nieco ułomna, ale aspectus książęcy, chód królowéj, prezentacya pańska, ledwie mi głową kiwnęła, kiedym był u wojewody.
Tadeusz się zamyślił głęboko.
— Tu niéma co rozmyślać — dodał stolnik — zaprzęgać i jechać do pana wojewody.
— Jak to, bez powodu?
— Powód się znajdzie, narada o sejmikach, będę waści promował, jakoby na kandydata do deputacyi, przyjrzysz się pannie, rzucim słówko, by wyrozumieć wojewodę...
Tadeusz nic nie rzekł, znać tylko było, że go to wszystko drogo kosztowało, ale spojrzał na gienealogiczne drzewo, na portrety Sobiesławów i odważnie zawołał:
— Pojedziemy, panie stolniku.
Stary choć stary, miał przysłowie — dictum factum — i niedługo wybrali się oba do pana wojewody, który bawił w swoim zamku na wiosnę czasowo tylko. Nie był to jeden z tych magnatów dawnéj Polski co przywykli niejako spadkowie piastować pierwsze dostojeństwa w kraju, których dobra rozlegały się szeroko, jak księstwa udzielne; znaczenie groziło nieraz władzy nad nich wyższéj i prawom; — pan wojewoda przez związek świeżo dopuszczony do senatu i koła panów, okupywał się pokorą i usłużnością nowej braci. Jak każda rodzina polska, familia jego mogła się wywieść z dala, ale w niéj krzeseł, lasek i mitr nie było; kilka starostw, maleńki urzędzik, a potém nagle województwo. Człek niemłody, chodził po francusku, niedawnemi czasy kontusz zrzuciwszy, z magnatami był pokorny, ze szlachtą dął się bardzo, lękając, by mu nie przypomniano że niedawno jéj był równy. Krewny kasztelanki, dla okazania swych związków, przyjął ją do siebie, choć ubogą, i utrzymywał jako towarzyszkę swéj żony, córki wielkiego zubożałego domu, który się zbytecznie rozrodziwszy, siedem kobiet rozposażył między zamożną starą szlachtą...
Dwór wojewody na wsi był z pańska, z cudzoziemska a skąpo utrzymywany, bo miasto kosztowało wiele, więcéj jeszcze duma, a majątek z Sapiehami, Potockiemi, Czartoryskiemi walczyć nie dozwalał, choć się bardzo tego chciało. Na wsi więc oszczędzano, aby w stolicy choć trochę błysnąć, choć krótko; ale i ta oszczędność musiała mieć fizyognomię pańską; ludzi kręciło się dużo, choć nie obficie karmionych i czasem odartych, koni było wiele, choć chudych, dom ogromny zwał się pałacem, bo miał pałacową bramę. Wojewoda z miną protektorską przyjmował bracią szlachtę, zapraszał ją na z kiepska po francusku warzone obiadki i utrzymywał, że się na kuchni nie poznają, bo im dawał figatele, których w życiu nie jedli. Szlachta w istocie, nie mogąc często przełknąć wojewodzińskich przysmaków, składała to na swoje przvwyknienie do kaszy, pierogów i kapusty, w prostocie ducha myśląc, że to, co się jéj zdawało niesmacznym, mogło być tylko nowém.
Marszałek dworu oznajmił JW. panu o przybyciu stolnika nurskiego z panem Siekierzyńskim; była to pora przedobiadowa, wojewoda chodził po gabinecie, czytając gazetę i ziewając szeroko.
— Prosić — rzekł — prosić do sali.
Stolnik o kiju, ale strojny jak na wesele cum debita humilitate z czapeczką pod pachą, poprawiając kontusza i gładząc łysinę, wszedł do owéj sali. Tadeusz za nim wcisnął się nie beż jakiegoś nie wiem przestrachu, czy niepokoju wewnętrznego, który porywał dawniéj wszystkich, co raz pierwszy pańskiéj dotykali klamki. Owa sala była w istocie salą co do wielkości, ale że życie wojewody właściwe w stolicy było i zbytek i sprzęt kosztowny tam się przenosił, tu dziwnie goło i pusto wydało się wchodzącym. Ściany pobielane tylko, na nich dwa weneckie w zwierciadlanych ramach niewielkie lustra, pająk otłuczony z sufitu się spuszczał, dwie kanapy na krzywych nogach w dwóch końcach stojące, zdawały się zabierać do prysiudów i kozaka, a kilka stołków odartych i wytartych, jako spektatorowie czekali w kącie tego tańca. Dwoje drzwi wiodły stąd do pokojów wojewody i wojewodziny, dwa okna wychodziły na wały niegdyś tu stojącego zamku, a widok z nich rozciągał się na przestronne ługi i dalekie lasy.
Wojewoda nadto znał swoję rolę, żeby miał wynijść zaraz; chociaż ziewał i nudził się, nierychło jednak ukazał swoje oblicze zmarszczone i fizys statysty; a dawszy się wyczekać szlachcie, wpadł, jakby się odrywał od ciężkiéj roboty. Obyczaj wieku i kraju kazał mu być grzecznym, aż do uniżoności; takiemi byli najwięksi panowie: musiał ich naśladować i nadskakiwać, ale umiał połączyć impertynencką dumę z nadzwyczajną uprzejmością. Wszedłszy zajęty, spracowany, uniżony, rozsunął brwi, rozjaśnił oblicze, poznał stolnika, począł się uśmiechać i prosił siedziéć! Skarżył się na utrapione naprzód życie swoje, że mu pokoju król i dygnitarze nie dawali, że go ze wsi spokojnéj, którą kochał, do stolicy powoływano, groził, że porzuci dostojeństwo i wyrzecze się splendorów... i tam daléj.
Stolnik umiał na każdą rzecz stosownie odpowiedziéć, by połechtać, a choć pochlebiał w sposób bardzo prosty, doskonale to przyjmowano od niego.
Pochlebstwo jest jak pieniądz; często przyjmują zwalany i wytarty; a nieraz i fałszywy. Powoli, powoli stolnik rozpoczął rzecz o sejmikach i przedstawił protekcyi pana wojewody JMP. Siekierzyńskiego, o którego rodzie i pochodzeniu mówił z tą pewnością, że wojewoda sławę jego i starożytność zdawna znać musiał.
Niestety, szyderski niepostrzeżony uśmiech przeleciał po ustach pana i znać było, że dotąd o egzystencyi nawet familii tego imienia i herbu nie słyszał. Jednakże zbyt grzeczny i zręczny, by się z tém wydać, kiwnął głową potakując.
— Pan Siekierzyński — dodał stolnik, forytując go ciągle — świeżo otrzymawszy spadek znaczny (tu się nieborak zakrztusił, jakby go pieprz zaleciał), objął piękną wioskę niegdyś rodziców dziedzictwo i chce krajowi służyć!
Wojewoda rzucił okiem na Tadeusza, obejrzał go bacznie i pochwalił przedsięwzięcie; obiecał swoję pomoc i rozmowa zwróciła się na przedmioty obchodzące kraj i prowincyą.
Wtém marszałek dworu oznajmił, że dano do stołu, a wojewoda powiódł swoich gości do jadalnéj, gdzie już w krześle zastali wojewodzinę, synka jéj z Francuzem i pannę kasztelankę. Gospodarz gości przy sobie umieściwszy, zasiadł, półgębkiem ich zaprezentowawszy. Wojewodzina, Fraucuz i kasztelanka bardzo żywo rozmawiali z sobą po francusku, wojewoda z gośćmi po polsku: z rozmowy pierwszych najmniéj baczny postrzegacz dostrzegłby, że żartowano sobie z przybyłych, na których padały wejrzenia ze śmiechami tém przykrzejszemi, że im towarzyszyła mowa obca i niezrozumiała.
Kasztelanka, na którą pan Kornikowski wlepił baczne wejrzenie, wskazując ją Tadeuszowi, była wcale niepowabną postacią. Lata jéj trudno było odgadnąć, bo są istoty, co nie mają młodości i nie starzeją się, a do nich właśnie należała panna kasztelanka: śniada, sucha, nie ładna, nie brzydka, z wyrazem złośliwego szyderstwa na twarzyczce wykrzywionéj, nieco ułomna, bo jedno ramię miała niższe, minę okazywała pańską, dumną i zgóry poglądała na wszystkich. Tadeusz odrazu uczuł, że nie było tu ani przystępu, że naraziłby się na śmieszność, jeśliby się ku niéj posunął. Stolnik zdawał się być innego zdania i wpatrywał się w nią bacznie. Obiad zszedł na dwóch rozmowach oddzielnych, a goście wstali głodni, bo był źle zgotowany i z dziwnych potraw i przypraw się składał. Sam wojewoda nalewał z butelki jednéj wino sobie i Francuzowi, z drugiéj kwaśny jakiś octowaty napój gościom. Przecież się skończył, wstali, a wojewodzina zaraz się usunęła do swoich pokojów, gospodarz ziewając powiódł panów braci do sali. Niedługo tu zabawiwszy, postrzegłszy, że zaczyna drzemać, pożegnali go i wynieśli się nie czekając dłużéj.
— A co? panie Tadeuszu, prawda, że królewna?
— Ani przystępu! panie stolniku, wysokie progi na moje nogi!
— Co to ani przystępu! gadasz waść! czemu nie spróbować?
— Czuję, że to-by było napróżno.
— A ja ręczę, że się uda! panna nie młoda, nie ładna, nie bogata, pójść za Siekierzyńskiego, za majętnego i młodego! łaskę jéj robisz! co tu niepodobnego?
Tadeusz ruszył ramionami.
— A ja jutro jadę do pałacu i pomówię z wojewodą!
Stolnik nie pojmował, żeby się mogło nie udać, i pewien siebie, prosił o ranną audyencyę magnata, który mu rad, że swą wielka ważność okaże, obiecując protekcyę przyszłemu deputatowi, oświadczyć kazał, że o dziesiątéj go przyjmie.
Na ten raz pan Kornikowski przypuszczony został do gabinetu, w którym stosy papierów, not, gazet, listów, świadczyły o wielkich, ważnych zajęciach statysty. Wojewoda powstał od stolika i prosząc go siedziéć, gotował się słuchać, ale nie pomału zdziwił gdy stolnik począł:
— Darujesz mi JW. pan i łaskawy dobrodziéj, jeśli co nie do rzeczy powiem i niespodziewaną uszy pańskie uderzę propozycyą... Szczęścia próbować każdemu wolno, a stary przyjaciel rodziny Siekierzyńskich, która starożytnością swą i lustrem mało w kraju równych, pragnąc splendor dawny odświeżyć, chwyta się!...
— Ale o cóż chodzi, o deputacyę wszakże?
— Nie, JW. panie, deputacya była tylko, iż tak rzekę, pozorem dla bliższego przypatrzenia się przedmiotowi myśli naszych. JMPan Siekiera Siekierzyński, którego naddziad, jak to JW. panu wiadomo...
Wojewoda ruszył ramionami.
— Którego naddziad piastował godność supremi belli ducis, Castellaneatus et Palatinatius magna cum laude gesserunt...
— Cóż tedy, stolniku?
— Pan Siekierzyński między szlachtą koronną memoria gestorum swych przodków fulgens, zamierza, znaczną odziedziczywszy fortunę, wstąpić w święty stan małżeński i dożywotnią przyjaźń z osobą jak on rodu znakomitego...
— Szczęść mu Boże! — rzekł Wojewoda — ale cóż ja mu na to poradzić mogę?
— Jakto? JW. pan nie widzisz, do czego ta mowa moja zmierza?...
— Prawdziwie, dotąd, stolniku, ślepy jestem.
— JW. kasztelanka...
— Jakto? — porwał się z krzesła Wojewoda — jakto? — i rozśmiał się tak szeroko, tak głośno, tak ogromnie, że z przedpokoju wpadł sługa śmiechem niezwykłym obudzony.
Stolnik osłupiał; Wojewoda się upamiętał, wstrzymał wesołości wybuchy i rzekł ocierając łzy:
— A! stolniku! stolniku! pozwól, niech to żonie mojéj powiem, bo nie wytrzymam!
Kornikowski nieco zmiarkowawszy, że na śmiech zarobił, ale nie mogąc pojąć w jaki sposób, ust nie otworzył, gdy pan Wojewoda wyleciał z pokoju i pobiegł do żony. Po chwili w pokojach dały się słyszeć śmiechy niesłychane, i nierychło powrócił gospodarz umiarkowawszy się trochę.
— Daruj mi — rzekł do starego — ale tak niespodziana i dziwna propozycya...
— Czém-że dziwna? JW. panie! — obrażony rzekł stolnik.
— Pozwalam, że pan Siekierzyński czy Siekiernicki, jak go tam nazywasz!..
— Ależ Siekierzyński! — z gniewem dodał szlachcic.
— Pozwalam, że jest najśliczniéj urodzony, ale ta jego ilustracya zbyt dawna i coś zapomniana, mam dwóch ekonomów tego nazwiska, jak-że chcesz, żeby kasztelanka...
Stolnik pochwycił czapkę, skłonił się i już był w progu, słowa więcéj nie rzekłszy; Wojewoda wydał mu się jeśli nie szalonym, to postrzelonym przynajmniéj. Powróciwszy do gospody, nie chciał się wyspowiadać z sukcesów kroku swego przed Tadeuszem, kazał zaprządz kolaskę i wyjechał z miasteczka. Ale w Siekierzynku zasiadł sam w okularach robić kopię drzewa gienealogicznego Siekierzyńskich, na czterech arkuszach sklejonych opłatkiem i dokonawszy téj wielkiéj pracy, wysłał z nią umyślnego do Wojewody.
— Niech zobaczą, przekonają się i żałują — rzekł w duchu dumnie. — Darowałbym im, gdyby o pieprzu wiedzieli, ale poniewierać i lekceważyć Siekierzyńskich! nie wiedzieć, co oni znaczą! to głupota i barbarzyństwo! Nie dziwię się, że kraj upada, gdy pamięć najzasłużeńszych ginie w narodzie.
Gwałtownie rozgniewany na wojewodę, udał się do Czerczyc dotknięty do żywego i trzy dni na podagrę ciężko odchorował.
Pan Tadeusz równie z nim przemyśliwał o ożenieniu, ale nie brał się do niego; byli życzliwi i nowi przyjaciele, co mu swatali różne panny, ale ich prosapia nie przypadała do smaku, ani stolnikowi, ani Siekierzyńskiemu; chcieli oba wielkiego, bardzo wielkie go imienia. I nie śpieszył się nasz bohater do ołtarza, a ile razy wspomniano mu ożenienie, kobiety, wzdychał dziwnie i zdawał się z jakąś myślą, z jakiémś wspomnieniem pasować. Sam sobie zostawiony, ponury był i zasępiony; nic mu nie smakowało, a w przyszłość patrzał jak skazany na żywot ciężki, w którym niema ani nadziei, ani uśmiechu pogody. W początku pobytu na wsi, w czasie procesu, zajęcie, walka, ciągłe jéj zmiany, zajęły go tak żywo, że się zdawał oswajać z położeniem swojém; teraz w miarę jak spokojniejszym był i na wsi gospodarzem tylko został, nigdy uśmiech weselszy ust mu nie rozwiązał, nigdy czoło się nie rozchmurzyło. Zdawał się żałować przeszłości? czego? nie wiem! tak często żałujemy kłopotów i trosk przebytych nawet! czując, że z niemi uroniliśmy nieodzyskaną cząstkę życia! Stolnik napróżno starał się go rozruszać, rozbawić i pokrzepić, wreszcie spluwał mrucząc:
— To to nieszczęśliwe zgubiło go kupiectwo i sumienie go gryzie! sumienie! plama niestarta! byłem pewien, że to uczuć musi prędzéj, późniéj! Gdyby się ożenił!
Ale gdy mówiono o ożenieniu, coraz chmurniéj Tadeusz spuszczał czoło i uparcie milczał.
— Cóż tandem będzie? — rzekł raz stolnik — myśl asindziéj, myśl, nie bierzesz się, nie szukasz, a latka płyną... Jeśli dziś nie łatwo co znajdziesz, cóż dopiéro potém?
— Panie stolniku! — rzekł zbierając się na odwagę Siekierzyński — wszak szlachcic, który się żeni bodaj z... mieszczanką (wymówił to z nieśmiałością) nie traci przez to szlachectwa, sam, ani jego dzieci, owszem nadaje żonie.
Stolnik porwał się na spuchłe nogi, wlepił w niego oczy wielkie zaiskrzone, padł na krzesło i stukając ręką, rzekł:
— Co mi to waćpan prawisz znowu? Ha! ha! widzę, co się święci! Coś lubelskiego za pasem!
— Ja się pytam.
— A po kiego dyaska-byś się pytał, gdyby co nie było w tém?
— No, a gdyby i było?
— Jeszcze tylko tego ci braknie! — burzliwie krzyknął pan Kornikowski chwytając się za głowę i z rozpaczą dodał: — Idź i czyń, co ci się podoba, ale wyprzyj się mnie, mojéj znajomości i opieki i imienia ojcowskiego i originis suac. Tak! tak! prochy ojców poruszysz w grobie, popioły dziadów zadrżą na ciebie! Ostatni! ostatni z imienia, coby splendor i lustr stemmatu swego miał podnieść, coby winien dźwignąć ex oblivione imię szanowne, zagrzebać je chce i nową okryć plamą! Nie dość li tych pieniędzy in tam vili mercaturae statu. zapracowanych, któreby dłoń piec powinny, chcesz jeszcze dać dzieciom swym matkę mieszczankę... Jeśli to uczynisz, wiedz waćpan, że nomine et aicctoritate parentum wyklnę cię!...
Dokończywszy perory stuknął stolnik po krześle i zdyszany zamilkł, spoglądając, jaki też uczyniła skutek na umyśle Siekierzyńskiego.
On stał zbladły, zmieszany jak winowajca.
— Panie stolniku — rzekł — nie myślałem o tém i nie myślę, niepotrzebnie się unosisz, inny casus wywołał moje zapytanie.
— Jakiż? jaki?
— Wszak-ci to pan Zamszycki ożenił się z Wirmanówną, warszawskiego kupca córką.
— Pan Zamszycki! ale cóż to za szlachcic? — rzekł stolnik — pan Zamszycki rękoma dziada swego skóry na zamsz wyprawiał.
Tandem szlachcic.
— Skartabellat! mości panie! nie sztuka! nie sztuka! niech się żeni z kim chce, ale Siekierzyński! Waćpan nie znasz coś winien imieniowi swemu!
— Ależ ja nic nie myślę!
— Czegożeś pytał?
— Aby się dowiedziéć co będzie z Zamszyckiemi?
— Co będzie? będą taką kiepską szlachtą, jak i byli, bo niezawodna rzecz, że ożenienie z kobietą niższéj kondycyi nobilituje ją de facto, jeśli nie de jare; albowiem co nie szlachecka, tego i sam Pan Bóg nie uszlachci, chyba czas, chyba wieki!..
Stolnik wymówił to z taką pewnością i wiarą w prawdziwość słów swoich, że gdyby nie to, że jeden go Siekierzyński słuchał, byłby na śmiech zarobił.
Z niedowierzaniem wpatrywał się długo jeszcze w Tadeusza, jakby go badał i pomimo zapierania się jego, pozostało mu jakieś podejrzenie na sercu. To jeszcze przyśpieszyło starania o najrychlejsze ożenienie, i jakoś w kilka tygodni odebrał pan Siekierzyński kartelusik od stolnika zapraszający go do Czerczyc, dla pomówienia w ważnym interesie.
Zwykł był zawsze pana Kornikowskiego jak ojca słuchać i zaraz do niego pośpieszył. Był to majowy ranek, a stolnik niecierpliwy już siedział w ganku, choć chłodny wietrzyk powiewał, i czekał pupila niespokojny widocznie. Zaraz odprawił ludzi, chwycił go za rękę i cicho szepnął:
— Mam! mam!
— Co, panie stolniku?
— A żonę, żonę, żonę dla asindzieja, ut sic!
Tadeusz smutnie na niego spojrzał i usiadł czekając relacyi.
— Człek czasem szuka, szuka daleko a pod nosem nie widzi — mówił pan Kornikowski — właśnie o dwie mile nie daléj, w Smarzewie, jest panienka, jakiéj nam potrzeba.
— A nie będzie tam jak z kasztelanką?
— Nie mów mi waść o tym głupcu wojewodzie, wszyscy ci magnaci nowej kreacyi, to trutnie i pęcherze nadęte... To zupełnie co innego, szlachecka córka, ale doszedłem, że to szlachta godna Siekierzyńskich... Tarłówna, mosanie, Tarłówna! Wiesz waść, że Tarłowie byli comités, familia wielka! Mówią, że wygaśli, ale jako żywo, jest odłam téj rodziny... Tarło, ojciec mojéj panny, mieszkał w Smarzewie, miał pięciu chłopów, umarł i zostawił trzy córki, trzy Tarłówny! Wystaw sobie, żywa dusza i oni sami nie wiedzą co znaczą, a to szlachta, a nawet imieniem magnaci... Panienka nie tak bardzo młoda, lat dwadzieścia pięć, druga dwadzieścia i trzy, trzecia dwadzieścia, wszystkie gładkie i gospodynie wielkie... Starszą oczywiście wziąć potrzeba, bo młodszéj przed nią nie wydadzą, taki zwyczaj i święty zwyczaj, nie ma co mówić.
— Ale, panie stolniku!
— Co to za ale? Uboga? hę? Znajdź-że sobie bogatą, ale Tarłówna! ha! Tarłówny na drodze nie znaleźć! raritas, precyoz! Nowy lustr i splendor. Więc z południa jedziemy, jużem słówko puścił w ucho matce, rozpatrzysz się i spodziewam się, że to pójdzie jak po maśle, tylko mi proszę brać się żwawo...
Długo jeszcze stolnik dawał naukę Tadeuszowi, który uparcie milczał, a posławszy za nowym kontuszem i strojem do Siekierzynka, sam świetnie przybrany, wywiózł pupila nie czekając tego samego dnia do Smarzewa.
My ich uprzedźmy tutaj i zapoznajmy się z panią Tarłową i jéj córkami. Domek ich stał w wiśniowym sadzie na końcu wioski, ubożuchny, schludny, czysty i zdawał się mówić do przejezdnych i gości; — dobrze mi tutaj! — Czyste było podwórko, choć gospodarskie, bo pełne drobiu, płótna, nici, osławione obórkami, stodółkami, chlewkami. Małe to było wszystko, ale czyste, porządne i zewsząd z ładem patrzała zamożność, na jaką stało drobnego szlachcica. Nigdzie złamanego płotu, nigdzie odrapanéj ściany, odartego dachu, kałuży i śmieciska, każde stworzeńko, co się ukazało, tłuściuchne, błyszczące, z pełnemi bokami. — Zdaleka śpiew dolatywał raźny, i jakby zapach szczęścia, szczęścia, co nie patrzy wysoko, nie żąda wiele, a jak zielony bluszcz rozściela się potulne po ziemi.
Wieczorami widziałeś panią Tarłowę, nie starą jeszcze niewiastę, w czepcu białym, w fartuchu, u którego paska ogromny pęk kluczy wisiał, krzątającą się z córkami koło gospodarki. Trzy jéj córki, jak trzy krople wody do siebie podobne, śliczne dziewczęta, choć ich piękność nie bardzo uderzyła stolnika, smukłe były jak topole, rumiane jak jabłka, wesołe jak ptaszki. Kochały matkę nadewszystko na świecie, a tak im było dobrze z nią i przy niéj, że gdy o nie kto się starał, zwykle mówiły z uśmiechem:
— O jeszcze czas! jeszcze czas!
I tak pierwsza Józefa doszła lat dwudziestu pięciu, bo stolnik dobrze wiedział lata, zajrzawszy do metryk dla pewności, dwie drugie dwadzieścia przeszły. Miały dosyć ubogiéj szlachty, co się o nie starała, bo je wszyscy znali, jak były pracowite i poczciwe, ale im tak ciężko rozstać się było z matką. Nawet najstarszéj podobał się podobno niejaki pan Żeligowski, który o nią trzy razy się oświadczał, ale ona go tak prosiła, żeby poczekał, iż się usunął i bywał tylko czasem u nich jak przyjaciel domu.
Rozkosz bo to była patrzeć na to życie spokojne wdowy Tarłowéj i jéj córek, tak ciche, tak jednostajne, tak szczęśliwe! Nigdy tam swaru, nigdy krzyku, nigdy chmurki na czole, a taka pobożność, a z nią takie wesele i pokój duszny! W niedzielę panny z matką idą do kościoła, pobrawszy się pod ręce, gdyby trzy rówieśnice, z książeczkami pod pachą, ubrane czysto a skromnie; idą a na matkę poglądają, to ją która przytrzyma, to jéj książkę weźmie, to osłoni od słońca, to chustką okryje... Stara aż płacze z radości i całuje córki, a one koło niéj jak kurczątka szczebioczą, cisną się, chichoczą... A choć to tylko same kobiety mieszkały i młodzieży nie brakło, która do domku zaglądała, takie tam było życie przykładne, zwyczaje święte, że ktoby co na nie powiedział, byliby go sąsiedzi ukamienowali.
Wdowa już po razy kilka wspominała córkom o zamążpójściu, obawiała się je, broń Boże śmierci, zostawić tak same bez opieki sierotami na świecie; ale żadnéj nie zamarzyło się jeszcze inne nad domowe szczęście, żadna nie chciała opuścić matki. Płakała wdowa, lecz zmuszać nie miała siły, a tak była im wdzięczna za przywiązanie. Gdy stolnik nadmienił jéj o Siekierzyńskim, zamożnym posiadaczu pięknej wioski, nic na to nie odpowiedziała, prosiła tylko, żeby przyjechał, myślała, że się podobać potrafi któréj z córek. Ale Tadeusz mimo wszystkiego, co miał za sobą, tak był nieśmiały wobec kobiet, tak chmurny zawsze i smutny a obojętny, że nie łatwo mógł której wpaść w oko. Jakoś ku wieczorowi wtoczyła się karyolka stolnika na dziedzińczyk Smarzewa, panny patrzały przez okno na wjeżdżających i dwie pobiegły się przybrać, a najmłodsza tylko, Helenka, została przy matce, która gotowała się na przyjęcie gości.
Wszedł stary stolnik z grzecznym komplementem wysmażonym po staroświecku, przedstawując Siekierzyńskiego; powstała z podziękowaniem staruszka, a zaczerwieniona Helenka, opatrzywszy kawalera, wysunęła się co chyżéj opisać go siostrom. Nierychło i one przecie nadeszły zarumienione kłaniając się, a potém szybko kryjąc za krzesełko matczyne. Stolnik za przybyciem ich, prawić chciał i pannom grzeczności, ale ciągle się mylił, biorąc jednę za drugą, tak były do siebie podobne. Tadeusz zbliżył się do najstarszéj Józefy i chciał rozpocząć rozmowę od obojętnych przedmiotów, ale widocznie szło tępo, odwrócił się ku średniéj, i tu nie lepiéj był przyjęty; a Helenka tak się wywijała, że i mówić do niéj nie mógł.
Stolnik poglądając na to, niecierpliwił się i mówił w duchu:
— Co u kata! nie umié się przysiąść jak należy nawet! Co za młodzież, co za młodzież? ani pić, ani smalić cholewek... Ja jeszcze dziś-bym znalazł rychléj dziesięć słów, niżeli on jedno we własnéj sprawie!
I okiem a miną pan Kornikowski podpędzał napróżno Siekierzyńskiego.
Nie kleiło się jednak wcale, aż tu i pan Żeligowski, pretendent najstarszéj, przyjechał, bo mu ktoś szepnął, że tam Siekierzyńskiego powieziono. Był to młody chłopak, ogorzały od gospodarskiéj pracy, domator widać, nie wykwintnie wychowany, ale wesół, raźny i śmiały. Stolnik przeczuł przez skórę, co on znaczył tutaj, wejrzawszy na matkę i najstarszą córkę, które się na widok jego zarumieniły bardzo. Z pierwszemi odwiedzinami nie wypadało siedzieć długo, odjechali więc, pozostawiając za sobą pana Żeligowskiego, a ten wieczorem upadł do nóg matce i córce, formalnie prosząc o jéj rękę.
Biedna wdowa rozpłakała się, nie wiedząc, co na to odpowiedzieć, Józefa milczała.
— Rób, co ci się podoba, moje dziecko.
— Nie mogę matki opuścić, nie mogę! — z płaczem zawołała córka.
— Moja droga, nie odpychaj losu, nie rozdzielim się przecie...
— Na wszystko się zgadzam — przerwał Żeligowski — byłeś mi pani nie odmawiała dłużej, czekałem długo, milczałem, cierpiałem.
— Józiu! rób, co chcesz, i niech ci Bóg błogosławi — wyjęknęła matka.
— Ja nie mogę porzucić mamy.
— Dziecię drogie! przecież kiedyś rozstać się musimy, a Bóg wié kiedy i jak; potrzebujesz opiekuna siostrom i sobie, pamiętaj o tém, gorzko-by mi było umierać, zostawując was bez podpory, bez opieki...
Odłożono do jutra odpowiedź, a Żeligowski odjechał pełen nadziei; wieczór w Smarzewie zszedł na płaczu, namysłach, uściskach i namowach staruszki. Córka choć kochała i szanowała swojego narzeczonego, tak się lękała wyjść za mąż! Przywykła do ciszy swojéj strzechy, do słodkich pieszczot macierzyńskich, do sióstr, których serca biły tak zgodnie z jéj sercem; obawiała się nowego życia... tęskno jéj było za każdym kątkiem rodzinnego domku, za ganeczkiem, na którym siadywały wieczorami, za pokoikiem wspólnym, za ogródkiem, za ludźmi dobremi, z któremi pracowały... Ale Żeligowski przysięgał, że większą część roku spędzą przy matce, że ją uczyni szczęśliwą i wolę jéj spełniać będzie, matka nalegała i nazajutrz Józia dała słowo ze łzami.
Gdy w dni kilka stolnik przybył znowu z panem Tadeuszem, już było po cichych zaręczynach, i z kolei przypadały na średnią siostrę konkury Siekierzyńskiego. Ale Marya żadnym sposobem iść za mąż nie chciała i pomimo nalegań matki, która jéj świetny los przedstawiała w przyszłości, ze łzami błagała, żeby nie zmuszała ją opuszczać domu.
— Helenka tak młoda! Józia dom opuszcza, o! nie! nie! ja za mąż iść nie mogę, ja muszę zostać z matką!
Gdy więc stolnik zostawszy sam-na-sam z wdową, pragnął od niéj pozwolenia starania, odebrał z największém zdziwieniem tylko grzeczną odmowę. Z początku uszom nie wierzył, domyślał się skrytych powodów, nawet kupiectwo Tadeusza na myśl mu przychodziło, w końcu rozgniewany odjechał, składając winę na niezgrabstwo i zimne obejście Siekierzyńskiego.
— To zaklęcie jakieś! — rzekł — tam się nie udało, tę nam ktoś wziął z przed nosa, trzecia rekuzuje; niech-że sobie pan Tadeusz sam się stara, sam robi co lepiéj, a ja ręce umywam i już więcéj się w to nie wdaję.
Tak mrucząc wrócił stolnik do Czerczyc i pół roku siedział spokojnie, Tadeusz ze swojéj strony siedział także jak przykuty, mało między ludźmi goszcząc.
Jakoś już ku jesieni, Jakób, stary sługa pana stolnika, przybył z listem do Siekierzynka, a pismo było w następujących wyrazach:
„Lepiej późno niż nigdy, dobre to proverbium, a zatém nie patrząc, jak dawno i dlaczego Czerczyce z Siekierzynkiem się nie komunikują, pierwszy krok czynię zapytaniem przyjaznem: Co nowego u waści? czy nic ze strony nuptialis copulac nie słychać? Rad-bym, żebyś waszmość pan pilniéj o tém myślał. Ja po staremu modląc się i domu pilnując, coś tutaj niby napytałem godnego, co jeśliby projektów powziętych nie mieszało, proszę dla bliższego porozumienia do mnie jutro na barszcz, i łaskawéj się pamięci polecam, zawsze humillimus servies et amicus

Piotr Kornikowski,
stol. nur. manu propria“.

Nie mając nic lepszego do czynienia, pan Tadeusz, chociaż nie widać było w nim pośpiechu, pojechał do Czerczyc nazajutrz. Pan Kornikowski spotkał go z miną zadowoloną z siebie i tajemniczą, posadził i, odprawiwszy Jakóba, który rad był się przyzostawać, słuchać rozmowy i do niéj się mieszać, tak począł:
— No! ja stary, w domu siedzę, a jeszcze ze mnie lepszy widzę od waszmości szperacz! oj! bodaj to naszego wieku ludzie, do wszystkiego! wy młodzi, rzekłbym fruges consumere nati, gdybym nie wiedział, że po swojemu pracujecie. Ale co to za porównanie do nas, gdyśmy lata wasze mieli!
Tadeusz się uśmiechnął bez ochoty do śmiechu.
— Słuchaj-że waćpan, co teraz to certe i certissime mamy pannę i co się zowie.
— Panie stolniku! nie łapmy ryb przed niewodem, czy nie pamiętasz kasztelanki i Tarłówien?
— Wypadki! eventa extraordinaria! ale co teraz...
— Jak mnie, to się to jeszcze raz przytrafić może.
— Nie! nie! do trzech razy sztuka! słuchaj waćpan: a naprzód quoad prosapiam, będziesz miał ni mniéj, ni więcéj, tylko Opalińską!
Rzekłszy to, stolnik zastanowił się i zdawał słuchać dźwięku, jaki usta jego wydały, z rozkoszą.
— Słyszysz waćpan — powtórzył — Opalińską! Ubożsi to są Opalińscy, nie przeczę, lecz stemma gentilitium toż samo, ród ten sam, ilustracye wielkie. Państwo Opalińscy, stąd o mil sześć zamieszkali, mają wioskę zadłużoną, to prawda, ale córkę jedynaczkę... Cóż waść na to?
— Kwestya, czy wydadzą?
— To już waścinéj głowy kłopot, staraj się jak należy. Ja tam już byłem, dla spenetrowania intencyi i z ojcem dobrym, moim niegdy znajomym, mówiłem aperto corde, okazując mu, że Siekierzyńscy godni Opalińskich. Trzeba, żebyś wiedział, iż i non sine ratione, łaskotliwi są na szlachectwo. Pierwszy to warunek dla zięcia... nobilis origo.
— Zdaje się, że mi nic zarzucić nie mogą.
— Byleby ich pieprz nie zaleciał — szepnął pan stolnik ręce składając. Siekierzyński udawał, że niedosłyszy.
— Ale jakiż to dom, ludzie, jakiego nabożeństwa i humoru rodzice, jaka panna? — spytał Tadeusz — jeśli to nie zmęczy pana stolnika, radbym bardzo posłyszał.
— Więc słuchaj: znam ich oddawna; Opaliński sam, statysta i polityk głęboki, trzykroć był deputatem na sejmy i inne sprawował urzędy, dwakroć komisarzem do rozgraniczenia był mianowany i w trybunale zasiadał, to dość powiedzieć, człek publiczny, i na usłudze publicznéj fortunki ojcowskiéj nadwerężył. Postawa Ulissa, mowa Cicerona, togatus nawet, gdy do stołu z rodziną siada, znać w nim człeka publicznego, ciągle zaprzątnionego myślą poważną. Z tego powodu zdawszy gospodarkę na jejmość i wielkie mając rozchody, nadtracił ojczystego. Jejmość Rawiczówna także urodzona pięknie, włada w domu wszystkiém i rozrządza, matrona poważna i godna tak zacnego męża, białogłowa stateczna. Córka młoda jeszcze, skromna i surowo wychowana, po swojéj myśli nic nie zrobi; więc tu do rodziców potrzeba więcéj obrócić staranie niż do niéj. Zresztą dom zacny omnimodo i szanowany, a długi, które majątek obciążają, wstydu im nie robią, boć fortunki dla próżności i dla pokazania się nie strwonili, ale uczciwie na posługach kraju nadwerężyli swego. Jest wszelkie podobieństwo, że JMPan Opaliński dostanie starostwo. Żeby napróżno zawodu nie mieć, woziłem z sobą wasze drzewo gienealogiczne, rozpatrzył je z uwagą i rzekł:
— Niech-że poznam osobiście pana Siekierzyńskiego... A zatém pojedziemy.
Jak rzekł stolnik tak się stało, pojechali i po okropnych wertepach drugiego dnia stanęli u karczemki pana deputata, w Zalesiu, gdzie kitle podróżne przemienili na strój wytworniejszy: stolnik swoje odświętne suknie, a Tadeusz nowo sprawione wykwintne przywdział odzienie, które był z Warszawy sprowadził. Pomimo lat trzydziestu kilku, wyglądał jeszcze świeżo, młodo i przystojnym był mężczyzną; wiek podobnym go bardzo uczynił do ojca, głowę tak nawet nosił i ręce jak skarbnikowicz zakładał. Przypasawszy sadzoną starą karabelę do pasa, siadł stolnik z pupilem do kolaski i zajechali przed ganek. Dwór w Zalesiu był staroświecki, ale porządny, wznosił się na wysokiém podmurowaniu, wiodła do niego brama murowana z herbami i godłami rodziny. Trochę na boku widać było w lipach kapliczkę drewnianą z maleńką kopułką i krzyżykiem. Ogromny na słupach sparty ganek wiódł do sieni przestronnéj, z któréj do sali ciemnawéj od ogrodu weszli goście, a tu zastali deputata przechadzającego się po niéj z listem w ręku. Był to mężczyzna pięknego wzrostu, z głową podgoloną, szlachetnych rysów twarzy, w których nieco dumy patrzało, ostatek włosów siwo-szpakowatych, zaczesanych do góry, na wierzchu głowy strzępił się rezolutnie; barczysty, zbudowany mocno, nie zdawał się miéć lat więcéj nad pięćdziesiąt kilka. Znać z pracy marszczki wczesne wystąpiły mu na czoło i pokrajały czerstwe a rumiane jeszcze policzki. Ujrzawszy stolnika, postąpił ku niemu, zmierzył oczyma Tadeusza i prezentowanego sobie przyjął z powagą i wyższością grzeczną. Zasiedli, a jak bywało, zaraz się de publicis rzecz poczęła, a że to materya nieprzegadana, dobrą godzinę zajęła i ani się postrzegli, gdy zmierzchło, i sama pani z córką weszły po podaniu świec.
Pani miała téż postać surowo poważną, a córka ze spuszczonemi oczyma jak przepłoszona wyglądała przepiórka. W rysach deputatowéj znać było przywykłą do panowania niewiastę, a ze spojrzeń męża w tę stronę niespokojnych i błagających, poznał Tadeusz, że ster domu spoczywał w ręku niewieścim. Panna Izabela jak siadła obok matki i utopiła oczy w posadzkę, tak ich się podnieść nie ośmieliła, tylko ukradkiem i to niepostrzeżenie, wyprostowana zajmując miejsce swoje, jak drewniana laleczka. Tadeusz nie znalazł ją ani piękną, ani brzydką i nic o niéj powiedziéć sobie nie umiał. Była to istota nieznacząca, nie uderzająca niczém, bez wdzięku młodości, bez życia, bez ruchu, coś martwego i zaniemiałego. Czy ją Bóg tak stworzył, czy wychowanie uczyniło, ciężko było poznać, nawet zdaje się, że ciekawości nie miała, bo oczy jéj ledwie parę razy obojętnie się podniosły i obojętnie odwróciły od przybyłych. Deputat tymczasem rozprawiał o podobieństwie wojny z Turkami i de probabili onéj eventu; o wieściach od rakuskiéj granicy, a nawet o sumach neapolitańskich, które był wyliczył dokładnie i memoryał o nich przygotował wielce ciekawy.
Deputatowa zgóry, jakby z tronu mówiąc powolnie i cedząc słowa wielce dobrane, rozmawiała z panem Tadeuszem; wyprostowana, sztywna, poważna i nudna na zabój. Nie możemy zaprzeczyć, że i stolnik i Tadeusz, gdy się do snu rozeszli i sami pozostali w narożnym pokoju, odetchnęli jak po ciężkiéj pańszczyźnie, po tym wieczorze ceremonialnym, który nie był już szlacheckim, a jeszcze pańskiego nie doszedł. Stolnik wszakże kazał admirować Siekierzyńskiemu rozum i elokwencyę ojca, wspaniałą powagę matki, wdzięk skromny córki. Tadeusz milczał, jakieś wspomnienie przelatywało mu po głowie, tęskne wydobywając z piersi westchnienie. Pokładli się spać, a stary Kornikowski bił muzułmanów we śnie i jechał z poselstwem do Carogrodu o pokój wiekuisty traktować. Siekierzyński śnił o Lublinie i spojrzenie Ludwisi na schodach kamienicy w Grodzkiéj ulicy przeszywało go na wskroś, bijąc sercem odmłodniałém.
Nazajutrz zatrzymani grzecznie pozostali, a dzień przewlókł się podobny wczorajszemu wieczorowi, wydając się wiekiem. Stolnik im tężéj się nudził, tém więcéj się unosił, żeby Tadeusz tego nie poznał, powtarzając co chwila: — Opalińska! mości dzieju! Opalińska! — Trzeciego dnia zaproszeni, by odwiedzali Zalesie, wyrwali się przecie, odetchnęli i odjechali. Długo milczeli w drodze, aż stolnik wreszcie niepokojącą go przerwał ciszę słowy:
— A cóż, panie Tadeuszu? nieprawdaż dom poważny, zacny, godny, jakich mało. Ojciec statysta i polityk, matka istna rzymska matrona, córka pełna pudoru i skromności niewieściéj, słowem hoc erat in votis! znaleźliśmy, czego żądali!
Pan Tadeusz słabo odparł Kornikowskiemu, nie unosząc się zbytniemi pochwałami.
— Ani słowa — rzekł — dom bardzo szanowny, ludzie zacni...
— Deputat trochę zanadto mówi o rozgraniczeniach, w których komisarzował — rzekł stolnik śmiejąc się — ale cóż to szkodzi?
— Zapewne! — obojętnie odpowiedział Tadeusz.
— Matka trochę za seryo i za poważna, godziłoby się téż kiedyś i rozśmiać.
— Tak, toby nie zaszkodziło.
— Córka ma minkę trusi, ale tém lepiéj.
— Dlaczego, panie stolniku? — zagadł Siekierzyński.
— Pytasz mnie asindziéj dlaczego? dlatego, że skromność jest kwiatem młodości, flos juventutis pudicitia.
— Szkoda, że tak mało ma życia, mowy i ruchu.
— Wołałbyś fertyczną! no! a ja wolę powolną; kto się bardzo rusza, często zadaleko się posunie, bezpieczniéj w miejscu zostać. No... ale jak-że się podobali?
— Dosyć.
— Tylko dosyć?
— Czyż dosyć nie dosyć? — spytał Tadeusz.
— Wołałbym bardzo, ale i na tém przestaję! — rzekł stolnik.
Po téj rozmowie krótkiéj, usposobieni do snu, oba podróżni mrużyć oczy zaczęli i do Czerczyc drzemiący przybyli. Nierychło wybrali się w drugą podróż, i Tadeusz nie śpieszył wcale, ale stolnik go przypilnował, i mimo dręczącej go pedogry, sam się z nim wybrał, aby być pewniejszym odwiedzin, które zresztą odbyły się jak pierwsze. Deputat siedział na krześle perorując de rebus publicis, deputatowa mało mówiła cedzonym sposobem, córka nic wcale. Spytana przez pana Tadeusza o coś raz i drugi, odwołała się do matki, a matka po dojrzałym namyśle, odpowiedziała za nią, bardzo wytrawnie.
Stolnik pomimo uwielbienia, jakie miał dla państwa Opalińskich, drugiego dnia począł ziewać i choć zręcznie się kułakiem zakrywał, Siekierzyński postrzegł ten symptom nudów, których i sam doznawał. Cały dzień upływał jednakowo, na jednostajnéj gawędzie, w jednych nawet salki owéj miejscach, gdyż tu i deputat i pani i córka mieli swoje krzesełka uprzywilejowane i z nich się nie ruszali. Przy trzeciéj bytności, stolnik swat oświadczył państwu Opalińskim żądanie pana Siekierzyńskiego starania się o rękę i dożywotnią przyjaźń JM. panny Izabeli. Na co odpowiedziała sama deputatowa, zabrawszy głos za siebie i męża, iż wielki im zaszczyt czyni staranie tak godnego kawalera, ale otwierając mu dom swój, decyzyę dalszą pragną zachować do lepszego poznania pretendenta. Po czém pani Opalińska poczęła się rozpytywać stolnika o substancyę Siekierzyńskiego, stan jego interesów i curriculum vitae.
Zapłonił się, choć stary, Kornikowski, gdy do żywota pupila jego przyszło, i musiał manewrować bacznie, by się z pieprzem nie spotkać; deputatowa wyprostowana słuchała, potrząsała głową i niczém nie okazała, co myśli. Gdy ukończył, skłoniła się, popatrzała na ręce swoje, potem na sufit, potém na podłogę i odeszła. Panu Tadeuszowi otwarty odtąd był dom w Zalesiu, ale do niego zbyt zapalczywie nie uczęszczał i napędzany przez stolnika, niekiedy tylko zajrzał na krótko, przysiadł się do Izabeli, za którą zawsze odpowiadała mu matka, pokarmił rozmową deputata i ogromnie ziewając odjeżdżał. Te konkury tak były utrapione, że wreszcie postanowił się formalnie oświadczyć i wołał ożenić, niż dłużéj z panną Izabelą przez usta matki konwersować o pogodzie, słocie i nabożeństwie w parafialnym kościele.
Stolnik ucieszony, że do tego przyszło, pewien pomyślnego skutku swego poselstwa, przygotowany do sukcesów, wyjechał do Zalesia, na palcu mając zawczasu pierścień z soliterem, który chciał ofiarować od siebie pannie Izabeli. Na twarzy jego malowała się radość i uspokojenie, a wchodząc do znajoméj salki zaleskiego dworu, tak był wypogodzonego oblicza i roztargniony, że nie postrzegł, iż chmurniéj go daleko niż zazwyczaj i z pewném zakłopotaniem przyjęto. Deputat wprawdzie ujął go za rękę serdecznie, ale na długi komplement pełen aluzyi, odpowiedział sucho, krótko i ogólnie; deputatowa zaś zagryzając wargi, dostojeństwa swego i godności pełna, ledwie raczyła kiwnąć mu głową i odwróciła się do okna. Panna Izabela nie ukazała się i krzesełko jéj pozostało próżném.
Przyzwoity czas dawszy na przygotowanie i spoczynek, na zebranie myśli, pan Kornikowski wystąpił wreszcie z oracyą swatowską; zdumiało go, że słuchano jéj w głuchém a chłodném milczeniu, a gdy skończył i pokłonił się, w rzeczach domu tyczących się panująca i decydująca pani deputatowa, lekko pochyliwszy głowę, odezwała się dyktatorsko:
— Gdyśmy w dom nasz JMPanu Siekierzyńskiemu, prowadzonemu przez waćpana dobrodzieja, uczęszczać dozwolili w celu starania się o względy nasze i córki, nie było to wszakże żadném z naszéj strony zapewnieniem sukcesu tych starań.
— Tak! sukcesu tych starań! — powtórzył wedle zwyczaju deputat, który w domowych sprawach żonie potakiwał.
— Aniśmy myśleli czynić dla widoków naszych najmniejszéj wiolencyi afektom i skłonności córki naszéj.
— Skłonności córki naszéj! — kiwając głową rzekł deputat.
— Przeto też — kończyła jejmość — nie możesz nam WPan dobrodziéj miéć najmniéj za złe, jeśli dziś przekonani, iż serce i uczucie Izabelki naszéj zwróciło się ku innéj osobie...
— Tak, ku innéj osobie — mówił deputat.
— Widzimy się z żalem w konieczności podziękowania W. Siekierzyńskiemu za okazany nam szacunek, a razem proszenia go, aby nam przebaczył, iż propozycyi jego przyjąć nie możemy.
— Przyjąć nie możemy! — echem dodał deputat.
Stolnik osłupiał zupełnie i stanął jak wryty, nie rozumiejąc nic, nie mogąc wierzyć uszom swoim.
— A zatém — mówiła sama pani — daruj nam, stolniku.
— Daruj nam, stolniku — przemówił deputat.
— Ha! — rzekł pan Kornikowski — wola boża, ale niech-że wiem, kto tak szczęśliwy, iż się umiał państwu zasłużyć przed nami.
Deputatowa zmieszała się, potrzęsła głową i dawała znaki mężowi, aby imienia nie wyjawiał, ale po czasie, bo pan Opaliński już je wypuścił z ust niezręcznie, za co mu pogrożono na nosie.
— Pan Piątecki.
— Co! Piątecki! syn wychrzty! — wyrwało się stolnikowi.
Deputatowa zaczerwieniła się nadzwyczajnie, deputat cały zmieszany schwycił za rękę Kornikowskiego.
— To fałsz, mościdzieju! to niegodna kalumnia!
— Jakto kalumnia! kiedym nieboszczyka tatka do chrztu trzymał — rzekł stolnik odważnie. — No! daj Boże szczęście państwu, a ja tu już niepotrzebny, do stopek się ścielę.
Oboje państwo bez ruchu pozostali w swoich miejscach, gotując się do walki domowéj, gdy pan stolnik trochę zemstą swą pocieszony, ale zawsze w gruncie gniewny, siadł do kolaski i spiesznie odjechał. Przybywszy do Czerczyc, nie posłał zaraz do Tadeusza, a ten się téż nie dowiadywał do niego, znać mu do tego szczęścia nie bardzo było pilno, i spotkali się dopiéro w kilka dni potém w kościele. Miarkował Siekierzyński z tego, że się stolnik nie śpieszył, iż niebardzo pomyślną otrzymał odpowiedź; pan Kornikowski zaś bojąc się zmartwić pupila, a wstydząc się za zawody, których był okazyą, zwlekał z przyznaniem się do rekuzy nowéj. Ale kryć ją dłużéj nie było można, zeszli się u księdza proboszcza na bigosie i zrazach po sumie.
— A co, panie stolniku?
— Względem czego?
— Jak tam poszło w Zalesiu?
— A w Zalesiu! zachciałeś! doszedłem, że to są Opalińscy nie z tych prawdziwych, ale innego herbu i nie tak przedziwna szlachta; możemy im dać pokój.
— Seryo! ale czyż się to godzi?
— Ja to ułatwię.
— Stolniku! przyznaj się do harbuza.
— Ale nie! nie! któż to waści powiedział?
— Nie trudno zgadnąć.
— To nie tak było! podstawiłem tam sam Piąteckiego, żeby nas wyręczył... to neofita, jemu i taka szlachta dobra.
Tadeusz rozśmiał się.
— Czego się asindziéj śmiejesz? To cię nie martwi?
— O! ani trochę!
— Proszę! a ja się bałem, żebyś się nie rozchorował.
— O! co o to, możesz być pan spokojny.
— Ale cię to przecie od tentowania szczęścia in matrimonio nie odstręcza?
— I nie zachęca! — rzekł Tadeusz.
— Co do mnie — przerwał stolnik — widać, że nie mam szczęścia do swatowstwa, trzeba temu dać pokój, rób sobie waćpan, co chcesz. Jednę tylko mam prośbę, pamiętaj na ród swój i obowiązki, jakie na ciebie wkłada. Żeń się zresztą z kimkolwiek, byle ze szlachcianką dobrze urodzoną, nie myślmy o Tarłach i Opalińskich, o kasztelankach i tym podobnych specyałach; ojciec waścin miał zacną i godną kobietę, chociaż Pilecką. Aleć prawda i Pileccy niczego! z Jagiellonami się zetknęli! zapominam!
Tadeusz umilkł i nic nie odpowiedział; stolnik rychło umknął do Czerczyc. Gryzły go niepowodzenia srodze; rad był widziéć żonatym pupila co najrychléj, a dokoła nikogo nie mógł znaleźć stosownego; bał się zaś jak ognia, aby Tadeusz idąc za jaką serdeczną skłonnością, nie zniżył się do związków z rodziną świeżego lub wątpliwego szlachectwa.
Tadeusz zdawał się ani myśleć o ożenieniu, choć pusto było we dworze na Siekierzynku, choć tęskne tam wiódł życie. Dorota, która władała domem, podstarości, co za niego gospodarzył, bo Siekierzyński koło roli się nie znał i nie umiał wcale zarządzić robotą w polu, dwóch sług i woźnica, cały dwór składali. Brakło nawet rezydenta, o którego gdzieindziéj tak łatwo, a choć się stręczył Bajdurkiewicz, zbyt nim gardził Tadeusz, żeby się ten na tém nie poznał.
Dobre to było stworzenie ów rezydent dawniejszych czasów, najpracowitszy z próżniaków, najpotrzebniejszy z przyjaciół i dla kawałka pieczeni na dobrowolną zaprzedany niewolę. Niech sobie kto chce na rezydentów wyrzeka, był to ród, dziś wygasły, ludzi bardzo poczciwych i potrzebnych. Czego rezydent nie robił? czego nie słuchał? nie cierpiał? a zawsze z twarzą pogodną, z obliczem wesołém, z gadką na ustach, z ukłonem. Za pryncypała swego gotów był skoczyć w wodę, byle nie głęboką, w ogień, byle przygasły, pokłócić się gorąco, potuzać nawet ze słabszym. Chciałeś go do towarzystwa, toś go miał każdéj chwili, dniem i nocą; nie żądałeś go, odchodził bez gniewu, gotów wrócić na zawołanie. Psy układać, zegarki naprawiać, dzieci wodzić na przechadzkę, grać na pozytywku kanarkom, na drumli do improwizowanego tańca, skakać kozaka z panną garderobową dla zabawy gości, opowiadać wesołe dykteryjki, kontentować się okrojoną kością pieczeni i gąszczem krupniku, kto lepiéj umiał nad niego? kto pokorniéj stawał w kątku, siadał ciszéj na złamaném krzesełku, cierpliwiéj dął mieszkiem w kominek i drzwi zamykał za każdym wchodzącym, nad poczciwego rezydenta! Było to zaparcie się siebie i poświęcenie uosobione! Nigdy ja z ust się biedaka nie wysunęło, jego ja to był pryncypał, gospodarz protektor; starał się sam być jak najszczuplejszym, jak najmniej zawadnym, zawsze szedł na ostatku, zawsze nawet sługom ulegał. Szkoda nam dawnych czasów rezydenta! Ileż to dworów posyłało go za nowinami, robiło przez niego interesa, których wzięciem na barki był dumny; ile panien wydał za mąż, ilu ożenił kawalerów, ile pieniędzy natropił; ile się napocił za sprawą pańską, a za to wszystko miał jakiś kątek w oficynie, łojową świeczkę wieczorem, ostatnie miejsce u stołu, często szyderstwa, rzadko podziękę i wiele od sług do znoszenia!
Tadeusz tak był biedny, że i podobnego rezydenta nawet nie miał; pan Jozafat Węgiel, który parę razy go odwiedził i po parze dni bawił, nie wiem czemu nie upodobawszy sobie w Siekierzynku, na dłuższy pobyt zostać się nie chciał. Goście téż, jak w początku często przybywali, tak późniéj, gdy pan Tadeusz rzadko odwiedzał sąsiadów, w ceremoniach z nim będąc, omijali go i krzywili nosy. Słowem, pusto było i tęskno i smutno w domu pana Tadeusza; ale jemu z myślami zdawało się w tém osamotnieniu miło i dobrze; nie pragnął więcéj, nie szukał nic innego, jak ojciec chodził milczący i dumał.
Kilka tylko razy zrywał się do Lublina jechać, ale stolnik go zawsze wstrzymywał.
— Po kiego dyabła! po co? daj waść pokój! radbym zapomniéć, żeś tam był kiedyś! unikaj waść tego przeklętego miejsca.
Posłuszny Siekierzyński, choć go to kosztowało, słuchał starego przyjaciela i starzał na wsi w okamgnieniu. W kilka lat począł szron wczesny pobielać mu skronie i stolnik, który, żeby nie podagra, zdrów był i czerstwy, ujrzawszy to, niepomału się zafrasował.
— Żeń-bo się waść! — mówił — żeń się sobie, z kim chcesz! byle ze szlachcianką, bo coś mi zaczynasz szpakowaciéć przed czasem, z niczego jak z nudów... A zresztą czas-bo waszeci, żeby na nim dom nie wygasł, masz obowiązki, niech-że na pogrzebie twoim tarczy nie gruchoczą, z waścinéj winy.
— Sam wiész, panie stolniku, żem się starał.
— Ale to trzeba jakoś żywiéj się brać... co u licha!
— Nie widzę nikogo...
— Już waści powiadam, byle szlachcianka, byle dobra szlachcianka, więcéj nie żądam...
Tadeusz spuścił głowę, westchnął, nic nie odpowiedział.
Coś w kilka miesięcy potem, stary Jakób na terlicy odwiecznéj, przycwałował do Siekierzynka z listem, który stolnik drżącą nakreślił ręką, w kilku tylko słowach:
Periculum in mora, proszę jutro zjechać do Czerska, gdzie i ja się zwlekę; sprawa pilna i dobra, a pójdzie jak po maśle. Ad videndum et componendum, amicus. P. K. mp.“
Tadeusz nie mogąc wybadać z człowieka, po co go wzywano do miasteczka pośpieszył i u Icka Szklarza znalazł stolnika, który przez okno wyglądając, już na niego oczekiwał.
— Otóż, co teraz, to nie ujdzie nasucho, i jak mi Bóg miły, już się waść ożenisz!
— A! to po toś mnie wezwał, panie stolniku?
— A po cóżby u licha! Zjechał tu do sprawy spadkowéj dawny mój towarzysz szkolny i najlepszy przyjaciel, którego, prawda, lat dwadzieścia nie widziałem, aleśmy zawsze amicissimi. Pan Sebastyan Marżycki, godny człek i szlachcic karmazyn, prawda, że Marżyccy nie byli na krzesłach, nie posiadali starostw, ale od lat czterechset filiacya nieprzerwana, zacnych ludzi i koligacyj uczciwych. Pan Sebastyan Marżycki ma syna i córkę, lat dwadzieścia i dwa; słuszna, zdrowa, przystojna, podobać ci się musi, a słowo mi dał, że ją wyda za waści... Już teraz chyba-byś sam nie zechciał. Weźmij waćpan na siebie kontusz porządniejszy, każ zawołać cyrulika, żeby cię ogolił, i ruszajmy. Tylko przestrzegam, że spoi, nim od progu do ławy dojdziesz.
— Ale ja pić nie mogę!
— Musisz pić, kochanku! mnie jak męczy pedogra, a dla twojéj przyjaźni piję i pić będę.
— Ślicznie się zaprezentuję!
— To nic, taki obyczaj domu, na to nie ma remisyi... musisz pić i upić się. Pan Marżycki mówi, że szlachcic dla kompanii powinien pić, choćby duszą rzygnął.
Tadeusz się skrzywił i głową pokiwał.
— Ale za to córeczkę mamy jak w worku.
— Radbym ją zobaczył... czyż ona tu jest?
— A! i syn i ona i z całym domem, bo tu z rok posiedzą pewnie...
— Więc każesz, stolniku?
— Ubieraj się i ruszajmy! niema rady, póki żyję, ożenić cię muszę..
Stolnikowi tak było pilno do Marżyckiego, że się nie dał staranniéj ubrać Tadeuszowi i pociągnął go z sobą do zajezdnego żydowskiego domu, w którym rozposażył się stary jego szkolny przyjaciel. Zdaleka hałas zwiastował kwaterę pana Sebastyana, już ożywioną gośćmi, których z całego pościągano miasta na śniadanko przyjacielskie. Byli tam prawnicy, prawników znajomi, znajomych krewni, krewnych sąsiedzi i t. p., bo panu Marżyckiemu chodziło o tłum i o hałas, i to dopiéro nazywał zabawą. Nic to nie szkodziło, że ciasno było dla przybyłych, że się mieścili jak kartofle w garnku, dusili i popychali, że przyjęcie było niewykwintne wcale, bo od bigosu, kaszy, zrazów i flaków, od staréj wódki, miodu i piwa; wesołość i braterstwo stanowiły wszystko. Jakoż wesoło było i bratersko bardzo: ściskali się znajomi i nieznajomi, prawili sobie komplementa ci, co się raz pierwszy w oczy widzieli, jednali zwaśnieni, zaprzysięgali dozgonny afekt nie wiedzący swojego nazwiska; pan Marżycki chodził, zbliżał, wnosił toasta i śmiał się wesoło, czy było z czego, czy nie było.
Rumiane, błyszczące lice pana Sebastyana, który głową wszystkich przenosił, jak księżyc wschodzący świeciło nad zgromadzeniem, osadzone na ogromnych, szerokich plecach i pokryte czarną, gęstą, chociaż ku skroniom przerzadziałą czupryną. Białe zęby, nieustannie na wierzchu, dobrze odbijały od rumianych ust i ciemnego wąsa jego. Miał na sobie granatową, kapotę i biały pikowy żupan pod spodem, w ręku kielich, a w drugiéj butelkę, z którą spotkał wchodzących, i zaraz pił zdrowie stolnika i Siekierzyńskiego, co taką aplauzów wywołało wrzawę, że z drugiéj izby ukazała się postać niewieścia, domyślająca się widać, że ktoś nowy przybył do grona gości. Ciekawém okiem zmierzył ją Tadeusz, bo na niego mrugnął stolnik: była to dorodna, piękna czarnobrewa, nie pierwszéj młodości, ale świeża i żywa i widać śmiała a rezolutna. Ubiór jéj skromny bardzo, niedawno przybyłą ze wsi okazywał, trzymała w ręku kluczyki, a oczyma mówić się zdawała: — Jeszcze jeden truteń! czyż ich było mało! — Ruszyła nawet ramionami; po czém znikła.
Pijatyka wściekle wrzała w małéj izdebce, a nowo przybyli trzeźwi jeszcze, dziwnie się wydawali wśród zarumienionych, ożywionych i już niezmiernie czułych gości, co wcześniej poczęli śniadańko. Pan Sebastyan był wszędzie: wszystkich zaklinał, by pili, prosił na klęczkach, całował ledwie nie po rękach, dusił w szerokich objęciach, wykrzykiwał i nie mogąc na kim wymódz spełnienia kielicha, używał w ostatku wykrzyku zwykłego:
— Pod kpem! mościdzieju, kto nie wypije!
Nie dali się też bardzo prosić Mazurowie i wychylali kielichy raźnie tak, że już kilku do ścian się przyparło, inni na ławach szukali podpory, inni pod ręce się brali, spodziewając więcej sił w towarzyszu, a znajdując tylko tęż, co u siebie, nóg niepewność i głowy zawroty.
Śniadanie znikło w mgnieniu oka, a toasty trwały niewyczerpanej rozmaitości, pod tysiącem pretekstów wznawiane. Stolnik obawiając się ataku pedogry i pana Sebastyana zarówno, przyjmował pełne od niego, ale je zaraz bardzo zręcznie wylewał na doniczkę z karolinką, która stała w oknie; Tadeusz z pijanemi odmieniał kielichy, coraz to próżnego dostając, a mało kosztując w istocie. Wszyscy, prócz naszych dwóch panów, byli pod hełmem, a gospodarz, który każde zdrowie sam pierwszy wnosił, zaczerwieniony był tylko i ochoczy, ale nie pijany wcale; o jego głowę nie takie opierały się już uczty!... Z szczególną był grzecznością i uprzejmością dla pana Tadeusza, którego wreszcie wziąwszy sam pod rękę, wprowadził do drugiego pokoiku, gdzie siedziała panna Klara, zajęta jakąś robótką, z miną rezolutną, ale posępną: w progu jeszcze zmierzyła oczyma pana Siekierzyńskiego od stóp do głowy, i gdy ojciec go jéj zaprezentowawszy, samych pozostawił, wskazała mu stołek przeciw siebie, czekając, by rozmowę począł.
Ciężko to przyszło panu Tadeuszowi, ale gdy raz usta otworzył, Klara uchwyciła nić i sama żywo rozmawiać poczęła, śmiało, rzeźko i dowcipnie wyśmiewając pijaków i usiłując przekonać się widać, czy pan Tadeusz nie pozwolił sobie także nad miarę. Szczęściem nie miał sobie do wyrzucenia ekscesu i przytomny był zupełnie, co zdawało się bardzo zadawalniać pannę Klarę. Gdy ta rozmowa się ciągnie coraz bardziéj ożywiona, w szparze drzwi zagląda oko stolnika, usiłujące czytać, czy się sobie młodzi podobali; a wrzawa pijana zmieniając coraz wybuchy swe, z głośnéj staje się głuchą, niewyrozumiałą, niekiedy tylko przerywaną krzykiem donośnym; nareszcie rozchodzą się niektórzy, milkną drudzy, a kilku niedobitków i niedopitków już siedząc, trącają szklankami, dopełniając miary potrzebnej do utraty sił i przytomności. Pan Marżycki jeszcze tu przewodniczy, jeszcze zachęca, jeszcze dolewa i woła:
— Jak mnie kochasz! — lub: — Pod kpem mościdzieju!
Po długiéj dość rozmowie, Siekierzyński wymknął się z alkierza, a stolnik czyhający nań, złapał go w sieniach.
— A co panna? ut sic? — spytał.
— Panna! ledwieśmy się poznali, panie stolniku!
— Ale niczego? nieprawdaż?
— Miła i rozsądna... tylko ojciec...
— Co! ojciec? śmiałbyś co powiedzieć na ojca? mojego starego przyjaciela! to złote serce! dusza anielska!... szlachcic całą gębą.
— Lecz po cóż tak pije i pić każę?..
— Albo to co złego? hę! mospanie! — zawołał trochę podochocony stolnik, podrzucając czapkę — u waściów to młodych wszystko złe, czemu nie podołacie! Przy szklance wychodzi prawda na wierzch... in vino veritas, a in cerevisia także, in aquavita podobnie, że o innych trunkach nie wspomnę przy szklance się objawia braterstwo, łączą się ludzie z sobą i jednoczą... pijatyka podnosi umysły (subintelligitur mierna), rozpala uczucie, exaltat hominem.
— Co? stolniku, chwaliłbyś pijatykę?
— Czemu nie, czemu nie! kto nie pije, znać coś kryje! a kto kryje, robak mu sumienie ryje... Ot! co się okazuje, a zatem pić potrzeba, by się okazać czém się jest, a gdy bracia proszą, cygan da się powiesić... Nie bądź waść pijakiem.
— A więc pomówimy jutro, a ja dziś stolnika na kwaterę odprowadzę.
Po drodze pan Kornikowski usiłował na pochwalę pana Marżyckiego różnych dobywać argumentów, ale nie wszystkie mu się udawały, powróciwszy do domu, uczuł potrzebę spoczynku, i nie obudził się aż nazajutrz rano, gdy pan Sebastyan już do drzwi jego stukał. Jakkolwiek było wcześnie, podano zaraz wina i zaproszono Tadeusza, którego chciał uściskać Marżycki, za wczorajsze odwiedziny dziękując.
Można łatwo zgadnąć, że nierychło wstali od stołu, a stolnik z bolącą nogą nazad w łóżko odległ po traktamencie, gdy gościa dwóch ludzi odniosło na kwaterę. Tadeusz, ruszając ramionami, patrzał na to ze wstrętem, ale cóż miał robić? Pan Kornikowski odjechać mu nie dawał: pchał go koniecznie do panny Klary, asekurując, że byleby się decydował, na siebie bierze ukończenie interesu matrymonialnego.
Dwa tygodnie upłynęły w takiém życiu nieznośném, dwa tygodnie wrzawliwe, w ciągu których, codzień prawie, po kilka godzin spędzał Tadeusz z panną Klarą. Klara, zawcześnie pani siebie i swéj woli, gdyż ojciec i brat zajęci byli nieustannie zawiązywaniem przyjacielskich u kielicha stosunków, była raczej niewiastą już dojrzałą, niż dziewicą. Nawykła sama kierować sobą, nie miała bojaźliwości panieńskiéj, ani przesadnéj delikatności piętnastoletniéj z klasztoru wychodzącéj dzieweczki; mowa jéj, ruch, uśmiech, krok każdy okazywał w nićj charakter wyrobiony, nieugięty i stały. Gospodyni zawołana, pracowita, zabiegła, gdy ojciec interesa robił przy piwie i winie, brat biegał za sprawą, ona myślała, z czego dać im pic, jeść, skąd wziąć pieniędzy. U niéj była kasa, rachunki, przy niéj zarząd cały, korespondencya z ekonomem i troska o jutro na jéj głowie. Nie miała ona wdzięku kobiety, ani ją zaprzątała piękność lub chęć podobania się; myślała o życiu, biorąc je ze strony zimnéj, smutnéj, ubogiéj, kłopotliwéj. Nie było téż w niéj nic, czémby się podobać mogła, prócz rozsądku chłodnego, prócz rzutu oka na świat wytrawnego i zdrowego. Mowa jéj była raczej męska, niż kobieca, przyjęcie śmiałe, lubiła szydzić, a żartowała rubasznie i wcale nie oglądając się, co na to ludzie powiedzą. Zrazu zdziwił się jéj Tadeusz, potem podobała się otwartość jéj niezwykła, w ostatku zajęła go i pociągnęła niepojętym sposobem. Chodził do niéj codzień, przesiadywał długo, spoufalił się łatwo i w końcu bez żadnéj ogródki i długich przygotowań, rzekł jednego wieczora:
— Pani się musisz domyślać, po co mnie tu pan stolnik sprowadził, jakie są starszych projekta! co też pani na to?
— No! a pan? — spytała — toć mnie się pierwszéj objawić ze zdaniem nie uchodzi!
— Co do mnie, byłbym szczęśliwy, gdyby projekta przyszły do skutku.
„Byłbym szczęśliwy“ wymówił po cichu i, jakby te wyrazy niestosowne sparzyły mu usta, westchnął ku Lublinowi z żalem stłumionym.
— Przyznam się panu, żeś mi się dosyć podobał — odpowie działa Klara — nie lubisz pan ucztować, to pierwsza zasługa, bo mnie te biesiady kością, już w gardle siedzą. Jesteś młody jeszcze, przystojny, rozsądny, majętny, mówią, czegóż mogę więcej żądać?..
— Bardzo dziękuję, więc mogę...
— O! poczekaj, poczekaj pan! — zawołała Klara. — Ale pan mnie nie znasz i nie wiész, co bierzesz na kark! Naprzód wcaleśmy nie bogaci, a nawet myślę, że wkrótce ojciec przy zięciu osiąść będzie zmuszony, a co za tém idzie i pijatyki nasze przejdą do pana. Po mnie nic nie weźmiesz, krom małego porządeczku po matce, ale to nie wielka rzecz, kochany panie. W dodatku i ja nie taką może jestem, jaką się wydaję, przywykłam być panią w domu.
— I będziesz nią u mnie.
— Pracuję, ale po mojéj głowie, i nikogo nie słucham, jestem dosyć uparta...
— Panna Klara się obmawia.
— Nie, panie Siekierzyński, szczera prawda, tak jest! Naostatek, choć mnie to wyznanie kosztuje, powiem panu, że mam lat trzydzieści.
— Ja jestem starszy.
— Tak, ale na kobietę i to dosyć. Zechcesz-że mnie pan z temi wszystkiemi wadami i felerami?
Tadeusz się rozśmiał kłaniając, ale z frasobliwém wewnątrz uczuciem.
— I z ojcem i z bratem? — dodała Klara.
— Choćby z niemi.
— Trzeba to sobie zgóry powiedziéć, bo wkrótce spadną na pana; zdaje mi się, że wielkie nadzieje z tego procesu na niczém spełzną. Otóż widzisz pan, że nie tak to pożądany związek, jakbyś myślał. A teraz powiedz-że mi szczerze i otwarcie, co masz i jakie są bogactwa, o których nam stolnik tak szeroko mówi?
Siekierzyński, wypłacając się wzajemnością, wyspowiadał się szczerze ze wszystkiego, opuścił tylko z życia epokę lubelską, o któréj w kilku słowach napomknął.
— Ha! kiedy sam sobie tego życzysz — odezwała się Klara, podając mu rękę — mów pan z moim ojcem, ja się chętnie zgadzam, bo w istocie to dla mnie nadspodziewane i tak szczęście!
Wieczorem dowiedział się stolnik z niewysłowioną radością, że się młodzi porozumieli i natarłszy czuprynę i wąsów, poszedł do Marżyckiego, którego zastał z Pancerzyńskim na konferencyi w cztery oczy nad butlem węgrzyna.
Nie wytrzymał, tak go nowina w język paliła i przerwał czytanie kompromisarskiego dekretu, odprowadzając na bok pana Sebastyana.
— No... jestem tu formalnym swatem i przychodzę do ciebie...
— Niech-że cię uściskam i napijmy się, napijmy się! panie Pancerzyński, zdrowie stolnika!
— Ale posłuchaj-że, Sebastyanie! posłuchaj, coć powiem! Oto przychodzę prosić o rękę twéj córki dla JMPana Siekierzyńskiego.
— A ja, jeśli ona sama się zgodzi na to, benedico i zapijemy tę sprawę! w ręce twoje i w gardło moje... — zaśmiał się Marżycki radośnie.
— Mamy więc przyrzeczenie?
— I błogosławieństwo! i błogosławieństwo!... — dodał Marżycki — a pijmyż kwartowym! gdzież jest mój kochany zięć przyszły? serce moje za nim tęskni, niech go zobaczę, uścisnę i choć raz upoję, w tak uroczystéj imprezie!
Posłano po Tadeusza, zawołano panny Klary, a ojciec spytał jéj o postanowienie bez ogródki.
— No! Klarciu kochana — oto pan stolnik nurski, mój przyjaciel serdeczny, czyni nam honor, prosząc o rękę twoję dla godnego Tadeusza Siekierzyńskiego, nie chcę cię tyranizować, mów bez ceregielów, czy na to przystajesz lub nie, oddaję to rozsądkowi twemu i inklinacyi do rozstrzygnienia.
Panna Klara nie zmieszała się wcale i odpowiedziała ojcu zimno, wyraźnie, jasno, że przyjmuje pana Tadeusza. Stolnik uradowany pocałował ją w rękę i biorąc kielich, krzyknął w zapale:
— Zdrowie Siekierzyńskich i ich potomków! zdrowie rodu zacnego Marżyckich i Siekierzyńskich, niech Bóg błogosławi... pij do kroćset, panie Pancerzyński!
Zagrożony kulawy adwokat chwycił za szklankę i podniósł ją do ust. Trzeba było widzieć stolnika! Twarz jego jaśniała, oczy śmiały się, usta drżały i kontusz w ruchach cały zdawał się podzielać radość swojego pana. W samę porę nadszedł i Tadeusz paść do nóg pannie i ojcu, a ledwie się podniósł, już mu kielich w ręce tkano, już go Marżycki obsekrował i zaklinał, by pił, a pił do dna. Każdy, kto wszedł, musiał państwa młodych przyszłych sukcesów i szczęścia ominalny, jak mówił Kornikowski, wychylić vivat!
Gdy się to dzieje w Czersku, a wieść stugębna rozchodzi się po okolicy o zaręczynach pana Siekierzyńskiego z Marżycką, Wichułowie, którzy w nowo nabytéj części wioseczki za Czerskiem mieszkali, dowiadują się także o tém. Pan Ksawery pogardliwie splunął, gdy mu o tém doniósł arendarz dawny, co się przeniósł z Siekierzynka do nowéj jego karczemki, i milczkiem zbył żyda. Tymczasem wypadło mu jechać do Lublina dla jakiegoś interesu i kilka tygodni go nie było. Marżyccy odjechali do domu dla przygotowań do wesela, które, jak być miało huczne, łatwo zmiarkować. Siekierzyński dom odnowił i restaurował. Stolnik, zamówiwszy sobie, że po drodze państwo młodzi do niego wstąpią w Czerczycach, z tarcic stawiał dużą salę przy domu na ich przyjęcie; a Jakób jego kręcił się, wietrząc kilimki, dywany i makaty stare po kufrach zatęchłe, któremi ściany i ławy zabijać miano. U Marżyckich przybory do wesela były niemałe także, bo całe sąsiedztwo sproszone zostało na miesiąc wprzódy; trzy antały wina sprowadzono, miód domowy rozwodzono świeżo syconym, tworząc różne jego gatunki, piwo butelkowano, wódki nalewano na owoce i słodzono, a nawet gdańskiéj puzderek dwa sprowadzono z Warszawy dla dostojniejszych gości. Nie mówi się tu o cielętach, baranach, zwierzynie i kłapouchych stworzeniach, które paść miały ofiarą wesela, ani o tysiącznych innych addytamentach, kondymentach i zdaleka sprowadzonym kucharzu.
Dość, że wszystko w porze gotowe, na miejscu i dobrane, a Klara, poglądając na cuda, których dokazała, uśmiechała się z wyrazem radosnego tryumfu. Pan Sebastyan przechadzał się od lochu do lochu, kosztował win i miodów, próbował ich z przybyłemi i zawczasu snuł sobie o kolei puharów projekta, mając zakończyć garncowym, zwanym Sapiehą, który od lat kilku stał niemyty w kominie, a teraz błyszczał rysunkiem Bachusa, subtelnie na szkle wyrżniętym.
Lecz któż opisze, co się działo ze stolnikiem powtarzającym sobie od rana do wieczora:
— Nie zejdzie ród Siekierzyńskich! Nie skończy się na nim!.. ożenię go! ożenię!! jeszcze tydzień, jeszcze tydzień, a poprowadzę go do ołtarza i — chyba Bóg nie łaskaw — dożyję potomka! Czuję się na siłach poczekać jeszcze na niego! Nie zejdzie ród Siekierzyńskich! a mnie to będą winni! gdyby nie ja, nigdyby się nie ożenił.
I stolnik najpierwszy pośpieszył dniami kilką przed weselem do Marżyckiego, wioząc z sobą i obrusy i sreberko i sprzętów trochę, któremi sądził, że się na taką frekwencyą gości przysłuży. Tadeusz przybył w wigilię dnia ślubu piątką tarantów dobranych prześlicznie i powozem nowym, z Warszawy sprowadzonym umyślnie; za nim jechała bryka piątką kasztanów i mniejszą czwórką siwych mierzynów zaprzężona. Woźnice palili z bata zamaszyście, a pan Sebastyan w ganku czekał z kielichem zięcia ukochanego.
Czemuż tak smutnie, tak ponuro siedzi w bryczce pan Tadeusz, czemu twarz mu się nie wyjaśniła, czoło nie rozchmurzyło, owszem na widok dworku mgłą zaszły oczy, coś ucisnęło serce i jakby wspomnienie jakieś wzruszyło go do głębi, chwycił się za pierś, podniósł oczy, westchnął i rzucił się w brykę, jakby krył od oczów.
Ale nie czas wspominać, smucić się, żałować, potrzeba się weselić, krzyk w ganku — Vivat! i pan Sebastyan chwyta zięcia w uścisk silny, a nad głową, jego unosi się vitrum gloriosum, pełne złocistego płynu. Stolnik płacze z radości, a Klara w oknie ramionami ruszyła. Tadeusz wysiadł poważny i uszedł od głośnych przywitań do narzeczonéj.
Wieczorem już rozpoczęła się hulatyka, bo część gości z dalszych stron zjeżdżać się poczęła; do późnéj więc nocy brzęczały kielichy i pan Marżycki chodził od jednego do drugiego, ściskając, tak, że się kilka razy i przyszłemu zięciowi dostało. Stolnik niepomny pedogry w dniu, poprzedzającym tak wielki dla niego wypadek, pił z innemi na zabój i dzień świtał, gdy się reszta dotrzymująca placu gospodarzowi, po kwaterach rozwlekła.
Przy ranném śniadaniu jakoś wstrzemięźliwej znajdowali się wszyscy, odkładając do wieczora formalną hulankę. Gości było mnóstwo i nie bardzo dobrane towarzystwo, bo począwszy od możnych sąsiadów, aż do drobnéj braci szlachty, kto żyw na zaproszenie pana Marżyckiego się stawił. Nawet starosta, największy dygnitarz w sąsiedztwie, raczył zaszczycić wesele bytnością swoją i rozpierał się w najszerszém krześle, najgłośniéj ze wszystkich dowodząc...
Zmierzchało, gdy panna Klara w białéj atłasowéj sukni z bukietem rozmarynowym, w wieńcu takimże, pod którym dukat, kawałek cukru i medalik święcony włożono, weszła prosić ojca i starszych o błogosławieństwo. Pan Tadeusz w białym także żupanie, w jasno-zielonym aksamitnym kontuszu, przy szabli suto sadzonéj, z czapeczką pod pachą, wszedł wiedziony przez druchny, schylić się do kolan panu Sebastyanowi, oczekującemu tego obrzędu z rękoma założonemi na piersiach i pociesznie upoważnioną miną, przybraną z musu do okoliczności. Ołtarz był przygotowany w sali, ksiądz przyodziany w szaty, świece gorzały jasnym płomieniem i uroczyste milczenie, jak przed każdym wielkim wypadkiem, poprzedzało wybuch żalu i radości, łez i powinszowań, gdy drzwi z trzaskiem się rozwarły i dorosły mężczyzna, czarno zarosły, barczysty, licho odziany, wpadł hałaśliwie do komnaty i zwrócił na siebie uwagę wszystkich. W początku myśląc, że to gość nowy, posunął się ku niemu gospodarz, ale nikt go nie znał; stolnik tylko i Tadeusz pobledli.
Był to Ksawery Wichuła z zakrwawioném okiem, rozdętemi nozdrzami, rozwianym włosem, nagle ukazujący się w spokojném towarzystwie z twarzą widocznie gniewem zapaloną i wargą od złości i niecierpliwości drżącą. Na widok jego tak każdy przeczuł jakąś katastrofę, że wszyscy oniemieli, przerażeni cofnęli się od niego i oczekiwali tylko piorunu, który groził niechybny.
— Panie Marżycki — zawołał donośnym głosem Ksawery Wichuła, podnosząc głos — nie znasz mnie pan?
— Nie mam honoru... prawdziwie, ale bardzo mi miło...
— Są tu tacy, co mnie znają — powiódł szyderskiém okiem po gościach — jestem Ksawery Zabawa Wichuła, obywatel czerski do usług i przyszedłem w sam czas spytać pana, czy masz intencyę wydać córkę za mieszczanina?...
— Co to jest? — wybąknął gospodarz.
— Ten, którego Wpan masz nazwać swym zięciem — kończył Wichuła — zowié się po szlachecku, jest synem szlachcica, ale lat dziesięć, tak, lat dziesięć kupczył i przedawał w Lublinie, grosza się dorobił frymarkiem i szlachectwo utracił.
Stolnik padł, słysząc te wyrazy, na krzesło, a od Tadeusza wszystko, co żyło, odstąpiło, jak od zapowietrzonego, panna Klara zdjęła z palca pierścionek zaręczyn i ze wzrokiem pogardliwym rzuciła go na ziemię. Marżycki załamał ręce, gwar straszny podniósł się zewsząd, a z tłumu poskoczył Tadeusz oprzytomniony z szablą dobytą na pana Ksawerego, ale ten nie dobywając swojéj, spojrzał tylko na niego i rzekł:
— Z waszmością nie pójdę chyba na kije, bo do téj szabli, którą nosisz, prawa nie masz!
To powiedziawszy, Wichuła wymknął się ze ścisku otaczającego i zniknął, a za nim wyrwał się zapalczywie pan młody i obaj w ciemnościach z oczu wszystkich utonęli.
Lecz któż odmaluje, co się działo ze stolnikiem! Ledwie żyw na zapytania, na wymówki, na krzyki Marżyckich odpowiedzieć nie umiejąc, kazał konie zaprzęgać, Jakóba wołać i wyjeżdżał, plącząc, po nocy.
Napróżno opamiętawszy się pan Sebastyan wybiegł za nim na ganek prosząc go, żeby się zawrócił, pan Kornikowski niemy odpychał go tylko ręką i stał oparty o słup zmartwiały, powtarzając tylko machinalnie:
— Ostatni z domu Siekierzyńskich! ostatni z domu Siekierzyńskich!
Więcéj z niego wydobyć nie było można.
Tłum gości pocichu, ukradkiem rozjeżdżał się, nie chcąc ojca strapionego rozżalać przypominającém mu upokorzenie zebraniem, a w godzinę ledwie kilku poufalszych zostało i już consolatio afflictorum kielich powoli krążyć poczynał.
Panna Klara w swoim pokoiku rzewnie płakała, kobiety ją trzeźwiły, a ona je odpędzała ze srogiém wejrzeniem, z jakąś dziką rozpaczą, powtarzając:
— Mieszczanin! kupiec!
I śmiała się szydersko z uczuciem, którego nikt dotąd w niéj nie widział.
Pieszo, bez czapki, w weselnym stroju, nieprzytomny przywlókł się Siekierzyński nie do domu, ale do dworku swojego w Lublinie. Jak zaszedł? co go tam wiodło? w jaki sposób sto razy nie zatrzymano go w drodze? nie wiem. To pewna, że nie biorąc posiłku, nie spoczywając prawie, w kilka dni po opisanych wypadkach zjawił się w progu swojego dworku i upadł bezsilny na wschodkach, głowę składając na zbutwiałem drzewie.
Kobieta, która od niego najmowała ten domek, poznała go z twarzy i przeniosła do izby, a sama pobiegła za lekarzem. Chory dziwacznie z gorączki wygadywał, wzrok miał obłąkany i targał się co chwila do szabli, której bogata tylko pochwa u boku jego wisiała jeszcze. Ze słów jego nic zrozumieć nie było można, uśmiechał się, obwiniał, rwał zabijać, złorzeczył, śpiewał, modlił się i płakał.
Rozeszła się wieść po mieście o dziwném tém przybyciu Siekierzyńskiego i przez doktora dostała się do klasztoru jezuitów, a nazajutrz z rana ksiądz Ksawery siedział u łoża chorego. Stan jego był zdesperowany, gorączka bowiem coraz się wzmagała i lekarz przesilenia jéj szczęśliwego wcale się nie spodziewał. Jezuita napisał do stolnika i posłał umyślnego, ale ten powrócił z wieścią, że pan Kornikowski sam był ciężko chory i przybyć nie mógł, chyba za dni kilka.
Tymczasem stan Tadeusza szybkiemi kroki zbliżał go do grobu, a rzadkie chwile jaśniejsze i przytomne w glębokiém i rozpaczliwém milczeniu spływały; ksiądz Ksawery napróżno chciał zajrzeć w głąb jego duszy; jako katolik wyznał mu grzechy, jako człowiek zamilkł o swoich boleściach, śmierć przychodziła wielkiemi krokami.
Ostatniego dnia, z wieczora, kilką słowy wezwał jezuitę, żeby do niego poprosił kupca Michała Balcera, a w godzinę potém wrócił ksiądz z wiadomością, że umarł od roku. Tadeusz uśmiechnął się boleśnie i więcéj pytać nie śmiał; w milczeniu czekał śmierci zapowiedzianéj, zdając się ją wyzywać. Lecz stan ten zrozpaczonego konania przeciągnął się dłużéj, niżeli spodziewać się było można, i dni kilka jeszcze przebolał chory sam jeden, pragnąc i nie mogąc skończyć.
Ostatniém zjawiskiem w chwili zgonu był stolnik, którego wniesiono do izby; przywlókł się on ratować wychowańca lub pożegnać go; chciał mu czynić wyrzuty jeszcze, ale skarga skonała na jego ustach i łzy się tylko nieme z oczu puściły.
Widząc go bez mowy, bez ruchu, w pół trupem, stary przyjaciel rodziny wyciągnął ręce i wymówił tylko:
— Ostatni! ostatni!
Ale ostatni w téj-że chwili żyć przestał.
Pan Piotr Kornikowski, stolnik nurski, przeżył jeszcze Siekierzyńskiego o lat pięć, rzadkie mając chwile przytomności, najczęściéj siedział w swojém krześle zadumany, nic nie mówiąc, a gdy usta otworzył, powtarzał tylko nieustannie: ostatni z domu Siekierzyńskich! ostatni z domu Siekierzyńskich! — Drzewo gienealogiczne i kilka starych portretów z Siekierzynka dostały mu się w spuściznie, wisiały one w sypialnéj jego izdebce do końca; wpatrywał się w nie całemi godzinami i w wolniejszych od smutku chwilach opowiadał smutne dzieje dwóch ostatnich pokoleń, które pochował, kończąc zawsze westchnieniem i słowy:
— Ostatni z domu Siekierzyńskich! ostatni!

Hubin. Czerwiec, lipiec 1850.
DWA ŚWIATY.
POWIEŚĆ.

1854 — 1871. — Przed laty siedmnastu!! przed laty siedmnastu, które spłynęły cierpieniem i nadzieją, jak siodmnaście godzin — pisaną była na wsi, wśród pól i lasów ta powieść, do której autor ma niewytłómaczoną słabość. Byłażby ona słabą sama i budziła to uczucie, co dzieci ułomne? Ja nie wiem... Ona mi jest wspomnieniem lepszych a innych, a wielce odmiennych czasów, były to godziny nadziei, nie dla siebie — ale dla społeczeństwa, które w pocie czoła zdawało się mozolnie na lepszą przyszłość pracować. Wołyńską jest ta powieść, bo z obrazów w tamtych stronach czerpanych się składa, ale zda mi się być polską, bo się ono na naszéj ziemi, prawie wskroś w głębi jednéj, wynajdą nawet dziś jeszcze. Stan jednak ducha i stan społeczny nasz z 1854 r., jak niebo do ziemi do 1871 niepodobny. Smutną jest ta powieść, ale rzeczywistość byłaby stokroć smutniejszą, gdyby po za nią daléj duszą spojrzeć nie można.
Świat nasz z r. 1854 miał i cel i nadzieje, i był jeszcze mimo walk wewnętrznych dla wyrobienia sobie jedności organicznej — dosyć spójny a cały w sobie. Dziś z rozbitego zostały — czerepy. Przyszłość je sklei, ale już nie za dni naszych, nie dla serc naszych i oczów... Jedno z dwojga, albo się rozsypiemy w niepowrotne gruzy, albo ta mnogość światów jednym się stać musi światem.
To dwa światy — dziś, dziś są tysiącem... podzieliliśmy się tak, iż nas już żadne wspólne uczucie zbliżyć nie zdoła, nawet w tém wspólném jest tysiąc równic i odcieni. Nie rozpaczajmy jednak, że drogą rozkładu idziemy do spojenia z sobą — prawa są niezłomne. Tak być musiało. Lecz naówczas, gdyśmy tę powieść pisali, inna obiecywała się droga, prostsza a łatwiejsza i krótsza. Wszystkie serca biły szlachetnemi porywy; rozumiano dobrze, co piękne i wielkie, i ta proza życia odartego ze wszystkich uroków, która nas dusi teraz, Jeszcze była ze swym mefityzmem nie przyszła — a! dobre to były czasy! a gorące! a pełne ochoty do pracy, do poprawy, do działania... a pełne ciekawości Nieciekawego jutra!! Z tych ludzi, co wówczas żyli z nami, dziś większa część w mogile, mała część pozostała sobą, a wielu uległo metamorfozie Cyrcy... Są to odpadki nieuchronne w każdym takim przetwarzania, się procesie.
Na los, jaki tę powieść spotkał, wcale się uskarżać nie mamy prawa: drukowana naprzód w odcinku dziennika, czytaną była z zajęciem, a korespondenta nasza z tamtych czasów mogłaby być dowodem, iż zadanie poruszone tak lekko w niéj, tak ostrożnie, podjęte zostało przez niejednego myślącego człowieka, a najrozmaiciéj rozwiązywane. Wywołała ona i polemikę, chociaż nie tak bolesną jak dzisiejsze, a dla piszącego zawsze pożądaną, bo świadczy, iż dotknął niezerwanéj jeszcze struny żywota. — Jeśli się nie mylimy, jak wiele naszych powieści, była też tłómaczoną na język rosyjski. — Czytelnik najlepiéj czuje, co w niéj jest wspomnieniem i historyą, a co do dzisiejszych dni należy.

Drezno maj 1871 r.


Nieznajomym przyjaciołom
posyła
Autor.
Żytomierz, d. 14 lutego 1860 r.
I.

Powieść! znowu powieść I znowu przed wami odsłonić mam cząsteczkę wielkiego obrazu, na którego odmalowanie w całości nie wystarczyłoby życia! Bądź wola wasza, choć ani serce po temu, i ani znużone pióro ochoczo się bierze do niéj... ale rozkazy słuchaczy są wszechmocne... Każecie bajarzowi rozpocząć historyę, któréj drzemiąc, jedném uchem słuchać będziecie, i bajarz rozpocznie posłuszny. Wam, wara się zdaje może, że jemu stworzyć tak łatwo opowiadanie, jak wara go wysłuchać łatwo, by jutro zapomniéć? A! nie! nie! kochani czytelnicy... te czarne głoski, któremi biały, niewinny papier bruczemy, te chłodne dla was wyrazy, które zostawiamy, by wam myśl naszę przesłać z niemi, nie rodzą się bez trudu i boleści. Dobre to były czasy, gdy pisarz mógł suchych różnobarwnych ziarnek nanizać na jedwabną nitkę i rzucić ją ludziom jak zabawkę... dziś, wszyscyśmy więcéj wymagający, my szczególniéj, co piszemy... Na jednę lekką powiastkę, którą przeczytacie w kilka godzin, a zapomnicie w kilka minut może, ile krwi naszéj, duszy wyzionąć musimy... Myślicie, że dość jest spojrzeć na świat, pochwycić kilka typów chodzących po nim, w świętéj niewiadomości o oryginalności swojéj, wsadzić je na szpilkę, jak entomolog robaczka, a powieść się sklei! O! nie! nie! „powieść to życie“, powtarzam po raz setny, a dając życie, trzeba je wyczerpnąć z siebie. Każdy odłamek świata stworzony przez pisarza, kosztuje go więcéj niż wart może... musi mu dać duszę — myśl, musi dać serce — uczucie, i barwę i całość... wy potém z tém niemowlęciem, siedząc wygodnie u kominka, przerywając sobie śmiechem i żartami, bawić się będziecie chwilkę tylko i nic nie wyczytawszy z jego oczu i szczebiotania, wypchniecie je za drzwi, gdy nadejdzie gość nowy... Szczęśliwi, co cudze dzieci przystroiwszy trochę, puszczajc w świat za swoję; tych one, ani łez, ani cząstki ich żywota kosztują... i nie zapłaczą po nich, gdy gdzieś w tłumie przepadną...
Wiem, że siadając do nowéj powieści, zawczasu mi się nad jéj losem serce ściska... nie dziw... serce to ojcowskie... Któżby zabolał, jeśli nie on?
Na kilkuset czytelników, ilu ją zrozumie? ilu dokończy, ilu zapamięta! Zapomina się rzeczywistość, cóż dopiéro to, co zowiemy zmyśleniem? Nie rozumiemy otaczającego świata, jakże wymagać, iżbyśmy wszyscy powieść zrozumieli i poszli do jéj głębi po ostatnie słowo??
I tak też smutno siąść pisać, jak u kolebki nowonarodzonego myśléć o jego przyszłości: oko i serce widzi w niéj zaraz trumienkę... z poza pieluch wygląda już róg całunu, w chrzcie jest zadatek ostatniego pomazania...
Ale do czegóż te lamentacye nad trochą zamazanego papieru? spytacie... A! dla was to tylko zbrukana kartka, dla mnie to żywota cząstka, którą rzucić muszę na pożarcie obojętności, znużeniu, znudzeniu i kapryśnym wymaganiom strasznego nieznajomego, co się słuchaczem nazywał! I boleję dlatego tak głośno, tak śmiesznie może, żebym u was litość wyprosił, żebyście nie sądzili, że siadam chłodny, powtarzać to, com tysiąc razy powiedział, dlatego tylko, że mi nakładca zażądał zbrukanego papieru, że nie mam, lub nie umiem robić co innego! Przy każdych urodzinach nowéj powieści, ja-m tak smutny i tak przejęty, choć wam się zdaje może, czytając, że ją wysnuwam śmiejąc się i z was i z siebie. Są może szczęśliwi, którym rzucenie w świat cząstki swéj duszy niewiele kosztuje; lecz ja-bym pragnął wzbudzić w was wiarę, że inaczéj z tym podarkiem przychodzę; że nie pierwszą lepszą myśl, podniesioną na gościńcu, którym wszyscy się snują, rzucam wam obojętnie na karmią, ale surowiéj pojmując obowiązek choćby powieścio-pisarza, widzę w nim coś więcéj nad stan skoczka na linie lub kuglarza; chciałbym, żebyście choć trochę serca i duszy dali tam, gdzie ja całe serce i duszę wylewam...
Jeszcze słowo... jeszcze maluczkie tłómaczenie... a otworzę drzwi, podniosę zasłonę i poproszę was do środka...
Raz, dawno już temu... przechadzałem się zamyślony po bibliotece Horodeckiéj, dziś pustéj i myszom podobno za plac igraszki służącéj, naówczas jeszcze ożywionéj duchem tego, co ją składał, co się nią cieszył jak dzieckiem swojém, bo innych nie miał dzieci! Przewracałem z kolei druki i rękopisma, zadumywając się długiemi godzinami, to nad wierszem poety, to nad sławną i kraszoną głoską miniaturzysty, jakiegoś mnicha XII lub XIII wieku, umiejącego zawczasu odgadnąć sztukę, jaką późniejsze stworzyły wieki; w téj przechadzce po bibliotece, która nieraz całe mi dnie zajmowała, dostarczając pokarmu marzeniom na lata całe, wpadłem z kolei na zbiorek sztychów z galeryi Brühla. Brühl, za przykładem pana, miał piękną, dobraną galeryę obrazów, i za pana przykładem także, gdy się Drezdeńska sztychowała, swoję téż rylcem kazał uwiecznić. Były w niéj szczególniéj piękne pejzaże, śliczne flamandzkie obrazki i rodzajowe utwory szkół niemieckich; błądziłem po nich obojętnie. gdy odwracając kartę, wpadłem na sztych, który mnie zdumionego przykuł i zatrzymał. Był to obraz Spagnoletta, wystawujący śmierć św. Józefa Oblubieńca. Pojął malarz tę chwilę, którą cudownie odtworzył, jak nigdy może żaden z większych mistrzów nie zrozumiał połączenia rzeczywistości z ideałem; nie wiem zaprawdę, jak potrafił skleić ziemię z niebem w sposób tak ścisły i tak doskonały, to wiem, że zdumiony, przejęty, jak gdybym scenę owę miał przed oczyma, oderwać się od niéj nie mogłem, rzucałem ją, wracałem do niéj, czułem łzy na powiekach i dziś po upływie lat wielu, choć już oddawna arcydzieła tego nie widziałem, jeszcze mi ono tak pozostało przytomném, jakbym je wczoraj podziwiał... Na niewielkiéj kartce, miałem przed sobą wielki, potężnie żyjący utwór, drgała w nim dusza... nikł malarz, artysta, tryskała jakaś dziwna prawda, spleciona z najpoziomszéj rzeczywistości i najwznioślejszego ideału. Na lichém łożu wystudyowaném z flamandzką ścisłością szczegółów, spoczywał święty rzemieślnik, dogorywający, usypiający po pracy i życiu ofiary... dokoła niego rozsypane narzędzia ciesielskie, jakby tylko co dłoń je pracowita rzuciła... Przy łożu Chrystus z nieziemskiém obliczem, błogosławiący na podróż niebieską przybranemu ojcu; w głowach rozpłakana Matka Boża, i stoliczek zastawiony flaszkami, miseczkami, przyborem choroby ubogim i smutnym, a poza nim dwaj aniołowie, czekający na białą duszę, którą do nieba zanieść mieli.
Oto cały ten dziwaczny w opisie obrazek, któremu równego nie znam, bo żaden na mnie tak wielkiego nie zrobił wrażenia. Ci aniołowie i flaszki z lekarstwami, ten Bóg i cieśla, nimbusy wiekuistego życia i lichy przyrząd rzemieślniczy, nie wiem jakim środkiem, w jakiéj chwili najszczęśliwszego natchnienia, tak w jedno zlał artysta, że cud wydawał się naturalnym i koniecznym, choć graniczył z najpospolitszą życia powszedniego prozą. Aniołowie zdawali się tu nie zjawiskiem nadprzyrodzoném, ale gośćmi codziennemi, a obok nich nie raziła pospolitość szczegółów, owszem, prawda jedna drugą prawdę wyższą, prawdopodobniejszą czyniła. Nie wiem po wiele kroć powracałem do tego obrazu, a za każdym razem nowe w nim upatrywałem piękności, i z duszy zazdroszczę temu, kto dziś to arcydzieło posiada, lub sztychem przynajmniéj z niego cieszyć się może.
Co Spagnoletto, któremu niezawsze się tak szczęśliwie udawało — dokazał w tym utworze, nie jest-li zadaniem powieściopisarzy? Nie schodzim-li powoli malując rzeczywistość do karykatury i niepotrzebnego odwzorowywania najpospolitszych zjawisk? Nie należałoby obok narzędzi rzemiosła, obok flaszek i miseczek tworzyć anioły i świętym nimbusem otaczać ich skronie? Powieść ma-li za cel, przedstawić tylko życie, jak ono jest, czy żywot człowieczy, jakiego w duszy pragniemy? ku któremu wzdychamy? Obok smętnéj, w śmiertelnych potach zgonu rzeczywistości leżącéj na łożu boleści, czy nie brak oblicza jaśniejącego światły nieśmiertelnemi? czy obraz pełen być może, jeśli weń promyk z niebios nie spadnie?
Nie wiem... nie wiem... ale pytanie moje rzucam jako wstęp do téj powieści.

II.

Pomiędzy Włodzimierzem a Uściługiem, na pocztowéj drodze, jest wielka murowana karczma, na oko bardzo porządna, w istocie wygodna dosyć, którą, nie wiem z jaką myślą, wzniesiono w bardzo pięknem miejscu. Sąsiedztwo Włodzimierza z jednej, Uściługa z drugiéj strony, czyni ją prawie niezrozumiałą, przecież podróżny rad ją spotyka i chętnie w niéj wypoczywa. Stoi ona na wzgórku, nad parowem, okrążona ładnemi laskami i zaroślami, a na wiosnę tyle tam słowików, tak cicho i tak zielono i miło! Widok wcale nie rozległy, ale oko spotyka się z lasami, które przy wzgórzach i wodzie już wdzięczny krajobraz stanowią... Ledwiebym nie powiedział, że ktoś rozmiłowany w téj ciszy, gospodę tu dla lubiących zieloność i lasy zbudował umyślnie, bo wsi nie ma blisko, karczma usunięta jakby na przekór od niéj i wybrała sobie parów nad rzeczką, a widok na gaje, jakby ich wartość rozumiała. A choć w starym Włodzimierzu starych zajezdnych domostw nie braknie i po każdym pożarze stają nowe; choć w Uściługu niedalekim jest Złota Basia i tyle innych jéj współzawodniczek — karczma w lesie, urągając się miejskim zajazdom, widocznie stanęła z pretensyą służenia nietylko dla mnogich wozów wieśniaczych, powracających od Bugu, ale i dla większéj wygody potrzebujących podróżnych. Ogromne sieni wprawdzie i obszerny plac przed bramą mnóstwo fur pomieścić mogą, ale obok tego jest kilka pokojów bardzo porządnych, i z niejakim utrzymanych wykwintem, kanapy, stoliki, nawet coś nakształt bilardu. Przytomność tego sprzętu zdradza poniekąd myśl fundatora, który może chciał tu mieć rodzaj pohulanki dla Wlodzimierskiéj palestry; ale wolimy wierzyć, że się w piękném miejscu rozkochał, niżeli żeby na kieszeń chudą kancelarzystów miał rachować. Rachuba taka do zbytku byłaby naiwna.
Zresztą, mniejsza o gospodę, w jakim celu z takim szafunkiem cegły postawioną została, mniejsza o jéj znaczenie, przystąpmy już do tego, co się w niéj działo w roku... którego nie powiemy, dość, że 18...
Było to w lecie, przed wieczorem; drugi już dzień przestankami lał i kropił deszcz, który nietylko utrudnił podróż i rozkwasił grobelki, ale nieznośnie dokuczać musiał podróżnym. Chmury z zachodu wysuwały się zrazu jedna po drugiéj bez przestanku, czarne, szare, płowe, i leciały na wschód, gnane jakąś siłą przeważną, która im nakrótko tylko wstrzymać się dozwoliła i pasmami kroplistego deszczu oblewać ziemię spieczoną. Po krótkiéj, ale gwałtownéj burzy, która długą przerwała suszę, niebo się zasępiło, jak w jesieni, powietrze ochłodło, jakby gdzieś obfite spadły grady i ulewa naprzemiany z drobnym kapuśniaczkiem dokuczała tym, którym niedawno równie dopiekła zbyt przedłużona susza.
Przed karczmą, którąśmy wspomnieli, stały fury wieśniacze z końmi pookrywanemi staremi świtami, cierpliwie znoszącemi kąpiel wcale niepotrzebną, kilku chłopków w workach na głowie leniwie kręciło się koło wozów, była i buda żydowska płótnem obciągnięta, z któréj, tylko co zlazł woźnica dla zapalenia fajki, i biedka jakiegoś posłańca wysłanego w pilnym interesie, ale nie mającego ochoty narażać się na deszcz powiększający się ku wieczorowi, i koń osiodłany żydka i dosyć podróżnych, ba, nawet, choć słońce nierychło zajść miało, już w jednéj z izdebek gospody siedział sobie podróżny, którego wózek niepoczesny z parą tłustych, ale drobnych koni, schronił się pod dach gościnny.
Był to młody człowiek, którego przymuszony spoczynek dosyć niecierpliwić musiał, bo chodził od okna do okna, wyglądał za wrota, przypatrywał się niebu, przysłuchiwał wiatrowi, i nie mogąc nic dobrego wywróżyć ze znaków meteorologicznych, upornie niepogodę zwiastujących, zżymał ramionami i potrząsał głową. W tym podróżnym, którego łapiemy tak niegrzecznie na drodze między Włodzimierzem i Uściługiem, nie było nic bardzo zastanawiającego. Był to młody mężczyzna, lat około trzydziestu miéć mogący, ledwie średniego wzrostu, dosyć silnie zbudowany, ale nie otyły, muskularnéj budowy, którego strój zdradzał położenie w świecie z ubóstwem graniczące. Pomimo wyszarzanéj burki, starego, czarnego na wszystkie guziki zapiętego surduciny i niewytwornego ubrania, było w nim jednak coś tak szlachetnego i niepowszedniego, że w tłumie ściągnąłby oko i kazał się domyślać, jakim trafem upadł tak nisko. Twarz jego, choć nadzwyczaj opalona i czarna, ale pełna świeżości, zdrowia i siły, zastanawiała nietyle rysami, co wyrazem. Malowało się na niej to uczucie spokoju i ufności w siebie, które przystoi zrodzonemu w pracy i wypróbowanemu od losu; czoło szczególniej wzniosłe, gładkie, pięknie utoczone, oczy ciemne, bystre, pełne ognia i pojętności, uśmiech dobrocią namaszczony, nadawały téj fizyognomii cechę odrębną. Twarz ogolona cała, odznaczała się tylko męskim zawiesistym wąsem, jakby na pamiątkę starych czasów zostawionym na licu, ale nie pielęgnowanym z zalotnością tych, którzy wąsa dla nadania sobie powagi lub wdzięku używają. Wąs to był rosnący jak Bóg dał, rozsypany, bujny, o którym wcale właściciel jego nie przemyślał, ani się oń troszczył. Barwa jego nieco od włosów jaśniejsza, nie wpadała w rudą, jak to się u nas często trafia, ale zarywała na złotawą. Z pod niego uśmiechały się usta trochę wydatne, którym wyraz szyderstwa całkiem był obcy, znać ono nigdy nie postało na nich, bo nie zostawiło śladu. Nos kształtny, garbaty, mały i oczy ciemne, osadzone głęboko pod wystającą kością czołową, dopełniały całości, któréjby rychléj można kilku ołówka rysami, niż długim opisem dać wyobrażenie. Twarz ta była sympatyczna, pociągająca, piękna prawie, choć się o wdzięk nie dobijała, a słońce ją bronzowało nielitościwie; czoło tylko pokryte, bielsze znacznie od policzków, zdawało się świecić ponad nią jakimś blaskiem łagodnym i spokojnym. Mały, krępy, zręczny i szykowny podróżny nasz wyglądał młodo, zdrowo, silnie, a ruchy jego zapowiadały człowieka, który spoczywać nie lubi i o wygodach nie myśli wcale. Zrzuciwszy burkę przemokłą, wyciągnąwszy się i strzepnąwszy po przemoczoném na bryczce siedzeniu, które go zmoczyło, młody człowiek chodził żywo, żeby się rozprostować. Niekiedy piosenka przylatywała mu na usta, parę dźwięków z nich się wyrwało, ale myśl nie dawała im wybiedz swobodnie z piersi; zadumany, przestawał nucić i głęboko się zamyślał. Gospodyni domu z troskliwością przyszła się dowiedziéć, czy nie potrzebuje czego, natrąciła o samowarze i herbacie, ale podróżny poprosił ją tylko o szklankę ciepłego mleka i kawał chleba, co jéj, niestety, niezmiernie o nim złe dało wyobrażenie. Za drugim razem przyszedłszy z tém mlekiem pani domu, miała już minę daleko poufalszą i w rozmowę wdawać się niechciała; młody człowiek też nie dobijał się o nią, napił się, zakąsił, fajkę zapalił i począł znowu chodzić po izbie.
— No, co będziemy robić, Parfenie? — zapytał wreszcie chłopaka od koni, który przeze drzwi zajrzał do pana — jak myślisz? czy przeklęty ten deszcz ustanie przed wieczorem? czy nam jechać, czy nocować?
— A cóż? — odparł chłopak, chowając fajkę w kieszeń od świtki naprędce — możebyśmy pojechali, słota na trzydniówkę się zabiera, my tu jéj nie przeczekamy, a jejmość czekać będzie i niepokoić się o pana.
— Ależ to tęgie dwie mile, a droga pohana... a noc za pasem...
— Albo to my raz tę drogę przebywali I oj! oj! — odparł Parfen, kiwając głową — choć po nocy trafimy do domu... Konie napoiłem, siana przegryzły, wyprychały się, jeszcze nas taki dociągną przed nocką...
— Daćby im po garncu owsa?
— Czy to one głodne! — rzekł Parfen.
— Oj, filucie, filucie — dodał śmiejąc się i grożąc młody człowiek — tobie pilno czegoś do domu.
Chłopak się zaczerwienił, za głowę ręką pochwycił, włosy otrząsł, ale schwycony ruszył tylko ramionami.
— Jak pan każę, jak pan każę... ale jejmość będzie niespokojna, pewnie i tak na obiad czekali.
— A! no! pojedziemy, bo mnie tu się nocować nie chce — odpowiedział panicz — jak konie dojedzą, zaprzęgaj i daj mi znać.
— Duchem! — odparł Parfen.
Właśnie wśród téj rozmowy między panem a sługą, z któréj widzimy stosunek ich do siebie i odgadnąć już możemy charakter podróżnego pełen dobroci, choć nie pozbawiony energii, hałas się wszczął u wrót gospody; wyszli oba i zobaczyli piękną resorową nejtyczankę, czterema końmi siwemi wzdłuż zaprzężoną, z woźnicą na kozłach w płaszczu migdałowym, z lokajem w liberyi, zajeżdżającą raźnie i buńczuczno pod dach karczemny. Gospodyni wybiegła z szynkowni spojrzeć, kogo jéj Pan Bóg dał, i musiała, czy poznać gościa, czy się ucieszyć migdałową liberyą, bo sama nawspół z lokajem podróżnego, zaczęła rozpędzać wozy stojące w sieniach niezmiernie krzykliwie i z dowodami najwygórowańszéj gorliwości. Ledwie tego dopełniwszy, wbiegła do pokojów gościnnych z gotowym do ścierania pyłów fartuchem, a tymczasem z pięknej owéj nejtyczanki wysiadł z pomocą służącego przybyły i za nią wszedł do izby. Podróżny, który go poprzedził, zajmował ostatni pokoik i nie mógł się lękać wyrugowania, jednakże spojrzał przez drzwi ciekawie na ten wjazd tak uroczysty, na który gospodyni krzyczała, gęsi piszczały i hałasowało, co żyło, ale ledwie okiem rzuciwszy na powóz i pana, zaraz się skrył w swojéj izdebce. Parfen korzystając tymczasem z przybycia powozu i rozruchu, jaki powstał, wśród którego i jemu coś cierpko przy mówiono, co najprędzej wziął się do nakładania szlei i nakiełznywania mierzynów. Nowy podróżny, tak uroczyście przyjęty, był młodym człowiekiem, i gdy z siebie pozrzucał gum elastyczne płaszczyki, kapturki, pelerynki, chustkę i rozmaite obwijadła, ukazała się z pod tego wszystkiego piękna postać paniczkowatego młodzieńca w kwiecie wieku, to jest dwudziestoletniego zaledwie, zręczna, miła i uderzająca prawie niewieścim swym wdziękiem. Wysmukły, urodziwy, szykowny, przybyły byłby zwrócił oko każdéj kobiety, szlachetnością rysów twarzy i słodkim wyrazem tęsknych swych oczów niebieskich. Bujny włos ciemno-blond, starannie utrzymany, okalał regularny owal, pełen arystokratycznego charakteru, wśród którego oczy ślicznie osadzone i łzawo spoglądające, nos delikatnie odznaczony, i usta smutno uśmiechnione stanowiły jednę z tych fizyognomij, jaką pospolicie artyści zwykli nadawać ideałowi, którego samoistnie pojąć nie chcieli i nie mogli. Twarz była bardzo piękna, ale pomimo to niemal pospolita, a wrażenie, jakie wzbudzała, graniczyło prawie z litością. Takie to było delikatne, słabe, wątłe, biedne, tak nie męskie!! Wąsik wprawdzie wysypywał się powolnie na wierzchniéj wardze, broda świeżo ogolona dowodziła, że rosnąć miała ochotę, ale pomimo te rysy, nawet piękność, a szczególniéj charakter typu tego był całkiem kobiecy. Gdyby siła, zebrałoby się było może temu lalkowatemu paniczowi na dobroć, ale dla braku jéj zdawał się tylko bojaźliwie łagodny... Ubiór jego, nadzwyczaj i przesadnie staranny, uderzał zwłaszcza w podróżnym; począwszy od aksamitnéj czapeczki do lakierowanych bucików, wszystko, co miał na sobie, nosiło cechę najwymyślniejszej elegancyi; a rączka, gdy ją z rękawiczki glansowanéj obnażył, ukazała się taka malutka, biała, tak wymuskana i wygładzona, jak gdyby nic w życiu prócz pukla włosów i batystowéj nie wzięła chusteczki. Strój zresztą był najwykwintniejszego smaku niewidny, jednobarwny, uszyty wygodnie, a krawiec naśladował w nim modę angielską, w któréj komfort stanowi całą niemal ozdobę. Surducik, kamizelka i reszta stroju były jednego koloru.
Wszedłszy do gościnnego pokoju, podróżny długo nie mógł się odważyć na położenie tego, co z siebie pozdejmował, na stole, na kanapie lub na krześle; z kolei oglądał te sprzęty pokręcając głową, chodził, szukał i na najczystszém z krzesełek podesławszy płaszczyk, w porządku poskładał resztę chustek i zdjętéj odzieży. W téjże chwili uczuł przejmujące zimno, które zwykle u nas i w lipcu po niezamieszkanych kryje się kątach, zimno często przykrzejsze od grudniowego, wstrząsł się i dobywszy cygarnicy, żywo przechadzać się począł, szukając nań lekarstwa w przyśpieszonym ruchu. Drugi pokój zajęty teraz przez przybyłego panicza, graniczył z izdebką, w któréj znajdował się pierwszy nasz podróżny, drzwi między niemi nie były nawet zamknięte, i przypadek zrządził, że zapalając cygaro ładny ów chłopak stanął oko w oko, progiem tylko oddzielony od pierwszego naszego podróżnego, który już burkę swą wdziewał i miał natychmiast wyjeżdżać.
Spotkały się ich spojrzenia, pierwszego śmiałe i życzliwe, drugiego dość bojaźliwe, ale pełne również dobroci; panicz wyjął z ust cygaro, zdawał się niezmiennie zdziwionym, zawahał się, ruszył, postąpił, zatrzymał i krzyknął wreszcie:
— Aleksy!
— Julian! — ozwał się głos z drugiéj strony progu.
W téjże chwili oba podróżni jedném uczuciem rzuceni, postąpili ku sobie i Aleksy, nasz dawniejszy znajomy, pierwszy próg przestąpił, przez który tradycyonalnie Słowianin się nigdy nie wita; namulana dłoń spotkała się z białą rączką, która równie jak ona drżała szczerém przyjacielskiém uczuciem.
Oczy obu zabłysły serdecznością, rozrzewnieniem prawie, jakie tylko wzbudzić może przypomnienie spędzonych razem chwil młodości, koleżeństwo na jednéj ławie lub w jednym obozie.
— Co ty tu robisz, Aleksy? — zapytał Julian z czułością — co za traf szczęśliwy! ty, tutaj?
— Mój drogi, poczciwy Julianie — odparł po chwili trochę zmieszany Aleksy — ja tu w okolicy mieszkam... niedaleko, o dwie mile....
— Jakto? dawno?
— Od powrotu z uniwersytetu...
— Gdzie?
— W Żerbach...
— W Żerbach? toż przecie mila mała od Karlina; widać z okien...
— Musi tak być, bo i ja z okien mojego domku patrzę na wasze pałace i ogromne drzewa waszego parku.
— Jakto? i dotąd aniś się o mnie dowiedział? — z wyrzutem rzekł Julian — a! — dodał upuszczając dłoń Aleksego — tegom się nie spodziewał! to się nie godzi!
Aleksy uśmiechnął się smutnie.
— Mój drogi Julianie — rzekł powoli — inna to rzecz poczciwa nasza ława uniwersytecka, która równa wszystkie stany, a inna świat, wśród którego żyjemy.
— Aleksy! w tém cię nie poznaję: ale o tém potém — rzekł Julian chwytając znowu jego rękę — wybierasz się jechać? dokąd?
— Do domu!
— Deszcz leje! wieczór nadchodzi! ja nocować muszę, już daruj, ale słowo ci daję, że cię nie puszczę... musisz zostać dla mnie!
Aleksy się zawahał, ale mu łza błysła w oku.
— Proszę cię, a w ostatku gotów-em użyć gwałtu — rzekł Julian przynaglając — nie odmawiaj mi! podwójnie smutno będzie mi w téj karczmie, jeśli mnie opuścisz, ja cię przecie wybadać muszę... nagadać się.. nacieszyć się tobą... zostaniesz! zostaniesz!
— Ale...
— Niema ale, Aleksy mój drogi, musisz wieczór przepędzić ze mną.
I tak naglił, tak prosił, tak się po dziecinnemu napierał pieszczoszek, że Aleksy uległ wreszcie, zrzucił burkę i choć Parfen mruczał zniecierpliwiony, pozostał.
Wieleż to tak razy w życiu urok tych złotych chwil młodości spędzonych w jednéj sferze, ogrzanych jedném wspólném uczuciem, zbliża ludzi, którychby nic w życiu nigdy połączyć nie potrafiło! Jest to węzeł niemal tak silny, jak związki krwi, które często targa interes, gdy przyjaźń szkolna opiera się nawet stosunkom pieniężnym, najdrażliwszym ze wszystkich, niestety! Spojrzawszy na tych dwóch młodych ludzi, tak od siebie różnych, tak rodzajem żywota oddzielonych, niepodobna się było domyślić, że ich cokolwiekbądź ściśle połączyć potrafi i da im na chwilę zapomniéć, że tak daleko w klasyfikacyi towarzyskiéj stali od siebie. Wspomnienia młodości dokazały tego cudu: siedli obok, dłoń w dłoń, oko topiąc w oku, zdając się oba szukać w sobie zmian, jakim ulegli od czasu rozstania, i milczeli długo, porównywując może obraz, który im pozostał z dobrych akademickich czasów, z tym, jakie im nastręczyło niespodziewane spotkanie.
— Mój Boże! jakżeś to, panie Julianie, wypiękniał, ale razem wydelikatniał! — zawołał Aleksy — jaki z ciebie paniczyk! jak znać, że ci ciężar doli nie dokucza, żeś swobodny i szczęśliwy!
Julian westchnął, na wykrzyknik ten odpowiadając równie naiwném postrzeżeniem.
— Az ciebie opalony gospodarz, mój Aleksy! szlachcic hreczkosiéj! zardzewiałeś, bracie, zadomowić się musiałeś, zapracować! Aleś zmężniał, pogrubiał, wyglądasz wyśmienicie!
Z kolei Aleksemu wyrwało się także lekkie, niepostrzeżone westchnienie.
— Obaśmy się odmienili — rzekł powoli — inaczéj być nie mogło, ja w pracy, ty w spoczynku...
— Więc nie poszedłeś drogą naukową?
— A ty zarzuciłeś dyplomatyczną karyerę, którą marzyli dla ciebie?
— Ja musiałem przyjść w pomoc matce — rzekł Aleksy.
— Mnie interesa znagliły pozostać w domu, jestem głową rodziny.
— I ja także.
Spojrzeli w oczy i znowu ścisnęli dłonie uśmiechając się do siebie...
— Mój Boże! ile to zmian! — zawołali obydwa.
— Patrz — rzekł Aleksy — zdaliśmy się równymi sobie siedząc na ławie, która wobec nauki schylała wszystkie głowy; dziś gdyby nie pamięć tego braterstwa, jakże daleko stalibyśmy od siebie; ja pomiędzy najskromniejszemi pracownikami, których powołaniem produkować chleb powszedni; ty wśród tych, co zapewnione mając potrzeby codzienne, mogą spoczywać, marzyć, myśléć i duchem tylko pracować dla siebie.
— Wszystkie powołania — odparł żywo młody człowiek — równe są sobie, zdaje mi się, w obliczu społeczności, gdy się spełniają z poświęceniem, z pojęciem ich ważności i pożytku; na co siać niezgodę między braćmi! na co między niemi szukać różnicy!
Aleksy się uśmiechnął.
— Tak, młodsi i starsi — odparł — bracia jesteśmy, ale praw pierworodztwa i niedołęstwa młodości nic nie zetrze; wszystkie te rozprawy o porównaniu stanów doskonale wyglądają na papierze, a w świecie zastosować się nie dają. Nie możemy być równi w rzeczy, jak jesteśmy równi w obliczu prawa, Boga i śmierci... to darmo!
— Skądże ci to zdanie? — zawołał Julian.
— Z doświadczenia, mój drogi, z doświadczenia...
— Przyznasz przynajmniéj, że ukształcenie duchowe najlepiéj nas porównywa i braci, że przy niém niknąć muszą różnice stanów i położeń towarzyskich?...
— Nie żyjemy na nieszczęście duchem samym; są chwile porównania, są dla upośledzonych nawet chwile wyższości, ale żywot codzienny dzieli tych, których się dłonie splotły przypadkowo.
— To zdanie — zawołał Julian — tłómaczy mi już dlaczego o milę mieszkając od Karlina, patrząc z okien Żerbinieckiego dworku na zielone drzewa naszego ogrodu, ani próbowałeś przypomnieć sobie, że tam masz przyjaciela!
— Myślisz, że mi to kiedykolwiek wyszło z pamięci? — rzekł Aleksy — mylisz się... pamiętałem o tobie, może wzdychałem nieraz do towarzystwa twego, alem się umiał powstrzymać od pokusy.
— Przyznam ci się, że przyczyn nie rozumiem!
— Bo nie pojmujesz tego, ile różnicy robi między ludźmi ich położenie towarzyskie, obowiązki, kółko, w którém się obracają, sfera, w któréj żyją. Powinniśmy żyć tylko z równemi sobie; w stosunkach, miłych bardzo z temi, którzy mają więcej i żyją inaczéj, znajdziemy chwile rozkoszne, ale je opłacić musimy upokorzeniem lub smutkiem.
— Stara duma szlachecka mówi przez ciebie.
— Nie, młode doświadczenie, mój bracie... trzeba się często wyrzec słodyczy, które grożą upojeniem. Dla ciebie towarzystwo moje byłoby, nie przeczę, chwilową rozrywką miłą; tobieby może nieprzykrym był widok człowieka, coby w prostéj burce i szaraczkowym surducie wsunął się do twoich salonów; wniósłby z sobą nowy żywioł, rozmarszczyłby czoło twoje; — ale ja? Mimowolnie musiałbym się rozpieścić, rozpróżnować, rozmarzyć, pozazdrościć i nabyć uczucia, którego znać nie chce serce moje. Niczém ci się zdaje ten stosunek codzienny dwóch ludzi, których położenia są ogromnie różne; ja w nich widzę groźbę dla siebie i z obawy samolubnéj nie jadę do Karlina...
— To coś zanadto mądrze pomyślano, i jak na młodego, nazbyt okazuje przezorności, kochany Aleksy, a zdaje mi się, w dodatku, że jesteś w błędzie. Czemuż nie przypuścisz, że jabym mógł zmężnieć przy tobie, a posądzasz się, że sam rozpieścićbyś się musiał? Czemu nie rachujesz na wpływ własny, a boisz się ulegać cudzemu?
— Bo znam człowieka — rzekł Aleksy — a szczególniéj siebie. Położenie moje nie jest normalne, zanadto mam myśli i ducha do pługa i brony, silę się, by podołać bez westchnienia i żalu obowiązkom moim; cóż dopiero gdybym miał przed oczyma obraz, któryby co chwila budzić musiał we mnie zazdrość, żale i politowanie nad sobą?
— Nie jesteś więc szczęśliwy? — zapytał Julian z czułością.
— Nie narzekam — rzekł Aleksy — i przekonany jestem, że w każdym stanie suma szczęścia i cierpienia do osiągnienia człowiekowi dana jest równa... od niego zależy ją otrzymać. Ale na to właśnie potrzeba zróść się i wcielić w stan swój, a odwrócić oczy od tego, którego serce pragnie, gdy go osiągnąć niepodobna.
— Tak, masz słuszność — rzekł Julian — w każdym stanie, w każdém położeniu są troski nierozdzielne od bytu człowieka! — Westchnął. — Mówmy o czém inném, rozpowiedz mi swoje dzieje!... Ja ci się z moich wyspowiadam; zaraz nam podadzą herbatę, zapalimy cygara, i pośmiejemy się jak za lepszych dni naszych — ces beaux jours où nous étions si malheureux!

III.

Młodzi, spotykamy się zupełnie jak dziewczęta u studni, przychodzące po wodę, które pośmiejąc się z siebie, popatrzą się sobie w oczy, razem spojrzą na przechodzącego chłopca, poprawią włosy rozplątane na głowie, zaśpiewają, i nie spytawszy jedna drugą, skąd przyszła i dokąd odchodzi, rozstają się z tą obojętnością dziecinną, którą daje jakaś głęboka wiara mimowolna w przyszłość i życie. Tak, gdyśmy się z różnych stron świata zbiegali na ławę szkolną, nikt z nas nie pytał drugiego, skąd przychodzi, z pod strzechy słomianéj, czy blachą krytego pałacu; nikt z nas nie sięgał ciekawie poza chwilę obecną w przeszłość i przyszłość swoję i braterską, znaliśmy się, kochali, dzielili wszystkiém, nie potrzebując ani imienia, ani tytułu, ani spowiedzi, by oddać z piersi wyskakujące serce. Ciż sami, podstarzawszy na innym świecie, gdy namulane dłonie ścisnąć nam przyjdzie, i westchnąć razem do przeszłości, już pragniemy wiedziéć, kto jesteśmy, już niepokoi nas jutro cudze i nasze, to cośmy przeżyli, brzemiona dawne i nowe, już chcielibyśmy wcisnąć się do duszy, zajrzéć do głębi tych, których kochamy: już smutniejsi pytamy się jedni drugich, z jakiego jesteśmy świata! A! bo wśród jednéj ludzkości ileż to światów udzielnych, niedostępnych, odgrodzonych, poprzedzielanych od siebie!! A wśród nich dwa główne światy,,patrzące na się okiem nieufném, z jednéj strony z pogardą, z drugiéj z zazdrością. Jest to świat bogatych i ubogich, świat tych, co się bawią i tych, co pracują, dwa obozy, dwa zastępy, któreby wspólnemi siłami dźwigać powinno brzemię przyszłości, a nie chcą sobie podać serc i ręki do uścisku. Z obu stron jest wina wielka; jedni zazdroszczą szczęścia, które wymarzyli sami, drudzy mają się za coś wybranego, dlatego, że nie pojmują swoich obowiązków i do formy zbyteczną przywiązali wartość, śmiejąc się z grubijaństwa, gdzie uwielbiaćby należało serce, gardząc powierzchnią, gdzie głąb ze szczerego złota pokrywa szorstka skorupa. Z obu, tak, z obu stron wina wspólna i omyłka nie darowana.
Tych to dwóch światów przedstawiciele, Julian i Aleksy, dawniéj towarzysze na akademickiéj ławie, dziś już prawie obcy, spotkali się trafem w téj gospodzie na gościńcu, którędy zarówno wszystkich pędził los do nieznanych celów. W pierwszéj chwili gorąco przypomniały się im obu dawne czasy braterstwa i w poczciwém zapomnieniu społecznych warunków życia, podali sobie dłonie ze łzą w oku; ale gdy ochłonęli, oba poczęli mniéj ufnym mierzyć się wzrokiem, i pierwszy raz w życiu postrzegli, jaka ich przestrzeń dzieli od siebie.
Wykwintny strój Juliana, jego niewieścia twarzyczka, burka przemokła i ogorzała twarz Aleksego, uderzyły ich nawzajem i pierwszy, uboższy, cofnął się od starego przyjaciela. Nie uszło to bacznego oka Juliana, który i z rozmowy wniósł, że towarzysz dawny już się jak wprzód za równego mu nie uważał, i zabolał. Dotąd ani jeden ani drugi nie wiedzieli nic o sobie, prócz, że byli ze stron jednych, z jednego ukochanego kątka kraju, że ten był bogatym, ów ubogim; na myśl im nie przyszło głębiéj zajrzéć w siebie; dziś, gdy na nowéj drodze zeszli się znowu, obadwa uczuli potrzebę poznania się bliższego.
Tymczasem herbowny sługa Juliana zniósł do izby gościnnéj mnogie pakunki, bez których panicz ruszyć się nie mógł; rozstawiono przybór do herbaty, zawrzał samowar i znalazło się wszystko, co wygodnie mogło zastąpić wieczerzę, nawet z pewną elegancyą podaną. Przyjaciele zasiedli przy okrągłym stole, a Julian zrzuciwszy z siebie ubranie, ukazał się w paradnym atłasowym szlafroku, w krymce perskiéj, w aksamitnych szarawarach i złotem szytych pantoflach; pod nogi podesłano mu dywanik, ścianę także zaraz obijać zaczęto makatką, którą po staroświecku płotkiem zwano — i nie poznałbyś izby karczemnéj, tak się wyświeżyła i przybrała na przyjęcie dostojnego gościa.
— Niech tu i twoję pościel przyniosą — rzekł Julian — położymy się i gadać będziemy do dnia białego.
Aleksy się rozśmiał.
— Mój drogi — rzekł — ja nie jeżdżę z pościelą, dadzą mi trochę siana, rzucę na nie kilimek z bryczki zdjęty, gdy go trochę przesuszą, okryję się burką i po wszystkiém...
Julian spojrzał trochę zdziwiony, ale nic nie odpowiedział. Gdy się rozgrzali, rozgadali i rozochocili upajając wspomnieniami, Aleksy pierwszy zagadnął towarzysza.
— Mój drogi — odezwał się — byliśmy z sobą bardzo dobrze chodząc na oddział jeden i kolegując lat kilka; ale tyle znam twoje położenie, co ty moje. Wiem, i tegom się już w Żerbach dowiedział, że jesteś, wraz z siostrą i bratem, dziedzicem wielkich włości, że masz pałac, żeś pan jedném słowem... Chcesz także wiedziéć coś o mnie, ośmielże mnie zaznajamiając naprzód z sobą.
— Najchętniej, sam tego pragnąłem — odpowiedział Julian, podpierając się na ręku i smutny przybierając wyraz twarzy — zaraz ci powiem wszystko, co się mnie tyczy, ale nie spodziewaj się ani wiele, ani nic ciekawego usłyszeć... pospolite pańskie dzieje! boć niby to pan jestem!
— Niby?...
— A! tylko niby — rzekł Julian wzdychając. — Wychowali mnie na pana, bo noszę jedno z tych imion, które się na kartach historyi kilkakroć spotyka, a związkami swemi należy do arystokracyi krajowéj; ale państwo nasze bardzo kruche.
— Nie jesteście przecie zrujnowani? — spytał Aleksy.
— Dotąd nie, ale na to imię głośne, na tryb życia, który prowadzić musimy, mamy za mało!!
— Nie wiedziałem, żeś tak chciwy!
— Ja! zlituj się! nigdym nie zgrzeszył żądzą bogactwa, ale... — Julian westchnął.
— To bieda — przerwał Aleksy — że cię wychowali na pieszczoszka, na paniczyka, na delikatne stworzeńko, które potrzebuje puchu złotego, ażeby w nim wyżyć mogło.
Julian spuścił oczy.
— Masz słuszność — rzekł powoli — przez zbytek troskliwości może, przez jakieś niewyrachowanie, zrobiono ze mnie istotę najnieszczęśliwszą, drżącą nieustannie nad urojoném cierpieniem, którego-by znieść nie potrafiła... Wszystko mnie przeraża: chłód, gorąco, brak tego, do czego nałogowo przywykłem; życie moje zdaje mi się przywiązane do tych tysiąca warunków, które dla takich, jak ty nic nie stanowią... z którychbyś ty śmiać się miał prawo...
— Matka nasza — dodał Julian po chwilce — mając inne obowiązki, poszedłszy drugi raz za mąż, zmuszona oddzielić się od dzieci, zdała nas na opiekę najlepszego, ale najsłabszego z ludzi... Ten nas wypieścił tylko... Wiesz, że nie byłem w szkołach, żem nigdy nie zakosztował tego życia rówieśniczego, na współkę z garścią młodzieży przedstawiającą próbkę przyszłego świata, aż dopiéro gdy stryj oddał mnie wprost do uniwersytetu, posyłając mnie tam z kucharzem, dwoma guwernerami, marszałkiem dworu, powozem i całym tłumem nianiek mających czuwać nad wygodami jednego dziecięcia!... Gdyś mnie poznał, już po części byłem takim, jak dziś jestem; na chwilę śmiech wasz trochę mnie poprawił... ale już się kryć musiałem tylko, bo się odmienić nie mogłem. Powróciłem do domu zaczerpnąwszy nieco życia, więcéj orzeźwiony przez ludzi, z któremi się spotkałem, niżeli nauką, która mi nie była obcą, którą chwyciłem łatwo i pojąłem prędzéj od innych. Gdyście się wy gotowali na niepewne z losami walki, ja szedłem do zaciszy domowéj, widząc odrazu przed sobą, co przede mną leży w przyszłości... i zawczasu przeczuwając gorycze tam, gdzie wy upajaliście się nadziejami... Nie miałem i nie mam siły do żadnéj walki; kaleka, zesłabły muszę siedziéć za piecem, żeby od chłodu nie umrzéć... A! zazdroszczę ci twéj burki i wesołéj twarzy, kochany Aleksy... Zdała patrząc na mnie, powiesz sobie: szczęśliwy!... ale zajrzawszy do głębi!!... Mam pozór pana, mam dostatek, mam imię, a nie jestem i nie mogę być szczęśliwy i czuje się do niczego niezdatnym.
— To wina wychowania — rzekł Aleksy — ale zdaje mi się, że pracą wybrnąć możesz z tego...
— Duchem podnieść się potrafię, ale kto mi da nową suknię, inne ciało, siły, narzędzia czynu, wytrwałość, energię, odwagę i ufność w siebie, któréj mi braknie?
— Zdobędziesz i to wytrwałą pracą, kochany Julianie — rzekł Aleksy z uczuciem — i zasmakujesz w życiu, bylebyś ze złożonemi nie pozostał rękoma, litując się nad sobą, wzdychając i nic począć nie śmiejąc...
— Tak, wszystkoby to było możliwém — odparł Julian — ale ja nie jestem panem siebie; tysiące okoliczności mnie krępuje i przykuwa... Jestem głową biednéj mojéj rodziny, mam obowiązki względem świata, z którym wiążą mnie odwieczne stosunki, formę i habit zakonu mojego przywdziewać muszę... ani uciec, ani się odrodzić nie mogę. Posłuchaj... Stryj, który nas wychował, jak tylko ujrzał mnie dorosłym, cały ciężar zrzucił na mnie; mam siostrę, mam brata. — Tu Julian westchnął smutnie. — Sam będąc, nie zważałbym na nic; zmieniając tryb życia, pociągnąłbym ich za sobą, a ich przyszłością rozporządzać nie mam prawa, muszę ją drogą tradycyj rodowych prowadzić... Jestem i zginę panem! Tymczasem ten dostatek, który widzisz, więcéj jest pozorny niż prawdziwy; mam żyć z czego wygodnie, ale przyszłość straszna! oszczędnością, poświęceniem czasu na mnogie interesa i nieskończone drobnostki, okupywać ją muszę, nudzę się, męczę, stękam i przykuty do taczki wlokę za sobą ciężar nieznośny... z którego mi budują więzienie. W przyszłości, dla ocalenia imienia, dla oswobodzenia się od długów, czeka mnie małżeństwo obrachowane z jaką dziedziczką potrzebnego miliona i życie w téj niewoli... do końca! I Oto masz obraz złoconéj nędzy tego, któremuś może pozazdrościł w duchu.
Aleksy się zamyślił i ściskając rękę przyjaciela, nierychło odezwał się, zwracając na niego oczy pełne wyrazu i ognia.
— Oba więc równie niewolnikami jesteśmy i nieszczęśliwemi, ale z dwojga kto wié, czyj los lepszy jeszcze... Ja walczę, alem zbrojny i gotowy do boju, ale się niczego nie lękam, ciało i duszę mam zahartowaną; owszem, jakiejś doznaję przyjemności, łamiąc się z losem i wydobywając z pod gniotących brzemion niedostatku... Zresztą i ja-m niewolnik i dla mnie nic nie obiecuje przyszłość prócz pracy. Ty wśród twojego życia masz czas duchem się podnieść i umysł twój kształcić; ja z pługa wyprzężony jak wół, padam wołając spoczynku... Inne marzyłem życie, dopóki miałem ojca, co nasz zagon uprawiał i puścił mnie w świat szukać tego, co ludzie dawniéj losem i szczęściem nazywali; uczyłem się, pragnąłem coś zdobyć nauką, zbudować sobie przyszłość... wszystko spełzło i zniszczało... Ostatniego roku, po powrocie moim do domu, przyszła wkrótce żałoba... umarł poczciwy stary ojciec, wzdychając do spoczynku, na który zapracował sześćdziesięcią latami nieustannego i najniewdzięczniejszego znoju... Została matka i trzech młodszych braci... a ja najstarszym, i za los ich odpowiedzialnym, a na nas wszystkich trzech chłopków w Żerbach i kawał ziemi z ciężarami... Musiałem się wyrzec drogi, którą iść miałem, i poświęcić się rodzinie, aby z głodu nie zmarła, aby jéj nie wyrzucono z ojcowskiéj zagrody na gościniec, jak żebraków. Z początku targałem więzy moje, niecierpliwiłem się, narzekałem, dziś ujeżdżony, ciągnę pług, jak dobry wół, któremu już jarzmo karku natarło. A przyszłość?... widzę ja zardzewienie, upadek ducha, poślubienie rzeczywistości... nic więcéj.
Aleksy mówił i podniósł głowę, kończąc te wyrazy.
— Ale nie godzi mi się — dodał — narzekać... żaden z nas nie dostał w kolebce przywileju na szczęście, wszyscyśmy dziećmi jednych przeznaczeń i doli, schylmy głowę i pracujmy ochoczo, abyśmy wysłużyli sobie zapłatę na innym świecie. Nie pytają nas, coby nam lepiéj, miléj, łatwiéj robić było, i słusznie: praca wybrana nie byłaby pracą ale zabawką, poświęcenie przestałoby być ofiarą; życie straciłoby wartość swą przygotowawczą i nagroda walki dostałaby się nam niesłusznie; naszą rzeczą nie dać sobie upaść na duchu, nie skalać się, nie zezwierzęcieć, i dojść do mety choć skrwawionym, ale niesplamionym!
Julianowi oczy zabłysły także.
— Masz słuszność — rzekł z zapałem — mówisz tak pięknie, że i we mnie bije serce, a taki człowiek jak ty, bądź-co-bądź upaść, cofnąć się, zardzewieć nie może...
— Cha! cha! — rozśmiał się Aleksy — tobie interesa, mnie ręczna prawie praca nie daje swobodnie pomyśléć nad sobą... Koń okulał, ruszaj do stajni, panie magistrze; krowa zachorowała, chłopek się upił i pobił, nierogacizna w szkodę weszła, rzuć książkę i w pole... Innym razem stój na słocie lub na skwarze, a gdy późną nocą powrócisz do domu, toć ci potrzeba pozapisywać, coś robił, rozdysponować na jutro, dać ciału spocząć... i myśl musi wygnana siedziéć za drzwiami.
— Nie lepiéj i ze mną — odpowiedział Julian — całemi dniami bawić po francusku szczebioczących gości, którzy mnie uszczęśliwiają, donosząc o kartach, o miłostkach i o nowych ekwipażach swoich; spierać się z plenipotentami czyhającemi na twe lenistwo, rachować, prawić komplementa, jeździć z wizytami, chorować, stękać i nudzić się... oto moja dola. Dodaj do niej brak siły, brak męstwa, wiekuistą obawę ruiny, upadku i przerażającego ubóstwa, a uznasz, że nie mamy sobie czego zazdrościć. A! nie takie! nie takie marzyliśmy życie!...
— Pamiętasz Julianie — weseléj przerwał Aleksy — tyś miał pracować jako dyplomata i roiłeś, że sumieniem i prawością świat, ludzi i państwa rządzić będziesz... nowe żywioły wprowadzając do zastarzałych tradycyj, opartych na przebiegłości i rozumie... Oprócz tego, chciało ci się Włoch, cieplejszego nieba, podróży i czarnookich Hiszpanek...
— A tobie! a tobie, Aleksy! pamiętasz tego wieczora na bulwarach, gdyśmy do północy durzyli się wzajemnie, opowiadając sobie nasze projekta... jak się chciało wszystko być winnym swéj pracy, dźwignąć się sumieniem; jak wierzyłeś w to, że niema czegobyś nie zdobył wolą potężną? Miałeś, jak dziś pamiętam, zarazem stać się możnym, sławnym i w dodatku poślubić zaraz ideał, który, jeśli mnie pamięć nie zwodzi, wyglądał bardzo arystokratycznie...
— Twój-bo zawsze, kochany Julianie, strasznie był demokratyczny — odparł Aleksy. — Gdy ja oczyma błądząc po oknach, szukałem w nich czarnych oczów mojéj bohdanki, do któréjbym się tylko mógł modlić, jak do gwiazdy mego przeznaczenia, ty wołałeś szukać po ziemi maleńkich owych istotek, uśmiechniętych, figlarnych, wesołych, z zadartemi noskami i buzią różową... które cię zachwycały.
— I zachwycają — rozśmiał się Julian — mój ideał śmiać mi się i śpiewać powinien jak ptaszyna...
— A mój... to coś naksztalt Beatriks Danta... A! mój Boże — dodał Aleksy — godziż mi się powracającemu z jarmarczku, wspominać imię nieśmiertelnego wieszcza usty, które tylko co z chłopami się o skóry i zboże spierały!! Mnie mówić o ideałach! mnie! Ustąp, maro... ideałem moim zapłacić podatek i uniknąć administracyi... precz pokusy!! precz!!

IV.

Rozmowa, jak to bywa między staremi przyjaciółmi, którzy się nie widzieli długo, przeskakiwała tak na najrozmaitsze przedmioty; Julian i Aleksy zarówno potrzebowali tego wylania duszy, podziału życia, które mu odejmuje ciężaru. Jednak pierwszy był szczerszym, drugi, jak wstydliwą ranę, ukrywał ubóstwo swoje i więcéj się kazał domyślać, niż spowiadał...
— Tego ci darować nie mogę — rzekł Julian, kładnąc się w łóżko wygodnie i zapalając nocną lampkę podróżną — żeś ani pomyślał o mnie, zamieszkawszy w Żerbach... chociaż tłómaczyłeś mi się z tego, przyznam ci się jednak, że dobrze nie pojmuję przyczyny. Miałżebyś być śmiesznym jakimś demokratą, który wszystkich majętniejszych uważa za osobistych nieprzyjaciół i przesądom kasty poświęca nawet uczucia serca?
— Za takiego mnie miéć nie możesz — odparł Aleksy — znasz mnie trochę; nie posądzisz mnie także o dumę, u ciebiebym zresztą upokorzenia się nie spodziewał; ale w mojém przekonaniu, wszelkie stosunki ściślejsze powinno się zawierać z wielką na ich skutki bacznością. Praktyka życia cała na tém: kto się rzuca w objęcia wszystkich bez wyboru, przygotowuje sobie cierpienia i zawody. Miłoby mi było czasem pojechać do Karlina, przepędzić wieczór z tobą, ale zważ, do czego to prowadzi... do rozmarzenia, do rozpieszczenia, do zmiękczenia, gdy ja i tak całych sił charakteru potrzebuję, żeby się na stanowisku obowiązków moich utrzymać. Nie przerywaj mi, pozwól się wytłómaczyć.
— Mówiłeś już raz to — zawołał Julian — ale cię nie rozumiem.
— Posłuchaj, pojmiesz mnie, kochany Julianie; nasze położenie towarzyskie oddala nas od siebie... ja muszę nie piąć się w górę, ale trzymać na dole, żeby mi się głowa nie zawróciła, żebym nie tęsknił i nie płakał. Każde wyjście moje w świat weselszy, swobodniejszy, bliższy tego, do którego wiodła mnie chęć wzniesienia się umysłowego, zakrwawia serce i siły odbiera. U ciebie znalazłbym książki, na których czytanie nie mam czasu; zahartowany, nauczyłbym się wygódek, do których przywykać nie powinienem; zresztą Bogiem a prawdą... kiedy już powiedzieéć ci trzeba wszystko, spotkałbym może ludzi, którzy nie tak jak ty-by mnie przyjęli... a stosunki nasze wyciągnęłyby mnie na wydatki acz drobne, ale dla mnie niepodobne... Nie pytaj więcej... spowiadać mi się ciężko.
— Jest może trochę prawdy w tém, co mówisz — odezwał się Julian po namyśle — ale ogromnie przesadzasz... Naprzód stosunki nasze nicby cię kosztować nie mogły.
— A czas?
— Nie masz-że chwil wytchnienia?
— Prawie nie mam... ty nie wiesz, co to maleńkie gospodarstwo, w którém sam pan wszystkich zastępuje oficyalistow.
— Po wtóre — mówił Julian — u mniebyś pewnie nie spotkał nikogo, coby śmiał nieposzanować przyjaciela mego.
— Ale wejrzenia! ale półsłowa... ale ta zimna wasza zabijająca grzeczność!
— Jesteś uprzedzony, kochany Aleksy; nikt nad nas nie jest łagodniejszym i w codziennych stosunkach łatwiejszym; kto się szanuje, tego szanują wszyscy...
— Zresztą — dodał Aleksy, chcąc urwać rozmowę — powiedziałem sobie rozpoczynając życie, że je poprowadzę drogą, jaką mi wskażą obowiązki, a nie pozwolę sobie żadnéj słabości. Jestem przekonany, że stosunki ludzi, których los daleko od siebie w oddzielnych postawił szrankach, muszą być dla nich ciężarem i są groźbą dla ich przyszłości. Przyjaźń nawet i uczucia serca nie są w stanie zwalić przepaści, jaką ich dzieli urodzenie, wychowanie, pojęcia, obyczaje...
— Za kogoż ty mnie masz? — ofuknął się Julian, na wpół żartem, wpół seryo.
— Za najlepszego z ludzi — rzekł Aleksy — ale za najsłabszego... za najpoczciwsze z dzieci arystokracyi, do której należysz ciałem, duszą, życiem i słabością twoją.
— A! na co mnie tak rozpieszczono — przerwał Julian — na co ze mnie zrobiono na całe życie bojaźliwe dziecię tylko! To mnie czyni w oczach twoich niegodnym nawet przyjaźni, której łaknę, bo bym w jéj wodach obmyty zmężniał może i orzeźwiał!
— Dzięki ci Julianie... ale codzień mniej się będziemy rozumiéć; dziś jeszcze jest węzeł święty, co nas łączy, ale każda chwila rozplątywać go będzie powoli, i przyjdzie godzina, w któréj ja ciebie, a ty mnie ruszeniem ramion powitasz... Nie masz-że nikogo pomiędzy rówieśnikami, z kimbyś mógł żyć jak z bratem?
— Jest ich wielu i bardzo poczciwych — smutnie jakoś odpowiedział Julian — ale dlatego właśnie, że to są ludzie mojego świata, ludzie jak ja słabi, oprzeć się na nich nie mogę. Myślisz, że ja nie czuję i nie znam choroby całego plemienia, do którego należę? Mylisz się, mój Aleksy! Dziś my niedobitkami tylko jesteśmy pułku, który wiódł niegdyś do zdobycia cywilizacyi i przewodniczył w szeregach, pierwszy krew przelewając za nią; aleśmy zapomnieli i podań, które wiodły jak gwiazda i przerodzili się w bezczynne istoty, których żywota celem użycie, spokój, próżnowanie... Krwią zapracowane mienie, ogłada nabyta, wszystko nam na złe poszło; jedno i drugie pokolenie zwichnęło kierunek całéj klasy, która nie może być nieużyteczną narością, musi i powinna być żywym organem społeczności. Tymczasem staliśmy się anomalią, nieużytkiem, ludźmi bez znaczenia i przeznaczenia innego nad smakowanie żywota... To ja dobrze, jak ty rozumiem... i boleję nad tém. Krzyki na arystokracyę, z których się śmiejemy wszyscy, gdy z ust papuzich energumenów lecą, mają przecie i przyczynę i znaczenie; ci ichmość nie skomponowali ich sami, powtarzają; ale tkwi w nich zarzut słuszny, — z rycerzy, z zakonników, z wysłańców, z ofiarników, staliśmy się martwą częścią towarzystwa, dogorywającą gnuśnie. Zbytek i miękość dobijają nas wyziewami, które, jak zapach kwiatów, usypiają, durzą, zaczadzają i morzą.
— Najzupełniejszą masz słuszność — przerwał Aleksy — ale znając tak doskonale chorobę, czy nie znajdziesz na nią lekarstwa?
— To co wieki zrobiły, tego ani jeden człowiek, ani jedna chwila zmienić nie może; warunki zmieniły się wkoło, zmienią się i pozostałości innych wieków, i my się odrodzim, ale nie łatwo, ale nie prędko... Dziś zabija nas bezsilność, rozpieszczenie, zbytki i brak celu w życiu.
— Tak jest — odezwał się Aleksy — ale cel łatwobyście zobaczyli, gdybyście pracować chcieli..
— Nie przywykliśmy do pracy... używamy, i jak nałogowy pijak, konamy od trunku, nie umiejąc się wstrzymać od picia...
— Cel dawny tych, co wiedli zastępy na dalekie boje, co krew przelewali walcząc z dziczą, inny był całkiem; zmieniły się warunki, świat, wszystko; dziś inne podboje naglą i wybyście ku nim prowadzić powinni. Są to zdobycze ducha, krainy wiedzy, a nadewszystko przeprowadzenie do czynu téj moralności chrześcijańskiéj, któréj martwą literą dziko się posługujemy, zakrywając nią od zarzutów pogaństwa, w którego żyjemy błędach. Każda warstwa ludu ma przeznaczenie, każda ma rolę jakiegoś kółka w machinie społecznéj; wyście dziś bezużyteczną jéj cząstką, z pięknego wyrobioną kruszcu, ale bezwładną i potrzaskaną...
— I ja to tak jak ty pojmuję — rzekł Julian — ale mamże być apostołem? Spójrz na mnie: gdzie siły do rozpoczęcia życia nowego? Wreszcie, my, cośmy szli przodem, musielibyśmy iść dzisiaj prostemi szeregowcami, dorabiając się szlifów, które, wedle pojęć naszych, dziedzictwem się nam należą. Na wodzów mieliśmy dosyć siły i zręczności, na prostych żołnierzy jeszcze za mało ofiarności mamy...
Westchnęli oba.
— Wiesz co, Aleksy — rozśmiał się Julian, nowe zapalając cygaro — górnolotna rozmowa nasza przypomina mi strasznie nasze lata uniwersyteckie, kiedyśmy to za stołem, przy szklance herbaty, świat przerabiali nanowo i przeskakiwali z ziemi do nieba równemi nogami... zaczepiając najważniejsze zagadnienia towarzyskie i religijne.. a! dobre to były czasy!
— Dobre, i nie wrócą się nigdy...
— A pamiętasz Piotra?
— A przypominasz sobie Ignacego?
— Co się stało z ładną Manią?
— A! jak nieładnie zestarzała!
— A profesorowa Z...
— Umarła.
— A szanowny nasz Capelli?
— A nieoszacowany J... a K...!
Sypnęły się wspomnienia, śmiech młody wzleciał na usta, zapomnieli o znużeniu, o potrzebie snu, o różnicy położeń, o wielkich zagadkach, które tak gorliwie rozwiązywali przed chwilą, z poważnych ludzi stali się dziećmi, a trwało to, dopóki jakieś niepotrzebne wspomnienie nie sprowadziło ich na ziemię...
— A! — rzekł Julian — każdy z nas dźwiga na ramionach brzemię życia... szczęśliwy, komu Bóg dał siłę...
— Wiele siły lub uczucia mało!... Ale jedna się nabywa, drugie utrącą powoli, e sempre bene; przecież nam nikt nie obiecywał raju, gdyśmy rozpoczynali płaczem pielgrzymkę naszę... Ostrzegali nas wszyscy, że nie pójdziemy po różach!
Na te słowa wbiegł nagle, napół ubrany, służący pana Juliana i nastraszył podróżnych zbladłą twarzą i pośpiechem, z jakim wleciał...

V.

Julian widząc wbiegającego służącego, zerwał się z łóżka zbladły, chwytając za piersi, pod którą biedne serce jego wstrząśnione żywo, przykro bić zaczęło, oczy zwrócił na Sawę, i przeczuwając coś niezwyczajnego, oczekiwał tylko, co nań spadnie.
W istocie, nieroztropny młody sługa mógł był najśmielszego nastraszyć, tak wpadł nagle z twarzą wywróconą, z oczyma pałającemi, widocznie pilno potrzebując jakąś złą wiadomość udzielić swemu panu. Jakkolwiek więcéj ostrzelany Aleksy, któremu na myśl przyszedł pożar, zerwał się rownemi nogami, i narzuciwszy burkę na ramiona, gotował się do wstania. Sługa zaś wpadłszy i dopiero w progu drugiej izby pomiarkowawszy się, że postraszył panicza i nieznajomego pana, zaciął się, zapóźno wyrozumiawszy, począł z głową spuszczoną mruczeć coś niezrozumiałego.
— Co się stało! co to jest? — zawołał Julian.
— To, proszę pana... z Karlina!
— Z Karlina! — schwycił się Julian. — Kto! jak! cóż się tam stać mogło?
— To się jeszcze nic nie stało, proszę pana — rzekł Sawka — ale gadają, że ktoś zachorował!...
— Któż to jest z Karlina? gadaj a prędzéj!
— To, proszę pana... my z Hryćkiem stali ta se fajki palili na wrotach... a tu...
— Ale mówże prędzéj — niecierpliwiąc się, począł Julian, którego oczy błysły.
— A tu... patrzym... rycht siwy i majaczeje na bidce, jakby Samojło od folwarcznych koni, a macha traktem. Tak ja na niego w krzyk, zastanowił się i powiada, że jedzie do miasteczka po doktora...
— Któż zachorował? — przerwał Julian — ale któż? mówże?
— To proszę pana, wczoraj słyszę starsza pani przyjechała, jak nas nie było, i gadają, że mocno zasłabła...
— Moja matka! moja matka! zaprzęgać konie! — zawołał — pakować... Samojło niech śpieszy.
W pierwszéj chwili chwycony uczuciem Julian, wyrwał się z łóżka, ale zaraz dreszcz go pochwycił, zimniejsze powietrze objęło go nieprzyjemnie, i spojrzał w okno, przez które czarna noc wyglądała z flagą deszczową, z wichrem i burzą; Aleksy już był na nogach.
— I ty wstajesz? — spytał Julian.
— Nie wiem, czy się na Samojłę twego spuścić możesz — odpowiedział towarzysz — przytém doktor Greber może być zajęty, może go szukać przyjdzie, każę zaprzęgać konie i lecę sam po niego...
— A! jakiś ty poczciwy! jakiś ty nieoszacowany! nie śmiałem cię prosić tylko, aleś zgadł żądanie mego serca — zawołał Julian — przepraszam cię... i serdecznie dziękuję...
Nim Sawa pozbierał rzeczy swego pana i przygotował mu ubranie, Aleksy oblawszy się wodą zimną, strzepnąwszy w mgnieniu oka był odziany, wybiegł do stajni, rozbudził Parfena, pomógł mu założyć konie, a sam na pożegnanie tylko przyszedł do Juliana.
— Co mam zrobić z Greberem? — zapytał, podając rękę powoli ubierającemu się smutnemu towarzyszowi, którego twarz zbladła i ręce drżące zdradzały osłabienie po nocy bezsennej i niespodzianém wzruszeniu.
— Weź konie pocztowe i przywoź go do Karlina — zawołał Julian — a prędzeéj! Zrób co chcesz zresztą, bylebyś przywiózł doktora. Matka moja nie ma ufności tylko w Greberze, choć ja go, szczerze powiedziawszy, nie lubię... wyszukaj go i przybywaj... ja cię poprzedzę... Co za los szczęśliwy, żeśmy się spotkali... do zobaczenia, do zobaczenia...
— Ale i ty sam możesz potrzebować doktora — przerwał Aleksy ze współczuciem, widząc Juliana drżącym i zesłabłym prawie.
— Nic to, nic mi — uśmiechnął się Julian — nerwy kobiece; najmniejsza rzecz z nóg mię obala, ale chwila spoczynku podnosi... nie obawiaj się o mnie... Wprawdzie podróż po nocy, po tych drogach, w taką porę, ciężką dla mnie będzie, ale tak jestem niespokojny o matkę!
Nie tracąc czasu na dłuższe pożegnanie, Aleksy, którego wózek stał już zaprzężony w sieniach, obwinął się burką, zapalił krótką węgierską fajeczkę, od której zapachu zakaszlał się Julian, i rozkazał pędzić do miasteczka.. Gościńcem pocztowym było do niego wiorst tylko kilka, ale jedna niepoczciwa grobelka, a daléj rozmokłe piaski i gliny. Parfen zaciął mierzyny, które nie przywykłe do bicza, z góry uniosły prawie i jak piłkę powlokły za sobą lekką bryczynę. Z pełną wzburzonych wspomnieniami myśli głową Aleksy jechał zamyślony i smutny.
— Wczoraj jeszcze tak byłem już spokojny, tak zrezygnowany, tak prawie głupio szczęśliwy; dziś! potrzeba takiego trafu, żebym na drodze mojéj spotkał Juliana, żeby we mnie wszystko zamarłe odżywiła ta rozmowa. Drobna na pozór okoliczność, a nie swój będę długo... tyle żalów podniosło głowy! tyle pogrzebanych powstało nadziei! Biedni my ludzie! Nie! nie pojadę do Karlina, musiałbym się rozbałamucić, rozpróżnować, a nie mam na to czasu! Doktora Grebera wyprawię, a sam pośpieszę do domu; nie jestem im tam potrzebny...
A! co się zrobiło z Julianem! biedny Julian! jakie to słabe, dobre, a do niczego!
Tak marząc, ani się postrzegł Aleksy, jak stanął w miasteczku i przesunąwszy się po ciemku przez błotniste ulice, zatrzymał się u bramy dworku, w którym mieszkał, znajomy mu z daleka, doktor Greber. Samojło, który za nim jechał swoją biedką, podjął się dostukać do zapartych wrót, poza któremi cała zgraja psów szczekliwych, zbudzonych hałasem, wściekle ujadać zaczęła. Na wschodzie ledwie świtać zaczynało, chmury osłaniały całe niebo, a deszcz lał w najlepsze. Aleksy cierpliwie czekał, żeby się przed nim brama, lub choć furtka otworzyła, ale w dworku znać wszyscy spali jak zabici.
Nareszcie coś się zaruszało w ganku, w pomroce postać jakaś zbliżyła się do furtki i Aleksy postrzegł służącego w kożuchu, który klnąc przyjezdnych, wpuścił do środka młodego człowieka.
— Jest doktor w domu?
— A jest! ale niedawno powrócił!
O więcéj nie pytając, wbiegł do sieni Aleksy i kazał się prowadzić do Grebera. Wzdragał się służący, po małéj bryczce i parze koników nie bardzo zamożnego domyślając się pacyenta, ale zasłyszawszy o Karlinie, otworzył drzwi sypialni, w której pan doktor spoczywał.
Greber nie taił się z tém, że pochodził z rodu izraelskiego, którego wiary, błędów i stroju wyrzekał się zupełnie; ochrzczony i ogolony, chodził we fraku, jadł szynkę, o szabasie zapomniał, ale natura odzywała się w nim, przebijając tę powierzchowną skorupę chrześcijaństwa, którą przywdział tylko dla interesu i wygody. W rzeczy saméj, pan Greber nie miał żadnéj wiary, choć wszystkie szanował; sprytny, nadewszystko praktyczny i umiejący się obchodzić z ludźmi, ze sztuki swéj korzystał i widział w niéj tylko kawałek chleba.
Grał taką rolę, jaką mu odgrywać wypadało, pochlebiał, układał się, przymilał pacyentom, a śmiał się z nich wyszedłszy za drzwi. Umiał mówić o wysokości swego powołania, o posłannictwie lekarza, o ważności jego stanowiska, ale w sobie powodował się tylko rachunkiem i grosz robił wszelkiemi sposoby. Pomimo téj żyłki spekulacyjnéj, na której niepodobna, aby się ludzie poznać nie mieli, Greber wszędzie znajdował zwolenników i powszechnie był wzięty. Naprzód, służyło mu szczęście; powtóre, szczęśliwy lub nie, tak się umiał przypodobać, tak nigdy nie sprzeciwiał się nikomu, tak każdemu pozwalał na to chorować, na co chciał, kurując go po cichu na to, co widział, tak był uległy i posłuszny w wyborze metody, tak miły w towarzystwie, że się go odkochać nie mogli. Nadewszystko jednał sobie tém serca, że o medycynie słuchał rozprawiających z niezmąconą niczém powagą. Lubił kto pigułki, doktor Greber zachwalał je nad wszystkie sposoby preparowania i silnie za niemi argumentował; proszki, dawał proszki, miksturę, to miksturę; chciał się kto u niego leczyć homeopatycznie, miał apteczkę pod ręką i wiele pięknych dowodzeń na stronę nowej metody; Prisnitzem nie gardził, Leroy przyjmował, Miniajewa nie ganił, Morissona tolerował, Raspail’a dozwalał; słowem, kurował, jak się komu podobało, nawet magnetyzmem i babskiemi lekarstwami, w potrzebie tłómacząc je prastarą tradycyą. A jaki był grzeczny! a jak łagodny! a jak pocieszający! Człowiekowi, co niema serca, najlatwiéj podobno być zawsze serdecznym: nic go nie poruszy, nic nie wstrząśnie, nic nie pozbawi pogody umysłu, któréj potrzeba, by jakąś odegrać rolę. Łzy téż nigdy nie zatamowały głosu doktorowi Greber u łoża konających, śmiał się i żartował zawsze, pocieszał na kwadrans przed skonaniem, i od nieboszczyka szedł prosto do śniadania, by nabrać sił nowych do pracy. Żaden pacyent nie mógł się na niego poskarżyć o surowe obejście; zwłaszcza z bogatemi tak umiał sobie postępować, tak był pełen troskliwości i pieczy, że mu nawet jego nieco żydowski akcencik i bardzo izraelską wybaczono fizyognomię, zowiąc go powszechnie: dobrym Greberem!
Dobry Greber był niepospolicie rozumny; miał nauki niewiele, ale zręczność nieporównaną i umiejętność przedstawienia siebie taką, że uchodził, za co chciał, nawet za niezmiernie uczonego.
Jedną z głównych jego metod popisywania się było — zawsze materye obce przytomnym wyprowadzać na scenę; z lekarzami nie mówił o medycynie, z literatami nie zaczepiał literatury i tym podobnie; rzucał garściami słowa niezrozumiałe, uśmiechał się tajemniczo, sypał wzmiankami brzmiącemi o rzeczach nieznanych słuchaczom i wzbudzał w nich naturalnie podziwienie i cześć dla siebie. Z towarzyszami żył w zgodzie najlepszéj, na konsultacyach chęć go było do rany przyłożyć, ale gdy się lekarze rozeszli, półgębkiem ich chwaląc, doradzał zawsze coś innego w wielkim sekrecie.
Był to człowiek nad wszystko, jak widzimy, zręczny, a że ten przymiot zastępuje wiele innych i dogodniejszy jest od nich, dobrze mu się działo wcale. Gdyby nie pochodzenie, byłby się dawno i świetnie ożenił, ale że trącił żydem, a ubogo nie myślał się swatać, dotąd więc żył jeszcze w nadziejach i swobodzie młodzieńczéj, choć czterdziestki dobiegał. Czekał na wypadek jaki (medycyna czasem zetknięcie się z niemi ułatwia), aby się świetnie i bogato ożenić.
Aleksy zastał go w łóżeczku skromném, skulonego i smaczno zasypiającego; przebudzony, nim rozpoznał, kogo ma honor witać, kilka razy upadł do nóg i nasypał dobrodziejów bez liku... Ale poznawszy po głosie pana Drabickiego, stał się poufalszy i ziewał już skarżąc się na osłabienie i znużenie, gdy Aleksy zawołał, że pilno potrzebują go do Karlina.
— A! do Karlina! — zrywając się i zrzucając szlafmycę począł doktor — a! do Karlina! jadę, jadę! a któż tam chory? a pan że się zna z niemi?
— Znam tylko Juliana, z którym kolegowaliśmy w uniwersytecie... stara podobno matka jego zachorowała.
— Matka? ale ona tam nie mieszka?...
— Nic tego nie wiem... dosyć, że jest w Karlinie i chora.
— Posyłaj pan po konie pocztowe i jedzmy...
— Natychmiast... ale pan sam pojedziesz... ja śpieszę do domu. Doktor spojrzał zukosa na Aleksego.
— A! nie chcesz pan jechać do Karlina!.. Ale... to do woli... zrobię tylko uwagę, że stara, jeśli chora, to może słabość być groźna... dawno postrzegałem usposobienie chorobliwe... może być potrzeba kogoś czynnego, pan Julian nie da sobie rady... jako przyjaciel...
— Chcesz pan, żebym jechał?
— Chcę?... nie... ale życzyłbym, trudno przewidziéć, co się gotuje... a pan Julian... najlepszy z ludzi, anioł! ale potrzebuje, musi potrzebować pomocy... Jesteś pan jego przyjacielem?
Aleksy się zmieszał, fałszywy wstyd go ogarnął, nie śmiał się przyznać, że dotąd nie był w Karlinie, pomyślał przytém, że się przydać może... i nic nie odpowiedział. Przeznaczenie jakieś gnało go do Karlina.
Nim doktór się ubrał i herbatę nastawiono, bez któréj na słotę nie chciał się narażać, Aleksy usiadł w krześle i niewiele zważając na Grebera, który nań także nie bardzo zwracał uwagę, zadumał się głęboko. Od dawna już tak smutne nie opadały go myśli, czuł się jakby w przededniu ważnego jakiegoś wypadku, niepokoił się sam nie wiedząc czém, wyrzucał sobie, że dla cudzéj matki o swojéj zapomniał, gryzł się odstępstwem od planu życia, jaki sobie zakreślił. Greber ubierając się, poglądał nań zukosa, ale pomimo swéj przenikliwości, nic nie zrozumiał i uznał to poprostu zmęczeniem.
Zaprawdę, dziwy częstokroć nasz duch poczyna sobie z nami, milczy, odzywa się, usypia, budzi, opanowywa, zamiera, gdy się najmniéj spodziewamy tego. W téj ciągłéj walce z ciałem, w któréj on mu ulegać musi, nagle, niespodzianie dźwignie się czasem potężnie i głosem proroka przemówi do zdziwionego ucha. Lada co go przebudza z uśpienia, oko ludzkie, lada słowo, myśl, która lecąc zaszeleściała w uchu obojętném, uczucie, które podniosło z sobą stare zaskrzepłe wspomnienie... czasem powiew powietrza, pieśń, szept, chmura przelatująca nad głowami naszemi... Natychmiast olbrzymieje człowiek, upaja się duchem zwycięskim i czuje jak wyrósł w oka mgnieniu... a porównywując się do wczorajszego, z trudnością poznaje siebie... Taki skutek wywarła nocna rozmowa na Aleksego, który nawpół nią jeszcze pijany, marzył, myślał, bolał, nie pojmując, by jedno przypadkowe spotkanie w karczmie mogło tak w nim rozbudzić to, co ukołysał pracą i wolą silną. Znowu żal dogryzał mu, czuł się upokorzonym, przybitym, nieszczęśliwym, i wciągnionym trafem w sferę, od któréj zaprzysiągł był sobie stronić...
— Pij pan herbatę i jedzmy — odezwał się doktór Greber, zaczesując przed zwierciadłem włosy i zlewając się jakąś wodą podejrzaną — dzień biały i śpieszyć potrzeba...
Aleksy wychylił ukrop naprędce, siedli i konie pocztowe szybko ich poniosły.

VI.

Karlin, starodawna siedziba rodziny Karlińskich, która niegdyś posiadała ogromne dobra udzielne stanowiące kniaziostwo — pełen był mchem obrosłych i zabytych pamiątek przeszłości. W naszym kraju mało już pozostało do dziś dnia tych ruin poświęconych, któreby żywo przypominały wypadki drgające jeszcze na kartach historyi. Ledwie się dopytasz wioski, grodu, mogiły, jaśniejących w dziejach niezgaslém światłem do dziś dnia. Najwięcéj ruin i siedlisk sięgają XVII i XVIII wieku, z XVI są rzadkie, a XV rzadsze jeszcze; starsze już opustoszały i często po puszczach zarosłe lasem zamczyska i mogiły świadczą tylko, że się do nowych ognisk życie z nich wyniosło. Wyjątkowo przetrwały gdzieniegdzie mury, okopy i sioła pra-stare; jedne tylko domy boże na odwiecznych sterczą uroczyskach; pańskie gródki i wieśniacze chatki zgniotła wojna, czas porozrzucał daleko. Czyśmy tak mało szanowali pamiątki, czy niepodobieństwem było utrzymać, co palec boży na zniszczenie wyznaczył, nie wiem; czy grzechy nasze przeszłe przejadły kamień i w proch obróciły opoki?? na sądzie się chyba ostatecznym dowiemy o tém może.
Karlin był jednym z niezwyczajnych wyjątków w téj części kraju; szczęśliwsze trafem było od innych to miejsce, a położeniu jego szczęścia tego przypisać nie było można. Dokoła pełno było gródków i horodyszcz, na których pasło się bydło i chwasty powiewały, a cegły z nich nie pozostało ni szczątka. Tymczasem w Karlinie przeszłość jeszcze jaśniała wybitnie i poważnie.
Zamczysko, które wspominały już kroniki i akta jako gród stary w XV wieku, leżało nad rzeczką przepływającą błota obszerne, na pagórku po części przez naturę, w części ręką ludzką usypanym, otaczały je wały w prostokąt rzucone z śladami baszt po rogach; na jednym nawet z tych kopców wznosiła się wieżyczka z grubego muru sklepiona, dziwacznego kształtu, a tak dziś w jednę bryłę zlana, że gdy ją raz rozrzucić chciano za życia starych Karlińskich, oparła się wszelkim usiłowaniom zniszczenia. W pośrodku prostokąta stał niegdyś sam zamek, z którego tylko główny korpus pozostał z dwoma po rogach wystającemi basztami, z oknami małemi, z bramą szeroką i dachem dwupiętrowym. Poprawiony w XVI i XVII wieku, co okazywały w niektórych oknach ciosowe ramy i balasy balkonów, zachował przecie i starszego swego pochodzenia cechy; nawet wiek XVIII, który chętnie na swój kopyt przerabiał wszystko, nie tknął już zgrzybiałego starca. Dobudowano tylko dwa skrzydła w nowym smaku i przesypano całkiem starą bramę wjazdową, która stylem panowania Stanisławowskiego się odznaczała. Wyrzucono z niéj bramę, most zwodzony, skasowano zastępując go murowanym, a balkon dla muzyki zajął miejsce strzelnic, których ledwie ślad dawał się widzieć na bokach. Późniéj jeszcze do téj bramy dosztukowano kawałki, mające ją na malowniczą ruinę przekształcić, poobsadzano wirginią, wijącemi roślinami, hederą i t p. W tymże czasie środek dziedzińca, gdy bruk wydarto stary, zasiał się trawą pielęgnowaną starannie, w pośrodku któréj kobierca kupa kwiatów rozkwitała na wiosnę. Dokoła obstawiono trawnik w lecie pomarańczowemi i cytrynowemi drzewami, które przyczyniały się do ożywienia téj strony podwórca ogołoconéj z drzew i zieloności.
Z przodu zamczysko to arystokratyczne, niezbyt wyświeżone, a jednak utrzymywane starannie, miało pozór smętny ale wspaniały; malowało się zaś wybornie na tle gęstych drzew poza murami okrywających urwisko i brzegi rzeki. Z najstarszych czasów było tam tylko kilka lip i świerków; późniéj już w XVII wieku założono szpalery w kondygnacye, aleje strzyżone i wielki ogród włoski; późniéj jeszcze zagęszczono go topolami różnych rodzajów i dosadzono krzewy, tak, że się z tego zrobił ładny cienisty ogród angielski, rozległy bardzo, z jednéj strony zakończony rzeką opasującą go nieregularną linią swego biegu, z drugiéj zabudowaniami dworskiemi, tokami i drogą. I tu znać było kilka pokoleń, które sadziły dla wnuków a budowały dla siebie; była dawna baszta przerobiona na altanę, skarbiec stary, domek chiński z czasów panowania chińszczyzny i gotycka kapliczka. Budowy te, rozrzucone dziwacznie, dobrze zdobiły i urozmaicały gęstą zieleń cichego parku, na którego końcu obszerne znajdowały się cieplarnie.
Nieopodal od zamku, gdyż lud dotąd go tak nazywał, było liche żydowskie miasteczko, żyjące kilką jarmarkami do roku i gościńcem, który je przebiegał. Gałą jego ozdobą był kościółek drewniany, cerkiew murowana i parę domostw zajezdnych bliższych dworu, do których konie gościnne odsyłano wedle wołyńskiego zwyczaju. Zdaleka Karlin wyglądał wspaniale, a otaczające go mogiły i stare figury kamienne świadczyły, jak wiele już ludzkich pokoleń przeszło przez ten ziemi kawałek.
Nie wiem, może to dziwactwo, ale nie pojmuję Amerykanów, którzy z ochotą biorą się dziewicze zamieszkiwać lasy i trzebić miejsca, w których ludzka nie postała stopa Dla mnie nie ma nic smutniejszego nad dziewicze puszcze, bez pamiątek, bez przeszłości, bez mogił i wspomnień; natura zda mi się niepełną bez człowieka, a człowiek smutnym sierotą bez związku z dniem wczorajszym. Zdaje mi się, że na tych starych cmentarzyskach naszych towarzyszą mi duchy ojców, że słyszę głosy żywota i w otaczającéj śmierci czerpię siły do życia; w dziewiczéj pustyni, pierwszy następca po zwierzętach, umarłbym może z tęsknoty. Wielkiéj być potrzeba potęgi charakteru, żeby sobą zaludnić świat całkiem nowy. Karlin był jedném z tych miejsc, w których w całości przechowały się podania przyrastając do materyalnych znamion przeszłości. Baszty zamkowe nosiły jeszcze nazwiska: jednę zwano Turecką, że ją jeńcy budować mieli, drugą nazywano Kasztelańską; ogrodowa nazywała się Wycieczką; na wałach samych kopiec jeden od wieków zwał się Wiecowym, inny Kniaziowskim; w ogrodzie lipa jedna znana była pod przezwiskiem Gospodyni... Kawały ziemi, uroczyska przypominały dzieje, których się tylko z ich imion domyślać już było trzeba; nad rzeką w błocie było Horodyszcze, na wzgórku kawał łomu zwano Turzycą, stary cmentarz na mapach i u ludzi Popielowem.
Dawniej do tego fundum, jak widać było z inwentarzów, należało sześćdziesiąt pięć wiosek, miasteczko i obszerne bardzo lasy; dziś zaledwie pozostały przy nim sześć wsi i sam Karlin podupadły.
Też same były losy rodziny co miasteczka; i ona powoli malała, traciła znaczenie, aż zeszła na dzisiejszych spadkobierców pięknego imienia, w ciszy wiejskiéj dożywających resztek siły pozostałéj po olbrzymich protoplastach.
Nie płaczmy nad losami familij; często na dzieci niewinne spada nieodpokutowany grzech rodzicielski; ale najczęściéj upadek przychodzi za winą i jest karą tak sprawiedliwą widocznie, że nawet ślepe oczy ludzkie widzą w nim prawicę bożą. Dopóty żywię ród, dopóki bojaźń boża i miłość cnoty mieszka pod dachem jego, póki pracuje i podnosi się cnotą; jak skoro zdobywszy mienie, sławę, wziętość, spoczywać chce i gnuśniéć, Opatrzność wyrywa chwast niepotrzebny, by ziemi nie kalał. Patrzajmy na losy rodzin, a przekonamy się, że ich upadek zawsze poprzedziła bezczynność i zatopienie się w gnuśnym spoczynku lub rozpasanie na występki. Każda klasa społeczności ma swój cel, żadna nie może być pasorzytną narością na ciele ludzkości; jesteśmy organami jego, mniej więcej szlachetnemi, pracować musimy wszyscy. Jak skoro ci, których Bóg przeznaczył na oczy i ręce narodu, na piersi jego i usta, odrębnym chcą żyć żywotem i odmawiają posługi, do któréj są stworzeni, organ chory, chwilę gorączkową utrzymuje się odrębną egzystencyą, ale po téj chwilce umiera. Taki był los rodziny Karlińskich, która w dawnych czasach miała zasługi wielkie, wydała dzielnych rycerzy, znakomitych duchownych, mądrych i wymownych dygnitarzy; ale jak skoro znaczenie jéj skutkiem związków i bogactwa urosło, mienie się pomnożyło i tradycya poczciwa w sercach umarła, wyrugowana cudzoziemszczyzną, Karlińscy upadać poczęli moralnie, materyalnie i zeszli na słabych i bezsilnych potomków. Za Sasów, familia ta sprzyjając Leszczyńskiemu, z którym była spokrewnioną, wyszedłszy obronną ręką z zamętu, w jakim nie mały udział brała, poczęła francuzieć na dworze lunewilskim, wychowując swą młodzież w Paryżu i powoli stając się zupełnie cudzoziemską.
Młodych Karlińskich posyłano wszystkich na dwór dobroczynnego filozofa, nie postrzegając, że wychowanie długie w obcym kraju czyniło ich po powrocie do domu całkiem niezdatnemi do obowiązków, do których byli powołani. Karlin zmienił się w kolonię francuską, a mieszkańcy jego tęsknili za Francyą pod naszém niebem północy. Rozpieściwszy się, zapomniawszy, że człowiek nie może i nie powinien żyć sam sobie, jak wielu innych, i oni poczęli bawić się tylko, lub w chwilach spoczynku tęsknić za tém, co się dla nich nazywało zabawą. Posłannictwa swojego zabyli całkiem, a zbiwszy się z drogi, już na nią powrócić nie mogli. Bóg dawał im ludzi zdolnych, miłych, pełnych serca, lecz poskąpił im woli, téj wielkiéj dźwigni do czynu, bez któréj gieniusz nawet wyłonić się nie może, i marnie zginęły talenta, rozum, serce, zużyte na fraszki. W życiu domowém zachowali czystość obyczajów, nie zbrukali się jak inni, świecili poczciwością nieposzlakowaną, ale żaden z nich nie uczuł się powołanym do życia publicznego, do obrony kraju, do wielkiéj ofiary... i źle się z tego tłómacząc to czasem, to okolicznościami, spadli ze stanowiska, jakie dawniéj zajmowali. Małżeństwa odebrały im część majętności, drugą pochłonął zbytek nie umiejący rachować, resztę zabrali źli ludzie, i z ogromu pozostały biedne resztki, nad któremi dobrze pracować było potrzeba, żeby się przy nich utrzymać.
Ojciec Juliana miał dwóch braci: rozpadły się więc po dziadzie majętności na trzy schedy i do reszty zmalały. Nosił on już tylko tytuł chorążyca koronnego, bo sam nie miał żadnego urzędu i do żadnego nie czuł się zdatnym. Gdybyśmy uwierzyć mogli w charakterystykę rodów, jak je zwykli kreślić heraldycy nasi, moglibyśmy powiedziéć, że cechą Karlińskich była dobroć ich serca, powolność, łagodność a razem obojętność jakaś na losy. Ostatni lubili zabawę, uczty, swobodne życie, zwłaszcza miejskie, dobry stół, wygódki, kobiety i elegancyę, a rajem dla nich była obca ziemia, na którą wytchnąć lecieli z uśmiechem, jak na gody śpiesząc na wygnanie. Chorążyc spędził tak życie między Paryżem, Florencyą, Dreznem i Wiedniem, kochany, ceniony, nadzwyczaj miły, ale nic nigdy nie przedsięwziąwszy, a co gorsza, nie domyślając się nawet, by coś przedsiębrać było można. Już w nim skutkiem wydelikacenia kilku pokoleń, typ rodowy silny zatarł się zupełnie i przerodził na istotę słabą, nerwową, zużytą, niepojmującą ani walki, ani pracy, ani ofiary z siebie dla wyższego jakiegoś celu. Chorążyc chorował, byleby go zawiało, do konia nawet i polowania najmniejszéj nie miał ochoty, gwałtownych przyjemności unikał, leczył się często, a chorował częściéj jeszcze... Ale zato był on człowiekiem idealnego wychowania i wytworności, homme comme il faut, czciciel formy, grzeczny, pełen dystynkcyi, wielki pan z miny, i choć arystokrata, tak nadzwyczaj poszanować umiejący każdego, że nie miał nieprzyjaciela. Wybaczano mu wszystko dla łagodności charakteru i obyczajów miłych, a gdzie się pokazał, był pożądanym gościem. Nie mając nadzwyczajnych darów, z sądem dosyć powierzchownym i płaskim, chorążyc istotnie korzystał wiele ze świata i wyrobił sobie z jego okruszyn niekolącą nikogo w oczy mądrostkę, opinię, uczoność, religię, wszystko, czego mu tylko potrzeba było. Jak żyw nigdy nie miał zdania, któreby oburzyło, ukłóło, zdziwić mogło lub zastanowić; ubierał się wedle mody i myślał podobnież; nowych rzeczy nie koncypował.
Najstarszy z braci, nierychło się przecie ożenił, nie miał do tego ochoty, nie zakochał się nigdy silnie, choć kobieciarz był wielki, a raczéj dlatego, że był kobieciarzem; nareszcie gdy lat trzydzieści przeżył swobodnie, zmiarkował, że wypadało mu pomyśleć o zmianie stanu, a może przypomnieli mu to bracia, i postanowił się ożenić. Poswatano mu pannę jedynaczkę, piękną jak anioł, bogatą niezmiernie i miluchną, a wychowaną jak najstaranniéj. Była to córka człowieka, który koło prawa chodząc, z szlachcica niedostatniego stał się panem całą gębą, z domu wcale nie arystokratycznego, ale z innych względów podobała się chorążycowi bardzo, i małżeństwo prędko przyszło do skutku, choć panna podobno nie tak go sobie życzyła.
Uwiózłszy piękną swą ale chmurną Teklunię na wieś, chorążyc w rozkoszach nowego stanu utonął cały; silił się w jéj sercu wzbudzić do siebie przywiązanie, bo w miarę jak się o jéj obojętności przekonywał, sam coraz mocniéj czuł się w niéj zakochanym; ale Teklunia, któréj ręką rozporządzono bez jéj woli dla imienia Karlińskich, pozostała martwym posągiem. Życie ich z sobą było na pozór najszczęśliwsze, ale nie miało tych rozkoszy związku serdecznego, które zbliżenie ciągłe dwóch istot ułomnych osładzają. Tekla była pobożna i cnotliwa, znała przymioty męża, umiała je cenić, ale w jéj żyłach płynęła krew żywsza, niezużyta, szlachecka, energicznym strumieniem, odtrącała ją nicość tego człowieka, który używał życia, ale żyć nie umiał. Zniechęcała jego bezczynność i sybarytyzm, gniewała bezsilna dobroć. Chorążyc był najukochańszym i najczulszym małżonkiem, ale serca żony nie potrafił pozyskać. Troje dzieci pobłogosławiło ten związek dziwny i łzami tajemnemi oblany: syn Emil, którego zaraz ujrzymy, córka Anna i najmłodszy z rodzeństwa Julian.
Chorążyc gryząc się i cierpienie usiłując pokryć w sobie, jako człowiek przyzwoity, zmarł prędko po przyjściu na świat Juliana, a owdowiała żona jego, rok cały grubą nosiła żałobę... Opiekunami jéj dzieci wyznaczeni byli dwaj bracia zmarłego, Atanazy i Paweł Karlińscy, z których ostatni zwłaszcza, żyjący w wielkiéj przyjaźni z bratem, miał w sercu żal do bratowéj, że Janowi zatruła egzystencyę. Atanazy, którego bliżéj wkrótce damy poznać czytelnikom naszym, surowo tóż obchodził się z panią Janową; oba zaczęli się mieszać do jéj dzieci, objęli zarząd fortuny i nieznacznie przyszło do wyraźnego powaśnienia między nią a opiekunami...
Pani była jeszcze młodą i piękną bardzo, majątek jéj znaczny nie ucierpiał był wiele, owszem zarządem dobrym przybyło mu wartości; bracia zmarłego w ciągłéj byli obawie, aby za mąż nie poszła, i przyczynili się posądzeniami swemi do przyśpieszenia nowego związku.
Zjawił się w okolicy dawny wojskowy francuski, potem pułkownik dymisyonowany rosyjski, niejaki Delrio, który za lat młodszych widywał pannę Teklę w Warszawie. Przypadkiem przypomnieli się sobie i piękny, acz trochę niemłody pułkownik zaczął często bywać i przesiadywać w Karlinie. Karlińscy natychmiast zastraszywszy się, jęli robić wymówki bratowéj, na które ona ostro im odpowiedziała.
Delrio tymczasem pokochał się we dworze, a biedna Tekla, której życie przeszłe było tak ciężkie, uczuła także bicie serca na wspomnienie młodości. Sądzę, że i bracia podejrzliwi, samem odradzaniem rozjątrzyli ją do tego stopnia, że gdy się pułkownik oświadczył, bez wahania podała mu rękę, aby na przekór im zrobić. Nie zastanowiła się nad losem dzieci, ale téż wielkiego do nich nie miała przywiązania; dla niéj były to przedewszystkiém potomki nienawistnego jéj człowieka, który gwałtem chwyciwszy ją, zatruł jéj młodość i odebrał najpiękniejsze lata życia.
Jak tylko wieść gruchnęła, że wdowa zamąż wychodzi, opiekunowie małoletnich przybiegli z fukiem i groźbą do bratowéj, ale znaleźli ją chłodną, pewną siebie i nieprzełamaną w postanowieniu. Odpowiedziała im zimno, że istotnie za mąż wychodzi, a na ofuknienie się ich, że jéj dzieci odbiorą, zrzekła się ich natychmiast dobrowolnie.
— Nie jestem ani godną, ani namaszczoną do wychowania tak wielkiego rodu potomków — odezwała się z uśmiechem — chętnie ich los złożę w ręce wasze spokojna; acz nieprzyjaźni mnie, wiem, że czuwać będziecie nad dziećmi brata,.. Matki im nie zastąpicie, ale oddacie ojca...
Z również chłodną krwią, chorążycowa zrzekła się zaraz połowy majętności swojéj na rzecz dzieci, drugą zostawując dla siebie. Ale napróżno były perswazye, prośby, uwagi, zaklęcia obu braci, szczególniéj pana Pawła, który z wielu względów przypominał nieboszczyka Jana i dlatego może najmniéj miał łaski u wdowy; nie odpowiedziała nic, nie sprzeczała się, ruszyła ramionami, wyszła i w ośm niedziel po roku żałoby, ślub jéj z pułkownikiem Delrio odbył się przy kilku świadkach.
Zaraz potém chorążycowa wyjechała z mężem do dóbr swoich, dzieci zostawując na opiece pana Pawła, a nawet córki się wyrzekając, której oddać jéj nie chciał pan prezes. Wypadek ten uszczuplił znowu domniemanéj fortuny Karlińskim, ale smutniejsze jeszcze miał skutki dla dzieci, pozostawionych tak sierotami. Jakkolwiek wychowanie ich było staranne, czułość stryjów niewyczerpana, dobór otaczających ludzi najtroskliwszy, zawsze to były sieroty, których całe życie musiało nosić piętno młodości, przeżytéj wśród obcych.
Darmo się chlubim braterstwem w Chrystusie, ledwieśmy sobie bracia stryjeczni — nikt z nas tak kochać, jak powinien, nie umie... Związek krwi czysto zwierzęcy jeszcze więcéj przywiązuje nas od obowiązków i węzłów moralnych, jeszcze on tylko trzyma świat, żeby się nie rozprzągł i nie wydarł sobie oczów. Pan Paweł pilnie pracował nad dziećmi, których został przybranym ojcem, ale zmuszony po większéj części wyręczać się obcemi płatnemi ludźmi, nie znalazł w nich serca, coby się do sierotek przywiązało. Stare ich nianie, starzy słudzy siwi, kochali dzieci, ale nauczyciele, nauczycielki płatne i cała owa przybrana rodzina, która w nich ducha wlać miała, służyła za pieniądze, myśląc o sobie i swym losie. Guwernerowie kochali się w guwernantkach, dozorcy grymasili, bawili się, wyjeżdżali, a dzieci dosyć wyrastały opuszczone...
Bóg chciał, żeby to ich nie popsuło, dał im kierunek inny, który odwrócił oczy od widoku, mogącego w nich wcześnie zaszczepić namiętności i niepokoje serca; czuwał też stryj Paweł i niekiedy pan Atanazy... a tak sieroty czyste wyszły z téj atmosfery chlłodnéj, utęsknione, marzące ale niepokalane. Julian odbywszy nauki w domu, wprost zdał egzamin do uniwersytetu, przeszedł kursa i powrócił do Karlina, do siostry i brata, jako naczelnik rodziny; Emil bowiem był jedną z tych istot, które ciągłéj wymagając opieki, mają tylko prawo do litości i łez rodziny.

VII.

Wdowa po chorążycu szukała w nowém małżeństwie słodyczy wzajemnego przywiązania, wyrzekała się domu, rodziny, dzieci, sądząc, że zyszcze serce, że idealną ukochana miłością, nagrodzi sobie młodość straconą. Uczucie, którego raz pierwszy doznała, obłąkało ją i zatarło w niéj macierzyński nawet instynkt obowiązku; z łatwowiernością dziecięcia rzuciła się ku człowiekowi, który dla niéj okazywał, jak się zdawało, prawdziwą i gorącą miłość; wyjechała z Karlina odmłodzona, swobodna, mierząc okiem łzawém od radości przyszłość, jakiéj się już nie spodziewała. Ale na świecie niema nadziei, któreby nie wyrosły na zawody! Tu zresztą potrzeba było żądzy przywiązania ślepéj, gwałtownéj, niepomiarkowanéj, żeby odrazu nie spostrzedz, jak się serce omyliło. Pułkownik Delrio, starszy od wdowy, choć bardzo piękny mężczyzna, nie był już młodzieńcem w kwiecie wieku, ze świeżością serca mogącego pokochać namiętnie; za to umiał miłość odegrać z biegłością starego aktora, wiedzącego doskonale, gdzie jakich użyć środków scenicznych. Niegdyś był to jeden z najpiękniejszych ludzi swojego wieku: pamiętał o tém i utrzymywał starannie resztki świeże jeszcze dawniéj znakomitéj piękności męskiéj. Włócząc się po świecie miał mnóstwo przygód miłosnych i wierzył w swą umiejętność zdobywania serc; jak Richelieu, miał się za niezwyciężonego. Natura, która mu dała twarz dziwnie wdzięczną i melancholicznego wyrazu, zrobiła sobie igraszkę tylko, bo ta powierzchowność zwodnicza pokrywała w nim brak wykształcenia, chłód serca i najprozaiczniejsze skłonności. Był to człowiek dobrego wychowania, ale największy w świecie egoista, dobry, ale nieumiejący się poświęcić, dosyć łagodny, ale próżniak, zasadzający wszystko na spokoju, na używaniu, na błogosławionym dostatku. Nie miał przekonań i zasad żadnych, służył sile, kłaniał się bogactwu, klękał przed pięknością, żeby ją pochlebstwem ku sobie pociągnąć, słowem, nie myślał tylko o sobie.
Nikt nie znał z pewnością jego pochodzenia, o którém zresztą nigdy nie mawiał, wysoko tylko w ogólności ceniąc szlachectwo i ród, co zdawało się dowodzić, że je sam posiadał. Syn losu, dobił się z szablą w ręku pewnego położenia, tytułu, pensyi i znaczenia, ale nie mając ambicyi tylko tyle, ile się jéj zmieściło przy innych wymaganiach egoizmu, już wyżéj sięgać nie pragnął. Pierwszy włos siwy na skroni zmusił go pomyśleć o ustaleniu swego losu i przywiązaniu go do miejsca. Przed poznaniem chorążycowéj, mieszkał w blizkiém powiatowém miasteczku, w najętym domu, żył dostatnio, dawał wieczory, bywał w sąsiedztwie, czasem do stolic odbywał podróże i wiódł życie człowieka, który nic do czynienia nie mając, dogadza sobie we wszystkiém. Ci, co u niego bywali, nie zwracali uwagi na piękną warszawiankę, która czasami ukazywała się przy herbacie, uchodząc to za kuzynkę pułkownika, to za wychowankę ubogą... Jak tylko Delrio poznał wdowę, warszawianka znikła, mówiono, że zamąż wyszła za jakiegoś małego urzędnika na prowincyę. Biednéj wdowie tak smutnie spłynęło życie przy mężu, który się starał wzbudzić w niéj miłość, a wywoływał z serca tylko niechęć i zniecierpliwienie, tak żal było lat zmarnowanych, że pierwsze obietnic pełne spojrzenie pułkownika, pierwsze jego słodziuchne słowo i westchnienie zwyciężyło ją odrazu. Delrio nadto był doświadczony, żeby z tego nie korzystał, widział to, zrozumiał i obrachowawszy się dobrze, postanowił dobić targu. A że przed okiem jego nie mogła się ukryć skłonność wdowy do sentymentalności, grał dobrze rolę młodego kochanka, od któréj choć odwykł trochę, powoli ją sobie przypomniał. Zresztą chorążycowa piękna jeszcze, rozkochana, gotowa na poświęcenie ślepe, mogła bardzo chłodne nawet rozgrzać serce.
Uwagi braci nieboszczyka jéj męża, wyrzuty Atanazego, grzeczne ale usilne nastawania pana Pawła, zamiast upamiętać chorążycową, rozdrażniły ją tylko. Wyrzekła się dzieci i cała oddawszy się swemu przywiązaniu, biegła się niém spragniona napoić. Krótko trwały złudzenia! Miłość pułkownika tak, niestety! znalazła się podobną do miłości męża, charakter jego tak inny był od tego, jakiego się spodziewała... że wprędce pierwsza łza kryjoma spadła na twarz zasmuconą... Zblizka Delrio ukazał się jéj tak prozaiczny, i przy dobroci swéj tak chłodny! Marzenia lat kilkunastu wystawiały jéj przyszłe szczęście czémś niebiańskiém, nadziemskiém, uroczém, jak wspomnienie młodości — a choć pułkownik był czuły, miłość jego daleko pozostała za tą, jakiéj pragnęła wdowa. W bliższych stosunkach musiał się dać uczuć egoizm podstarzałego w nim i nieprzywykłego do ofiar, bo zawsze otoczonego uległemi mu istotami, człowieka. Zrazu pułkownikowa sądziła, że się myli; była pobłażająca, czekała, spodziewała się, i objawami przywiązania wywołać się starała gorętszą wzajemność. Niestety! człowiek się nie przerabia, każdy daje tylko, co może, z próżnego serca nie nalać — Delrio był grzeczny, był po swojemu czuły, uprzedzający, ale tak prędko stał się mężem, a przestał być kochankiem!
Kochanka nad wszystko pragnęła w nim chorążycowa — i z rozpaczą ujrzała popełnioną omyłkę, bo zaraz po ślubie stał się najczulszym z mężów, ale niestety, mężem tylko! W dodatku, sztuczna jego młodość, podrobiona piękność, nie wytrzymały próby zbliżenia i poufalszych stosunków; miłość nie mogła się pogodzić z flanelą, pigułkami i różnemi środkami profilaktycznemi, higienicznemi, lekarskiemi, jakich przeszłe lata nakazywały używać panu Delrio.
Otwarły się, ale zapóźno oczy zawiedzionej kobiecie; i serce téż matki odezwało się o prawa swoje. Nie zdawała się kochać dzieci, gdy je miała, teraz oddaloną od nich pożerała tęsknota... we snach marzyła o Anusi... o Emilku, o Julianie... pustkę czuła nie widząc ich przy sobie, niepokój ją ogarniał, i ochłonąwszy z zapału, wstydziła się obojętności, braku serca, szału, z jakim rzuciła się od obowiązków matki do wymarzonych rozkoszy, które wiekowi jéj nie przystawały.
Pułkownik był zawsze najprzywiązańszym i najprzykładniejszym z małżonków, nie zjawiła się w domu żadna podejrzana kuzynka, pilnował strzechy, grał skromnie, odpoczywał na łonie hymenu, ale szalenie postarzał i nagle przekwitł tak, że się z młodzieńca stał prawie starcem bez przejścia. Nie czuł już potrzeby odgrywania pracowitej komedyi. Biedna pułkownikowa nie pokazała po sobie, jak była nieszczęśliwą i ile sobie wyrzucała swój postępek, owszem udawała szczęście, ale pocichu płakała, a żal dzieci codzień srożéj, boleśniéj jéj serce uciskał.
Nie było-bo może dwojga ludzi związanych z sobą na wieki, którychby charaktery mniéj się z sobą zgadzały. Wdowa miała usposobienie sentymentalne i głowę przewróconą czytaniem francuskich romansów; pułkownik zaś stał się, skutkiem rodzaju życia, materyalistą i pokrywał tylko wychowaniem egoizm wyrosły olbrzymio. Niedługiego potrzeba było czasu pani Delrio, aby się na tém poznać i przestać spodziewać szczęścia — uciekała z pod dachu, do którego przykuwały ją obowiązki nowe, myślą i sercem do dzieci.
Tymczasem opiekunowie ich, powierzchownie sądząc o kobiecie, która popełniła w oczach ich niedarowane odstępstwo, obawiając się jéj wpływu na wychowanie młodych Karlińskich, odsuwali ją potrosze od wszelkiego w niém udziału. Biedna matka, im mniéj teraz matką być mogła, tém goręcéj nią być pragnęła; życie jéj stało się pasmem pragnień macierzyństwa, niepokojów i zawodów. Z mężem byli najlepiéj, ale codzień daléj od siebie i chłodniéj, pułkownik widząc się nieco opuszczonym, cały się oddał staraniu około zdrowia i wygód a przyjemnostek, o które dbał niezmiernie. Żyjąc na łasce żony, był zawsze dla niéj z największemi względami, ale przestał udawać zakochanego i rozpoczął życie prozaiczne, regularne, obrachowane.

Cios, który dotknął pułkownikową, zawód, którego doznała, nadwerężył jéj zdrowie i wypiętnował się na zesmutniałéj twarzy... ostatnią straciła nadzieję. Była to jedna z tych istot, z których nic, nawet boleść nie zedrze piękności, jaką je obdarzyła natura; pozostała więc, mimo lat, piękną zawsze, ale pozbyła energii, pragnienia życia i wszelkiego wesela. Usta jéj śmiać się zapomniały; nieustannie zamyślona, rwała się do swych dzieci i niepokoiła o nie... chciała miéć córkę przynajmniéj przy sobie, ale i téj zazdrośni opiekunowie dać jéj nie chcieli. Kiedy niekiedy więc tylko, jak teraz, odwiedzała Karlin, posiedziała i popłakała z niemi, wracając do swoich dóbr, do Lutkowa, jak skoro pan Paweł nadjechał, co niechybnie w dni kilka najdaléj po przybyciu jéj miało miejsce, bo mu zaraz znać dawano o przyjeździe pułkownikowéj.

VIII.

Gdy doktor Greber z Aleksym Drabickim zajechali przed ganek zamku w Karlinie, choć to już nie było tak bardzo rano, znać spali tam wszyscy jeszcze, bo znaku życia widać nie było; służący tylko, postawiony na straży przez Juliana, wprowadził zaraz do niego przybyłych. Pierwszy to raz Aleksy znalazł się przypadkowo wciągnięty w sferę zupełnie sobie nieznaną, i jak zwykle jemu podobni, uczuł przestrach niewytłómaczony, pochodzący z miłości własnéj, obawiającéj się zadraśnięcia. Poważny ów zamek stary, mnogość sług, oznaki państwa i arystokracyi wypiętnowane wszędzie, przykro odbiły się w człowieku przywykłym do równych sobie, lub do niższych, z któremi czuł się zupełnie swobodnym. Pożałował w progu, że się dał wciągnąć do tego domu, którego drzwi, w przekonaniu swojém, nie powinien był przestąpić. Ale cofać się nie czas już było; doktora i jego, po wschodach wysłanych dywanem, wprowadzono na pierwsze piętro bocznego skrzydła, do mieszkania pana grafa, jak go nazywali słudzy po swojemu.
Wszystko to dla ubogiego szlachcica, co się urodził i żył pod słomianą strzechą, było zdumiewającém i zdawało się zbytkowném. Sama budowa tak obszerna, marmurowe wschody, kobierce po nich porozrzucane, drzwi przyozdobione bronzami, przedpokoje pełne kwiatów i mieszkanie Juliana, istotnie z gustem i przemysłem sybaryty i wytwornisia urządzone. Okna téj części pałacu wychodziły na ogród i światła dawały mało, obicia stare ale pięknie zachowane, przyciemniały jeszcze wnętrze, które było zastawione mnóstwem kosztownych sprzętów starych i nowych. Ściany pokrywały obrazy w ramach złoconych, wybornego pędzla, portrety familijne, flamandzkie i holenderskie, arcydzieła kolorytu i cierpliwości, pejzaże stare z wielkim wybrane smakiem, zwierciadła ogromne, świeczniki i misterne półki pełne zabytków drogich, ciekawych i pięknych.
Po wszystkich kątach stały kanapki różnych kształtów, wzywając do spoczynku, do wygodnego wyciągnienia się po obiedzie, do położenia na drzemkę, zdając się być wymyślnie zastosowane do najdziwniejszych potrzeb rozpieszczonego, schorzałego ciała, szukającego ulgi w zmianie gnuśnych położeń. Były tam szezlągi, fotele, kozetki, fatersztule, woltery, berżerki, niziutkie i wysoko-poręczowe krzesła, na huśtawkach, na kółkach, na sprężynach, sofy, sofki, podnóżki, nietylko ze śmieszną troskliwością o wygodę dobrane, ale przyozdobione pięknie gobelinami, bronzami, snycerszczyzną. Pod nogami ich rozpościerały się skóry niedźwiedzie i dywany.
Z pierwszego pokoju, który stanowił wstęp do apartamentu, weszli do saloniku, któregoby się żadna nie powstydziła elegantka, świeżuteńkiego, pełnego cacek, udrapowanego, pachnącego i przybranego w najwyszukańsze kwiaty. Tu Aleksy uczuł się jeszcze bardziéj nie swój, zmieszany na widok rzeczy tysiąca, których ani użytku, ani ceny nie umiał odgadnąć.
— Do czego to im wszystko służy? — pomyślał — ile w tém grosza, którego lepiéj użyćby można? czyż człowiek wykształcony bez tych znikomych drobnostek, bawiących oczy dziecinne, obejść się nie może? Czy ten rodzaj życia, o którym powiadają ich sprzęty, nie wyciąga z nich siły, i nie czyni ich, czém są: lalkami drżącemi od strachu za każdym silniejszym wiatru powiewem? Kto. z nas dwóch jest w błędzie? czy ja, co się bez tego obchodzę, czy on, co żyć bez nieznanych mi potrzeb nie może?
Nim gospodarz nadszedł, usiedli w krzesłach i Aleksy poczuł, chwilę spocząwszy, że łatwo się było można do nich przyzwyczaić. Doktor wyciągnął się wygodnie, bez ceremonii, a czując się potrzebnym, daleko też okazywał się śmielszym; zresztą, dla niego nie były to rzeczy nowe. Właśnie zabierał się już prosić o herbatę i cygaro, gdy Julian zbudzony wbiegł, zawiązując jeszcze chustkę, w rannym surduciku aksamitnym, ubrany starannie, ale blady i z oczyma zaczerwienionemi. Spojrzał na Aleksego i naprzód ścisnął jego rękę, cicho mu dziękując za przybycie, potém dosyć zgóry i protekcyonalnie powitał doktora, który zachowując swój tonik, umiał go z nadskakującą pogodzić grzecznością.
— Bardzom panu wdzięczén, żeś był łaskaw przyjechać — rzekł szybko — przynajmniéj uspokoisz mamę...
— Ale jakże się ma pani pułkownikowa?
— Wczoraj, jak mi mówiono, miała jakieś silne uderzenie do głowy... późniéj trochę dreszczu i gorączki... późniéj z północy już niespokojnym snem usnęła; siostra moja jest przy niéj... jak tylko się przebudzi, kazałem dać znać o panu... Jeszcze nie mogę ochłonąć z przestrachu, jakim mnie to nabawiło...
To mówiąc, zadzwonił Julian, i wbiegł w pięknéj liberyi służący, któremu kazano podawać śniadanie. Aleksy w duchu powiedział sobie, że natychmiast po niém wyjedzie, nie widząc się wcale potrzebnym, a obawiając być poczytanym za natręta.
— Jakżeś ty dobry i poczciwy, mój drogi Aleksy, żeś do mnie przyjechał — zawołał, obracając się ku niemu Julian — obawiałem się, żebyś wprost do Żerbów nie popędził...
— I gdyby nie ja, byłby to zrobił — rzekł doktor — ale sądząc, że pułkownikowa bardzo chora, namówiłem pana Drabickiego, żeby w takiéj chwili swéj pomocy nam nie odmawiał. Pan sam jeden...
— Dzięki Bogu, mamie nie jest tak źle, o ile miarkuję — przerwał Julian — ale kolega i dobry przyjaciel to zawsze najmilszy gość w domu, jeszcze dla mnie, com go tak dawno nie widział.
Doktor, który wszystko uważał, chcąc zbadać, jaki ich łączy stosunek, zastanowił się nad tém wyrażeniem.
— Jakto? — spytał.
— A tak, bo kochany kolega, mieszkając od tak dawna o miedzę ode mnie, o czém nie wiedziałem, nie był nawet w Karlinie; byłbym go uprzedził, alem się nie domyślał, że dla wsi wyrzekł się swoich marzeń młodzieńczych.
Greber spojrzał na obu, chciał się dobadać powodu tak długiego niewidzenia i nie zrozumiał go. Aleksy do reszty był onieśmielony tém, co go otaczało i umilkł. Julian w karczmie na popasie, a Julian występujący jako gospodarz tego feudalnego zamczyska, wcale mu się różnie wydawali; pierwszy go nie odstręczał, drugi już w nim obudzał jakąś instynktową obawę. Biedny szlachcic potrzebował czasu, ażeby się oswoić z tém, co go otaczało, nie miał wprawy w to życie nowe.
Podano nareszcie śniadanie wniesione przez kilku ze służby na ogromnych srebrnych tacach, podane z wykwintem i starannością domu od wieków zasposobionego, w którym na wszystko były prawidła i tradycye, nawet na sposób krajania chleba, który przyniesiono obwinięty w białą serwetę. Tu znowu nieznany dotąd zbytek zastanowił Aleksego. Tyle tam było rzeczy niezrozumiałych dla niego, niewiadomego mu użytku, a widocznie na coś dla tych ludzi potrzebnych; tyle zagadek dla człowieka, co tylko najprostszy wyraz życia pojmował! Śmieszno powiedzieć, ale Aleksy wpatrywał się osłupiały w ten niezliczony dobór chleba, bułek, placków, placuszków, obwarzanków, nożów, nożyków, łyżek, łyżeczek, misek, miseczek, małych i wielkich filiżanek i szklanek, imbryków, nalewek... które zdawały się nie na trzy, ale na dwadzieścia przynajmniéj przygotowane osób. Uśmiechnął się wreszcie, gdy go Julian zapytał troskliwie, czy woli herbatę szklanką, filiżanką małą, czy wielką?
— Mój drogi — rzekł — zapominasz, że do mnie to mówisz; ja piję, czém mogę, i nie przywykłem wcale dobierać sobie... daj mi, czém chcesz i co chcesz, to mi wszystko jedno...
Lekarz chcąc się niejako wyżéj już cywilizowanym od pana Aleksego pokazać, poprosił o... szklankę...
— A co będziecie pili? — dodał gospodarz uśmiechając się.
— Co chcesz, kochany Julianie — odpowiedział Aleksy — nic mi nie szkodzi a wszystko smakuje... zatém co na placu, to nieprzyjaciel...
— Szczęśliwy! — szepnął Julian, wzdychając.
— Ja proszę... o herbatę... — dodał doktor nie dozwalając zapomnieć o sobie.
Zabrali się tedy do śniadania, a Aleksy ujrzał ze zdumieniem, jak dawnemu towarzyszowi wygrzywano ukropkiem filiżanki, jak przynoszono jaja miękkie, jak pilnowano jego herbaty, żeby chwili na samowarze nie postała... wszystko to były dlań niezrozumiałe wykwinty popsutego wygódkami człowieka. Gdyby nie doktor, możeby był nawet zapytał Aleksy przyjaciela o wykład niektórych tajemnic gastronomicznych, ale przytomność obcego wstrzymała go. Rozglądał się tymczasem po pokoju i dziwił w duchu przepychowi, który w mieszkaniu mężczyzny był zupełnie zbytecznym i zakrawał nawet na śmieszność. Nie zazdrościł Julianowi, owszem litował się nad nim prawie, zbytek ten i zniewieściałość uważając za rodzaj więzów i niewoli. W epokach moralnie potężnych, nigdy cywilizacya nie dochodziła do tego stopnia miękkości i nie przedstawiała się widomie we fraszkach mających tylko za cel zniewieścienie człowieka. Wznoszono pomniki olbrzymie, wspólnemi siły narody całe dźwigały gmachy religijnego lub utylitarnego znaczenia, artyści rozwijali w nich arcydziełami uczucie piękna, rzemiosła nawet nosiły na sobie piętna sztuki, ale człowiek się wstydził pieścić ciało i terać swe siły na dogadzanie namiętnościom lub tworzenie nałogów poczwarnych. W ubogiéj chałupie Greczyna, lampa choć jedna i posążek przedstawiały żywioł artystyczny, ale nie było i u wodzów nawet zasłon, kobierców, miękkich pościałek dla członków, które się nużyły spoczynkiem. Pojmowano, że rycerze nie wyrastają w puchach, a jadło żywić powinno ciało, nie zabijać ducha; miękkości strzeżono się jak niebezpiecznéj trucizny, zamiast miłości życia uczono się pogardy śmierci... Dziś chwalimy się z tego, co nasz upadek zwiastuje: na sto wynalazków ledwie parę mają na celu istotną korzyść człowieka, reszta odzywa się do jego namiętności, i dogadza tylko bez miary rosnącym potrzebom zmysłowym.
Stąd ta barwa materyalności, którą przybrał nasz wiek chwalący się sobą i wymyślający teorye dla pokrycia swych błędów, i stąd słabość moralna ludów, które uwierzyły, że taki kierunek cywilizacyi, przemysłu, sztuki, jest właściwym i pożytecznym; stąd piętno miernoty, pospolitości, materyalizmu, jakie nosi wszystko, co tylko stwarzamy, stąd nawet upadek sił w plemieniu całém, zużytém, chorém i do niczego niezdatném.
Duch gaśnie wszędzie, przybity, znieważony, zaparty, ustępuje ciału i schodzi z obumierającego świata — wszystko się bowiem dzieje w imię ciała, nie w imię ducha. Nauka Chrystusowa jest już tylko formą i konwencyonalnie przyjętém prawem, które szanujemy na pozór, ale od spełnienia go wszyscy się wzajem uwalniamy Poganie znowu, poganie niebezpieczniejsi daleko od tych, których nawracali apostołowie słowem, a męczennicy krwią, przelaną, zrzekamy się prawdy dla fałszu, którego widząc znikomość, smakujemy w jego słodyczy...
Niektóre z tych myśli przesunęły się przez głowę Aleksemu, a Julian rozruszać go i rozweselić nie umiał, sam też nie bardzo będąc spokojny, oddać się nie mógł przyjacielowi, co chwila przypominając matkę, do której posyłał bezustanku.
Było już około dziesiątéj; rozmowa nie szła między trzema panami; cisza panowała w pokoju. Aleksy siedział z głową spuszczoną, gdy szmer w progu, szelest sukni kobiecéj, obudził go z zamyślenia i prawie przestraszył. Podniósł oczy i ujrzał przed sobą najniespodziewańsze zjawisko — kobietę przedziwnéj piękności... porwał się z krzesła i stanął osłupiały niemal z podziwu i zachwycenia. Łatwo mu się było domyśleć, że to była Anna, siostra Juliana, przychodząca z uwiadomieniem o przebudzeniu matki; gdyby podobieństwo rysów nie zdradzało pokrewieństwa, szlachetność i poetyczność téj postaci panią-by w niéj uznać kazała...
Anna o rok starszą była od brata, ale zdawała się prawie młodszą od niego, tak dziewiczy był wyraz jéj twarzyczki, tak życie nic się jeszcze tysiącem swych boleści nie wypiętnowało na jéj anielskiém obliczu, oblaném aureolą spokoju.
Rysy miała rodowe Karlińskich: oczy czarne, nos prześliczny, prosty, malutki, a tuż przy nim usta uśmiechnięte smutno, dziecinnego prawie wyrazu, naiwności pełne. Owal twarzy nieco długi, przypominał stare, włoskiej szkoły przedrafaelowskiéj madonny; brak mu było barwy, marmurowa jednostajna pokrywała go bladość, ale jak z nią było jéj pięknie! Ciemne jéj włosy nie były jednak czarne, orzechowe raczéj, brwi i rzęsy daleko miała silniejszéj barwy, ale warkocz obfity pochylał nieco na ramię obciążoną głowę, a w połyskach jego, jak w bronzie starym, przebijało się złoto. Jak Julian, Anna była istotą, którą lada silniejszy powiew wiatru mógł zda się rozwiać w powietrzu, i to co w mężczyźnie słabością było, w niéj stawało się wdziękiem, który ją zbliżał do ideałów poety. Brakło jéj tylko dwóch lekkich skrzydełek, by uleciała z uśmiechem do niebios, w które patrzała z tęsknotą.
Może sieroctwo, którego doznała w dniach przedzielających dzieciństwo od młodości, sieroctwo dziwne, bo mając matkę nigdy na dłużéj przytulić się pod jéj skrzydła nie mogła, nadało jéj wyraz smutku i rezygnacyi cichéj, spokojnéj, pokornéj, który zdawał się najwłaściwszy omglonéj i powietrznéj postaci, ledwie stopami dotykającéj ziemi. Trudno ją było pojąć wesołą; nigdy téż nią nie była, ale i smutek jéj nie był frasunkiem ziemskim, znudzeniem, zniechęceniem, obrzydzeniem życia; była to jakaś tęsknota do nieśmiertelnéj ojczyzny, do jasnych niebios i białych aniołów, coś jakby nostalgia wygnanki skazanéj na wiekuiste mieszkanie wśród obcych i obojętnych. Było w niéj coś tak anielsko-czystego i wielkiego, że najzepsutszy wzrok ludzki nie śmiał na nią, spojrzéć z myślą grzeszną; przytomność jéj oświecała i oczyszczała, człowiek przy niéj czuł się lepszym, podniesionym, spokojnym, jakby go anioł uniósł skrzydły jasnemi nad ziemię.
Anna była też ukochaną nietylko w Karlinie od tych, co ją otaczali, ale zyskiwała serca wszystkich, i wzniecała uwielbienie w każdym, do kogo się choć trafem zbliżyła. Dojrzała przedwcześnie, poważna, kierowała mimowolnie Julianem, stryjami, domem całym i wyrzekła się młodości dla surowych obowiązków życia, które spełniała z ofiarą chętną i całą saméj siebie. Nie wiem, czy kiedy pomyślała nawet o sobie i przyszłości; jéj szczęście było w szczęściu drugich, a jeśli kiedy uśmiechnęła się radośnie, to dla nich lub z niemi.
Stanąwszy w progu, panna Anna, która się nie spodziewała widać znaleźć u Juliana nikogo prócz niego i doktora, zdumiała się i zacofała, widząc obcego, kogoś tak niepozornego jak Aleksy, w poufałéj rozmowie z bratem i w jego towarzystwie. Przyszło jéj na myśl, że to być mógł drugi jakiś nieznajomy lekarz, wezwany przez Juliana; inaczéj bowiem sobie wytłómaczyć nie mogła tak rannego przybycia zupełnie nieznajomego, w ubraniu, w jakiem się jéj jeszcze nikt z mężczyzn nie przedstawił. Aleksy był całkiem po podróżnemu, a choć mu i w tym stroju dosyć było do twarzy, choć może lepiéj jeszcze wydawał się w prostéj odzieży człowiek pracy, panna Anna tak się rychło na tém poznać nie mogła. Uderzyła ją tylko pospolitość téj postaci pełnéj siły i energii, ale na pierwszy rzut oka rażącéj szorstkością pozoru i zaniedbaniem. Zdziwiona, zatrzymała się w progu, właśnie gdy Drabicki, skłopotany, że się tak nieprzyzwoicie prezentował, pochwycił się z siedzenia, stanął jak wryty, nie wiedząc, co się z nim stało, czując tylko, że jakieś nieziemskie zjawisko miał przed zdumionemi oczyma.
Julian, który postrzegł a raczej przeczuł siostrę, i doktor, który ją zdaleka zobaczył, porwali się i podbiegli ku niéj, na chwilę zostawując Aleksego w osamotnieniu dość przykrém: wprędce jednak przypomniał sobie Karliński towarzysza, szepnął coś siostrze na ucho i przedstawił go.
— Jeden a może jedyny, którego przyjacielem w życiu nazwać mogłem, towarzysz mój uniwersytecki... Aleksy Drabicki, kochana Anusiu... Winniśmy mu podziękować serdecznie, bo sam jeździł po pana Grebera i sądząc, że nam jeszcze w czém pomocnym być może, był tak łaskaw, że do Karlina z nim przybiegł; aleśmy mu winni i wymówkę, bo dawno mieszka tu o milę, i nie dał znaku życia.
Anna skłoniła się zlekka, zapłoniona nieco, Aleksy wymówił słów kilka niezrozumiałych, i natychmiast zaczęto mówić o pułkownikowéj.
— Przebudziła się mama? — spytał Julian.
— Jak się ma pani pułkownikowa?...
— Zdaje mi się, że lepiéj jest jak wczoraj, ale dziś ma mocny ból głowy — odezwała się Anna — pytała o pana Grebera... możebyśmy poszli do niéj...
— Chodźmy — zawołał Julian. — Ty, kochany Aleksy, odpocznij, weź jaką książkę, ja zaraz powrócę...
— Dziękuję ci — odparł żywo Aleksy — widząc się niepotrzebnym, śpieszę do domu, zawadzałbym ci, a czas mi drogi i chwile mam policzone...
— Radbym cię serdecznie nie puścić..
— Niech pan zostanie — szepnęła Anna przez grzeczność.
Aleksy się ukłonił.
— Muszę jechać...
To mówiąc, w chwili gdy doktor z panną Anną przodem pośpieszali do pułkownikowéj, pożegnał Juliana i zbiegłszy ze wschodów, siadł na bryczkę, która go czekała. Za bramą odetchnął lżéj i uczuł się dopiero swobodniejszym; w Karlinie pierwszy raz doznał przykrego jakiegoś uciskającego uczucia, niewysłowionego ciężaru, od ktorego uczuł się dopiéro wolnym, gdy bramę pałacową przejechał. Śmiał się z siebie, tłómaczył to sobie różnie i obwiniał o dzieciństwo, ale przezwyciężyć nie mógł. Dlaczego te mury, ten przepych, bogactwo, to państwo, których się ani obawiać, ani im kłaniać nie miał powodu, ludzie, bez których się mógł obejść, takie jakieś dziwaczne zrobili na nim wrażenie obawy, niewoli, ucisku? Zwykle odważny i szczery, tu się czuł spętanym, a słowa marły mu na ustach, i w sercu nieznana jakaś odzywała się bojaźliwość; czemu nie umiał być szczerze, otwarcie sobą, tak jak był w domu ze swymi? dlaczego silniejszym w istocie będąc, uznawał się niejako słabszym, przez to uczucie niewyrozumowane, które nim owładło?
Zostawmy go rozwiązywaniu tych zagadnień, które przez drogę do domu, zstępując do serca swego, usiłował rozplatać, a wróćmy do Karlina.
Pannę Annę uderzyła zarazem pełna wyrazu siły, energii i prawości postać Aleksego, i niezwykła jéj powierzchowność. Przywykła widziéć ludzi posłusznych formie jedynéj, w jakiéj świata część jest oddana, nie poznała się zrazu na młodym człowieku; ale nieprzyjemnego doznała wrażenia, widząc go tak odmiennym od tych, co się u niéj uważali za normę przyzwoitości. Mimo wyższości swego umysłu, w pierwszéj chwili oprzeć się nie potrafiła temu uczuciu i musiała do niego przyznać się przed bratem.
— Gdzieżeś to, kochany Julku, odgrzebał tego oryginalnego przyjaciela? — spytała z uśmiechem.
— Nie podobał ci się, kochana Anusiu?
— Tak krótko go widziałam, że o nim sądzić nie mogę, ale przyznam ci się, że pierwsze wrażenie nie było korzystne; coś ma tak strasznego w sobie... jakiegoś trybuna fizyognomia... coś barbarzyńskiego prawie... zimno mi się zrobiło, gdym go u ciebie zobaczyła.
Julian się rozśmiał.
— Prawda, moja droga — rzekł — że się różni wielce od tych, których pospolicie tu widujemy; człowiek ubogi, pracowity... był moim dobrym towarzyszem na ławie akademickiéj, dusza wzniosła, serce złote, energii i siły ogromnéj... Dawno już gospodaruje w Żerbach, a nie był u nas, ceni swoję niezależność... ledwiem go nakłonił potrzebą posługi, że tu zajrzał, przywiózł nam sam doktora... jeździł po niego.
Anna zastanowiła się nieco nad słowami Juliana...
— A! jakżem mu wdzięczna... to jakiś dobry człowiek być musi, choć dziwnie w tym stroju wieśniaczym wygląda. Nie wiedziałam, co to znaczy, ktoś taki u ciebie... przepraszam, żem się nie poznała na twoim przyjacielu, ale się poprawię...
— Wątpię, moja Anusiu — rzekł Julian — on tu nie zechce przyjechać więcéj...
— Dlaczego? wszakżeśmy mu nie uchybili?
— Nie, ale dziki trochę... i boi się, byśmy go nie obałamucili, my, jak nas nazywa, próżniacy... Biedny, ma całą rodzinę na głowie, a tak mu ten zawód gospodarza ciężyć musi przy jego ukształceniu umysłowém.
— Więc to człowiek wykształcony?
— Jedna z najlepszych głów, jakie znam, kochana Anno... a charakter! a serce! a wytrwałość!
— A! jakże mi żal, żem tak źle go osądziła!
— Nie dziwię się — odparł Julian — wy kobiety rzadko macie odwagę inaczéj jak z powierzchownéj skorupki sądzić człowieka, dlatego to może tyle was spotyka zawodów. Najmniej godni szacunku umieją się ubrać dla oka tak uczciwie!

To mówiąc zbliżyli się do pokoju matki, rozmowa i chód ich cichsze się coraz stawały, powoli otworzyli drzwi sypialni i weszli do niéj prowadząc doktora za sobą.

IX.

Pani pułkownikowa Delrio siedziała już w fotelu, przybrana nieco, bo się spodziewała Grebera, a choć wiek mógł-był ją uczynić obojętną na to, jak się przed ludźmi pokaże, nie miała jeszcze odwagi, choć trochę się nie przystroiwszy, przedstawić obcemu. Pamiętała, że była piękną i ślady dawnych wdzięków pozostały jeszcze na jéj twarzy zbladłej nieco, zmęczonéj, nieraz podobno oblanéj łzami, a zmuszającéj się do uśmiechu i młodości.
Wieku jéj odgadnąć nie było można, bo go starannie ukrywała i miała jednę z tych szczęśliwych fizyognomij, które do jakiegoś czasu świeżo się i młodo trzymają, aż je gwałtowne wstrząśnienie w kilku godzinach o lat kilkanaście postarzy. Mimo cierpienia, pani Delrio nie pozwoliła jeszcze sobie postarzeć, nie dała się zmódz przeciwności, boleściom, tęsknocie, które ją dotknęły. Twarz jéj była znakomicie piękną i uderzała wyrazem ognia i zapału; wielkie czarne oczy, które chwilowo powiększało trochę gorączki, błyskały dziwnie wśród pożółkłéj, jednobarwnéj twarzy z wypalonym, niezwykłym, chorobliwym rumieńcem; czoło miała białe i wzniosłe, nos orli maleńki, usta z trochą dumy zaciśnięte. Na głowie jéj obfity ciemny warkocz ledwie kilką niedostrzeżonemi srebrzył się włosami, posiwiałemi zawcześnie, może w godzinach cierpienia i żalu. Nie straciła nawet ani kibici, ani tego wdzięku, który niemoc odbiera, a rączka jéj i nóżka uderzały kształtami pełnemi i utoczonemi, ale niedotkniętemi jeszcze zębem czasu, jak to dawniéj mowiono... Gasła wprawdzie przy idealnéj dziewiczéj piękności Anny, ale téj wdzięk był tak różny i całkiem duchowy, że go porównywać nawet nie było podobna do piękności pułkownikowéj, w któréj dusza śladami tylko boleści się objawiała.
W rysach matki, choć tajone, malowało się życie jéj całe, wszystkie pragnienia nienasycone, doznane zawody i ten niespokój, jaki towarzyszy nieugaszonym jeszcze a już zrozpaczonym namiętnościom czysto ziemskiego pochodzenia. Było w niéj i rozdrażnione macierzyńskie uczucie, którego zaspokoić nie mogła, i żal po życiu upływającém, bez marzonego szczęścia i niedosnute sny młodości przeciągnionéj za zwykłe jéj granice; obok powagi matki coś dziewiczego, coś młodego jeszcze...
Pułkownikowa siedziała w fotelu zamyślona, z głową na ręku opartą; podniosła oczy i uśmiechnęła się na widok dzieci.
— A! Julek! — zawołała — przyjechałeś? kiedyżeś przyjechał...
— W nocy, mamo, spotkałem się z Samojłą jadącym po pana Grebera i z noclegu pośpieszyłem tu zaraz...
— Dziękuję ci, dziękuję — odezwała się z czułością, pani Delrio — tak-em pragnęła ciebie zobaczyć... a powracać muszę...
— Jużciż nie chora...
— Wiktor byłby o mnie niespokojny... a ta choroba... prawda, doktorze, że to nic?... może trochę kataru?...
— Zaraz zobaczymy — poważnie odparł lekarz zasiadając przy pani Delrio — zaraz zobaczymy. — I delikatnie ujął białą jéj rączkę.
Twarz doktora wśród tego badania nic nie wyrażała; namyślał się, czy pułkownikowa potrzebuje być w téj chwili zdrową czy chorą, bo istotnie słabości tam nadzwyczajnéj nie było, a Greber chciał się zastosować, wedle swego zwyczaju, ze zdaniem do potrzeby pacyentki... Nie dostrzegłszy nic zatrważającego, wreszcie domyślił się, że słabość musiała być więcéj moralną jakąś podporą projektów, niż rzeczywistém cierpieniem, i rzekł potrząsając głową;
— Jechać nie pozwolę; jest trochę gorączki, potrzeba spoczynku... czasu.. zobaczymy... muszę się rozpatrzyć...
Twarz pułkownikowéj nieco się rozjaśniła, Greber chwycił jéj wyraz przelotny i dodał:
— Ani myśléć jechać, z tydzień potrzeba tu pozostać.
— Poślemy do pułkownika — rzekł Julian.
— Ale nie piszcie, żem chora, tylko że mnie tak... interes, wasze sprawy jakie... Anusia lub stryjowie wstrzymali... co chcecie...
— Niech mama będzie spokojna...
Pułkownikowa westchnęła, Greber się namarszczył przystępując do ściślejszego egzaminu, a Julian z Anną, poszeptawszy coś z sobą, wyszli razem z pokoju matki.

X.

— Chodźmy do Emilka — odezwała się Anna w korytarzu — cała ta choroba mamy pochodzi z wczorajszego z nim widzenia się... ty wiesz, jakie on biedny na mamie robi wrażenie... Zdaje mi się... że i on nie musi być dobrze, od wczoraj go nie widziałam.
— Idź sama — odparł Julian — ty jedna masz jakiś wpływ na niego i władzę nad nim, ja idę wyprawić posłańca i będę u niego późniéj; lepiéj gdy się tak podzielimy, dłużej kogoś przy sobie miéć będzie.
To mówiąc pocałował rękę Anny i pośpieszył w przeciwną stronę, a siostra powolnym krokiem przez długi korytarz skierowała się ku pokojom odsuniętym, położonym na rogu starego zamku. Wybrano je może dla rozległego widoku, który się stąd rozciągał na całą okolicę, może dla usunięcia człowieka, którego zaraz poznamy, od wszelkiego zetknięcia z ludźmi, od oka ludzkiego i natrętnéj ciekawości.
Panna Anna z ostrożnością otworzyła drzwi obite suknem i pocichu weszła do przedpokoju, w którym staruszek siwy drzemał na krześle, w okularach, z nabożną książką w ręku. Z powierzchowności poznać w nim było można zaraz sługę domu, przywiązanego doń, jak do rodziny, i z zupełném poświęceniem oddającego mu resztki niedogasłego życia. Siwy, zgarbiony, wychudły, Antoni Miazga, wzięty do usług dworskich ze wsi za lat młodszych, stał się jednym z kamieni tego zamku, jego cząstką, rozbratał z rodziną własną i wyrzekł jéj dla tych, których nałogowo pokochał. Twarz jego spokojna, męska, zamyślona, była pełna dobroci; zobaczywszy swoję panienkę, złożył szybko książkę, uśmiechnął się, zdjął okulary i pośpieszył jéj drzwi drugiego pokoju otworzyć. Na palcach weszła doń Anna, ale tu nie było nikogo. Dziwne mieszkanie nie dozwalało nawet domyślić się, kto je zajmował: kilka parawanów, flaszki, lekarstwa, smutny przybór choroby i niemocy, całe je zapełniał. Dopiéro w trzecim pokoju Anna spotkała brata, przy którego poduszkami ostawionym fotelu, młody chłopak stał na straży, zdając się z czułością i przejęciem śledzić w oczach chorego, czy jakiéj nie potrzebował pomocy.
Jakże wam opisać tę istotę, na którą zwróciwszy się oczy Anny zaszły łzą, prędko otartą i zagładzoną przymuszonym uśmiechem?... Twarz jego nie dozwalała oznaczyć wieku... podobna do rysów Juliana i Anny, dziecinniejszą była od nich, choć starszą może, włos na niéj nie porastał; oczy niebieskie, ogromne, bez wyrazu oznaczonego, jakby obłąkane, ale łzawe i czułości pełne, najwięcéj jéj nadawały życia... Obfity włos jasny spadał na ramiona i czoło niskie rozszerzone w skroniach, wydatne... Usta, których nigdy nie otworzył uśmiech wesela ni słowo od serca, bo biedny był głuchoniemym od urodzenia, nie zamykało téż żadne uczucie; wpół otwarte, ukazywały rząd białych zębów, drobnych, ostrych i błyszczących. Cała twarz na pierwszy rzut oka wydawała nieszczęśliwą, niepełną, skazaną na życie męczarni istotę, dla któréj ludzie mają tylko łzę litości i wstrętu. Emil, pozbawiony mowy i słuchu, oprócz tego delikatny był, cierpiący, drażliwy i niekiedy niepokój jego zastraszającą stawał się chorobą. Pozostał on w latach dwudziestu kilku dziecięciem prawie, i pomimo starań siostry, matki, brata, mimo najpilniejszego leczenia, ani sił, ani połysku myśli nie nabył. Ze wszystkich, co go otaczali, najlepiéj znał i najulegléj słuchał jednéj siostry; jéj widok go uśmierzał, patrzał na nią z upodobaniem, zatrzymywał ją, gdy odchodziła, rwał się z krzesła, do którego przykuwała go niemoc na wieki. Ona jedna umiała nieszczęśliwemu znaleźć zabawę ją jedną, gdy czego żądała, rozumiał, a w oczach jego, gdy na nią spoglądał, na chwilę myśl nawet zdawała się połyskiwać. Może gdyby Emil miał siły, gdyby mu tylko brakło słuchu i mowy, ten anioł siostra byłaby potrafiła rozbudzić w nim duszę uśpioną; ale rzadko nieszczęśliwa istota podnosiła się z łóżka i zwlec mogła na nogi; najczęściéj walczyła z chorobą okropną, po któréj przystępach nadługo pozostawała bezwładną i dzikim tylko jękiem, zwierzęcym, przerażała tych, co się jéj poświęcili.
Gdy Anna weszła, gdy ją Emil zobaczył, oczy jego uśmiechnęły się do niéj, wyciągnął ręce, zadrżał i począł ją wabić ku sobie. Dziwny głos, do którego przywyknąć było potrzeba, żeby go słyszeć bez wzdrygnienia, wyrwał się z ust jego... Anna zbliżyła się i zlekka pocałowała go w głowę. Przymknął oczy... otworzył je po chwili, i uśmiechnął się, jakby jéj dziękował...
W takim stanie zostawał najstarszy z rodziny Karlińskich, i nie dziw, że ilekroć przyjeżdżała matka i widziéć go zapragnęła, serce się jéj boleścią zakrwawiało na widok dziecięcia, które wołałaby widzieć w grobie, niżeli skazane na taki byt zwierzęcy, z którego boleść tylko rozbudzić go mogła... Starania siostry, brata, poczciwych sług, a mianowicie Antoniego Miazgi, co się całkowicie Emila usłudze poświęcił, nie opuszczały chorego nigdy, ale niewielką ulgą dla niego były. Żył, cudem wytrzymywał napady choroby, niekiedy odzyskiwał siły, rozwijał się, i śmierć, którąby błogosławić było potrzeba, nie zdawała się bliską, owszem lekarze zapewniali, że w tym stanie długo żyć może. Brat i siostra musieli nad nim czuwać nieustannie i życie ich, przykute do téj bezmyślnéj istoty, zatruwało się goryczą codzienną. Anna tylko nie westchnęła nigdy na ciężki obowiązek, spełniała go niemal z zapałem, i uwalniała, o ile mogła, Juliana od widoku nieszczęśliwego, który go zawsze zachmurzał. Długie nieraz godziny spędzała przy łóżku Emila, usiłując wlać weń pojęcia, któreby stan jego osłodziły, starając się wytłomaczyć mu byt, świat, otaczających ludzi i rodzinę. Ale praca to była napróżna, Emil nie powstał do życia... Niekiedy w oczach jego pałała jakaś iskierka, usilnie starały się one pochwycić i zrozumieć znaki, które mu dawała siostra, i po tym wysiłku niespokój tylko i rozdrażnienie następowało. Kilka tylko osób znał i słuchał: starego Antoniego, który tak się wcielił w panicza swego, że nietylko ruch jego każdy, ale to, czego mu było potrzeba, przewidywał zawcześnie; Annę, co go uspokajała w chwilach najgwałtowniejszych przystępów szału; Juliana, na którego patrzał z obawą; i matkę, która na nim przykre i wstrętliwe robiła wrażenie. Bytność jéj pogorszała stan jego, niczém się jéj ująć nie dawał, nie dozwalał zbliżyć do siebie, co nieszczęśliwą, kobietę zawsze prawie o chorobę przyprawiało...
Władze, których brakło ułomnej téj istocie, całą swą niezużytą siłą przeszły w organa wzroku i w nieznany nam zmysł, który można było nazwać przeczuciem. Największą rozkoszą dla chorego było patrzeć na świat przez okno, na niebo, na słońce i gwiazdy; bawiły go świetne barwy i błyskotki, lubił obrazki i niekiedy całe dnie spokojny się w nie wpatrywał. Zmysł przeczucia, do którego już wszyscy byli przywykli, zadziwiający był w biednym głuchoniemym; gdy Anna przyjść miała, słudzy poznawali to wcześnie po zwróconéj głowie Emila, która się do drzwi pochylała, po uśmiechu i błysku oczów jego... gdy Anna była cierpiącą, chorował... za przybyciem matki, nim ją nawet zobaczył, rwał się niespokojny, i jeśli mógł wstać, biegł i chował się po kątach... Tak przeczuwał zawcześnie wszystko, co go dotknąć mogło, i nikt nie zdumiewał się téj dziwnéj władzy, która brak innych zastępowała w Emilu.
Drażliwy był nadzwyczajnie na zmiany, jakim ulegała natura, niepokoił się przed burzą, weselszy był w czasie pogody, miotał się, gdy wyły wiatry i szalało na dworze. Zima zwykle była mu najtrudniejszą do przebycia; latem najlepiéj lubił żyć na odkrytém powietrzu i śmiał się, jak zwierzątko podskakując, gdy go wyprowadzono. Stary Antoni i młodszy pomocnik jego zwykle wychodzili z nim do parku, i tam na ustroniu, w cieniu, wśród kwiatów, całe dnie z nim spędzali. Emil zapatrzywszy się w niebo, idąc okiem za chmurami, uśmiechając się do nich, zapominał wszystkiego i ciężko było nieraz zwrócić go do domu, zwłaszcza jeśli wschodzącego doczekał księżyca, za którym śledził po niebie ze szczególną namiętnością, gniewając się na chmury, które go zasłaniały... rwąc się ku niemu i wyciągając ręce...
W takim to stanie był najstarszy z rodziny Karlińskich, i łatwo pojąć, jaką żałobą okrywał dom, w którym jego chorobami niedołęstwo były chlebem powszednim, widokiem i myślą codzienną...

XI.

Gdy w Karlinie troskliwie chodzą około choréj, doznaném wczoraj wrażeniem dotkniętéj, Aleksy tymczasem śpieszy do Żerbów, zadumany, nie rad z siebie, po raz pierwszy przerwawszy jednostajny bieg zajęć swoich, do których nałogowo chciał się wciągnąćtemi odwiedzinami, co jak sen dziwaczny snują mu się po głowie... Zajrzał tylko w świat inny i niżéj się znowu zobaczył, niż przedtem... dostatek Karlińskich dał mu uczuć jego ubóstwo dotkliwiej, ich położenie towarzyskie zepchnęło go i upokorzyło; duma nie dozwalała pobratać się z Julianem, ku któremu ciągnie go serce... i smutno... smutniéj niż kiedy. Wszystkie pragnienia młodości, które był przybił pracą i milczéć im kazał, podniosły głosy wrzawliwe... Ale otóż i Żerby i słomiana strzecha i ciężka rzeczywistość... Aleksy otrząsł się, wymężniał, przypomniał sobie obowiązki, uspokoił.
Drobna napozór okoliczność przyczyniła się także do oderwania go niebezpiecznemu marzeniu. Parfen, który z nim jechał, w miarę zbliżania się do domu tak weselał, tak się rozpromieniał i rozgady wał, nie mogąc już uczuć swoich w sobie powstrzymać, że i swego pana rozruszać potrafił. Był on z Aleksym na stopie przyzwoitéj poufałości; pan nie bronił mu nigdy być człowiekiem i myśli swojéj wyrażać głośno, to też i teraz chłopak zobaczywszy Żerby, popędzając koniki, dał panu naukę mimowolnie, spowiadając się z tego, co widział w Karlinie.
— Ot i Żerby nasze — zawołał — no! chwała Bogu... a to nigdzie tak, jak w domu, proszę pana... E! mnie się tam nie podobało...
— Czemuż ci się nie podobało?
— Albo ja wiem — odparł Parfen, ruszając ramionami — u nas lepiéj!... Tam to wielkie państwo... aż strach... i dobrzy słyszę panowie, ale to ludzi nie widzi i nie rozumie, do nich nie dostąpić; ot sam gadałem z gospodarzem ze wsi, co trzy dni stoi w bramie, chcąc pana zobaczyć i z nim pogadać... A cóż! pan go pewnie odeśle do komisarza, a komisarz do ekonoma, na którego przyszedł się skarżyć... A te lokaje, to gorzej panów; ledwie to siermięgę zrzuciło, już lacha udaje, ta i gorzej pana się dmie... U nas dwór i wieś, to jakby jedno, a tu w zamku inszy naród... ani pogadać z niemi, ani pożalić się... wolę ja Żerby...
Aleksy nic nie odpowiedział, ale głębiéj niż Parfen zrozumiał słowa człowieka, który wrażenia swego nie potrafił wytłómaczyć. W istocie, między tym zamkiem, a wioską, a ludem, między nim, a szlachtą nawet nie było żadnego związku, żadnéj sympatyi, żadnego ze starych węzłów, co ich łączyły; rodzina Karlińskich stanęła przed oczyma jego we właściwém świetle, w odosobnieniu, na które skazywały ją obyczaje, cudzoziemszczyzna i ta chorobliwa cywilizacya martwa, co na rozerwaniu z światem otaczającym zasadza wyższość swoję. Ci ludzie byli narodem w narodzie dobrowolnie odosobnionym, kastą żyjącą w kółku własném, obcą wszystkiemu, co się wkoło nich działo i żywot mającą odrębny. A jednak powstali i wyrośli z łona tego ludu, z którym się tak daleko rozeszli na rozstajach życia; byli przewodnikami, wodzami, reprezentantami potrzeb, myślą, mózgiem i prawicą tych, których powolnie się zaparli. Stąd dziwne i fałszywe położenie, stąd nieustanne starcia i uczucia nieprzyjazne, które się z nich dobywały... Społeczność, jak człowiek chory, instynktowo się miota, gdy który z jéj organów odmawia posługi, do któréj jest stworzony. Zapiera się go, czując w nim obcego, i usiłuje brak ten zastąpić nowym żywiołem.
Uczucie zazdrości, które mimowolnie zajęło serce Aleksego, ustąpiło miejsca politowaniu; zmierzył położenie ich i swoje, i pojął, że był częścią żywotną towarzystwa, którego tamci byli organem umarłym. Przyszła mu na myśl smutna twarz Juliana, jego bojaźliwość chorobliwa, to, co mówił o położeniu swém, i Aleksy z uśmiechem znowu powitał maleńki domek, ukazujący mu się z za zielonych gałęzi.
Żerby graniczyły z włością Karlina, wieś ta nawet należała niegdyś podobno do rodziny Karlińskich; ale nabyta przez ubogiego szlachcica, rozdzieliła się na kilka części. Na dwadzieścia kilka chat włościańskich było tu sześciu posiadaczy, a jednym z najuboższych — Aleksy i jego rodzeństwo.
Drabiccy mieli tylko trzech chłopków, piętnaście dusz, mówiąc stylem urzędowym, do tego kawałek pola, po trzydzieści morgów w zmianę, kawałek dobréj ogrodowéj sianożęci, trochę lasu, jakąś cząstkę we wspólnéj arendzie i młynie, i najstarszą sadybę we wsi, ocienioną lipami, otoczoną sadem, wyglądającą wcale poważnie. Na to mienie tak maluczkie, Aleksy, matka i trzech młodszych braci! A jednak rządny i pracowity nasz chłopak wiódł tak dobrze gospodarstwo, matka ze swéj strony tak skąpiła i oszczędzała, że im chleba nie brakło, a co dziwniéj, długów, niewypłat skarbowi i zaległości nie znali. Sąsiedzi, bogatsi daleko we włościan i ziemię, zapatrywali się z zazdrością na powodzenie Drabickich i nie chcąc się uznać nieudolnemi do zarządu, przypisywali je zawsze szczęśliwym jakimś przypadkom. Nareszcie zaczęli utrzymywać wszyscy zgodnie, że Aleksy miał najlepszy kawał ziemi, że część jego przywiązana do starego dworu, w najkorzystniejszém była położeniu i usiłowali ją nabyć nawet, ale Drabiccy sprzedawać jéj nie myśleli... Jeden ze współposiadaczy Żerbów wyprowadził ich z tego błędu: cząstka jego uważała się za najgorszą, nic mu prawie nie przynosiła, a że miał większą posiadłość o mil kilka, puścił ją dzierżawą Aleksemu; ten na niéj pogospodarowawszy, zdumionym sąsiadom pokazał, że nie tyle stanowi majątek sam, który jest materyałem tylko, co ożywiająca go praca. Pola odłogiem leżące rodzić poczęły, szlachcic się połakomił i dzierżawę odebrał; w rok znowu nic nie miał z cząstki i powrócił ją Drabickiemu. Nie chcąc mu przyznać więcéj, wszyscy powiedzieli sobie:
— Pan Aleksy ma szczęście!
I tak z tém szczęściem pozostał.
Okupywał je też niezmordowaną, wytrwałą i rozumną pracą; to, co przedsiębrał, robił nie na los i traf, ale z wyrozumowaniem i znajomością rzeczy, nie szczędził siebie, nikim się nie wyręczał, niczém się nie zrażał, nikomu zbić się z tropu nie dawał i choć mu niejeden zazdrościł, nie miał nieprzyjaciół, bo niechęć nawet życzliwością płacić umiał i nią rozbrajał najzaciętszych.
Stary dwór, w którym mieszkali Drabiccy, położony był na końcu wioski; trzy chatki włościańskie do niego należące, stały tuż przez ulicę tylko. Obszerny sad i wygodne, choć nieco podupadłe otaczały go zabudowania: Aleksemu nie stało na nowe, ale jakie miał, podtrzymywać umiał. Sam dom był w istocie budową może stuletnią, ale w początku postawiony z dobrego drzewa, mocno i starannie, trzymał się jeszcze, powoli osiadając w ziemię. Wysoki dach, ganek o czterech słupach, długie a wąskie okna, poważną staroświecką nadawały mu fizyognomię, a otaczające go drzewa osłaniały zewsząd od natrętnych oczów. Przed nim obszerny dosyć, ze studnią najlepszą we wsi, dziedziniec, oficynka, stajnie, loch i czego do gospodarstwa potrzeba; wszędzie płoty porządne, drzewa niepouszkadzane, i nigdzie smutnych zwiastunów ruiny, rumowisk, gruzów i łomów. Znać było wszędzie rękę, co ładu pilnowała... ale za to nigdzie starania o wdzięk, o zabawę oka, bo na to czasu nie było w Żerbach; koryta na środku podwórka przy studni dla trzody, sznury z bielizną od staréj lipy do żórawia, na płotach hładysze i garnki, w ganku zapomniane necułki i ceberki... wrota staroświeckie, słomianym pokryte daszkiem, sam dwór poszyty snopkami, choć dawniéj miał dach gontowy... naprzeciwko dosyć szyb powybijanych i powstawianych nieforemnie. Flamandzki pejzażysta byłby sobie upodobał ten dziedzińczyk z mnóstwem malowniczych szczegółów, ugrupowanych szczęśliwie, ożywiony w ciągu dnia drobiem, chlewnią, bydłem i końmi, osłoniony zewsząd drzewy i dzikiemi kwiaty; ale przywykły do wytworności człowiek ze świata innego, ze świata zabawy i spoczynku, odwróciłby się ze wstrętem od gwarliwéj téj zagrody, na którą trudno było zajechać większym powozem i stadem koni.
Aleksy zbliżając się do dworu, wysiadł z bryczki i wstąpił do chaty Tywona, dowiedziéć się, co w polu robią; tymczasem Parfen pobiegł do stajni, bo mu pilno było do dworu, a jak tylko konie zobaczyła w dziedzińcu, pani Drabicka wybiegła się dowiedzieć o synu, o którego już była niespokojną. Za nią wyskoczyli chłopcy i służące, i z ganku ozwały się głosy niecierpliwe:
— A gdzie panicz? a gdzie Aleksy?
Prawie w téj saméj chwili, gospodarz nie zastawszy Tywona w domu, wbiegł w bramę i sam się ukazał na dziedzińcu. Naówczas bracia i matka i stary Kurta wyszli wszyscy przeciwko niemu z niepokojem i radością.
— Cóżeś to tak długo bawił? — zapytała pani Drabicka.
— Zaraz, zaraz, opowiem, gdzie byłem i co mnie wstrzymało — odpowiedział młody człowiek, całując rękę matki, ściskając braci, witając się z psem, który wszystkich rozpychał, o swoję dopominając się cząstkę.
Pani Drabicka, matka Aleksego, była niemłodą już kobietą, na któréj twarzy, dosyć pospolitéj i niepięknéj, praca i strapienia zatarły wszelki wdzięk, jaki miéć mogła w młodości. Wielka tylko energia i siła duszy zachowały się na obliczu pokrytém ogorzelizną i marszczkami. Była to jedna z tych twarzy, które nic nie mówią zrazu, w które się wpatrzéć potrzeba, by w nich charakter wyczytać; których rysy zapominają się łatwo, a całość tkwi jednak w pamięci. Włos już siwiejący otaczał skroń sfałdowaną i żółtą, oczy wielkie, ciemne, miały wiele bystrości i rozumu, całość raczéj surową była niż miłą, ale usta i wyraz ich pełen dobroci, łagodził nieco znaczenie rysów obleczonych smutkiem zarazem i powagą. Nie pociągała ona na pierwszy rzut oka, ani starała się być miłą, ale poznawszy ją bliżéj, wiedziałeś, że na serce jéj rachować było można, czułą też nie była, ale czuć umiała głęboko. Jak wszyscy prawie ubodzy, w zapasach z losem i ludźmi, nie łatwo wierzyła: pierwszém jéj poruszeniem była może nieufność i obawa, ale gdy raz przemogło się to wrażenie, otwierało się serce miłością chrześcijańską, czynną i wielką.
Kobietę tę potrzeba było znać blisko, widzieć ją codzień, aby ją ocenić; obcy zwykle się na niéj nie poznawali.
W pożyciu codzienném była to przedewszystkiém matka rodziny i gospodyni, niekiedy nawet za surowa, za mało pobłażająca, ale prosto iść umiejąca do celu, który widziała jasno i zdrowo. Gderliwa, gadatliwa, nie pochlebiająca nikomu, robiła sobie nieprzyjaciół słowem zbyt szczerém, a jednak z dobrego pochodzącém serca; obrażona, śmiała się i nie pamiętała urazy, gotowa będąc z pomocą nieprzyjacielowi, ale mu znowu gorzkiéj nie oszczędzając prawdy. Dzieci obawiały się jéj i kochały ją zarazem; zmiędzy nich serce jéj wyróżniało tylko Aleksego, bo na nim dla reszty budowała przyszłość; tu stosunek matki do dziecięcia zmienił się prawie, tak w nim szanowała głowę domu i gospodarza; wszakże jeśli najstarszy pobłądził wedle jéj przekonania, nie wahała się mu powiedziéć, co myślała, nie dobierając wyrazów na obwinięcie potrzebnéj nauki.
Trzej bracia Aleksego, z których najstarszy kończył szkoły, a najmłodszy je poczynał, drobne chłopaki, wychowane surowo i po męsku i do siebie i do niego wszyscy byli podobni. Nie odznaczała ich ani piękność rysów twarzy, ani szlachetność postawy, ale zbudowani byli silnie, zdrowi, weseli i z oczów ich patrzało nieleniwe pojęcie, dobrze wróżąca ciekawość.
— No! gadaj-że, gdzieżeś to bywał, Aleksy? — zawołała pani Drabicka — ja się ciebie jeszcze wczoraj spodziewałam, choć to deszcz lał, aleś ty nie piecuch, żebyś się zląkł, kiedy ci trochę za kołnierz naciecze! A tu dziś bez ciebie poszli kopy rozstawiać, kto wie, co porobią i pszenica przepaść gotowa, jak porośnie!
— Zaraz, zaraz, matuniu — rzekł Aleksy — już do Tywona wstępowałem i na pole pojadę, kazałem sobie konia kulbaczyć... Ludzie wyszli od dawna... niema się czego obawiać, bierze się na pogodę.
— A, wierz ty téj pogodzie! ja wolę pszenicę w stodole, to pewniejsze... I cóż to ciebie tak wstrzymało?...
— Naprzód jarmark — odpowiedział Aleksy wchodząc do domu — a potém...
— A potém?... — podchwyciła matka.
— Dziwny przypadek!...
— Przypadek! — powtórzyli bracia i matka obstępując Aleksego — miałeś przypadek?...
— Nie wiem jak to nazwać, spotkanie... Zajechałem był nad wieczór do karczmy traktowéj, żeby trochę koniom wypocząć, i choć deszcz lał, mieliśmy z Parfenem ruszać daléj, gdy trafem nadjechał mój dawny znajomy i towarzysz uniwersytecki, pan Julian Karliński.
— Karliński! — wykrzyknęła matka — z Karlina! doprawdy! i cóż?
— Naturalnie, gdyśmy się poznali, nie chciał mnie puścić, musiałem z nim nocować... Tymczasem przyjechał posłaniec, że matka jego...
— Pułkownikowa?
— Tak, pani Delrio, zachorowała; pojechałem po Grebera, zawiozłem go do Karlina i stamtąd dopiéro tu powracam.
Matka bacznie spojrzała w oczy synowi, który się mimowolnie zarumienił, i pokiwała głową.
— Otóż masz! — zawołała, ruszając ramionami — wpadliśmy w tę łapkę, któréj tak długo unikaliśmy... darmo ci odradzałam, żebyś się temu paniczykowi nie przypominał i stosunków nie odnawiał; los chciał inaczéj... Cóż robić! cóż robić! ale to mnie martwi! Pewnie musiał być grzeczny, chwycił Aleksego za serce, ot i gotowa z zamkiem przyjaźń, a to dla nas szlachty ubogiéj nie do rzeczy...
— Moja matuniu — odparł trochę dotknięty wymówkami Aleksy — mógłżem zrobić inaczéj, godziłoż się uciekać lub odpowiedzieć obojętnością na przyjaźń szczerą, jaką ma dla mnie?
— A na co tobie ta pańska przyjaźń? — ofuknęła się pani Drabicka — po co? po co?... Głowę ci tylko obałamuci, na wydatki niepotrzebne narazi, rozpróżnujesz się, rozjeździsz, albo on tu ciągle zaglądać będzie i truć nam czas daremnie... Już powiadam ci, że tego nie lubię... co prawda, to prawda...
— Moja droga matko — odpowiedział szybko Aleksy, całując ją w rękę — naprzód, stosunków tych, choć-em ich może pożądał, choć za niemi tęskniłem, nie starałem się odnowić; powtóre stało się to przypadkiem, a dziś jeszcze nie idzie za tém, żebyśmy żyć z sobą mieli, choć biedny Julian bardzo tego zdaje się pragnąć... a to tak dobry człowiek!
— Dobry człowiek... wszyscy oni dobrzy ludzie, choć do rany przyłożyć — odezwała się matka — ale nam nie żyć z niemi; oni ani czasu, ani pieniędzy nie umieją cenić, my się przy nich popsujem, a oni nie poprawią. Żyjmy ze swemi...
— I owszem, kochana matko, żyjmy ze swemi — odpowiedział Aleksy — ale jakże mam począć? radź mi, będę chętnie posłusznym, nie tęsknię za innym światem...
— O już to bałamucisz, kochanku — zawołała matka — niby ja tego nie rozumiem, że ty musisz, mądrzejszym będąc od nas, wydzierać się do tych, co ciebie lepiej pojmą, i którym głową równym jesteś... ale nie myśl, żebym ja znowu przez miłość własną przykuć cię chciała do naszéj strzechy słomianéj. Dla ciebie ja to robię, że wstrzymuję... nic tam prócz utrapienia nie zyskasz... Choćbyś był nie wiem jak mądry, choćbyś im był równy sercem i głową, nigdy tam ani szczeréj przyjaźni, ani braterstwa i równości nie znajdziesz; bawić ich będziesz musiał, służyć im, poświęcać się dla nich, a za to, gdy czas będą mieli i nikogo lepszego nie znajdą, uśmiechną ci się czasem zdaleka, kiedy ich nikt nie zobaczy. Wierzaj mi, wierzaj... poświęcą cię potém lada błaznowi z uperfumowaną główką i tytulikiem podrobionym...
— Kochana matko, wszystko widzisz czarno... ależ znowu ja nie myślę nabijać się nikomu, nawet Julianowi...
— Co to gadać! stało się, niema co narzekać, tylko ci powiem szczerze, żem temu wcale nie rada... Darmo, Julian tu przyjedzie, bo się nudzi, ciebie pociągnie, poznasz się tam z innemi, będziesz musiał jeździć, będziemy musieli przyjmować, i rady gospodarstwu nie dasz i dom ci obrzydnie, bo się do pańskich wygódek nałożysz! A to tak łatwo! Ale gadajże mi choć, jak to było?
Otoczono go kołem i Aleksy z najdrobniejszemi szczegółami opowiadać musiał i spotkanie w karczmie, i rozmowę swoję z Julianem, i przyjęcie na zamku. Nie pominął widzenia Anny, nie taił się z wrażeniem, jakie na nim bytność u Karlińskich zrobiła, słowem wyspowiadał się szczerze, a matka smutnie tylko słuchając go, poruszała głową, ale już nic więcéj nie powiedziała. Przyprowadzono bułanka przed ganek osiodłanego, brat drugi naparł się jechać z Aleksym w pole na małym koniku, którego Parfen mu zaraz podał, i pani Drabicka obu ich wyprawiwszy do gospodarstwa, sama poszła pochmurna do swoich zwykłych zatrudnień.

XII.

Już od kilku dni bawiła w Karlinie pani Delrio, a stan jéj się nie polepszał; posłano, dając znać pułkownikowi, który uspokojony, nie pośpieszył do żony, doktor Greber wciąż bawił jeszcze, środkami anty-nerwowemi łagodząc rozdrażnienie biednéj kobiety; ale te niewiele skutkowały. Anna i Julian wciąż siedzieli przy matce nieodstępnie, a ilekroć które z nich oddalić się musiało, smutek pułkownikowéj powiększał się do tego stopnia, że ją wracając we łzach zastawali. Wedle zwyczaju ściśle zachowywanego w Karlinie, chociaż Julian przykazał surowo, żeby prezesowi Karlińskiemu o przybyciu pułkownikowéj znać nie dawano, trzeciego dnia ktoś potajemnie mu oznajmił o tém i pan prezes zaraz przyjechał, jak zwykle rachując na to, że przytomność jego dostateczną będzie na przyśpieszenie wyjazdu pani Delrio.
Pierwszy to raz może odwiedziny stryja, którego kochali Julian i Anna, poświęcenie jego dla siebie umiejąc ocenić, przykre im były prawie, rozumieli ich znaczenie, a stan matki trwożył dzieci nie bez przyczyny. Chociaż stryj Paweł najgrzeczniejszy był dla dawnéj bratowéj, choć między niemi nigdy do ostrzejszego tłómaczenia i wymówek nie przyszło, on i ona nienawidzili się wzajemnie; Paweł czuł do niéj żal za brata i darować nie mógł powtórnego zamążpójścia; ona widziała w nim cień nienawistnego męża i prześladowcę, który jéj odebrał dzieci, nie chcąc zawierzyć sercu macierzyńskiemu. Pan Paweł był nadto grzeczny i zbyt wysoko godność swą cenił, by się miał na eksplikacye narazić lub otwarcie okazać nieprzyjaznym, ale rodzaj nawet grzeczności, z jąką był dla pułkownikowéj, zimnéj, wyrachowanéj, prawie przesadzonéj, wielkie miał znaczenie, na którém omylić się nie mogła. Nigdy nie powiedzieli sobie, co czuli, ale na chwilę nie łudzili się, żeby wstręt i niechęć ta przezwyciężone być mogły.
Prezesowi dosyć było przyjechać do Karlina, żeby przybyciem swojém pułkownikową wypędzić; nigdy też dłużéj trzech dni zabawić jéj nie dał u dzieci, a gdy te do matki pojechały, w parę dni zwykle sam po nie się stawił. To odciąganie Juliana i Anny od matki nadto było krzywdzące dla niéj, by ją do reszty na prezesa nie rozgniewało, ale cierpiéć musiała i znosić pocichu to prześladowanie, do którego po części słuszne miał prezes powody.
Prezes, jak z twarzy tak z charakteru, wielce przypominał nieboszczyka chorążyca, od którego tylko o rok był młodszym; wychowanie usposobiło go do tych samych losów, a skłonności tylko nieco je odmieniły. Cudzoziemiec jak tamten, Francuz przedewszystkiém, wielki wielbiciel cywilizacyi Zachodu, starał się zetrzéć z siebie, jak zmazę grzechu pierworodnego, wszelki ślad i piętno pochodzenia, uczynił się obywatelem świata, Europejczykiem, wstydził niemal obyczajów domowych i przeszłości nie lubił. Podróżował wiele, pamiętał dużo, głowę miał otwartą, ale hołdował zdaniu wieku i klękał przed pozorem prawdy, krążącym w wyższéj towarzystwa sferze, powtarzając ulegle, co gdzieś za pewnik przyjęte zostało. Dla nadania sobie téj barwy kosmopolity, zrzekał się sądu, indywidualności swojéj, samoistniejszego życia. Nie prędzéj wychodził z oczywistego błędu, aż wszyscy się już z niego otrzęśli; wówczas i on za tłumem idąc, zwracał się na drogę nową.
Lubiąc świat i wszystkie jego próżności, życie, zabawy, rozrywki, próżnowanie, pan Paweł miał więcéj jedną namiętnością od brata: był próżny i dumny, potrzebował znaczenia i starał się o nie, szukając go w urzędach, w dekoracyach, w stopniach hierarchii służbowéj. To przynajmniéj miało tę dobrą stronę, że pan Paweł brał udział w życiu czynném i nie odcinał się od niego, owszem usiłował w niém zająć stanowisko jak najokazalsze. Jakkolwiek formy miał najgrzeczniejsze i wielce powabne, w obejściu z ludźmi był pobłażający, serce miał poczciwe i dobre, duma, która się na wierzch przez to wszystko przebijała, zrażała ku niemu i czyniła go pigwie śmiesznym.
Stopniami idąc od powiatowego marszałka, pan Paweł starał się o prezesostwo, które otrzymał, a dziś był w trakcie ubiegania się o marszałkostwo gubernskie, cel życzeń i pragnień tajemnych, których dlatego tylko nie zdradzał, że osiągnienia ich nie był pewnym. Zabiegi jego, zresztą uczciwe, ograniczały się jednaniem sobie przyjaciół między osobami, jakikolwiek wpływ posiadającemi. Nie pominął on żadnych imienin znaczniejszych w gubernii osób, żadnego balu w mieście, przyczyniał się do wszystkich przyjęć uroczystych, kilka razy do roku pędził pocztą z powinszowaniami stopni i krzyżów, słowem, starał się być jak najlepiéj widzianym, szlachtę ujmując popularnością, aby ją do wyboru nakłonić. Dom jego ustawicznie otwarty, okazywał, że przyszły wysoki urzędnik nie szczędziłby kosztu na okazałe reprezentowanie szlachty; gorliwe wstawianie się w interesie każdego przekonywało, że obowiązku opieki i pośrednictwa dopełniać będzie serdecznie... Ale! ale! niestety! daleko mu było jeszcze do tego pożądanego munduru i tytułu; a nikt mu tyle nie szkodził co pułkownik Delrio, który z nim będąc na zimnej grzeczności, z żoną podzielał nienawiść ku prezesowi.
Prezes mógł mieć lat pięćdziesiąt, niektórzy dawali mu nawet więcéj, ale na twarzy jego nie widać było tego wieku: świeży był, czerstwy, bardzo przystojny jeszcze i trochę tylko łysy. Słusznego wzrostu, suchy, wysmukły, dobrze się ubierając, postawę miał tak szykowną, że zdała na młodzieńca wyglądał. Trochę téż może nadto pamiętał o tém, że był piękny, a za mało, że nim być przestał... ubierał się wytwornie, gonił za modą i choć żonaty, przy kobietach nazbyt był galantem.
W pierwszéj jeszcze gorączce młodości, dość nierozważnie ożenił się był pan prezes z kobietą bardzo piękną, rozwódką czy wdową po jakimś gienerale, Niemką, kobietą europejskich jak on salonów, która kraju ani pojąć, ani do niego się przyzwyczaić nie mogła. Pani von Dragen nie przyniosła mu nic w posagu prócz ślicznéj, wybielonéj i wyróżowanéj twarzyczki, którą wprędce róż i bielidło zniszczyło, nerwów, spazmów, niepomiarkowanéj potrzeby bawienia się i wielkiego talentu na arfie, na któréj grając, miała zręczność ślicznemi pochwalić się rączkami. Równego z prezesem wieku, postarzała daleko prędzéj od niego, co ją naturalnie w najgorszy wprawiało humor, i kaprysiła jeśli siedziała w domu, do czego już przywykł pan Paweł tak, że nawet na to nie zważał. Co roku niemal jeździła do wód, do morza, do powietrza, do słońca, szukając roztargnienia po całém świecie, a nigdzie nic prócz ziewania nie znajdując. Dzieci nie mieli wcale, i to jeszcze nieszczęśliwszemi czyniło ich oboje; prezes wszakże, jak skoro jejmość wyprawił z domu, humor odzyskiwał i kawalerskie swobodne wiódł życie... Uczucia niezużyte w sercu jego wszystkie się przelały na dzieci brata Jana, na Annę szczególnié; był ich opiekunem wraz z Atanazym, drugim bratem chorążyca, i cały się im poświęcił. Mieszkając niedaleko, w Zagórzu, nie spuszczał ich z oka, czuwał, troskał się, zarządzał majątkiem, pomagał w interesach, i kochał ich jak własne dzieci, kochał ich jeszcze całą nienawiścią, jaką miał ku pułkownikowéj, starając się im zastąpić matkę, któréj przystępu bronił do Anny i Juliana.
Jak Anna była właściwie duszą Karlina, tak prezes w nim gospodarzem; Julian robił, co chciał i ile chciał, nikt mu się nie sprzeciwiał, nikt nim nie kierował; ale prezes praktyczniejszy, pracowitszy, czuwał zawsze, i nie dając czuć tego, że radzi lub pomaga, oszczędzając miłość własną słabego Juliana, zostawując mu nawet zasługę, umiał tak posiłkować mu, że Julian mimo wstrętu do pracy i interesów, rządził się bardzo dobrze. Powodzenie to dziwiło go i zachęcało, nie miał wygórowanéj zarozumiałości, chętnieby był się uznał niezdatnym, żeby mu pozwolono próżnować, a prezes tego nie dopuszczał.
Nic nie powiedziano pułkownikowéj o przyjeździe prezesa, ale że to był trzeci czy czwarty dzień pobytu jéj w Karlinie, przeczuwała go już niespokojna. Julian z Anną, jak tylko dojrzeli kocz pana Pawła, porozumieli się wzrokiem, i brat powoli wysunął się z pokoju. Zastał już prezesa chodzącego po salonie i szukającego zwierciadeł, w którychby mógł włosy, suknie i cały swój strój poprawić, bo o to dbał nadzwyczajnie.
— A! kochanego stryjaszka!
— A! kochanego bratanka! — z uśmiechem powitał go pan Paweł.
— Jakże zdrowie?
— A wasze?
— My dobrze, ale mama, która tu do nas przyjechała, dość mocno zachorowała...
— Po cóż bo jeździ! po co jeździ! — z udaną dobro dusznością rzekł prezes, idąc do zwierciadła — moglibyście do niéj pojechać na dzień jaki... z jéj zdrowiem...
— Chciała widziéć Emilka...
— Nic mu teraz nie pomoże! — ponuro rzekł prezes — no! a Anusia?
— Przy matce...
— Pułkownikowa nie wychodzi?
— Nie, od trzech dni Greber jéj zakazał...
— A! jest i Greber!
— Mama bo wcale była nie dobrze...
— A pułkownik nie przyjeżdżał?
— Nie kazała mu pisać, że chora...
Prezes lekko ramionami ruszył.
— Wątpię, żeby tu jéj było nawet wygodnie... i o męża musi być niespokojna...
— Ale i wyjechać jéj niepodobna, mój stryju, niepodobna — dobitnie rzekł Julian — musi zabawić jeszcze dni kilka, dopóki sił nie nabierze...
— Nic nie mam przeciwko temu — rzekł prezes sucho — no? a widzieć się z nią nie będę mógł?
Julian trochę się zmieszał.
— Mój drogi stryju — rzekł zbliżając się do niego — ty mnie rozumiesz... proszę cię, nie przymuszaj ją do widzenia się z sobą, ona cię ceni, ale wiész, jak ją to porusza...
— Nie wiedziałem, że to ją porusza... ale kiedy chcesz, widziéć się nie będę... nigdy nie byłem ani natrętem, ani niegrzecznym...
Julian zbliżył się, by go uściskać, a prezes ze łzą w oku do piersi go przytulił; wtém wszedł Greber.
— A! pana konsyliarza! — odezwał się pan Paweł, witając go zdaleka i obojętnie. — Julku... każno mi dać śniadanie...
Julian wyszedł, prezes odwrócił się do Grebera.
— Co tam pani pułkownikowéj — zapytał — czy istotnie chora, czy jéj tylko chorować potrzeba?
Greber polityk, ruszył ramionami, nie wiedząc, co odpowiedziéć.
— No! jakże, jużciż trzy dni ją kurujesz, musisz pan wiedzieć, co jéj jest?
— Coś nerwowego, trochę kataru, mały nieład w funkcyach żołądkowych...
— No! to chwała Bogu, że nie coś straszniejszego — rzekł prezes — wody pomarańczowéj, magnezyi i będzie zdrowa; a na katar, doktorze, doświadczyłem, nic lepszego nad przejażdżkę i świeże powietrze.
Greber się uśmiechnął, Julian wszedł i rozmowa się przerwała... gdy w téjże chwili znać dano, że pułkownik przyjechał. Prezes nieco się zmarszczył, nie potrafił pokryć przykrości, doznanéj w pierwszéj chwili, ale natychmiast siłą woli wesołość i swobodę odzyskał. Był bowiem panem siebie, jak mało ludzi.
Prezes i pułkownik, dla powierzchownego człowieka, prawie byli jednym typem, różnili się jednak wielce od siebie; choć na pozór do jednéj klasy towarzystwa, do jednego należeli cechu, wielki odcień dzielił ich przecie. Oba byli z profesyi pięknemi i oba pamiętali o tém dłużéj, niż wypadało na poważnych ludzi; oba lubili świat i próżności jego, oba wykształceni zostali za granicą i cudzoziemską wytworną mieli formę towarzyską; spostrzegłeś jednak łatwo, że między niemi ogromna była przestrzeń. Pułkownik udawał pana, nie czując się nim, prezes nie będąc nim z majątku, przekonany o pochodzeniu i wsparty wspomnieniami, nosił swe państwo w sercu i na czole; pułkownik nie umiał dać pokrywki przystojnéj swym namiętnościom, kompromitował się grą niepomiarkowaną, hulanką i ładnemi twarzyczkami, dla których słabość jego była aż nadto widoczną i bardzo niestarannie pokrytą; prezes zarówno słaby, nie dawał się nigdy schwytać na dowodach swych słabostek; mówiono, domyślano się, ale nikt mu nie mógł postawić w oczy świadków winy, i pan Paweł głośno i śmiało o moralności miał prawo rozprawiać
W sposobie obejścia się obu była też różnica wielka. Prezes naturalnie, bez przymusu grał swoję rolę, gdy pułkownik doskonale się w nią, wcielając, dawał uczuć, że dla niego była przybraną. Grze nic nie było można zarzucić, ale czułeś aktora.
Ludzie ci nie lubili się wzajemnie, byli z sobą chłodno, grzecznie, obojętnie. Pułkownik dawał czuć trochę urazy, prezes trochę wzgardy, spotkawszy się jednak w towarzystwie, zwłaszcza liczniejszém, nie dawali poznać wstrętu, jaki czuli do siebie. Prezes mówił przed obcemi o pułkowniku bez widocznéj niechęci, omijając ten przedmiot. Pułkownik nie zdradzał się przed najpoufalszemi i przechwalał nawet stosunki z panem Pawłem. Oba zresztą spotykali się bardzo rzadko i nie bawili długo razem...
W sieniach już dowiedziawszy się o prezesie, pułkownik trochę się zmieszał, ale zaraz to pokrył wykrzyknikiem:
— A! tak dawno nie miałem przyjemności widzenia go... — i wszedł do salonu z uśmiechem.
Prezes tém grzeczniejszym chciał być na teraz, że pragnął dać uczuć pułkownikowi, iż się tu uważa za gospodarza, a jego za obcego i gościa; powitał go więc bardzo czule i z nadmiarem troskliwości o konie, o mieszkanie, o przyjęcie.
Wysoki, barczysty, pięknie zbudowany, Delrio w troskach małżeńskiego żywota już był posiwiał i trochę zapadł na nogi, miewał przystępy pedogry, do któréj się nie przyznawał, a że mu przypomnienie jéj przykrość wyrządzić mogło, prezes starannie dopilnował sadzając go, by mu w nogi ciepło było.
— A co? starzejem się, panie pułkowniku — rzekł wesoło — coś i ja zaczynam czuć, że się młodość wyekspensowała!
— Ja się do tego nie przyznaję! — odparł Delrio.
— Źle robisz — przerwał prezes — ludzie się zaczną więcéj, niż jest, domyślać! potrzeba ich uprzedzić... Nie widziałeś się z panią? — zapytał po chwili.
— Nie... ale sądzę, że wyjdzie do salonu...
— Wątpię — odparł pan Paweł chłodno — podobno nie bardzo zdrowa?
— Nie zdrowa? — zapytał, w Grebera oczy wlepiając pułkownik — doprawdy?
— To nic, nic, tak... nerwowego coś.
— A! nerwowego!
— My się to na tém nie znamy, panie pułkowniku — przerwał prezes — i moja nerwowa; szczęściem, że jéj w téj chwili niéma... gdyby gdzie nerwy zgubiła w drodze!
Nie do smaku widać był żart panu Delrio, bo nań nie odpowiedział uśmiechnął się i wziąwszy za kapelusz, pośpieszył do żony; Greber podjął się mu przewodniczyć; prezes sam został z Julianem.

XIII.

Nie wiem, jakim sposobem pułkownikowa mogła się tak szkaradnie na mężu swoim omylić: nie było bowiem dwóch charakterów sprzeczniejszych na świecie nad te, jakie los sprzągł, łącząc ich z sobą. Ona, cała była w uczuciu, sentymentalizmie i obłokach, on nigdy do téj zaczarowanéj nie zaglądał krainy; ona brała wszystko seryo, poważnie, szczerze, on powierzchownie i szyderczo. Brak dowcipu rzeczywistego, sądu, wiadomości i uczucia zastępował sarkazmem, zasłaniając się żartami od wszelkiéj, jaka go mogła spotkać, napaści. Umysł jego tak był nabrał skłonności do widzenia świata i ludzi ze strony jedynie śmiesznéj, że innéj już się w nich nie domyślał. Wprawdzie zręcznie i prędko chwytał pułkownik każdy narów i słabość, ale po za niemi nic nie widział. Dopóki się jeszcze starał o żonę, zmieniał czasami ton swéj rozmowy i ubierał się w zamyślenie, w uczucie, w smutek nawet, ale dziś czasy téj maskarady już były minęły. Małżonkowie znali się dobrze i pułkownikowa znosiła przykładnie najantypatyczniejsze dla siebie usposobienie męża, który, gdy się chciał jéj przypodobać, sadził się na dowcip, i nim ją zamęczał. Dawał biedak, co miał...
Wejście jego do pokoju, w którym pułkownikowa siedziała z Anną, wzbudziło w niéj naprzód okrzyk podziwienia, bo się do niego przywiązała nałogowo i widok jego nie mógł ją nie poruszyć na chwilę, potém wyryło się na jéj twarzy widoczném wrażeniem przykrości. Pułkownik przystąpił do niéj z oznakami niepokoju, czułości, ale wprędce zmienił ton rozmowy, przechodząc do zwykłych żarcików. Anna niedługo zabawiwszy, wyszła z Greberem, a małżonkowie pozostali sam-na-sam.
Nie na rękę to było panu Delrio, który unikał przydługiego pozostawania z żoną, nudząc się jéj chorobliwą uczuciowością, ale usiadł przy niéj, rozpoczynając rozmowę od ucałowania jéj rączek...
— Nie uwierzysz — odezwała się pani — jak byłam źle, gdyby nie doktor Greber...
— Ale mówił mi już, chwalił się... nerwy, moja duszko.
— Wy tak lekko traktujecie nasze cierpienia!
— Nie chciałbym brać je inaczéj, zbyt by to było bolesném dla mnie; ale dzięki Bogu, przeszło to wszystko, i znowuśmy zdrowi, chère ange... a młodzi! a piękni! Jakie masz dziś oczy!
— Z gorączki.
— Gdzież tam! życie z nich błyska... a może trochę miłości... trochę tęsknoty...
Pułkownikowa uczuwszy nieprzyzwoitość męża, spuściła wzrok i zarumieniła się jak piętnastoletnie dziewczę; on ją objął z uśmiechem rozpustnika i w czoło pocałował.
— Tylko mi nie choruj — rzekł wesoło — ile razy do tego Karlina przyjedziesz, pełnego widm i wspomnień czarnych, zawsze to zdrowiem przepłacasz.
— A! tu moje dzieci! — szepnęła pani Delrio...
— Któż ci winien, że ich nie masz więcéj? — odezwał się krotofilnie pułkownik — trzeba było postarać się, żeby i w Lutkowie z para ich krzyczała ci nad głową...
— Bóg nie chciał...
— Nie mieszajmy do tego pana Boga!... paniś sama winna!... Nie dosyć kochasz męża...
— Mój Wiktorku!
— Moja Tekluniu!
Delrio jeszcze parę razy pocałował i popieścił żonę, i dopełniwszy tego, co miał za obowiązek, odezwał się siadając w krześle...
— Kiedyż pojedziemy?
— Nie wiem, doktor mi nie pozwala.
— Ale ten dyabeł prezes już się przystawił!
Pułkownikowa porwała się z krzesła cała zmieniona, pobladła i wzruszona.
— Prezes! jest? Kto ci mówił?
— Widziałem go... słodki jak lukrecya... przyjmował mnie przed chwilą...
Pułkownikowa usiadła.
— A! przyjechał! — odpowiedziała — masz słuszność, potrzeba jechać... nie możemy żyć pod jednym dachem...
— Nie powiem i ja, żebym go ubóstwiał — rzekł Delrio — ale dzień z nim jakoś wyżyjemy... Jużciż znowu potrzeba mu okazać, że się go nie boimy i że od niego nie uciekamy.
Pani nic nie odpowiedziała, spuściła głowę, zasmuciła się, zamyśliła.
— No! rozpędź-że te chmury, które prezes z sobą przywiózł — odezwał się mąż — nie myśl o tém... spojrzyj na mnie temi swemi piętnastoletniemi oczkami, które mnie przepalają do kości... Tekluniu! chère ange!
Próżne były starania pułkownika, usiłującego w żart obrócić zły humor żony; pani Delrio pozostawała chmurna i gniewna...
— Seryo — rzekł po chwili pułkownik — z tego wstrętu do prezesa mógłbym dziwne robić wnioski: jedna tylko miłość może tak z fermentacyi cukrowéj przejść w octową...
Pułkownikowa na niewczesny koncept ruszyła ramionami.
— A! — zawołała — nie wiem, jak masz serce tak mnie męczyć, pod pozorem rozweselenia... Prezes... to najniewinniejsza dla mnie na ziemi istota!
— Nie będę go bronił — odezwał się pułkownik — możesz go nienawidzić, ile ci się podoba... ale za cóż mnie przyjmujesz tak smutno i chłodno? Wierz mi, że nie zawarłem żadnego przymierza z prezesem...
Anna wbiegła, zapraszając pułkownika na śniadanie; zdaje mi się, że oboje bardzo temu byli radzi, gdyż pan silił się na koncepta, których nie miał czém podsycać, a pani potrzebowała być samą... pożegnali się wejrzeniem tylko, a Anna zmieniając ojczyma, pozostała przy pułkownikowéj.

XIV.

Z téj próbki dorozumieć się łatwo, jakie było życie w Karlinie. Pałace, na które spoglądając zdaleka, niejeden ubogi wzdychał, domyślając się w nich wesela, zbytku, rozkoszy, i dni ze złotéj snutych przędzy, zamykały w sobie kilka istot, tak wielkie dźwigających brzemię, jakiemuby silniejsze i wytrwalsze nie podołały ramiona: nieszczęśliwego, skazanego na żywot dzikiego zwierzęcia i połączonych z nim, którzy nań patrząc z politowaniem, cierpieniu jego ulżyć nie mogli, ani się w swojéj boleści pocieszyć; matkę oderwaną od dzieci, sieroty, którym nie Bóg, ale ludzie wydarli rodzicielski uścisk, wreszcie kilka zbliżonych do siebie istot, dręczących się nawzajem. Nie było szczęścia w Karlinie, bo niema go nigdzie na ziemi, ale tu brakło nawet spokoju, którym czasem błogosławi Bóg wybranym ziemi kątkom. Julian męczył się interesami, w których smakować nie mógł, odosobnieniem swojém, pracą, do jakiéj był obowiązkami zmuszony, młodością, któréj nie kosztował, wiądł i schnął w oczach stryja i siostry; Emil był dla niego także powodem ciągłéj żałoby i trucizną każdéj chwili wesela; Anna, przy cięższém posłannictwie, większém zaparciu się siebie, delikatniejszém jeszcze zdrowiu, siłą jednak przewyższała brata i czuwała jak duch opiekuńczy nad tą smutną pustką, wśród któréj często głos tylko puszczyka i jęk zwierzęcy Emila rozlegał się wśród długich nocy jesiennych. Poświęcenie jéj nie miało granic; wprędce bardzo, ledwie wyszedłszy z dzieciństwa, zrozumiała swe przeznaczenie, i bez westchnienia, bez łzy i żalu, z uśmiechem anielskim, cała mu się oddała. Dla Emila siostrą, towarzyszką, matką być musiała, zastąpić im wszystkich, przeczuć życie, domyślić się ludzi i nawet w kierunku ogólnym spraw familijnych, często znaczące jéj słowo, na stronę prawą przechylało szalę. Prezes kochał ją, jak dziecię, więcéj niżby własną córkę miłował, i przenosił ją nad Juliana może, oceniając, jak zasługiwała; słowo Anny prawem było dla niego, słuchał jéj nawet, gdy się z nią nie zgadzał, i zdaniu jéj ulegał z pełną wiarą w jego niechybność, poświęcając mu nawet przekonanie swoje.
Zresztą, wiarę tę, poszanowanie, uwielbienie dla pięknéj Anny podzielali ci, co ją otaczali bez wyjątku, tak umiała urokiem łagodności, miłością, wylaniem się swém pozyskać sobie świat cały.
Dnia tego, któregośmy zajrzeli do Karlina, prezes przeciwko zwyczajowi swemu, ubłagany przez Annę i Juliana, nie chcąc przeciągnionemi odwiedzinami zmuszać pułkownikowej do wyjazdu, sam po obiedzie wyjechał, przepraszając pułkownika, że choć się uważał za gospodarza domu, dla interesu gościa, opuścić musiał. Ulżyło to pani Delrio, gdy się dowiedziała o pośpieszném ustąpieniu prezesa i domyśliła się, że je była winna Annie. Sam pułkownik także lepszy humor odzyskał, ale nim nikogo ubawić nie potrafił, prócz doktora Grebera, mającego za obowiązek śmiać się z konceptów, nietylko pacyentów swoich, ale całéj ich familii. Pułkownikowa chciała znowu odwiedzić Emila, ale jéj to odradzono, składając na jego stan rozdrażnienia, a w istocie więcéj jeszcze obawiając się o nią.
Oprócz Anny, wesoło pracującéj i nie mającéj czasu się nudzić, wszyscy zresztą smutne dni pędzili na starym zamku. Julian, szczególniéj w chwilach wytchnienia, czuł nad sobą ten ciężar życia, ten brak celu, bez którego tęsknota śmiertelna ogarnia człowieka. Pozbawiony uczuć gwałtownych, z natury bojaźliwy i cichy, obracając się w kółku jednostajném i nie wywołującém silniejszych wzruszeń, nie czując się pociągniony w żadnę stronę przeważniéj i potężniéj, był w tym stanie odrętwienia, pół-snu, zdrzemania moralnego, z którego chyba umysłowe zajęcie, lub burzliwa wyrwać go mogła namiętność. Praca ciężka i jednostajna zabijała w nim do reszty młodzieńczą żywość, a była warunkiem bytu, pierwszą jego potrzebą; stryj zresztą, który go mógł wyręczyć, nie chciał tego czynić umyślnie, aby Julian sam sobie w życiu późniejszém wystarczyć potrafił.
Młody Karliński, choć miał liczne w swojéj sferze znajomości, nie miał przyjaciół; pierwszy raz może od opuszczenia uniwersytetu duszę swą mógł otworzyć Aleksemu, i ku niemu czuł się tak pociągnionym, że trzeciego, czy czwartego dnia, spojrzawszy na Żerby, zdaleka widne na horyzoncie, zapragnął pojechać do towarzysza... Zrazu, jak stał, rzucił się jechać, rozkazawszy zaprzęgać, ale przypomniał sobie, że Aleksy miał matkę, że ubodzy są drażliwi, wystroił się we frak, wyperfumował, wziął kapelusz i rękawiczki, i sam z siebie się uśmiechając, przygotował do wyjazdu.
Tak go zastała Anna chcąca się dowiedziéć, dokąd odjeżdża, i zdumiała się widząc ten frak i strój, tak rzadko na wsi potrzebny.
— Ależ dokąd? — spytała.
Julian się uśmiechnął.
— Nie zgadniesz — rzekł — wolę ci od razu odkryć tajemnicę; jadę do Żerbów, do Aleksego, do tego, który to nie miał ci się szczęścia podobać... a że ma matkę, ja zaś z pierwszą jestem wizytą, inaczéj niepodobna mi było się wybrać.
— Doprawdy, zaciekawiasz mnie tym swoim przyjacielem... — rzekła Anna — jużeś zatęsknił do niego?
— Ale moja Anuleńko kochana — rzekł Julian — ty bo nie znasz tego człowieka; ty nie wiesz, jakie to serce bije pod tą prostą suknią, jaka myśl niepozorną tę koronuje głowę! A! trzeba dla mojego usprawiedliwienia, żebyś go poznała. Nie zdarzyło ci się nigdy może jeszcze w niepozornéj skorupie człowieka, bez formy naszéj, bez naszych prawidłowych grzecznostek i dziecinnych konwenansów, znaleźć niespodzianie czystéj wody dyament; razić cię będzie w początku ten energiczny syn wsi, ale niepodobna, byś go nie oceniła!
— To pewna — odpowiedziała Anna uśmiechając się — że byłabym go wzięła za ekonoma lub prowentowego pisarza, gdybym go nie znalazła na fotelu w twoim pokoju.
— Mój aniołku — rzekł brat uśmiechając się — ty mi często mówisz morały: czy darujesz mi, gdy ja ci coś w tym rodzaju powiem? My panowie, przebacz wyrażenie, wy kobiety salonów, zbyteczną przywiązujecie wagę do formy i powierzchowności; dla nas często nieumiejętność języka, nieznajomość tych śmiesznych drobnostek, które nas obchodzą, mody, nowości, polityki, szorstkość wreszcie obejścia, niezwykłość wyrażeń, czynią człowieka niegodnym naszego towarzystwa, odpychamy go, nie zajrzawszy nawet, co się w nim kryje. Tymczasem wszystko to maleństwa, dodatki, powierzchowne stroiki, które częściéj kryją nicość, niż wyższość objawiają; są to własności ogólne wszystkich niemal, o których nabycie bardzo łatwo: trochę obznajomienia się ze światem, z książkami, a przyswoić je sobie można prędko; gdy tymczasem darów bożych, jakie często pod pozorną powierzchownością skryte... nie kosztujemy dla przesądu...
Anna słuchała z ciekawością i pokorą.
— Mój Julku — rzekła po chwili — masz słuszność, ale dla czegóż nie pomyślisz, że jak nam z niemi, z tym ludem szorstkim, tak jemu z nami polerowanemi, równie być musi nie lekko, nie dobrze... Każdy najlepiéj swoich rozumie... nie miéj mi za złe mojéj słabostki kobiecéj; przywieź tu Aleksego, to go poznam lepiéj i pokocham, byleby mi ciebie zabawił, rozerwał i ożywił!
Julian uścisnął ją czule i na oznajmienie o koniach, zbiegł ze schodów, śpiesząc do Żerbów.
Aleksy wcale się tych odwiedzin nie spodziewał, przynajmniéj nie tak prędko; ale matka jego była ich pewną, zebrała się nawet była zimno przyjąć panicza, bo nie życzyła sobie zbyt ścisłych między Karlinem, a Żerbami stosunków.
— Niech tylko przyjedzie — mówiła sobie w duchu — wcale z nim ceremonii robić sobie nie będę; jużciż gość jak gość, trzeba go ludzko przyjąć, ale sobie głowy nie zakłopocę, że to paniątko, i występu nie będzie.
Aleksy przypadkowo był w domu, gdy koczyk Juliana zawróciwszy się w bramę, wjechał w podwórko i z końmi przelęknionemi, bo je koryto u studni przepłoszyło, zatoczył się przed ganek... Pani Drabicka nie domyśliła się zrazu, ktoby to był taki: posądziła tylko przybysza, że być musiał urzędnikiem, bo nikt u nas paradniéj nie jeździ nad tych panów, ale porwanie się żywe Aleksego nauczyło ją zaraz, kogo miała przyjmować.
— Matuniu, mój przyjaciel Karliński, na Boga, przyjmcie go całém sercem! — zawołał wybiegając Aleksy.
— Całém sercem, ale bez występu! bez występu! — mruknęła matka, pociągając na sobie nieco płócienkowego szlafroczka i otulając się chustką — chce panicz żyć ze szlachtą, niech się do niéj stosuje...
Na te słowa wszedł Julian, zbliżył się grzecznie do matki przyjaciela, skłonił się z prawdziwém uszanowaniem, bo cnotę i w niepozornym stroju i z czarnemi rękoma i z prostą mową oceniał, powitał ją kilką wyrazami bez wymusu i miłym ujmującym uśmiechem.
Pani Drabicka, nie wiem co to się stało, spojrzawszy na ładnego chłopaka tak pieszczonego, delikatnego, słabego, a tak wdzięcznego oblicza, uczuła się rozbrojoną cudownie... Wielką ma siłę twarz ludzka, kiedy z niéj nie udana, ale szczera i serdeczna mówi dobroć — zwycięża ona najtwardszą oziębłość, zawzięte wstręty i niechęci, bo człowiek musi za miłość i współczucie oddawać współczuciem i miłością. Jakkolwiek mocne miała postanowienie pani Drabicka co najzimniéj i najobojętniéj przyjąć pana Juliana, nawet go trochę zrazić i wcale mu się nie przypodobywać, wszystkie te piękne projekta spełzły w mgnieniu oka, a uśmiech, rozkwitający na ustach poczciwéj kobiety, najmocniéj uradował Aleksego, który już był zupełnie spokojny, ujrzawszy go na twarzy matki.
Rozmową bardziéj jeszcze ująć ją Julian potrafił, a tak był od razu poufały, tak łatwy, tak się niczemu nie dziwił i wszystko rozumiał, że pani Drabicka za chwilę zapomniała o pańskićém jego pochodzeniu. Jednakże nie mogła się przemódz, by nie wyspowiadać się przed nim z kilku rzeczy zawczasu obmyślanych, i po kilkakroć wtrąciła w rozmowę o ubóstwie, o potrzebie pracy i różnicy ich życia od tego, jakie tam mógł Julian prowadzić — stosując to zarówno do gościa i do Aleksego... I tu Karliński znalazł się niezmiernie zręcznie, potakując wdowie, a zarazem podnosząc wartość życia pracy, zniżając się i malując ciężkie brzemię na pozór świetnego przeznaczenia swego.
Matka słuchała, z niedowiarstwem patrzała mu w oczy i dziwiła się temu panu, który tak nic a nic panem nie był. Po chwili Aleksy i Julian wyszli do izdebki gospodarza na cygaro, a pani Drabicka została sama i mocno zamyślona w gościnnym pokoju.
Mieszkanie Aleksego po apartamencie Juliana było dziwnie ubogie i niepozorne, ale Karliński znalazł je miłém i wygodném.
Wieleż to razy człowiek, co czuje potrzebę piękna i pragnąłby się niém otoczyć, walczyć musi z niedostatkiem, który go zmusza żyć wśród Hiobowego śmieciska w barłogach odrażających? Walczy, cierpi i w ostatku powie sobie, że krótkie życie nasze i tak przejść może, a zabawa oczów, rozkosz duszna nie warte są zachodu, i zakopie się rdzawiejąc uczuciem. W wielu z tych ludzi, co z młodu czuli piękno i rzucali się ku niemu, rozpaczając późniéj na widok pałaców i wytworności pańskiéj — zwichnioném jest prawdziwe uczucie i smak piękności. Szukają jéj tylko w tém, co uznano za piękne, co często niém nie jest, i bogate, zbytkowne, wytworne biorą za jedno z pięknością.
Tymczasem Bóg, który nikogo ukrzywdzić nie chciał i dla każdego dał taką cząstkę dobra, jaką pojąć i użyć potrafi na ziemi, prawdziwe piękno uczynił dostępném każdemu. Często wnętrze chatki ubogiéj daleko jest artystycznie piękniejszém od bogatych komnat, których urządzeniu próżność bez smaku przewodniczyła. Ubodzy nie mają kosztownych dzieł sztuki, ale pierwowzór jéj, arcydzieło boże, dla wszystkich zarówno otwarte, nieustannie przed ich oczyma. Zresztą sztuka jest li w materyałach, z których buduje? w kruszcu, który roztapia, w marmurze, który dłutuje, w barwach, któremi się stroi? Nie... ona jest w duchu, który z najlichszego przedmiotu wyprowadzić może ideę piękna. Ubodzy mogą nie miéć i nie zazdrościć kosztownych fraszek bogatym, bo droższe nad wszystkie piękności ścielą się ręką bożą, rozesłane pod ich stopami. W tém, co otacza człowieka, dusza tęskniąca do raju piękności, zawsze objaw jéj znaleźć potrafi: zestawi, ułoży, umai, ozdobi i kawał drzewa myślą swą podniesie do życia. Bogaci zostać mogą przy swoim ideale, który dla nich ręka płatnego artysty i rzemieślnika często o głodzie wykształca; ubodzy sami sobie stworzyć mogą piękno własne z darów bożych, stojących dla nich otworem. Trochę zieleni i kwiatów, trochę nieba, trochę słońca, a wkoło pierwsze żywioły piękności, czystość i porządek, czyż nie dosyć duszy człowieka?
Tak sądził Aleksy, i mieszkanie jego mimo swój prostoty, mimo ubóstwa, ładném się mogło wydać nawet w zepsutych oczach Juliana. Był to pokój dosyć obszerny, od ogrodu położony, biały i czyściutki, jak gdyby w niém młodziuchne dziewczę mieszkało. Jedno główne okno jego obrócone było ku drzewom, a Aleksy, który lubił czasem zadumać się poglądając w głębie sine oddalenia, niemało miał z matką trudności, póki mu pozwoliła przeciąć w sadzie widok na staw błyszczący i dalekie ciemne lasy... Tędy tęskny pracownik nieraz okiem uciekał w przestwory nadziei i marzenia... Z obu stron okienka wysmukłe malwy, całe w kwiatach, zaglądały do izdebki, ciekawe pochylając główki. Zresztą mieszkanie było skromne i zgodne ze stanem człowieka; w kącie łóżeczko porządnie usłane kilimkami domowéj roboty, w smaku przypominającym, żeśmy wschodnie wyroby naśladowali; w głowach, na owalnéj blasze srebrnéj stary obrazek N. Panny i św. Antoniego, obok strzelba i pałasz ojcowski. Na stole papiery gospodarskie, regestra, rachunki, a wśród nich Goethe rozłożony na drugiéj części Fausta... W kąciku na półce pozostałe z uniwersytetu książki, których liczba niewielka obejść się jednak bez nowości dozwalała. Dobór tych ksiąg był surowy i staranny: Biblia, Homer, Plutarch, Tacyt i Liwiusz, Herodot, Szekspir, Goethe, Schiller, Kochanowski i Krasicki, Montaigne i Rej, Naśladowanie Chrystusa, Spowiedź św. Augustyna... otóż i wszystko, ale w tym szczupłym zbiorku jak wiele!... Aleksy czytał z upodobaniem pisarzy starożytnych i księgi pobożne, znajdując je krzepiącemi i dodającemi siły; nowa literatura, nawet Schiller, którego kochał, osłabiała go i niepokój rzucała mu w duszę. — Dlaczego w chrześcijaństwie i piśmie, które być powinno jego wyrazem, nie wyjmując nawet pisarzy duchownych, wszędzie raczéj niepewność, walka, smętek, rozpacz nawet się objawia, niżeli spokój, pogoda i wesele tych, którym krew Chrystusowa bramy nieba otwarła? Nie pojmował tego Aleksy, ale czuł, że gdy mu potrzeba było zaczerpnąć siły, uciekać się musiał do starożytnych, do pogan, lub do ksiąg świętych i Ojców Kościoła, gdy reszta namiętnością lub mętami po niéj pozostałemi zarażona, zamiast umacniać i uspokajać, jad i zakis wlewała w duszę. Na każdéj karcie, począwszy od nowéj ery, ludzie zapisali tylko dowody małéj i niepełnéj wiary swojéj, swej walki z prawdą, swego żalu po wyrzeczeniu się ciała; wszędzie leżały obrazy niepocieszającego stanu duszy, wyznania słabości — nigdzie na nie lekarstwa. W literaturze starożytnéj jest w istocie jakaś powaga i pogoda, któréj dziwimy się u ludzi bez przyszłości, bez niebios, bez związku z duchami tych, co ich poprzedzili; widać w niéj stoicyzm szlachetny, męstwo i spokojny pogląd za grób i skon... w literaturze nowszéj, nawet obok głosów wiary i religijnego natchnienia, wyrywa się tęskna wątpliwość, kryjąca się na dnie serca. Ażeby jéj wpływu uniknąć, potrzeba jak Aleksy otworzyć Pismo święte, Ojców i pisarzy, co szaty i zaprzątnienia ziemskie zrzucili z siebie, odziewając się białą suknią wybranych bożych.
Nie sami niedowiarkowie i tak zwani nieprzyjaciele wiary szczepią w sercach niepokój i wątpliwość; są i księgi napozór pobożne, przez których słowa przebija się myśl skrępowana względy i zaprzątnieniami ziemskiemi; te więcéj może szkodzą, niż otwarte napaści, które odeprzeć jest łatwo.
Ale powróćmy do pokoju Aleksego... Julian oglądał go z zajęciem, chodził od pułki do stolika, przypatrywał się widokowi z okienka, a choć oprócz opisanych sprzętów mało co było więcéj, jedna sofa, krzeseł trochę, kilka sztychów na ścianach i parę wazonów... całość podobała mu się swoją prostotą i szczerością. Szczerością powiadam, bo są mieszkania nieszczere, kłamiące dostatek, udające wytworność, chwalące się fraszkami, jak gdyby kiedykolwiek usty czy uczynkiem oszukać można oczy ludzi! Aleśmy słabi, aleśmy próżni, ale się nam chce zawsze więcéj niż jest pokazać i dać się domyślać.
Aleksy wcale nie miał tego pragnienia śmiesznego, i nic u niego nie stało dla zwabienia oczu... kilka drobnych pamiątek z czasów dostatku, po dziadzie, po ojcu i babce, chowały się skryte jak świętości...
— A! jakże tu miło i ładnie — zawołał Julian wchodząc na próg i serdecznie witając przyjaciela.
— Nie tak przecie jak u ciebie: bardzo skromnie i ubogo...
— Ale nie wiem dlaczego czuć, że tu mieszka spokój i szczęście, gdy u mnie bogato a smutno... Tu-by się śpiewać chciało, u mnie zadumać.
— Dziękuję ci, ale się nie sil na pochwały, poczciwy towarzyszu — uśmiechając się odpowiedział Aleksy — bądź ze mną szczery, mów, co myślisz, nie sądź mnie drażliwym, bo nim nie jestem... Siadaj... a naprzód, patrz! co za upokorzenie dla mnie! mojego tytoniu zapalić nie możesz, zakaszlałbyś się śmiertelnie... muszę ci dać pozwolenie wypalenia własnego cygara...
— A ty ze mną? — spytał — dobywając cygarniczkę Julian.
— Nie! dziękuję... boję się do lepszych rzeczy, których używać nie mogę, nazwyczajać... Na co sobie robić nałóg i przykrość! Ja zapalę moję fajkę...
— Jak chcesz! — podając mu rękę zawołał Julian — jak chcesz, bylebyś mnie stąd nie wypędzał, Aleksy.. może ci przeszkadzam, czas kradnę, daruj, ale to doprawdy dobry uczynek, że mnie nie odpychasz... jest to rodzaj jałmużny, ja tak potrzebuję przyjaźni, powiernika i pociechy!
— Ja już obyłem się — odparł Aleksy — osamotnieniem mojém i nawykłem sam sobie wystarczać... W pierwszych chwilach, po gwarze miasta i z uścisków rówieśników naszych, ciężko i tęskno mi tu było jak w grobie; dziś pozbyłem się potrzeby wywnętrzania, nauczyłem radzić sam sobie, sam swoje opatrywać rany, i...
— I może ci to się śmieszném wydaje, żem ja tak jeszcze słabe i młode dziecię? — zapytał Julian.
— Nie... naprzód nie wszyscyśmy jednakowo stworzeni; powtóre potrzeba człowieka jest w nas natury koniecznością, obchodzenie się bez niego anomalią... tylko święci i męczennicy mogli być sami, bo żyli w Bogu i z Bogiem... ułomny człowiek musi potrzebować ludzi.
— Czem-że ty jesteś, kochany Aleksy, świętym czy męczennikiem? — zapytał wesoło Julek.
— Schwytałeś mnie za słowo... niestety! ani jedném ani drągiem się nie sądzę; przywykłem do samotności, bo inaczéj być nie mogło, lecz jak w pustyni potwory, tak w osamotnieniu mojém lęgną się dzikie widziadła... Muszę nieraz w zapasy chodzić z niemi... ale na to lekarstwem praca...
— Wielkie wyrzekłeś słowo... gdybyż praca, do któréj czujemy popęd, ale nieznośne, mechaniczne, głupie zajęcie...
— Zrozumiejmy się, Julianie; taka praca pociągająca, właściwa, miła nam, nie może się nazwać pracą, to zabawa, zajęcie, to jakaś funkcya, którą spełniamy z rozkoszą... a ta nienawistna właśnie, to piętno doli człowieka... to gorzkie owo lekarstwo. Tysiące ludzi słyszymy uskarżających się na rodzaj pracy, jakiego po nich wymagają okoliczności. Sybaryci! chcieliby pracy bez poświęcenia, chcieliby zabawki, którąby ochrzcić mogli nazwiskiem trudu... są to próżniacy.
— To wcale nowa teorya! Ale regestra! ale twoje gospodarstwo... to nieznośne!
— Nie powiem, żeby miłe być miało, ale cóż z tém zrobić? nie mam sobie przez dziadów zostawionych środków próżnowania i pracować muszę, dlatego, żeby braciom może oszczędzić potu i mozołów w przyszłości...
— Myślisz więc, że ja, co ci się tak swobodnym wydaję, jestem nim w istocie? To znowu tyś popełnił omyłkę... każdy z nas dźwiga jakieś brzemię; mnie interesa i obowiązki światowe tyle męczą, co ciebie gospodarstwo; wołałbym czytać, podróżować, marzyć, kochać i dumać w krześle szerokiém...
Rozśmieli się oba spoglądając sobie w oczy.
— Ale — dodał Julian żywo — nie wyłamując się z pod powszechnego, jak widzę, prawa, mogę przynajmniéj wymagać od losu, żeby mi tyle dał co starzy dramatycy swoim kochankom... jednego choćby powiernika i przyjaciela... Ulitował się nademną los, żeśmy się spotkali... musisz bywać w Karlinie, myśmy tak sami! musisz mi pozwolić zajrzeć do twego cichego pokoiku!
Aleksy oczy spuścił, podając dłoń przyjacielowi.
— Porozumiejmy się — rzekł poważnie — nie sądź, żebym ja mało ciebie i twą przyjaźń cenił; nie myśl, żeby mnie jakaś śmieszna duma szlachecka odpychała od ciebie, dlatego żeś ty panem a ja ubogim o kilku chłopkach rolnikiem; są ważniejsze powody, dla których nie śpieszyłem do ciebie, nieraz o tobie myśląc. Musiałem wprzódy obyć się ze stanem moim i wrosnąć w ten zagon, który uprawiać przeznaczeniem mojém; obawiałem się być wciągniony w sferę niewłaściwą. Chcę mojéj pracy być winien przyszłość, a nie plecom, stosunkom, łasce losu i ludzi; do celu idę wprost jak strzelił, bez żadnych szachrajstw i wykrętów.
— Zdaje mi się, że ja ci w tém nic nie przeszkodzę, mój Aleksy — odezwał się Julian — będę umiał szanować twoję pracę, ubóstwo, twój czas i niezawisłość... ale nie sądź, żeby jakaś chorobliwa czułość i potrzeba skarżenia się pędziła mnie ku tobie. Zdaleka patrząc na Karlin, na to stare zamczysko, na mury jego, słuchając o nas od ludzi, nie domyślasz się, ile rzetelnego cierpienia, ile boleści Bóg zesłał na tych wybranych i swobodnych ludzi... O! biedni i my jesteśmy! a powiem ci szczerze, w naszém kółku przed nikim ust otworzyć nie mogę i serca obnażyć... przywykliśmy, my panowie, jak wy nas nazywacie, powierzchownie brać wszystko i sądzić z pozoru; mamy współczucie dla wszystkich, ale dla nikogo rady; odpychamy, co tylko trąci obowiązkiem, co potrzebuje surowego zastanawiania, czego w żart obrócić nie można... Dlatego gdy który z nas zachoruje, musi lekarza szukać nie pomiędzy swemi, ale w ludziach, co równo cierpiąc, inném okiem patrzą na boleść, których usta nie zmazały się szyderstwem i nie nałożyły do żartu z całego świata... Prócz siostry, któréj nie ze wszystkiego zwierzyć się mogę, nie mam przyjaciela! — dokończył Julian — a cierpię często nad siły, gdy jedno może słowo uleczyćby mogło tę chorobę duszy.
— To jedno słowo też tylko zawszebym ci powtarzał — odezwał się Aleksy — tém słowem jest wiara, przekonanie, że nie mamy tu ani czasu, ani prawa do szczęścia, ale plac próby i godzinę pracy... Nie upadajmy na duchu, a czy mniéj, czy więcéj przebolim, wartoż tak bardzo stękać?
Rozmowa byłaby się dłużéj zapewne pociągnęła między przyjaciółmi, gdyby jéj wcale niespodziewane wejście nowego gościa nie przerwało; Aleksy spojrzał na drzwi i zobaczywszy go, zmieszał się na chwilę; ale krótko trwało to wrażenie, pośpieszył i rękę mu podał z uszanowaniem i życzliwością... Julian choć tego nie zrozumiał, bo strój przybyłego nie tłómaczył mu wcale przyjęcia tak poufałego, wstał i ukłonem go powitał.
Była to postać tak osobliwa i dziwna, jakiej nie łatwo napotkać; wpatrzywszy się w nią, odgadłeś zaraz, że dziwny zbieg okoliczności pchnął tego człowieka poza zwykłe drogi żywota i postawił go całkiem osobno, nie dając już podciągnąć pod żadną klasyfikacyę towarzyską. Strojem był to wieśniak prawie, twarzą pan jeszcze, obejściem i mową czémś pośredniém; stanu jego niepodobna się było domyślić.
Starzec to był siwy, ogromnego wzrostu, silnie zbudowany, krzepki, z ręką żylastą, ale piękną, postawy poważnéj, niemal dumnéj; długa broda biała spadała mu na piersi, głowę całkiem prawie miał obnażoną, brwi nadzwyczaj obfite i nastrzępione dziwacznie. Rysy jego szlachetne, niepospolitym odznaczały się wyrazem spokoju i jakiejś wyższości, jak gdyby zerwawszy ze światem, ani się go już lękał, ani pragnął, ani dbał o niego; wyraz taki nadaje czasem upojenie tylko i starzec też był jakby pijany swoją przeszłością. Marszczki grube na czole, spalone od słońca policzki, skóra stwardniała od powietrza, wiatru i słoty, nie dozwoliły jednak temu obliczu, któreby za wzór apostoła lub męczennika przystało, stać się pospolitém i powszedniém; wpośród stu innych zwracało ono oczy i uderzało pięknością swoją. Ubiór starca niczém go nie różnił od prostego wieśniaka lub zagrodowego budnika: na nogach miał łapcie lipowe, na barkach czystą sukmanę siwą, pas czerwony, a żylasta szyja opasana była rąbkiem zgrzebnéj czarnéj koszuli. U pasa w kaletce brzęczał nóż, krzesiwo, przetyczka, a tuż kwitła krótka fajeczka gliniana, z maleńkim drewnianym cybuszkiem. Wszedłszy, stary zmierzył okiem obu, zdawał się sobie coś przypominać spojrzawszy na Juliana, i wstrząsłszy rękę Aleksego obejrzał się szukając krzesła. Gospodarz podał mu je uprzejmie, gość usiadł, i nic nie mówiąc, jął się swéj fajki, którą powoli nakładać zaczął, poglądając po pokoju.
W ruchach jego najmniejszéj nie znać było niezgrabności, w twarzy najmniejszego zakłopotania; z dziwną obojętnością zaledwie przywitawszy się i zabrawszy miejsce, nałożył i zapalił fajkę, i siadłszy wygodnie począł puszczać kłęby sinego dymu, którego zdawał się być spragniony.
Julian nie spuszczał go z oka, sechł z ciekawości, co to za postać była, bo z pod sukmany przeglądał człowiek dobrego wychowania, ale spytać Aleksego nie śmiał.
Drabicki jakby się tego domyślił, rozpoczął rozmowę obracając się do starca.
— A co? hrabio Marcinie, skwarno dziś? skwarno?
— Djable pali — odparł stary — zmachałem się potężnie, nim do Żerbów doszedłem, ale mi z tém zdrowo...
— Piechotą?
— Piechotą! wiesz przecie, że koni nie mam, a przysiadać się na cudzym wózku nie lubię.
Karliński słuchał, uderzył go tytuł hrabiowski, łamał sobie głowę, ktoby to mógł być taki i nic nie przypominał, do czegoby się ta postać zastosować dała... Nie mogąc wytrzymać, Julian szepnął wreszcie gospodarzowi:
— Zaprezentuj mnie.
— Sąsiad mój i towarzysz uniwersytecki Julian Karliński — odezwał się Aleksy podchodząc z nim do starego; ten wstał trochę, szeroką dłoń wyciągnął i skroń powoli uchylił.
— Hrabia Marcin Junosza — odezwał się Aleksy.
Julian niewiele się z tego nauczył...
— Lubię młodzież, miło mi poznać pana — odezwał się hrabia — ha? nie słyszałeś może o mnie? Ojca twojego znałem dobrze... chorążyca? nieprawdaż?... Żonaty był z Teklą Hełmińską... Ha! ha! stare dzieje! razem byliśmy w Paryżu, we Florencyi, na brzegach Renu...
Julian wpatrywał się z coraz bardziéj natężoną ciekawością w tego siermięgowego starca, prawiącego mu o Paryżu i Florencyi; nie uszło to jego oka.
— Nie musiałeś chyba nic słyszeć o starym Junoszy, że się tak wpatrujesz we mnie?
— Przyznam się hrabiemu, że w istocie nazwisko to pierwszy raz spotykam...
— A! to ci się musi bardzo wydawać dziwacznie! Ale ba! pożywszy, zobaczysz niejedno dziwowisko podobne: pana w siermiędze i chłopa w aksamitach! Ludit in orbe Deus... Żyło się, żyło, kopę lat przerzuciło za siebie i doszło do chłopskiéj świty... nie z potrzeby, bobym może mógł jeszcze stroić się jak drudzy i okpiwać państwem, ale z dobréj woli...
Starzec puścił kłąb dymu, pochylił głowę i westchnął.
— Jużciżem winien, panie Karliński, tłumaczenie z mojéj świty i łapciów? Muszę ci więc cokolwiek o sobie powiedziéć, żebyś tak bardzo wielkich na mnie oczu nie robił. Znasz Perewerty? Jest to klucz, tysiąc dusz, o dziesięć mil stąd; dałem go córce mojéj w posagu!
— Pani Izydorowéj? — zawołał Karliński.
— Mojej Marysi — uśmiechając się rzekł stary — i Marysia w koronkach i brylantach, a Junosza w siermiędze... poczciwe dziecko! chodzićby mi tak nie dało, gdyby nie moja wola i własna ochota... bo mi tak mospanie lepiéj. Dużo się, dużo przeżyło i przyszło do przekonania, że najlepsze życie jest życie najprostsze, najmniéj potrzeb, najwięcéj swobody, ludzi niewielu, nałogów żadnych, o ile możności... Za młodu kręciła mi się głowa jak innym, wziąłem po rodzicach kilka milionów, imię piękne, a temperament szalony; jak w wodę rzuciłem się w świat... było mnie pełno wszędzie, za granicą, w domu, przy wszystkich pięknych paniach naszych czasów, które dziś są zgrzybiałem! babami, przy stolikach gry, po najlepszych towarzystwach, gdzie tylko życia z nowéj beczki skosztować było można. Znudzony jednym napojem, składałem nie na siebie, ale na to czém gasiłem pragnienie, szedłem w drugą stronę, błądziłem, biłem się, męczyłem szalejąc i siwiejąc, aż przecie się opamiętałem. Doświadczenie mnie nauczyło, żeśmy wszyscy postrzeleni; zdaje się nam, że gdzieś może być lepiéj, inaczéj, że kolor sukni lub smak potrawy stanowi szczęście i spokój, a wszystko to fałsz wierutny... Ludzie, Boże odpuść, co do nogi z jednéj gliny ulepieni; życie wszędzie jednakowe, najbezpieczniej tam, gdzie potrzeb najmniéj i najmniéj groźny upadek... Dobrowolnie wystawiłem się na próbę jak najprostszego życia po najwykwintniejszém, i tak mi z tém dobrze, że innego znać nie chcę... Mieszkam w chacie, w lesie, który sobie ekscypowałem; prosta baba jeść mi warzy, poluję, fajkę palę, odwykłem od wszystkiego, bez czego człowiek się obejść może, nawet od salonu, w którym większe pół życia strawiłem, i dalipan bardzo mi z tém dobrze...
Julian słuchał trochę zdziwiony, trochę niedowierzający.
— I nic-że to hrabiego nie kosztowało, nagle tak życie odmienić?
— Jakto nie kosztowało? — zawołał stary — ale od czegóż rozum? W pałacu byłbym się na śmierć zanudził; siły mnie opuszczały, głupie myśli zaczęły się snuć po głowie, o włos, żem się drugi raz nie ożenił... chorowałem, starzałem; a więc precz z szlafrokiem i puchem! do pracy! do niewygód! do znoju! Odżyłem, i nic mi życie nie cięży. Z początku... ciężko było: ciałko wydelikacone prosiło się do poduszek, zachciewało mi się to tego to owego, to włoskiéj czekolady, to angielskich sosów, to musztardy francuskiéj; wziąłem się na chleb i na wodę, na mleko i kluski; chwilę trwała przemiana natury, alem ją przerobił i kontent jestem bardzo.
— To nic, a za towarzystwem hrabia nie tęsknisz?
— Długo-by o tém gadać, ale wreszcie czemu nie mówić! Książek się nie wyrzekłem, córkę co dzień widuję, nie zaparłem się tego, com umiał i do czegom doszedł zbierając po świecie, jak to my wszyscy, wiadomostki, prawdeczki i fałsze... ale wierzaj mi, w zetknięciu z ludem jak w zbliżeniu do natury, zyskałem wiele, to mnie odświeżyło... Wiele więcéj zapewne wiemy, rozumiemy, domyślamy się od ludu, przez to samo, że u nas myśl panuje więcéj, w jednym kierunku duchowniejszym, ale... ogromne ale!... zerwaliśmy z naturą i społecznością żywą i zamknęliśmy się w szrankach ciasnych, w których z kilku danych sto tysięcy ludzi układa coraz odmienne kastety... nie spoglądamy w wiekuistą księgę świata, w żywą społeczność, w dzieła boże, nie czerpiemy z tradycyi; wszystkiego uczymy się z książek, książki z książek piszemy, z nich jesteśmy rozumni, z nich poczciwi, i z nich koniec końcem wyssawszy, co było, pijemy dziesiątą wodę po kisielu. Chrystus Pan i apostołowie nie byli to ludzie książkowi, a przecież świat odrodzili, i bądźcie pewni, że gdy nowa przyjdzie era, nie z bałamutnéj biblii Mormonów, nie z drukowanych teoryj, nie z traktatów filozoficznych, ale z żywego odrodzimy się słowa. Lud niema nauki, ale patrzy, czuje, doświadcza i szczerze się spowiada z prawdziwego człowieczeństwa swego, gdy my po większéj części jesteśmy fałszywi papierowi ludzie. Dla nas cywilizowanych, często szorstkość obyczajów ludowych, naiwność języka, prostota myśli zdaje się pogardy godną, ale w tém wszystkiém więcéj przecież żywota i prawdy niż u nas... Przyjdzie czas, że dziewięćdziesiąt dziewiątą część ksiąg spalić będzie potrzeba, a tém co się zostanie, obchodzić...
Stary zamilkł.
— Musiałeś mnie, panie hrabio, osądzić za wielkiego zwolennika życia, którego noszę suknię na sobie i piętno na czole — rzekł Julian — ale omyliłeś się... nie mam siły być czém inném, ale widzę dobrze i jasno położenie moje...
— No! to przyjdziesz jak ja do siermięgi! — rzekł hrabia śmiejąc się. — Wierzcie mi, wierzcie mi, nic wam nie dodają fraszki, w które się barwicie; każda z nich owszem bierze z was cząstkę życia... i swobody...
Julian słuchał starca z takiém zajęciem, że nie powrócił do swego miejsca i stał przy nim zdumiony, chwytając wyrazy, które wychodziły z ust jego.
Junosza téż rozgadywał się z coraz większym zapałem i ochotą.
— No! ale powiedz-że no mi — odezwał się po chwili — więc mieszkacie w Karlinie? Ojciec umarł? a matka?
— Matka nasza poszła... poszła za mąż...
— Za kogo?
— Za pułkownika Delrio...
Stary się namarszczył.
— A prezes?
— Prezes żyje i zdrów...
— A stary ten dziwak Atanazy, którego kocham... choć-em go lat kilkanaście nie widział?
— Zawsze w swéj Szurze, z której nie wyjeżdża...
— Pójdę kiedyś piechotą do niego... Nie zmienił się?
— Nic a nic, jak go znamy... Ale jakże się stało, panie hrabio, że ja, którego pan znasz tak dobrze całą familię, nigdym nawet nazwiska jego nie słyszał?
Stary się rozśmiał hucznie...
— Zerwałem z waszym światem — odparł — au was, moje dziecię, co z wozu padło, to i przepadło... dziś przyjaciele serdeczni, jutro nieznajomi... znacie się i kochacie tylko ze swym... Odsunąłem się i zostałem zapomniany... na cóżbym się wam przydał? Pokazać się w salonie nie mogę, bo roli lwa grać nie chcę; mało kto mnie zrozumie zresztą, a nabijać się nikomu nie myślę. Są już może dawniéj mi znajomi, co mnie i za umarłego mają i wieczne odpocznienie zmówili za mnie! Krótka i słaba pamięć ludzka! a wieleż to ja sam zapomniałem!...
Dano znać do herbaty; bosa dziewczynka wbiegła zarumieniona do pokoju i uciekła co najprędzéj wymówiwszy coś niezrozumiałego; nim się zebrali wyjść goście, samą pani Drabicka pokazała się w progu.
— Jak się mamunia miewa? — odezwał się hrabia...
— A i hrabia tu?
— Cóż to wasani dobrodziejka myślałaś, że moja siermięga progu przestąpić nie warta, czy co? albo-żem już taki stary, że mi się koło młodych ogrzewać nie godzi?... Przecież i w Godzinkach jest Abizail starego Dawida grzejąca!...
— Stary grzyb, a jeszcze licho wić co paple! — odezwała się ruszając ramionami pani Drabicka...
Stary poszedł przodem za gospodynią, nie zważając na jéj ofukiwania i prześladując ją to tém, to owém.
— Wiesz, matuniu — rzekł — że gdybyśmy się pobrali...
— My z sobą? a toż co!
— Nie łatwoby nas kto oboje przegadał... skoro się zejdziemy, musimy się kłócić...
— A jakże nie mamy się kłócić — ofuknęła się pani Drabicka — kiedy pan mi syna bałamucisz...
— Ja? chyba go nawracam!
— Ślicznie! Ledwie się zejdziecie, jak zaczniecie filozofować... licho wié o czém... jego trzeba do hreczki namawiać, nie do tego, co mu i tak świta... niepotrzebnie.
— Alboż to Aleksy jeszcze zły gospodarz? — zawołał stary — jeszcze to matuni mało? chleb jest, nikomuście nie nie winni, a pocóż go zamęczać? Chłopcy dorosną, będą sobie pracować, a dziś choćbyście jakie tysiąc więcéj mieli w skrzyni, co wam z tego przyjdzie?
— Otóż patrz pan, czy nie bałamuci? — zakrzyknęła stara — biorę pana na świadka — rzekła odwracając się do Karlińskiego — namawia go do próżnowania.
— Nie do próżnowania, jéjmościuniu, nie, ale jak go zarzniesz tą pracą, co ci z tego przyjdzie? daj mu się i nagadać i zabawić i poczytać...
— Toż całe noce w książkach siedzi...
— Moja matuniu — przerwał Aleksy — o świcie jestem w polu...
— Gdyby nie ten stary bałamut, co na to łapcie włożył, żeby mu wolno było wszystko gadać, co zechce, jabym z Aleksego innego człowieka zrobiła...
— Niech sobie pani innego człowieka zrobi, kiedy się jéj podoba — zawołał hrabia — ale nie z Aleksego... już go dziś w kociołku przerabiać, pokrajawszy, zapóźno...
Sama stara w śmiech to jakoś obróciła... i tak rozmowa się przerwała; nalano herbatę, ale hrabia wyprosił sobie kwaśnego mleka i kieliszek starki, bo od herbaty był odwykł; i wesoło wcale rozpoczął się podwieczorek.

XV.

Wspomnieliśmy już, że Żerby, oprócz téj części, którą dziedziczyli Drabiccy, dzieliły się jeszcze na sześciu posiadaczy; było więc w nich sześć, niestety! dworków w niewielkiéj od siebie odległości rozłożonych, drzwiami ku głównéj obróconych drodze, których wejrzenia nie uszło, co tylko do starego dworu jechało, lub przechodziło, a nawet leciało... Drabiccy żyli ze wszystkiemi po sąsiedzku, a choć dzień nie upłynął, żeby tam czegoś w szkodzie nie zajęto, żeby się nie przewinili ludzie, nie było jakiegoś kwasu i trudności z jednym z kollokatorów, Aleksy umiał harmonię utrzymać, naprzód postępowaniem prawém i energiczném, potém łagodnością i wyrozumiałością w drobnostkach.
Do Żerbów, a zwłaszcza do starego dworu mało bardzo kto kiedy zawitał: Drabiccy gości nie zapraszali, krewnych prawie nie mieli w okolicy, stosunków nie szukali, żyli bardzo cicho; koczyk więc Karlińskiego, w biały dzień zmierzający do nich, wielkie zrobił na sąsiadach wrażenie.
Pan Mamert Butkiewicz, najbogatszy właściciel w Żerbach, bo miał tu aż piętnastu chłopów, dom żółto pomalowany i sposobił się skupić całe Żerby, na co sknerząc zbierał kapitalik, dopiéro mając się ożenić, gdy o ostatnią schedę tranzakcyę podpisze — stał właśnie w oknie, gdy koczyk przejeżdżał; otworzył oczy i usta, powiódł za nim wzrokiem, zażył tabaki i zawołał sam do siebie:
— Dalibóg do Drabickich!
Pan Jozafat Butkiewicz, rodzony brat jego, ale daleko odeń uboższy, żonaty z Pierzchowską i obarczony dziesięciorgiem dzieci, o których nieustannie mówił, niemal skarżąc się na to błogosławieństwo boże, — stał w bramie z fajką, widział powóz także, wyszedł aż na środek ulicy, choć był w kamizelce, dopatrzył, że zajechano do starego dworu i pobiegł co tchu do żony.
— Jéjmość, Anielciu — zawołał do bardzo otyłéj niewiasty, która śpiewając usypiała dziecię na rękach — a taż to, jak Boga kocham... do Drabickich ktoś koczem pojechał!
— Cicho! dziecko zasypia, a ten krzyczy!... no to co?
— Ale koczem...
— To któż taki?
— Czy samemu pójść, czy posłać się dowiedzieć Iwanka, ale Iwanek do karczmy pójdzie, a ja tak dawno u Drabickich nie byłem...
Nie wiem już, jak się skończyła rozmowa, bo pan Jozafat wyleciał z pokoju przepędzony przez żonę i zamyślony stanął w ganku... gdy przez płot tuż ujrzał szwagra swego, pana Pryscyana Prus-Pierzchowskiego, który wdrapawszy się na tyn, z niego obserwował obroty owego koczyka...
— Kto to pojechał? — zapytał pan Butkiewicz.
— Karliński młody...
— Do Drabickich?
— Do Drabickich...
— Cóż to ma znaczyć?
Pan Pryscyan nie raczył odpowiedzieć, z płotu zeskoczył i poszedł do swojego dworku, a pan Jozafat pozostał w głębokich rozmysłach. Splunął tylko spoglądając na szwagra i ruszył ramionami...
Obok mieszkający Teodor Prus-Pierzchowski, brat pani Butkiewiczowéj drugi i rodzony Pryscyana, był w stajni około koni, gdy mu się koczyk mignął, i nie powiem, żeby to zjawisko nie zrobiło na nim wrażenia.
— Po co do Drabickich? — począł argumentować powoli — po co? nie wiem. Tak jest — nie wiem; ale to wiem, że kiedy gość przyjeżdża rzadki, miły, dobywa się butelka z lochu i wychyla się zdrowie jego... Gdybym zaszedł do Drabickich!... Ale by się ogolić potrzeba... Wieczór... na wsi, możeby uszło i nieogolonemu... a butelka będzie pewnie.
W tém nos w nos spotkali się z Pryscyanem; — jakkolwiek rodzeni, nic a nic nie byli do siebie podobni. Teodor, szlachcic hreczkosiéj, lubił buteleczkę i zbierał grosiwo. Pryscyan stroił się, łożył na konie i bryczki, częściej siedział w miasteczku niż na wsi pilnował gospodarstwa, śpiewał przy gitarze i udawał eleganta... palił nawet cygara. Pryscyan był już wystrojony i kroczył ulicą jakby do starego dworu...
— A to dokąd? — zapytał Teodor zatrzymując go.
— Na przechadzkę... — obojętnie odparł Pryscyan.
— Tere-fere! Kpij zdrów! Do Drabickich! Ktoś tam pojechał!
— Ale nie do Drabickich!
— Co ty mnie gadasz! pewnie ponczyk będzie...
— A tobie ponczyk w głowie! — zaśmiał się młodszy.
— Przyznaj się...
— Mówię ci, że idę na przechadzkę...
— No, to ruszaj z panem Bogiem...
Pryscyan uszedłszy kroków kilka, nie chcąc się wydać przed bratem, że idzie do starego dworu, udał się boczną ulicą, gdzie był dworek wdowy Butkiewiczowéj i Jacka Ultajskiego, dwóch nam jeszcze nieznanych obywateli w Żerbach zamieszkałych. Wdówka po panu Celestynie, bracie Jozafata, bezdzietna, niegdyś piękna wcale, ale niestety od lat dziesięciu podobno skończywszy trzydzieści, nie pożegnała na progu dojrzałości nadziei zamąż pójścia. Lat dwanaście starała się napróżno o męża, łapiąc z kolei sąsiadów i żadnego pochwycić nie mogąc; w ostatku szalenie, namiętnie, desperacko zakochała się w Pryscyanie Pierzchowskim, który właśnie około jéj dworku przechodził. Los chciał, że z wychowanką swą Madzią, mogącą mieć lat około dziewięciu, stała we wrotach, gdy się przy nich Pryscyan pokazał, i zatrzymała go impetycznie.
— Proszę pana, proszę pana! na chwilkę! tylko się coś spytam...
— Co pani każę! — rzekł grzecznie uchylając czapki przechodzący...
— Widział pan?...
— Co?
— Koczyk, który do starego dworu pojechał!
— Nie, nie uważałem...
— Kto to może być?
— Nie wiem...
— Nie wstąpi pan do mnie... — wdzięcząc się spytała dojrzała wdówka...
Pryscyan zawahał się, ale jakoś mu nie wypadało odmawiać; chciał brata zbić z tropu i zaszedł na chwilę do pani Celestynowéj, którą uszczęśliwił przybyciem swojém tak, że o koczyku nawet zapomniała... Już mieli z dziedzińczyka wchodzić do dworku i wdowa poczynała od westchnienia rozmowę sentymentalną, gdy ogromne:
— Za pozwoleniem! — ryknęło tubalnym głosem z za płotu.
Był to głos pana Jacka Ultajskiego, sąsiada pani Celestynowéj, u którego, jak-eśmy mówili, trzymał dzierżawę Aleksy. Pan Jacek dawniéj bywał ekonomem i rządcą, na tych funkcyach dorobił się kapitaliku, za który kupił schedę w Żerbach, sam na niéj w początku gospodarzył z żoną, ale z chłopami swemi do ładu przyjść nie mógł, źle mu jakoś rodziło i dzierżawą ją wypuścił. Była to zamaszysta figura, z wielkiemi wąsami, na codzień pokazująca się w kapocie, a w niedzielę w węgierce, zresztą, byleby go nie zaczepiano, niezły człowiek i mający pasyę zapraszania do siebie i zawiązywania stosunków. Pani Celestynowa podniosła głowę przestraszona, żeby jéj nie odebrano złapanego Pryscyana, pan Pierzchowki trochę się zmieszał pochwycony na gorącym uczynku grzecznostek dla niemłodéj wdowy, oboje zatrzymali się.
— Państwo wiecie, co się święci — rzekł Ultajski.
— A co?
— Wszak ci to jacyś wielcy goście pojechali do starego dworu... Kocz, cztery konie...
— No to cóż, sąsiedzie — odparł Pryscyan — niech zdrowi przyjmują.
— Nie pójdziemy zobaczyć, kto to taki?
— Ja nie — rzekł Pryscyan, nie chcąc się przyznać do ciekawości.
— Ja mam trochę interesiku do mego posesora, to się może powlokę... — odstępując od płotu, rzekł Ultajski — do widzenia!
I okiem szyderskiém zmierzył eleganta, wolnym krokiem postępującego ku dworkowi pani Celestynowéj.
— Patrzajcie! — mruknął do siebie — złowiła go! no! no! tegom się nie spodziewał, baba starsza od mojéj. Bezdzietna, ale różnie ludzie o wychowance jéj gadają... nie wiadomo, skąd się to wzięło, cząstka licha! długów dosyć. Trzeba Pryscyana ostrzedz, mógłby sobie lepszą partyę znaleźć...
Tak więc w całych Żerbach widok koczyka Karlińskiego zrobił niepospolitą sensacyę; nie uszedł on niczyich oczów i wszyscy sposobili się pod różnemi pozorami zajrzéć do starego dworu, aby się osobiście przekonać, kto był ten gość i po co przyjechał do Drabickich.
Aleksy, Julian i stary hrabia siedzieli, niczego się nie spodziewając, przy herbacie, gdy w ganku Kurta stary począł naszczekiwać. Pani Drabicka dobrze znała głos jego, bo Kurta na każdego szczekał inaczéj: na żydów napadał z ogromnym wrzaskiem, dziadów odpędzał ujadaniem zapalczywém, znajomszych zaś oznajmywał kilką, jakby z obowiązku tylko wyrywającemi mu się wykrzyknikami. Nie ruszył się nawet z ganku, i parę razy odezwawszy się, ucichł; pani Drabicka wyjrzała oknem i poznała pana Mamerta Butkiewicza, który włożywszy na się starą kurtkę zrobioną z granatowego fraka, kroczył wprost do dworu; zobaczył go także Aleksy i trzeba wyznać, że na ten raz niebardzo był rad gościowi; ale cóż z nim miał począć?
Śmieszna postać pana Butkiewicza, w szaraczkowych hajdawerach, w spencerze granatowym, z laską sękatą w ręku, w ryżej peruczce na głowie, z twarzyczką pokrzywioną i małemi kolącemi oczkami, już się wsunęła do pokoju, z powagą i dumą witając gospodynię, lisiém wejrzeniem obejmując gości. Wszyscy się ruszyli witać, stary tylko hrabia nie wstał od swojéj misy słodkiego mleka. Julian musiał się od śmiechu wstrzymać, bo nie chciał nikogo obrazić; ale ta karykatura niesłychanie mu się wydała pocieszną; spojrzeli na siebie z Aleksym znacząco.
— Dużo masz takiego kalibru sąsiadów? — zapytał Julian po — cichu.
— Tylko sześciu — odpowiedział Aleksy — nie wątpię, że ci się wszyscy zaprezentują, twój koczyk ich tu sprowadzi, ciekawi są, kto do nas mógł zajechać, bo u nas nikt zwykle nie bywa... zobaczysz...
— Sąsiedztwo nie ciekawe! — rzekł sobie Julian w duchu — biedny Aleksy!
Tymczasem pan Butkiewicz, równie dumny jak skąpy, przywitawszy się z gospodynią i z podełba obejrzawszy przytomnych, zasiadł rozpierając się w krześle na pierwszém miejscu, najdziwniejszemi minami usiłując sobie nadać powagę, której nie miał ani w charakterze, ani w powierzchowności; rozmowa już się kleić poczynała, a pani Drabicka szanując piętnastu chłopów sąsiada, dosyć go przyjmowała grzecznie, gdy Kurta drugi raz w ganku naszczekiwać zaczął.
— A to skaranie boże! — mruknęła pani Drabicka — znowu ktoś.
Był to wystrojony w granatową węgierkę pan Jacek Ultajski, niby to z interesem, ale w istocie tylko z ciekawością i myślą tajemną zaproszenia gościa, gdyby można do siebie na wieczerzę. Tego znowu, jako jurisdatora, przyjąć było potrzeba uśmiechem. Julian spojrzał na Aleksego, ruszyli ramionami; ledwie usta otworzył pan Jacek, pochodzenie swe zdradził i zdawało się nawet Karlińskiemu, że go już gdzieś widział, i nie mylił się, bo ostatnia służba Ultajskiego była w kluczu Karlińskim... Gdyby był wiedział, że spotka się z Julianem, nie takby z interesem śpieszył; ale wszedłszy, siedziéć już musiał, odstąpiwszy tylko projektu wieczerzy.
Tylko co się porozsiadali wszyscy, dając miejsce panu Jackowi od żony swéj komplement prawiącemu gospodyni, gdy Kurta zahaukał jeszcze... pani Drabicka nie wytrzymawszy już, półgłosem odezwała się — ze skaraniem bożém.
Na progu uśmiechała się mała, niepoczesna, głupawa figurka ojca dziesięciorga dzieci i męża Anieli z Pierzchowskich Butkiewiczowéj, pana Jozafata, który w płóciennym surduciku, mimo wiadomości żony, wyrwał się do starego dworu, zobaczyć, co się tam dzieje. Zobaczywszy brata Mamerto, pan Jozafat zmieszał się, gorzéj jeszcze skłopotała go przytomność Ultajskiego, z którym był, z powodu żony, w najgorszych stosunkach, tak, że się odgrażali, wzajemnie omijając, kijami dać sobie przy pierwszéj zręczności. Obchodząc więc Ultajskiego, w kątku usiadł ledwie pan Butkiewicz, gdy tuż za nim wpadł raźniéj od wszystkich, może najśmieszniejszy z nich, pan Pryscyan Prus-Pierzchowski, który z objęć swej wdowy się wyrwał, przyrzekając zdać jéj sprawę wieczorem ze swych odwiedzin. Ten był tak nieoszacowany ze swą elegancyą pozawczorajszą i miną karykatury Daumiera, tak pewien siebie i wyższości swéj nad sąsiadów, że Julian, którego przybywający zaczynali już męczyć, rozdobruchał się na widok jego...
Pryscyan miał włosy rudawe, długie, spadające na barki i przedzielone na czole z symetrycznością, zdradzającą pomoc życzliwéj jakiejś rączki, wąsik wymuskany, podbródek obfity, szarawary w kraty, jakie tylko na kołdrach widziéć się dają, kamizelkę podobnąż à l’anglaise i surducik niewiele dłuższy od spencera pana Mamerta. Dodajmy do tego czapkę z kutasem i dewizki zwieszone na żołądek, a będziemy mieli lekki rys człowieka, który tak gorącą miłość potrafił wzbudzić w pani Celestynowéj.
Do kompletu sąsiadów brakło już tylko pani Celestynowéj saméj, która mimo gorącéj chęci wyśledzenia, co się w starym dworze działo, cała zajęta Pryscyanem i wieczorną jego obiecaną wizytą, kładła pasyans, usiłując wybadać losy i odgadnąć swą przyszłość; i pana Teodora, wstrzymanego nieprzewidzianym wypadkiem, bo gość jakiś najechał w chwili, gdy już wdziewał surdut i zabierał się do Drabickich.
Dostateczna to jednak była dla Juliana próbka świata, w którym żył przyjaciel jego Drabicki, i jakkolwiek młody Karliński usposobionym był wszystko widziéć z dobréj strony, jakkolwiek oryginalne to towarzystwo po wysznurowanych postaciach, które u siebie spotykał, odznaczało się przynajmniéj niekłamaną powierzchownością, wybitną, przy najlepszych chęciach, trudno tu było znaleźć co, prócz śmieszności i niesmaku.
Pani Drabicka wcale się nie kryła już z nieukontentowaniem, jakie w niéj to najście sąsiadów wzbudzało; mruczała pół-głosem:
— Licho ich tu naniosło — i zapytana, odpowiadała wcale nie przymuszając się do grzeczności.
Hrabia tymczasem kończył swoję misę mleka w milczeniu, poglądając szydersko na gości; Pryscyan odważnie zbliżył się do Juliana i Aleksego, czując się godnym Karlińskiego i usiłując mu dać wielkie o sobie wyobrażenie minami, które wyrabiał. Pan Mamert nadęty obserwował, pan Jozafat siedział w kącie, pragnąc się tylko wymknąć co prędzéj, a Jacek Ultajski dla zajęcia kręcił wąsy, nie wiedząc, do kogo się zwrócić.
Rozmowa iść nie mogła, ten i ów bąknął słówko, które nie podniesione padało na ziemię.
Julian nie dając po sobie poznać, ciekawie się przypatrywał towarzystwu, które pierwszy raz widział zbliska; — i widząc, że był zarówno przedmiotem ciekawości, pocichu wyniósł się, pożegnawszy panią Drabickę...
Aleksy przeprowadził go na ganek.
— A co? — zapytał ze smutnym uśmiechem — czy moi sąsiedzi i współtowarzysze doli nie warci twoich lalek wysznurowanych, na których narzekasz, Julianie.
Ambo meliores — odparł Karliński — ale tu przynajmniéj jest charakter i każdy nosi napisane na czole, skąd wyszedł i dokąd zmierza.
— A! gdybyś pożył z niemi! kto wié, czyby ci ten charakter nie dokuczył, czybyś i tu nie znalazł komedyi odegrywanéj z pozorną szczerotą... a w dodatku tyle gburowstwa! tyle dumy!
— Wszędzie ludzie ludźmi — zawołał Julian — ale z dzisiejszych twych gości trudno sądzić o społeczeństwie, którego część przedstawiają, i... zdaje mi się, że Żerby muszą być wyjątkowo kolonią oryginałów.
— Powiedz karykatur!
— Do widzenia w Karlinie!
Aleksy nic nie odpowiedział.
— Powtarzam, do widzenia w Karlinie — rzekł Julian — nieprawda? przyjedziesz do mnie... Bez ceremonii, jak do brata, będziemy sami... w Karlinie nie mam tak bliskich sąsiadów... słowo, kochany Aleksy?
— Słowo, kiedy każesz, ale pamiętaj, żebym ja tam nie wyglądał u ciebie jak u mnie ci panowie... do widzenia.
Julian skoczył do powozu i koczyk znikł z oczu ciekawych, które nań przez wszystkie okna bawialnego pokoju poglądały.

XVI.

Chociaż prezes, zmiękczony przez Juliana i Annę, wyjazdem swoim upoważnił niejako panią pułkownikową do pozostania na jakiś czas w Karlinie, obawiał się jednak, żeby powoli pan Delrio tam nie zamieszkał i parę dni przeczekawszy, przyjechał znowu. Oboje pułkownikowstwo byli tu jeszcze, ale sama znacznie już pozdrowiała, Greber powrócił do swoich miejskich pacyentów, życie zaczynało się tak jakoś układać, jakby goście ci na dłużéj pozostać chcieli. Prezes dostrzegł tego na wstępie, zmarszczył się, widząc, że pułkownik trochę rolę gospodarza przybiera i bez ceremonii zdziwił się, że tu ich zastał jeszcze.
— A! państwo tu dotąd! — zawołał na wstępie — bardzo mnie to smuci, widzę w tém dowód, że się zdrowie pani pułkownikowéj nie poprawiło.
— Owszem — rzekł, chcąc nadrobić fantazyą pułkownik — dosyć zdrowa, ale ją dzieci wstrzymały.
Przycisnął na dzieciach, w nich widząc prawo pozostawania w Karlinie; prezes zrazu nic nie odpowiedział, skłonił głowę i rozkazał tylko znosić rzeczy swoje...
— Wybornie — dodał — żem tu państwa zastał; znudziłem się sam jeden w domu, w kupce istotnie lepiéj i weseléj nam będzie.
— Stryj zabawi u nas? — zapytał ochoczo Julian, całując go.
— Zabawię, zabawię, zatęskniłem za wami; jakże się ma Anna Anusia wbiegła właśnie na te słowa.
— Dzień dobry, stryjaszku... dzień dobry... jakżeś łaskaw, że o nas nie zapominasz...
— Muszę ja o was pamiętać, kiedy wy o mnie nie chcecie; do Zagórza was zwabić trudno, tybyś się nieustannie o Emila niepokoiła, a więc ja tu posiedzę i trochę się wami nacieszę...
Pułkownik dosłyszawszy tych wyrazów, uczuł, że były do niego i żony wymierzone i niezręcznie bardzo, zaraz się wyrwał do niéj z doniesieniem. Pani Delrio trochę była do tego przygotowana; nie zdziwiło ją wcale ani przybycie prezesa, ani zamiar pozostania w Karlinie.
— Więc my wyjedziemy jutro — odezwała się do męża.
— Dlaczego, cher ange? a gdybyśmy właśnie na przekór temu staremu galantowi pozostali? ot toby dopiéro był figiel przedziwny. Jużciż nas wypędzićby nie śmiał, i dzieci-by mu na to nie pozwoliły....
— Zostałabym zapewne, gdyby mi się tak podobało — odparła pułkownikowa — alebym to przepłaciła mojém zdrowiem, Wiktorze... ja nie mam sił na taką nieustanną walkę...
Delrio ruszył ramionami i podał, nie sprzeczając się, rękę żonie, która na spotkanie prezesa wyszła do salonu.
Jakkolwiek się nienawidzili i z uczucia swego, aż nadto widocznego w czynnościach, spowiadać nie potrzebowali, prezes i pułkownikowa, jak ludzie dobrze wychowani i przywykli zachowywać się przedewszystkiém przyzwoicie, nie okazywali po sobie niechęci wzajemnej; owszem, obsypywali się grzecznościami, zastępującemi niedostatek przychylności, monetą powszednią, która dla ogółu często miała inne, dla interesowanych tylko znaczenie uszczypliwe i przykre. Prezes naprzykład dobierał zawsze z pułkownikiem i jego żoną przedmiotów rozmowy, najboleśniéj ich dotykających, upokarzał ich wspomnieniami swéj rodziny, przymówkami do ich wieku, drażnił uczucie macierzyńskie, odmawiając mu prawa czuwania i kierowania dziećmi i t. p.
Ale pomimo to usposobienie, wchodzącą pułkownikową powitał z nadskakującą grzecznością, z uśmiechem galanta staréj szkoły, z komplementami stereotypowanemi na podobne okoliczności. Pułkownikowa choć bardzo przyzwoita, panować tak nad sobą nie umiała i była nieco zimną, pułkownik zakłopotany tak, że dowcipkować i żartować nie czuł w sobie ochoty.
Dzieci starały się tylko zbliżyć ku sobie istoty na wieki rozdzielone niechęcią niepokonaną, a Anna każde ostre słowo chwytała po drodze, by je dodatkiem jakimś osłodzić i przytępić. Pomimo to, towarzystwo karlińskie, ilekroć całe zebrać się musiało w salonie, sztywne było, zimne, niespokojne i zdawało się tylko wyglądać chwili oswobodzenia i rozejścia — wszystkim, nie wyjmując prezesa, trudno tak wyżyć było... długo; wszyscy rozchodzili się zmęczeni, rozgniewani w duszy, z przekleństwem lub łzą boleści przytrzymywaną, by jéj wraże oko nie postrzegło.
Jeśli kogo, to Annę i Juliana bolał najsrożéj ten stan rzeczy; nigdy sobie nie powiedzieli, jak na tém cierpieli, ale wejrzenie często dawało im poznać, co się działo w duszy. Anna, któréj całe życie było poświęceniem bez granic, posłannictwo swe anioła pokoju, pociechy i miłosierdzia przyjąwszy z zapałem męczennicy, mniéj już każde drobne, pojedyncze uczuwała zadraśnięcie, gdy Julian słabszy, bardziéj ceniący spokój, gryzł się niém niewymownie, zmuszony w głębi serca taić to, czego doznawał. I czoło jego osłaniały też chmury, a siostra często go znajdowała bezsilnym, z oczyma zwilżonemi, siedzącym jak posąg zamyślenia na grobowcu Medyceuszów. Ciągłe wpatrywanie się w Emila, którego stan zatruwał Julianowi prawie każdą życia godzinę; uczucie niepokoju, rodzące się z tych niechęci codziennych, wlewało w jego duszę tęsknotę i smutek, któréj nic rozerwać nie mogło. Uboczna też może jeszcze jedna przyczyna usposabiała go także do tego smutku, który prezesa codzień czynił oń troskliwszym.
Opisując mieszkańców Karlina, nie wspomnieliśmy jeszcze o jednéj zamieszkującéj tu istocie, która na oko niewiele zajmując miejsca, ważną przecie w życiu codzienném Anny i Juliana odgrywała rolę... W roku urodzenia Anny trafiło się, że na jednym z folwarków Karlina gospodarujący ekonom ożenił się był z garderobianą pani chorążycowéj; małżeństwo trwało krótko bardzo, i dając życie córce, biedna kobieta sama je utraciła. Wkrótce potem mąż, który szalenie był przywiązany do niéj, sierotę odumarł. Państwo Karlińscy z politowania wzięli dziecię do dworu i zajęli się jego wychowaniem; nie myśleli wcale wysilać się na nie i poczęli jak zwykle z wychowankami tego rodzaju, które muszą w dzieciństwie znosić dziwactwa sług wszystkich, dopóki same na niezawiślejszą służbę nie wyjdą. I byłaby się może mała Apolonia sponiewierała, gdyby zawczasu nadzwyczajna żywość, dowcip, ładna twarzyczka i niesłychana łagodność charakteru nie uczyniły ją ulubienicą pani i pana. Bawiono się śliczną Polą (bo tak ją przez skrócenie zwano), dozwalano jéj bawić się z Anną; Anusia przywiązała się do niéj całą duszą i z garderoby przeszła sierotka do pokoju, a gdy przyszedł czas wychowania i nauki dla córki domu, Pola pozostając z nią razem, równie staranną odebrała edukacyę i tyle co ona, może więcej, potrafiła z niéj korzystać.
Wprawdzie pokilkakroć robiono sobie uwagi, że dla ubożuchnéj i tak poziomego pochodzenia panienki, świetne talenta i nauki wyższe niekoniecznie były stosowne i nietylko w przyszłości nie będą pomocne, ale los jéj skrzywić mogą; lecz gdy Pola chciwie chwytała wszystko, nadzwyczajną będąc obdarzona zdolnością, gdy Annie trudniéj co dzień rozstać się z nią było, gdy wreszcie powiedziano sobie, że zostawszy guwernantką, byt niezależny wypracować może — Pola pozostała z Anusią i wyszła na prawdziwie zachwycającą dzieweczkę, z któréj twarzy, obejścia, mowy, jużby nikt pochodzenia nie mógł się domyślić.
Natura też szczodrą była dla tego dziecięcia, któremu los zabrał razem prawie ojca, matkę i przyszłość. W swoim rodzaju była to urocza istota. Malutka, zręczna, jak laleczka, zwinna, wesoła, z włosami jasno-blond złotego koloru, z ślicznemi niebieskiemi łzawemi oczkami, z okrągłą, świeżą i ożywioną twarzyczką, Pola zachwycała każdego, kto spojrzał na nią. Dowcipna, często nawet trochę złośliwa, ale pomimo to najlepszego i namiętnego serca, w wejrzeniu, ruchu, mowie, uśmiechu zdradzała się z rozdrażnioném uczuciem, które tylko szukało przedmiotu, by wybuchnąć nieugaszoném płomieniem. Twarzyczka jéj nie miała nic arystokratycznego, ale to był typ czysto słowiański w jednym ze swych najwdzięczniejszych objawów: oczy mówiące do duszy, zawsze prawie łez pełne nawet przy uśmiechu, usta najprześliczniéj wygięte, różowe, jak dwa listki kwiatu i trochę podniesione namiętnie; nosek kształtny, odrobineczkę zadarty, owal okrągławy, ale przedziwnéj linii, przypominającéj twarze aniołków i dzieci... a przytém nóżka, rączka, kibić, warkocz, wszystko tak harmonijnie piękne, tak wypełniające całość, że przy niéj gasły i piękniejsze, a nie tak szczęśliwie obdarzone panie. Przy téj powierzchowności tak wdzięcznéj, ileż znowu dodających jéj uroku przymiotów! jaka dobroć serca niczém się nie umiejąca hamować i wybuchająca naiwnie, ile żaru w duszy, ile zapału, dowcipu, jak dziwnie spleciona melancholia i wesele! Wrażliwa, jak listek mimozy, z niczém się nie taiła, kochała gwałtownie, nienawidziła śmiertelnie; każdą myśl i uczucie objawiała mimo wiedzy swéj z całą szczerotą poczciwą, do któréj się czuła jakby ślubem obowiązaną. Nie kryjąc swojego pochodzenia, dziecię ludu, chlubiła się niemal z sieroctwa i urodzenia w ubóstwie, może za często, może za dumnie nawet wspominała o tém przy każdéj podanéj zręczności. Na pierwszy rzut oka, jéj żywość, dojmujący dowcipek, który rzadko poszanował kogo, złośliwe często przekąsy, czyniły ją straszną, gdy tymczasem pod uśmiechem jéj szyderskim, pod namiętną tą ironią kryło się serce złote... I umysł mu odpowiadał. Pola nic przez pół i na chłodno czynić nie umiejąc, uczyła się z gorączką i pragnieniem wiadomości, połykała książki, sięgała poza granice kobietom zakreślone, z chciwością niejednego ukąsiła zakazanego owocu; i płomieniem, który objął jéj główkę, gorzéj jeszcze rozpaliła niespokojne swe serce. Oprócz tego, nadzwyczajnym do muzyki obdarzona talentem, mając zręczność w nim się wydoskonalić, doszła do znakomitéj na fortepianie biegłości, a z ksiąg teoretycznych wyuczyła się muzyki daleko więcéj, niż jéj pospolici amatorowie umieć zwykli.
Pola była nieodstępną Anny towarzyszką; oddawna czas był pójść na chleb własny i na przyszłość pracować; trafiały się jéj świetne bardzo miejsca, ale dwie przyjaciółki rozstać się nie mogły i Pola ochotnie poświęcała się téj, która ją uczyniła, czém była. Jedna téż, powiedzieć można, dopełniała drugą, jedna drugą podtrzymywała; coby poradziła Anna zostawiona sama sobie? gdzieby Poli lepiéj być mogło, jak tu, gdzie prawie rodzicielski dom znalazła? Żywość sieroty, jéj udane, czy prawdziwe, naturalne, czy gorączkowe wesele, wstrzymywało Annę od smutku i melancholii, w którą łatwo wpaść mogła. Obie były piękne, obie ponętne, ale jak wielka była różnica ich wdzięku, tak wielka różność charakterów. W Poli drgało życie świeżo z łona ludu wytrysłe; w Annie skupiły się wszystkie cnoty przeszłości, odziane szatą ideału i obleczone tęsknotą. Dla Anny świat był żelaznemi drzwiami obowiązków zaparty; przywykła do poświęceń, nie rachowała już i oddała się cała na ofiarę rodzinie. Pola, choć chętnie zapierała się przyszłości, wzdychała do wszystkiego, co ułudna obiecuje młodość, a czego całe nie dotrzyma życie; pragnęła uczucia, walki, boju, dramatu i rwała się z tego kółka, w jakiem była zamknięta, całą siłą namiętności, niepohamowanych nawet modlitwą i chłodną atmosferą otaczającą.
Wspomnieliśmy już w rozmowie Juliana z Aleksym, że młody Karliński całe życie za takim właśnie ideałem kobiety się upędzał, jaki tu traf postawił u jego boku. Natura wszędzie dopełniająca się kontrastami, zrodziła w nim pragnienie czegoś, jak najmniéj arystokratycznego, a pełnego siły i drgającego żywotem... dla niego Pola była istotą jego marzéń...
Wyjeżdżając do miasta dla skończenia nauk, rzucił ją Julian dzieckiem prawie; powróciwszy, znalazł do niepoznania wypięknioną, dojrzałą, ponętną — i... a!... trzebaż dopowiedzieć, że się w niéj szalenie zakochał! Domyślicie się tego bardzo łatwo — inaczéj być nie mogło; ale Julian był człowiekiem uczciwym i pierwsze drgnienie serca wstrzymał dłonią, zastanawiając się nad jego skutkami. Nie pomyślał nawet, by podle uwieść biedne dziewczę, które z naiwnością dziecięcia nastręczało się same, szukało niebezpieczeństwa, goniło za niém.. wiedział, że ożenienie było dlań niepododobieństwem; cała rodzina byłaby wszelkich możliwych użyła środków, aby mu je utrudnić, by je niepodobném uczynić; postanowił zwyciężyć się, pokonać i rozczarować.
Ale miłość, to uczucie niepojęte, nie rządzi się żadném prawem stałém, niema nań przepisanych leków. Co jednę zabija, to drugą żywi, często sama walka z nią wyrabia w niéj siły nowe... Julian zmuszony widziéć ją codzień, żyć obok niéj i wytrzymywać napady Poli, która kochała go nie wiedząc, co się z nią działo i paliła słowy, wejrzeniem, westchnieniami, — przyszedł do tego stopnia namiętności, który graniczy z szałem i rozpaczą... Pola nie wiedziała sama, jakiéj natury było uczucie jéj dla Juliana, nie zaglądała w głąb serca swego, a jeśli kiedy przeleciało jéj przez myśl, że to miłość być mogła, ledwie nie radowała się pożądanemu gościowi, który jéj upragnione łzy, męczarnie i cały świat nowy, choć świat boleści przynosił. Nieraz śmiejąc się z siebie, z bijącém sercem pytała się — coby to było? i wśród uśmiechu łzy potoczyły się po twarzyczce rumianéj...
— Trochę pokochać i umrzeć! — mówiła w sobie — alboż nie dosyć? Z czegóż się składa życie, jeśli nie z łez i miłości? Nie jest-że to szczęście być tak nieszczęśliwą, i wypić kielich żywota cały w jednéj kropli trucizny, i położyć się w białéj trumience, z wiankiem na skroni na wiekuisty spoczynek? czegóż więcéj spodziewać się mogę?
Tak czasem w chwilach samotnéj tęsknoty marzyło dziewczę, i choć nie było pewne ani swojego uczucia, ani miłości Juliana, który nadzwyczaj zimno się z nią obchodził, ledwie nie więcéj obawiało się spokojnego, długiego żywota pospolitych skorupiaków, niż boleści i szczęścia, jakie chwila burzliwéj miłości dać jéj miała. O szalona była Pola! szalona!

Anna, w prostocie ducha, chłodniejsza od swéj towarzyszki, ani się domyślała jéj uczuć, ani je przypuścić mogła — śmiała się z niéj, jak z roztrzepanéj głowy, czasem uśmierzyć starała się wybuchy jéj dowcipu, wesela lub smutku, ale nie widziała w tém żadnego niebezpieczeństwa. W niéj też serce zawczasu dojrzalsze, szczelniéj zamknięte, oczyszczone z ziemskich namiętnych zachceń i pożądań, spało błogim snem dziecięcia w kolebce... Była kobietą, ale skarby miłości, w jakie je Bóg uposażył, oddała całe rodzinie, i jak siostra miłosierdzia służyła tylko drugim, nie pomnąc na siebie. Miłość zdawała się jéj dzieciństwem, igraszką, czemś zbyt ziemskiém i poziomem, żeby na nią skarby duszy i serca szafować przystało... Polę, mówiącą o niéj z zapałem strofowała, jak dziecię za łażenie po drzewach, nie widząc winy w swawoli, ale przeczuwając w niéj niebezpieczeństwo.

XVII.

Proszę sobie wystawić wśród tego towarzystwa, jakie się znajdowało w Karlinie, obojga pułkownikowstwa, prezesa, Juliana, Anny i Poli, rozmawiających w salonie i upatrujących chwili, w któréj przystojnie rozejść się będzie można... wpadającego obcego zupełnie, z innego świata człowieka, znanego nam Aleksego.
Nieśmiały, choć energiczny, skromny, choć nie czuł się niższym moralnie od nikogo, bo surowo pełnił życia powinność, Drabicki nie miał najmniejszéj ogłady, nie znał form towarzyskich, i gdy mu przyszło oddać Julianowi jego odwiedziny w Karlinie, nie wiedział zrazu ani jaką obrać do tego godzinę, ani jak się tam ubrać, ani co począć raz przyjechawszy. Z Julianem samym łatwiéj mu było daleko, ale to, co go otaczało, ten inny świat nieznany, ci ludzie mówiący obcym językiem, w odmiennych zrośli obyczajach... przerażali go niesłychanie. Nie chciał walki, obawiał się śmieszności, przeczuwał upokorzenie i gdy wszedłszy do salonu znalazł się w tak liczném gronie nieznajomych, zaczerwienił się, pobladł, zmieszał, błagalne rzucając wejrzenie na Juliana. Szczęściem Julian znajdował się właśnie w salonie.
Aleksy, powiedzmy szczerze, piękny, gdy się uganiał w sukmanie, na dzikim koniu, wśród pól i lasów, lub, gdy zadumany powtarzał na staréj mogile wiersze starego ślepca greckiego — ubrany we frak źle uszyty, w odzienie bez smaku i starania sprawione, ledwie nie był śmiesznym wpośród ludzi, którzy ściśle pilnowali się mody, których oczy przywykły do jéj wymagań, a najmniejsza nieforemność razić je musiała. Dodajmy nieszykowność postawy człowieka, który się czuł nie na swojém miejscu i celem wejrzeń ciekawych tylu nieznajomych osób, a wytłómaczymy sobie, dlaczego znowu i Annie i prezesowi nawet, Aleksy wydał się bardzo niepocześnie i niedźwiedziowato.
Julian pośpieszył go przedstawić pułkownikowéj, prezesowi i ojczymowi, Anna przypomniała mu się z uprzejmością, którą starała się zbliżyć do siebie dzikiego przybysza, i Aleksy usiadł, a raczéj upadł na krzesło, nie mogąc jeszcze rozeznać w tym tłumie nikogo.
Julian chciał, oszczędzając mu przykrości i zakłopotania widocznego, zabrać go z sobą do swego pokoju, ale Anna, która ciekawą była poznać przyjaciela brata, tak bardzo przezeń zachwalonego, ciekawa Pola, która nań ze współczuciem już patrzała, potrosze prezes rad obcemu, mogącemu przerwać jego rozmowę z pułkownikiem, nie dozwolili na to. Pułkownikowa tylko pod pozorem bólu głowy usunęła się zaraz do swoich pokojów, a reszta towarzystwa pozostała.
Po chwili téż ochłonął Aleksy, serce mu bić przestało i rozmowa, próbując różnych przedmiotów, poczęła się wiązać powoli, choć gość mało brał w niéj udziału.
Pierwszą rzeczą, która uderzyła oczy zdumionego Drabickiego, były dwie panienki siedzące obok siebie, a tak dziwnie dobrane pięknością, by wdzięk jednéj dodawał drugiéj zajęcia i blasku. Idealna Anna ze swą powagą, Pola ze swoją trzpiotowatością wesołą, zarówno go zajęły, jako dwa objawy piękna, nieznane mu a zachwycające. Jeśli komu, to kobietom w atmosferze bogactwa i państwa najpiękniéj, ich to klimat, ich ojczyzna... na ubogim, jałowym zagonie więdną najpiękniejsze kwiaty, praca nie daje się im rozwinąć, troski gaszą ich wejrzenie i ledwie dobę w całym rozkwitnięte blasku, jutro już są zeschłą tylko pamiątką. I gdzie im myśléć o piękności, gdzie starać się o podniesienie wdzięku, jak zachować tę świeżość, przeciw której spikają się codziennie słońce, powietrze, wiatry i praca, co białe ręce w czerwone i pomarszczone zamienia. Dotąd Aleksy marzący o ideale, o czémś tak nadziemsko wzniosłém i niemożliwém, jak Beatryks Danta, i jak Beatryks mającém go przez piekło do niebios prowadzić słowem i ręką... nie spotkał nic na ziemi, coby się z obrazem duszy jego porównać dało... Pierwsze spojrzenie na Annę postawiło go wobec rzeczywistości, równającéj się najbardziéj rozgorączkowanemu marzeniu. Anna była tym ideałem... jéj piękność, jéj powaga, spokój jéj czoła, czystość duszy patrzącej śmiało przez oczy anielskie ciszą i pogodą niezmąconą.... wszystko to, czyniło ją dla Aleksego istotą najdziwniéj sławiącą się przed nim w szatach, w jakie fantazya stroiła przyszłą jego kochankę... Przerażony tém zjawiskiem, nie śmiał spojrzeć na nią więcéj, i zapłoniony, wzruszony, spuścił wzrok w ziemię z rozpaczą. Anna z ciekawością dziecka i życzliwością wzbudzoną pochwałami Juliana, wpatrywała się w niego nieustannie, to go zaczepiając słowy, to badając wejrzeniem. Pola także usiłowała odgadnąć, co pod tą prostą łupiną wieśniaka ukrywać się mogło, i gdy Anna pociągała go dobrocią i grzecznością, ona ze swojéj strony potrosze drażniła go złośliwością, od któréj zawsze zaczynała nawet z temi, co dla niéj byli najsympatyczniejsi.
Prezes obchodził, patrzał, myślał i ze stanowiska wielkiego pana i eleganta usiłując osądzić przybyłego, powierzchownie odrazu uznał go gburem, zostawiając blankiet na wpisanie poczciwości na jego rachunek, jeśliby się okazało. Pułkownik, który ludzi cenił z powierzchowności i z ich użyteczności względem siebie, nie wahał się Drabickiego za zupełną poczytać nicość.
Rozmowa niesłychanie była trudną, i nie dziw! Świat Karlińskich obcy był całkiem Aleksemu, jego zajęcia dla nich znowu nieznane i niepojęte; nic wspólnego z sobą nie mieli; do zagadnień zaś wyższych, wznioślejszych, do roztrząsania rzeczy, o których Aleksy mógł mówić, bo je znał, ani pora była, ani miejsce. Drabicki nie mógł się objawić, jakim był, czuł się tylko obcym, cierpiał i zdradzał swe nieoswojenie z większym światem; próżno Anna i Pola usiłowały go rozruszać, rozweselić, ożywić, wciągnąć w rozmowę, odpowiadał im tylko półsłówkami i zakłopotaniem, a co gorzéj, z pośpiechu kilka dość śmiesznych wymknęło mu się omyłek. Panny nie rozśmiały się wprawdzie w oczy biednemu Aleksemu, ale spojrzały na siebie zdając się mówić: — Czyż to być może! on, przyjacielem od serca i powiernikiem Juliana!
Nie mniéj może od Aleksego cierpiał Julian, który go także nie poznawał, ale widział przyczynę i niecierpliwił się tylko jego brakiem odwagi, skłopotaniem, próżną chęcią nastrojenia się do towarzystwa, wobec którego powinien się był postawić odrazu jak chłop naddunajski przed cywilizowanym Rzymem.
Nie będziemy powtarzać prób téj rozmowy ciężkiéj, urywanéj, dziwacznéj, która wiekiem się zdawała Aleksemu. Prezes, który był świadkiem jéj prawie milczącym, odszedł nareszcie, pocichu rozpaczając, żeby na coś lepszego wyrosnąć mogła, ale razem niemal z usunięciem się téj postaci, która Drabickiemu imponowała swą dumą i przybraną uroczystością, rozwiązały się jego usta pod promieniem ogrzewającym młodych oczu Anny i Poli.
Tok rozmowy zwrócił się ku wsi, ku jéj przyjemnościom i życia rodzajowi; zaczepiono o większe, ogólniejsze zadania, i Aleksy ośmielił się wreszcie, czém był, pokazać. Nie tyle łagodność i uprzejma grzeczność Anny, co szyderstwo dowcipne, drażniące jéj towarzyszki, dodało mu odwagi. Uśmiech otworzył mu usta... a obie panie postrzegły, że zrzucając nieśmiałość i stając się sobą, człowiek ten przeistoczył się zupełnie.
Julian, troskliwy o przyjaciela, wmieszał się także do ich rozmowy, Anna chwaliła wieś...
— Ja — mówiła — tak ją lubię, że gdyby mnie w mieście przykuto, umarłabym z tęsknoty. Zamiast drzew, mury brudne, zamiast trawnika, bruki, zamiast świt wieśniaczych, łachmany, które zbytek zrzucił na barki nędzy... zamiast woni kwiatów, dymy duszące... i gwar, i szum, i wszystko i wszyscy obcy...
— A ja! — przerwała Pola białe pokazując ząbki i przechylając główkę dziecięcą — ja, choć nie znam, pragnę miasta... nie tyle murów co ludzi... Jak my tu powiedzieć możemy, że ich znamy?... to garsteczka, to jeden tylko rodzaj... tam ich tyle a tyle!
— Co do mnie — dołożył Aleksy — żyłem w mieście i na wsi, i sądzę, że ludzi, jak rośliny, podzielićby można... i napisać gieografię człowieka, jak jest już gieografia roślin... Są, co żyliby na górach, inni przeznaczeni do dolin, inni, co żyć mogą na skałach, lub nad wodą... są między nami pleśnie i dęby, grzyby i trawy, powoje i trzciny... Jednym ojczyzną jest miasto, drugim wygnaniem...
Były to pierwsze wyrazy, któremi zdradził się człowiek, z pozoru nie obiecujący, z myślą nie powszednią, a choć może nie nową, to w zręczny wypowiedzianą sposób. Anna spojrzała na Polę, Julian na Annę, a Aleksy, jakby temi słowy spoił się z obcemi, ośmielił się i żywo wmieszał do daléj toczącéj się rozmowy.
— Co więcej — rzekł — są w życiu jednego człowieka różne chwile, które go coraz odmiennie usposabiają; cierpiącym i zbolałym, a szukającym ratunku, miasto-bym na mieszkanie przeznaczył; smutnym, a nie żądającym pociechy, wybrzeża morza puste i dzikie; naszę wieś uśmiechniętą — szczęśliwym...
— A! więc na wsi musimy być wszyscy szczęśliwi, żeby żyć w niéj z upodobaniem? — przerwała w swój sposób Pola, usiłując zmieszać Aleksego i rozbudzić go więcéj, sprzeciwiając mu się.
— Nie wszyscyśmy może szczęśliwi — odparł Aleksy — ale téż świat jeszcze nie uporządkowany, jakby być powinien... poczekajmy trochę, nowi reformatorowie coś na to obmyślą.
— Wieś — przerwała Anna — coś jeszcze ma w sobie rajskiego, jest jakby przypomnieniem ogrodu biblii, w którym na zieleni drzew spoczął wzrok pierwszego człowieka... ta cisza... a! nie chcę miasta!
Pola się rozśmiała...
— Jakżem ja biedna i występna, że go żądam! nieprawdaż, panie Julianie?
— Ktoby wierzył takiemu trzpiotowi, jak panna Apolonia — rozśmiał się Julek — jutro będziesz pani przepadać za wsią...
— A! ślicznieś mnie pan odmalował! dziękuję! — zawołało dziewczę. — Ten nieznajomy przyjaciel pana weźmie mnie... doprawdy za...
— Po prostu nie zrozumie cię, jak my — szepnął Julian.
Anna z pogodą na czole dodała...
— Muszą się zaraz pokłócić!!
Dosłyszawszy tych słów, Pola spojrzała na nią dziwnym wzrokiem podziwienia, jakby powiedzieć chciała:
— Jakżeś ty ślepa!
Powoli przyszedłszy do siebie, widząc się zrozumianym, oswoiwszy się z towarzystwem, Aleksy mógł nareszcie przedstawić mu się w całym blasku. Pola z zajęciem nadzwyczajném poglądała na niego, słuchała i usiłowała wydobyć z niego coraz więcéj; jéj uprzedzająca grzeczność dla gościa wzbudzającego sympatyę sprowadziła nawet lekką chmurkę na czoło Juliana. Zamyślił się i westchnął. Anna tymczasem bacznie się przypatrując także temu, który w początku tak się jéj dziko wydawał, oceniając go lepiéj, z powierzchownością jego jeszcze się pogodzić nie mogła...
Wytłómaczyła już sobie jednak i przyjaźń Juliana i współczucie jego dla dawnego towarzysza.
Wpośród najżywszéj rozmowy, wszedł znowu prezes, i zdaleka przysłuchiwać się jéj począł z podbudzoną ciekawością; po chwili skinął na synowca i odprowadził go do okna.
— Kto to taki? — zapytał pocichu.
— Jest to mój towarzysz uniwersytecki i przyjaciel osobisty, dziś zamieszkały w sąsiedztwie... ubogi szlachcic...
— Ubóstwa-m się domyślił, dziwnie zaprawdę wygląda... Cóż on tu robi?
— Uprosiłem go, że przyjechał do mnie, od dawna pod samym Karlinem mając posiadłość, przez jakąś dzikość i dziwactwo nawet zajrzeć tu nie chciał...
— Rozsądny człowiek...
— Spotkałem przypadkiem i wciągnąłem nareszcie...
— A! ty go wciągnąłeś? po co?
— Kochany stryju, w moim wieku i przyjaźń jest gwałtowną potrzebą serca...
— Szlachcic? — spytał prezes powoli.
— Szlachcic — odpowiedział uśmiechając się Julian — i dobry szlachcic.
Prezes pokiwał głową.
— Dopuszczając go do poufałości i stosunków z sobą, dobrze się zastanów nad tém, co robisz, Julku kochany...
— Ale mój stryju, ja go znam, ja go kocham...
Prezes nic nie odpowiedział.
— On mi jest potrzebny — dodał Karliński — nie mam do kogo przemówić słowa, przed kim się wywnętrzyć...
— A ja? — podchwycił stryj z czułością.
— Drogi stryju... jakżebyśmy się zrozumieli, tak daleko latami będąc od siebie...
— Masz słuszność... młodemu potrzeba młodego... Ale ta szlachta drobna... — dorzucił powoli — masz w domu siostrę... Pola znowu, ten żarzący się węgiel...
Julian dobrze zrozumiał, ale nic nie odpowiedział...
— Powtarzam, trzeba się dobrze zastanowić nad zawarciem ściślejszych stosunków.
— Ale ty go sam pokochasz, gdy bliżéj poznasz, kochany stryju — rzekł Julian — jestem tego pewny...
Zbliżyli się znowu do towarzystwa. Aleksy całkiem już był sobą, a straciwszy nieśmiałość, która go z początku czyniła tak śmiesznym, odzyskał tę trochę dumy i niezależności, która uboższym wobec bogatych koniecznie jest potrzebną.
Dla wszystkich pełen grzeczności i uszanowania, dawał przecie czuć, że się poniżyć nie da i czuje swą godność człowieka. Prezesowi ton ten niezbyt się podobał, ale go z nim pogodziło szczere wyznanie ubóstwa, z którém się Aleksy nietylko nie taił, ale się niém chlubił prawie. Anna przywykła zawsze być otoczoną równemi sobie, lub takiemi, którzy za równych jéj uchodzić chcieli, zdumiona została nową całkiem dla siebie postacią. Pola położeniem własném sympatyzowała z Aleksym, widząc w nim jakby brata w ubóstwie i osieroceniu.
Tak czas upłynął do mroku i Aleksy ani się postrzegł, gdy mu te kilka godzin uleciały, przeląkł się prawie, widząc zmrok nadchodzący i pochwycił, chcąc powracać do domu. Była to sobota właśnie.
— Na Boga — biorąc go pod rękę, szepnął Julian — nie mieliśmy czasu ani na chwilę być sami, nie uciekaj... nie masz nic pilnego, jutro dzień świąteczny... musisz u mnie zanocować...
— To być nie może — odparł Aleksy — a matka moja co na to powie?
— Poślemy z oznajmieniem.
— Zlęknie się, żebyście mnie swoją grzecznością nie obałamucili...
— Ja cię nie puszczę — dodał Julian — nie prawda, stryju, — odezwał się do prezesa — że zatrzymamy pana Aleksego?...
— Po staroświecku koła mu każ pozdejmować!
— Ze mną na nicby się to nie przydało — rzekł Drabicki, siadłbym oklep na konia lub pieszo mógł drapnąć do Żerbów...
— Ale mi musisz parę dni darować; od tego nie odstąpię — napastował Karliński — dziś sobota, mamy niedzielę całą, a w poniedziałek i wtorek święto... w polu roboty żadnéj... we wtorek dopiero puszczę cię do Zerbów...
— Jak to nieładnie kazać się tak prosić! — śmiejąc się dorzuciła Pola — czyż tu z nami tak panu źle, że i dwóch dni zabawić nie możesz?
— Ja moje prośby łączę do Juliana nalegań — odezwała się Anna — on tak tęsknił, tak pana wyglądał... zróbże mu pan ofiarę...
— Nie jest to ofiarą, z mojéj strony — ośmielając się ochoczo rzekł Aleksy — ale ja państwu będę ciężarem...
Prezes, który milczał, rzeki nareszcie protekcyonalnie:
— Panie Drabicki, nie każ-że się prosić; przywiązanie Juliana honor panu czyni, wywdzięcz mu się choćby maleńką ofiarą... i zostań. Zyskam i ja na tém, zbliżając się i lepiéj poznając przyjaciela mojego synowca.
Choć dotknięty tonem, z jakim to powiedzianém zostało, ukłonił się Drabicki, posłano do Żerbów z karteczką i pozostał na całą niedzielę i poniedziałek...

XVIII.

Nie powiem, co się działo nazajutrz w duszy biednego Aleksego; dzień jeden spędzony w tém towarzystwie tak nowém, atak miłém, wiekiem jakby całym przedzielił go od wczorajszego. Są w życiu chwile, których moc pożerająca trawi wspomnienia, zaciera ślady przeszłości i siłą wrażenia, jakie wywiera na wieki, wpija się w duszę. Aleksy przeczuwał świat, ale nie znał innego nad ten, który mu się w nieszczęsném sąsiedztwie Żerbów przedstawiał ze swojemi śmiesznościami, prożnostkami, wadami i źle pokrywaną ułomnością... tu wolniejszą mógł odetchnąć piersią. Ludzie, których spotkał, byli całkowicie inni, wykształceni, umiejący żyć, nie odkrywający co chwila swych słabości, starający się je pokryć, dobijający się jakiejś idealności, usiłujący okazać się wdzięcznie i przypodobać...
Stosunek z niemi nie miał szorstkości zetknięcia ze szlacheckim ubogim światem, wejrzenia były atlasowe, słowa cukrowane, uściski ręki aksamitne... słodko i miło żyć było z niemi. Jeszcze Aleksy nie dostrzegł, że to, co mu się tak na pierwszy rzut oka podobało, nie wchodziło w żaden rachunek, nie obowiązywało do niczego, prostą tylko było formą i często żadną nicią nie łączyło się z sercem... To, co on brał za objaw życzliwości i miłości chrześcijańskiéj, niestety! w gruncie czczém było i stworzoném na powszednią potrzebę żywota salonowego; a ludzie w masce téj nie pokazywali nigdy prawdziwéj swej twarzy, która pozostawała zakrytą i ściśle tylko z niemi związanym znajomą.
Uderzyła go wprawdzie ta niewola formy, któréj poddawali się wszyscy wyrabiając się, rzec można, na jednego człowieka-, ale po zbyt swobodnie rozwiniętych charakterach sąsiadów znajdował w tém i dobre. Nie wiedział, kto co myślał, ale czuł, że tu walka wyobrażeń, pojęć indywidualnych i sposobów rozumienia życia ustawała zupełnie i dawała mu odetchnąć; nie potrzebował się oglądać, niepokoić i nieustannie gotować do walki.
Wprawdzie, po kilkunastu godzinach, porównywając mimowolnie kółko swoje z towarzystwem, w którém się znajdował, dostrzegł, że ten tok rozmowy nigdy nie dozwalał sięgnąć w głąb rzeczy i z surowszém o nich odezwać się zdaniem, że bawiono się na powierzchni, i w żart po większéj części obracano najważniejsze zdania, że odezwanie się sumienne, szczere, ściągało oczy zdziwione... ale to przypisywał żywiołowi obcemu, wmieszanemu wypadkiem, i swojéj przytomności.
Nikt go tak nie zajął, nikt nie pociągnął ku sobie jak Anna; dziwne uczucie owładło nim od pierwszego na nią wejrzenia... zdawało mu się, że we śnie widzianą postać anielską, budząc się, przed oczyma zobaczył. Uczucie to nie miało nazwiska i było tak, jak położenie Aleksego, nieokreśloném i dziwaczném... nie objawiło się ono, jak pospolita miłość porywem gwałtownym, namiętnym, ale czcią raczéj, poszanowaniem i modlitwą duszy... Obawiał się zbliżyć do niéj, a chciał zdaleka poglądać na nią życie całe i czuł, że gdyby się miał wyrzec nadziei widzenia jéj, wiecznąby opłacić ją musiał tęsknotą. Gdyby mógł, upadłby na twarz przed nią, jak przed istotą wyższą, czystszą stokroć, idealniejszą od siebie, któréj dłoni nie godzien był dotknąć, a o zbliżeniu do niéj lękał się nawet pomyśléć...
Anna wydawała mu się opromienioném zjawiskiem, które na jasnym obłoku zstąpiło na ziemię z wonią niebios i uśmiechem wyniesionym z nieba... Choć nie znal jéj, przeczuwał w niéj istotę świętą i wielką... któréj myślą ziemskiego przywiązania kalać się nie godziło, przed którą należało poklęknąć i wielbić... Nieustannie wpatrywał się w nią ukradkiem, jakby jéj rysy chciał ukraść i zachować w sercu na wieki, a gdy doń przemówiła, drżał jakby przed głosem z nieba... Takiego uczucia nie doznajemy zwykle, tylko wobec istot, które na nie zasługują; ziemską miłość i namiętność, gwałtowne przywiązanie rozbudza wejrzenie ogniste, poezya kształtów, urok nowości, smutek, wesołość, jedno nic, mające własność brak jakiś w nas samych dopełniać — ale czci bojaźliwéj i czystego wzruszenia doznajemy tylko od wcielonego ideału, rzadko spotykanego na ziemi... I ziemskie szały przechodzą tak, jak to, co je wywołało, ale uwielbienie owo nie mija, bo opiera się na niestarzejącym się nigdy wdzięku nieziemskim...
Wiem, że są ludzie, co w taką miłość nie wierzą, dla których zachwyt ów jest rzeczą niepojętą i tłómaczy się obłąkaniem; ale to biedni ślepi z urodzenia, co światła nigdy nie ujrzą. Miłość ta rzadką jest jak ideał, ale się na ziemi spotyka, a biada piersi, u któréj wykwitnie, a raczéj szczęśliwe to serce, co nią się zapali... ona oczyszcza je i przygotowuje do niebieskich rozkoszy pośmiertnego świata...
Pod szorstką powłoką Aleksego, w osamotnieniu i dumach, w milczącém jego pustelniczém życiu, którego towarzyszami byli: Dante, Goethe, Shakspeare i Homer stary, dusza zostawiona sama sobie, żywiona lwim szpikiem poezyi, wzniosła się wysoko i przygotowaną została cudownie do wielkiego szału idealnéj namiętności... Aleksy nie mając go przed oczyma, stworzył sobie ideał Beatrycy i klęczał przed nim duchem, a poziome istoty, na które patrzeć był zmuszony, coraz wyżéj podnosiły go od ziemi... Uciekał od nich wzrokiem i duszą... Annę zobaczywszy, uczuł, jak obraz ów idealny stopił się, rozwiał i przetworzył w rzeczywistość; odtąd nie mógł już myśléć o wymarzonéj istocie snów swoich, któréj miejsce zastąpiła Anna na wieki...
Nic jednak w nim poznać nie dawało tego stanu duszy...
Późno wieczorem powrócili z salonu do Juliana, Aleksemu naznaczono mieszkanie obok, i dwaj przyjaciele zeszli się spragnieni siebie na poufną pogadankę.
— Złapałem cię — rzekł Julian — i spać ci nie dam... teraz dopiéro, kiedyś tu dłużéj pobył, kiedyś nas bliżéj zobaczył, całkiem ci się już wyspowiadać mogę... Jakże ci się wydajemy?
— Szczęśliwi! — zawołał Aleksy.
— A! i ciebie oślepia błyszczący pozór! — westchnął Julian — i dla ciebie uśmiechnięte twarze są dowodem wewnętrznego wesela... Posłuchaj! Po-za zasłoną uśmiechu łzy płyną pocichu... tyś się ich nie domyślił... Komedya ta pokrywa dramat smutny, którego śmierć sceną ostatnią...
— Dziwnie jesteś usposobiony — przerwał Aleksy...
— To nie usposobienie chwilowe — rzekł Julian — to rzeczywistość. Widziałeś nas w salonie rozmawiających żywo, ściskających się serdecznie, połączonych na pozór uczuciem najściśléj nas wiążącém w jedno kółko... Matka nasza... która ci się wydać musiała piękną i szczęśliwą jak my wszyscy, boleje jak my, skazana na wieczną żałobę... szukała szczęścia i zawód znalazła. Delrio, nasz ojczym, dobrym jest dla niéj, ale jéj nigdy nie zrozumie i nie oceni... Jako matka straciła swe dzieci, bo prezes, stryj nasz, i ona są niepojednanemi nieprzyjaciółmi... a my zostajemy w jego opiece... Anna, to anioł, któremu tylko skrzydeł i aureoli braknie... to ofiara, co się już siebie zaparła, dla któréj ziemskie losy nie istnieją... Serce jéj dla miłosierdzia wydziedziczyło się ze wszystkich uczuć innych, do których miało prawo... Wiesz, że brat nasz Emil, głuchoniemy, schorowany, potrzebuje ciągłéj jéj opieki; ja także bez niej-bym żyć nie potrafił; zresztą Anna zawczasu powiedziała sobie, że i majątku i losu dla nas się zrzecze... i zrzekła się ich... Patrz! co tu za żywioły szczęścia!!! Smutno patrzeć na to, smutniéj żyć wpośród tego... Na dobitkę powiem ci, że ja, który się ożenić muszę z majątkiem, dla podniesienia imienia Karlińskich, dla uratowania Anny i kupienia spokoju Emilowi, ja, co także naznaczony jestem na ofiarę... kocham się szalenie i bez nadziei.
Julian obejrzał się, Aleksy mu przerwał.
— Nie mów, w kim, nie potrzebuję, domyślam się!
— Ty? ty? — zawołał przestraszony Karliński — jak to? byłożby to już tak widoczném?
— Może nie, kochany Julianie; ale przyjaźni dane jest przeczucie i jasnowidzenia władza... zresztą wiedziałem, jakiego rodzaju był zawsze twój ideał, i odgadłem.
— Cicho! na Boga! milcz! — przerwał Karliński — a radź mi, co począć mam z sobą.
— Ja! radzić tobie... na to potrzeba doświadczenia, a niema człowieka młodszego w tém nade mnie... ja-m nigdy nie kochał szczęściem... i — dodał smutniéj Aleksy — nigdy kochać nie będę...
— Jakżeś potrafił domyślić się? Na Boga! mów, przeraziłeś mnie... ja-m sądził, że oprócz mnie nikt w świecie nie wié o téj tajemnicy... ja się z nią taję i kryję.
— I nie byłbym jéj zapewne odgadł — rzekł uspokajając go Aleksy — gdyby nie twoje własne wyznanie, gdyby niedawna serca twego znajomość.
— Posłuchajże mnie i pozwól się usprawiedliwić — przerwał Julian pocichu, oglądając się na wszystkie strony. — Nie sądź, żeby to były płoche jakieś miłostki... między mną a nią niema innego stosunku poufalszego nad codzienny towarzyski, nigdym jéj nie powiedział, nigdy nie dałem do zrozumienia nawet, co czuję dla niéj... nie wiem, czy ona mnie kocha, miłość ta nie ma i nie może miéć przyszłości, a jest tak wielka, tak gwałtowna i tak niepohamowana, że są chwile, w których wszystkiego zapominając, chcę ją porwać, unieść, chcę ją udusić w uścisku i umrzéć przynajmniéj, z nią żyć nie mogąc.
Mówiąc te słowa, Julian rozpłomieniał cały, oczy mu się zaiskrzyły i dwie łzy błysły na nich; ręka drżała; cała twarz przybrała wyraz najwyższej egzaltacyi. Tylko z tak niewieścio-wypieszczonych ludzi taki płomień buchać może.
— Obok tego masz wiedziéć — dodał szydersko, miarkując się i zniżając głos — że Pola rówieśniczka Anny, jéj przyjaciółka, jest poprostu córką służącéj mojéj matki i ekonoma, sierotą bez imienia i rodziny... związek między mną a nią niepodobny, a miłość grzechem, zdradą, niegodziwością.
Uderzył się w piersi.
— To też raz pierwszy i ostatni w życiu zdradzam się mówiąc z tobą, bom potrzebował wywnętrzenia, rady, pociechy...
Aleksy zamyślił się głęboko i powstał z starca powagą.
— Słuchaj — rzekł — wzywając rady mojéj, dajesz mi dowód ufności; nie zawiodę jéj, pochlebstwem się nie skażę, nie obrócę w żart tego, co o życiu stanowić może. Potrzeba się wam rozstać, oddalić, przeboléć, przetęsknić, i zabić w sobie uczucie, które się nigdy urodzić nie było powinno... Tę jednę mam radę i tę ci tylko daję, innej nie widzę.
Julian spojrzał na niego załzawionemi oczyma.
— Człowiecze — zawołał — masz radę, ale masz-że ty serce? wiesz ty, co to miłość? rozumiesz, co szczęście? Ja nie mam przyszłości, ofiary tylko i ciężkie kajdany przede mną, jednę złotą mam chwilę i téj każesz mi się dobrowolnie wyrzekać! to nad siły! Ja nic nie chcę tylko marzyć, patrząc na nią, tylko ją widzieć, słuchać jéj szczebiotania i wesołego śmiechu, patrzeć na jéj zabawki dziecięce... zdaje mi się, że umarłbym w chwili, w któréjbym ustami dotknął jéj czoła.
Aleksy przeraził się gwałtownością uczucia, które buchało z téj słabéj przed chwilą istoty; nie sądził on, żeby Julian zdolnym był uczuć tak głęboko, tak namiętnie; inaczéj wreszcie, z siebie sądząc miłość sobie wystawiał; pochwycił za rękę przyjaciela i rzekł surowiéj:
— Dosyć o tém, rozdrażniasz się, rozpłomieniasz, rozżarzasz... nie mów więcéj... szczęście jest marzeniem, rzeczywistość pracą i cierpieniem tylko... uzbrajaj się do walki z życiem a nie marz o rozkoszach, które wyobraźnię ci burzą... Chcesz spokoju, szukaj go na innéj drodze; tędy zajdziesz tylko do zgryzot, zniechęcenia i szału. Potrzeba wyjechać, oderwać się, oddalić... lub znaleźć sposób usunięcia jéj stąd...
Julian spojrzał na przyjaciela z wyrzutem i gniewem prawie.
— Nie masz słowa pociechy, nie masz dla mnie nadziei!
— Kłamać nie chcę i uwodzić cię nie będę... po męsku przyjm chłostę i milcz...
Karliński spuścił głowę i na tém przerwała się rozmowa na chwilę, ale Julian raz otworzywszy usta, nie mógł się już wstrzymać od narzekań.
— A! czemuż — zawołał — nie jestem jednym z tych ludzi obojętnych, którzy naprzód rachując dla siebie, łatwą ze wszystkich robią ofiarę; cóż łatwiejszegoby było jak pochwycić chwilę szczęścia, choćby ją łzami okupić przyszło?
— Ale nie zgryzotą sumienia! — przerwał Aleksy. — Zresztą, wszak nie wiesz, czy kocha ciebie?
— Czy mnie kocha? — przerwał Julian — tak, nie wiem, usta jéj nie wypowiedziały mi tego wyrazu, bo-bym go nie mógł usłyszeć, ale jéj oczy... ale jéj uśmiech, tysiące znaków, którem odpychał, które tłómaczyłem i tłómaczę sobie fałszywie naumyślnie... powiadają mi, że i ona tak jak ja jest nieszczęśliwą... Z tą różnicą tylko, kochany Aleksy, że ona zdaje się wyzywać niebezpieczeństwa, leciéć przeciwko niemu... i nie widziéć go; ciągnie mnie, chwyta, będąc jednak pewną, że choćbym jéj dał serce, ręki nigdy oddać mi jéj nie pozwolą... Dziwna, zaprawdę, dziwna istota! O ile ja jéj unikam, o tyle ona garnie się, szuka mnie, nastręcza mi się z naiwnością dziecięcia. Jest to męka niesłychana...
— Uciec, uciec potrzeba! — przerwał Aleksy — niema innego ratunku!
— Nieraz — mówił daléj Julian — jakby nie słyszał rady przyjaciela — nieraz wśród obojętnéj rozmowy, któréj unikam, mówi mi rzeczy, które palą jak ogień i burzą mnie na czas długi... I ona, i ona gotową jest na wszelkie ofiary, byleby raz w życiu doznać tego wielkiego uczucia, które jest jak owoc rajski dla tysiąca ust pospolitych ludzi niedostępném... A! co począć! Jak się obronić od siebie, od niéj, jak być panem siebie?
— Źleś się doprawdy udał do mnie — przerwał Aleksy — ja was obojga nie rozumiem... i słucham z podziwieniem; ty lub ja musimy się mylić w pojęciu miłości...
— Jakto? co chcesz powiedziéć?...
— Wszak posłuchasz mnie chwilę cierpliwie?
— O! mów i bądź spokojny; ciekawym i spragniony.
— Ta wasza miłość jest czemś niepojętém dla mnie! Czego ona pragnie? za czém goni? do czego się dobija? do rozczarowania, ostygnienia i zbrukania... Nie pojmuję czego możecie żądać i co was trapi? Miłość, jak ja ją pojmuję, czysto duchowa, możeż pożądać więcéj nad to, co macie? Jesteście razem, nikt wam pocichu kochać się nie broni, możecie czuwać nad sobą i pielęgnując ogień święty w sercach, żyć lata, wieki, uczuciem, któreby może w związku ziemskim zmarniało i zgasło.
— Poeto! nie znasz człowieka — podchwycił Julian — twoja miłość to zawsze Beatryks Danta, wiodąca go po zaziemskich światach... człowiek nie z saméj składa się duszy... ja nie mogę rozbić uczucia na dwie połowy i jednéj z nich umorzyć w sobie, ja ją kocham duszą, sercem, ciałem, od stóp do głów, jak ją Bóg stworzył...
— Biedny człowiecze — westchnął Aleksy — przygotujże się na zawody i męczeństwo...
— Męczeństwo już się poczęło, zawodu nie boję się... nie! ta, którą kocham, którą znam jak pierś własną, nie zawiedzie mnie w niczém! Co dzień odkrywam w niéj nowe skarby, co chwila kocham ją mocniéj... zdaje mi się, że cały świat musi jak ja szaleć za nią i radbym wszystkich odpędzić, by z nią tylko zostać sam-na-sam...
Aleksy uśmiechnął się.
— Cierp więc — rzekł — i nie żal się... przyjdą lata, że dzisiejszego swego nieszczęścia i złudzeń zazdrościć sobie będziesz... i dość o tém, na Boga, dość o tém, proszę, nie mówmy.
Julian posłuszny zamilkł, rozmowa przeszła na ogolne uwagi o tych, których Aleksy poznał dnia tego, dwaj przyjaciele rozstali się smutni i zamyśleni.
— Miałem szczęście — rzekł odchodząc Karliński — żem będąc u ciebie, poznał całe twe sąsiedztwo w Żerbach; wypłacę ci się jutro za to, dając ci poznać mój świat... Nic-em ci nie mówił, nie chcąc cię przestraszać, że jutro imieniny Anny; prezes sprosił mnóstwo osób...
— A cóż ja pocznę?
— Zostaniesz, jeśli mnie kochasz... dałeś mi słowo... i pośmiejesz się z panów, jak ja w duchu śmiałem się u ciebie ze szlachty... Dobranoc.

XIX.

Nazajutrz, wpośród tego tłumu, który najechał Karlin, Aleksy jeszcze się bardziéj uczuł obcym i pokilkakroć chciał uciekać do Żerbów, ale go dane słowo wstrzymywało. Ten świat strojny, sfrancuziały, pogardliwy, nie ceniący człowieka tylko z grosza i imienia, pełen przesądów prastarych, poprzerabianych tylko nową modą — świat, wśród którego czuł się obcym i przybyszem, napełniał go strachem niewysłowionym: widział, że wpośród niego oglądany jak dzikie zwierzę, robić musiał wrażenie niekorzystne dla siebie, bo pomimo największych starań przypodobania się, co chwila, ilekroć usta otworzył, o drażliwą jakąś strunę potrącał. Obawiał się przypatrywać i obserwować, ażeby nie być posądzonym o szyderstwo i nie wydać się z ciekawością swoją, choć zaprawdę ludzie ci warci byli oka postrzegacza...
Zebrały się tu niemal wszystkie znaczniejsze typy arystokracyę dzisiejszą przedstawiające, wszystkie postacie charakterystyczniejsze, nie licząc bladych i startych, tło tego obrazu stanowiących. W ogólności, towarzystwo na oko jednostajnéj formy, kosmopolityczną, pociągnione barwą, nie uderzało zrazu niczém wybitném; znać było, że ci ludzie za słabi byli, żeby się oryginalnością gorącą i mimowolną odróżnić od tłumu; niektórzy silili się na nią i dosięgali tylko śmieszności, inni mieli dziwactwa zepsutych ludzi, największa część modelowała się na jakiś wzór idealny, pełen dystynkcyi, chłodu, przyzwoitości, ale bez surowszego znaczenia. Powierzchowność i stan umysłów były na równi. Rozmowy toczyły się zabawne, dowcipne, wesołe, ale czcze i plotkami tylko podsycane; jednakże porównywając swoję szlachtę z Żerbów z tém państwem, Aleksy znalazł znośniejszém towarzystwo, w którém się znajdował, a głębiéj zastanawiając się nad obydwoma, jedne wady, jedne ułomności, tęż samę próżność widział w obu, z tą różnicą, że szlachta otwarciéj była sobą, panowie usiłowali przybrać formę pożyczaną. Tu serca daleko zimniejsze były i zastyglejsze, nic ich rozgrzać, nic poruszyć nie mogło; uśmiech towarzyszył najsmutniejszym zagadnieniom, obojętność na nie była widoczną, a egoizm, wszędzie na świecie stanowiący podstawę błędów ludzkich, choć ubrany wytwornie, z rodzajem cynizmu przyznawał się do siebie i nie dziwił nikogo. Nikt się niczém nie zapalał, i wielkim warunkiem przyzwoitości było lodowate ostygnienie, mające dowodzić rozumu, a przekonywające tylko o wyżyciu i starości serca. Prezes Karliński, ze swą elegancyą przy siwiejących włosach i zaprzątnieniem ciągle go naprowadzającém na krytykę urzędnika, którego chciał zająć posadę; pułkownik Delrio, udający w inny sposób młodzika i człowieka dobrego tonu, choć się często przez powlokę tę przebijała kordegarda i stare wojskowe nałogi, grali tu niemal pierwszą rolę...
Obok nich stał zaraz hrabia Zamszański, typ zbyt znajomy w świecie i literaturze, by się długo nad charakterystyką jego rozciągać potrzeba. W powieściach naszych aż do zbytku mamy tego rodzaju postaci, krytyka nieraz już wyrzucała powtarzanie ich, nie bez pozornéj słuszności, ale możnaż odmalować wyższe towarzystwo nasze pominąwszy pana-kosmopolitę? Spotykamy go co krok w życiu, nie dziwujmy się, że pisarz musi to tak częste zjawisko odwzorowywać mimowoli. Hrabia ów był tak hrabią, jak wszyscy za granicą majętniejsi Polacy; pierwszą myśl podał mu podobno szwajcar hotelu we Lwowie, który podróżnego grafem przywitał, wypisując imię jego na tablicy; w Rzymie zostawszy kawalerem Złotéj Ostrogi, w oczach własnych miał się już za usprawiedliwionego, że w milczeniu dawany tytuł bez protestacyi przyjmował. Poszło we zwyczaj nazywać go panem hrabią, i pan Zamszański, zresztą dobry szlachcic, był już hrabią par politesse, bez opozycyi. Nie młody już, siwiejący, ale nie pozwalający sobie postarzeć się, pan Piotr sztywno się trzymał, suknie nosił obcisłe, ubierał się bardzo starannie, golił dwa razy na dzień, i mówił z zapałem o loretach paryskich. W kraju bywał tylko przypadkowo po pieniądze, lub dla interesów; rzeczywistą jego ojczyzną były koleje żelazne i z kolei wszystkie stolice. Lato spędzał zwykle u wód, których nie pijał, w Baden-Baden, Homburgu, Ems, Ostendzie wreszcie, jesień w Anglii lub Włoszech, zimę gdzieś na południu w Neapolu, Sycylii. Zwiedził Europę całą, byt trochę w Konstantynopolu, trochę w Algierze i trochę w Egipcie; ale podróże jego odbywały się w ten sposób, że hrabia nie mógł się z nich więcéj nauczyć nad to, o czém wszyscy wiedzieli, co nigdzie z domu nie ruszyli. Nie szło mu wcale o poznanie krajów: koléj żelazna i statek parowy, w niedostatku ich poczta lub dyliżans, przenosił Zamszańskiego z ogniska do ogniska... tak, że wcale nie widział nawet świata, który przelatywał upakowany w pudelku. Za to w pewien sposób znał stolice doskonale, obyczaj dworu, ekwipaże dworskie, kluby, traktyernie, zabawy i główne domy, w których świetne bywały bale. Sławne galerye zwiedzał za pańszczyznę, ażeby mógł powiedziéć, że zna Madonnę Sykstyńską, noc Correggia, że był w trybunie florenckiéj, że dotykał fresków Rafaela... ale o obrazach i dziełach sztuki ledwie mógł nauczyć, w jakich ramach są oprawne, gdzie się farba obsypała, lub jaką za nie zapłacono cenę. Upodobania nie miał w niczém, ale o wszystkiém mówił gorąco i bez krzyczących fałszów; obfitował prócz tego w anegdotki, w drobnostkowe postrzeżeńka i t. p. Zbierał sobie i pokazywał ciekawsze bilety, anonse, adresa i pełny miał ich portfel; pamiętał doskonale, gdzie kogo widział, w jakim stroju, sławniejszych ludzi słowa nawet powtarzał, choćby najmniéj znaczące, i czcił w ogólności wszystko i wszystkich, co oklaskiem okryto za naszemi rogatkami. W kraju naturalnie wszystko znów zdawało mu się lichotą. Pomimo siwizny i pięćdziesięciu kilku lat wieku, hrabia płochy był i powierzchowny jak dziecię, bawił się każdą rzeczą, porywał ją z zapałem, rzucał z obojętnością, zapominał łatwo, rozczulał łatwo, rozstawał ze łzami, a na drugiéj stacyi z popiołem cygara otrzęsał wspomnienia, które wiekuiście trwać miały.
Wspomnieliśmy cygaro: właśnie to była specyalność hrabiego, że się znał doskonale na niém, wybierał je umiejętnie i nigdy nie palił tylko autentycznie najmniéj sześć do dziesięciu lat sklepu mające... Nie mógłby był spać, gdyby pięć tysięcy cygar nie było w domu zapasu... a miał je najrozmaitsze: ogromne, malutkie, czarne, żółte, lekkie, mocne i systematycznie wiedział, kiedy i gdzie jakie zapalić. Słowem, w Hamburgu mógłby był korzystnie użyć swych talentów do sortowania amerykańskiego wyrobu; a tymczasem przyjaciołom służył ochotnie, gdy o kupno chodziło... nikt go w tém nie przeszedł i powszechny też szacunek płacił za tak znakomitą zasługę...
Wszystko, co nie paliło cygara, w oczach jego było poziomem i nikczemném. Raz na statku parowym na Renie spotkał się pan Zamszański z Lolą Montés, wprzód jeszcze nim hrabiną Landsfeld została; Lola, jak wiadomo, rozmaite miała dziwactwa; nie było towarzystwa, nudziła się. Hrabia właśnie miał tyle ogłady, dowcipu i formy, ile dla niéj było potrzeba; poznali się, pokłócili, pogodzili, dwa tygodnie przebyli razem; Zamszański pogonił za nią potém do Londynu, stracił na przypodobanie się chudéj tanecznicy około tysiąca dukatów, pomimo wielkiéj oszczędności, i odtąd wzdychał, gdy o Loli wspominał, a przyjaciele często go nią prześladowali. W pokoju jego były trzy różne portrety hrabiny, a w portfelu podróżnym jéj fotografia, nigdy go nie odstępująca... Chcąc rozweselić Zamszańskiego, rozmowę potrzeba było wprowadzić na Lolę lub cygara; chcąc go rozjątrzyć, dość było słowo przeciw niéj lub regaliom powiedziéć...
Z hrabią przybył kuzyn jego, kuzyn Karlińskich, kuzyn całego świata przez babki, prababki, ciotki, dziadów i pradziadów, pan Marceli Pietrasz, młody człowiek, bez widocznego majątku, czepiający się wszystkich z kolei, żyjący po domach krewnych i, jak się zdawało, oczekujący ożenienia. Typ to zużyty, ale częsty u nas; nic nie umiał, szkół nie skończył, na pańskich stołach przywykł do wygód i dobrego życia; po francusku mówił, tańcował, cygaro palił, konno jeździł i grał w preferansa. Posługiwano się nim w małych rzeczach dość chętnie, posyłano po sprawunki, obierano podgospodarzem na bale, używano do przyjmowania gości na pogrzebach, i wywdzięczano się grzecznie niewidocznemi datkami. Bardzo oszczędny, Pietrasz grał, wygrywał zawsze, utrzymywał się bez kosztu i czekał téj obiecanéj przez losy panny, która mu wreszcie dom własny i niezależny byt dać miała. Oddajmy mu tę sprawiedliwość, że zawsze uganiając się za dobrem towarzystwem, w niedostatku tylko utytułowanych swych przyjaciół, zjadał bifsztyki marszałków i sędziów powiatowych, nienależących do familii jego i świeżo wyszłych z łona szarej szlachty.
Zaprezentowano późniéj Aleksego, który wszystkim prezentować się musiał — niejakiemu panu Piotrowi Odymalskiemu; ten, jak hrabia Zamszański miał specyalność cygar i Loli, był znowu z powołania koniarzem. Dość bogaty człowiek, średniego wieku, był wyrocznią wszystkich stajni, najsławniejszym jeźdźcem w kraju, sędzią na kursach, rozjemcą w kwestyach grzywy i ogona, słowem sportsmanem całą gębą, a raczéj królem koniarzy. Żaden jarmark nie obszedł się bez niego, żadne ważniejsze kupno nie obyło bez jego porady. Słynął szczególniéj z talentu, jaki posiadał, przerabiania chmyza najniejpokaźniejszego na wcale pięknego konia, a to prawie w oka mgnieniu. O nim to rozpowiadano w Berdyczowie, że u jakiegoś szlachcica kupiwszy cztery chabety, ku końcowi jarmarku jemuż je samemu odprzedał, a dawny właściciel poznał się dopiéro z własną czwórką na pierwszym popasie. Wystrzydz, oczyścić, umyć, poddłubać, zamalować, wykurować, sprostować nie potrafił tak żaden konował; charakter nawet konia mienił się w jego ręku, dodawał ognia, uspokajał, jak mu było potrzeba...
W handlu końmi naturalnie nie można pytać bardzo ścisłego postrzegania prawideł sumienia i uczciwości; tu prawem jest sławne: — od żłobu do żłobu... śmiał się też pan Prot, gdy mu kto oszukaństwo wyrzucał i odpowiadał z dumą:
— Mój drogi, potrzeba się znać, miałeś oczy...
W ostatku, jeśli się kto gniewał jeszcze, pojedynek miał zawsze w rękawie i strzelać się ofiarował, ale pieniędzy oddać nigdy. I było mu dobrze z tym frymarkiem, a wesoło sobie hulał, żonie zostawując gospodarstwo i dzieci, sam pędząc życie na bryczce i w męskich towarzystwach. Znakomity i to był w swoim rodzaju człowiek, a kochano go niezmiernie, bo z ludźmi żyć umiał, i do wypitéj i do wybitéj, do kart, do śpiewki, do kieliszka, słowem nieoceniony człowiek. Brata rodzonego-by oszukał na koniu, ale to znowu inny interes: koniarstwo ma prawa swoje. Pan Prot Odymalski, z imienia, ze związków, z majątku, należał już do panów, a choć makiniował, nie poniżało go to wcale; dowodził nawet, że rycerską miał żyłkę i dlatego tak kochał konie... Żył na stopie pańskiéj, dom miał otwarty, i okolica przepadała za nim; czując też swą wziętość pan Prot górą głowę nosił, a pistolet zawsze mając w kieszeni, nie bardzo był grzeczny; uchodziło to za rubaszność i popularność.
Brat rodzony pana Prota, pan Jan Odymalski, prawie równego z nim wieku, także się tu znajdował; ten wcale do niego nie był podobny. Ani tych wąsów, ani téj postawy, ani jego zamaszystości nie miał w sobie; włosy krótko ostrzyżone, twarz wygolona do włoska, oko bez blasku, ubranie skromne; przecie wszyscy mu się nisko kłaniali, bo to był jeden z najbogatszych ludzi w kraju...
Z pięknéj ale zadłużonéj fortuny, którą Prot podniósł posagiem żony, pan Jan doszedł kilku tysięcy dusz i kapitałów; choć mówią, że w ogólności my żyłki do przemysłu i handlu nie mamy, wyjątkiem był nasz kapitalista. Grosz był dla niego celem, reszta rzeczą podrzędną; dobijał się go skrzętnie, powolnie, umiejętnie i choć w ogólności uczciwie, ale téż bez litości dla ludzi i bez względu na nich najmniejszego. Ściśle sprawiedliwy, nie popełnił nigdy nic nieprawego, nic, za co-by mógł odpowiadać przed ludźmi; z Bogiem i sumieniem osobny prowadził rachunek. Płacił, co był winien, o dniu i godzinie naznaczonéj, ale do taczek gotów był zaprządz niewypłatnego wierzyciela... Surowy dla siebie i dla wszystkich, uznawał w milczeniu, że są rzeczy, które ludzie wyżej grosza kładną; pozwalał na to, ale postępowaniem okazywał, że nie podziela ich błędu. Nie sprzeczał się, nie obwiniał drugich, nie bronił siebie, a cichaczem i z wytrwałością robił swoje. Pan Bóg nie obdarzył go ani szczególną zdolnością, ani umysłem bystrzejszym nad innych, owszem, pojęcie miał leniwe, nauki mało, ale za wszystko stawała mu wola... Wielką tą dźwignią, bez pomocy innych środków, doszedł majątku, i dobił się powszechnej czci, na którą w istocie zasługiwał pracowitością, wytrwaniem, ale nie brakiem serca, poczytywanym za jakąś tęgość charakteru. W majątkach pana Jana włościanom źle się nie działo, ale ściśle oddając im, do czego był obowiązany, ani słowem, ani czynem nie dowiódł im współczucia, miłosierdzia, litości; w pracy nie folgował, w smutku nie pocieszał, winnych nie oszczędzał; przemawiał krótko i surowo, a grosza swego nie darował i umierającemu.
Majątki mając rozrzucone w różnych kraju stronach, pan Jan ciągnął z nich najrozmaitsze korzyści: wyrabiał klepkę, belki, smołę, sukno, a gdy pora przyszła na cukier, wziął się do buraków. Prędko jednak postrzegłszy, że na łasce Niemców niewiele dokaże, nic nie mówiąc nikomu, wziął paszport, pojechał do Francyi i Niemiec, przeterminował kilka miesięcy w fabrykach i powróciwszy już był w stanie sam kierować cukrownictwem, które mu doskonale poszło.
Jakkolwiek znano dobrze pana Jana, że nikomu nie pomoże, i dla nikogo nic darmo nie zrobi, pieniądz dawał mu wziętość, urok, pierwszeństwo; uśmiechali się do niego, jak do ładnéj kobiety, starzy i młodzi, co on zresztą zimno, obojętnie i jak hołd należny przyjmował.
W téj gromadce panów, oprócz kosmopolity, starego kochanka Loli z kuzynkiem Pietraszem, prócz dwóch Odymalskich, koniarza i przemysłowicza, były i inne ciekawe typy; był naprzykład pan Albert Morszaniec, człek pięknego imienia i piękniejszéj jeszcze niegdyś fortuny, dziś całkowicie dwoma rozwodami i rozmaitém używaniem świata zrujnowany, któremu pozostał tylko klucz jeden z pałacem, kochanka, któréj się pozbyć nie mógł, gusta pańskie i postawa arystokratyczna. Nie znać było na nim wcale ruiny upadku i rozpaczy; owszem, wesół był, śmiał się, grał grubo, i na szlachtę patrzał z wysoka, pewien będąc, że spadek jaki znowu go postawi na nogi. Był to bardzo zresztą dobry człowiek, uczynny, grzeczny dla swoich, dla kobiet nadskakujący, ślicznie mówił po francusku, grał na fortepianie, śpiewał i sekundował do wszystkich pojedynków, jakie tylko się w okolicy trafiały; przyostro czasem obchodził się z wierzycielami, których i wypędzić i wypchać i wodą oblewać i ostrzeliwać kazał, różne im płatając figle, ale miał po części słuszność: ich to łatwowierność była powodem jego ruiny.
Z panem Protem Odymalskim przybył pan Ernest Galonka, człek najmilszy w świecie. Pan nie pan, ale takiéj natury istota, że tylko w sferze wyższéj mógł wyżyć i wytrącony z niéj, jak ryba z wody wyrzucona, zdychaćby musiał.
Ludzi jego rodzaju zwano dawniej poprostu pieczeniarzami, dziś grzeczniéj nazywał się Galonka przyjacielem panów. Aktor doskonały, przejął ich język, obyczaj, manierę, sposób myślenia, smak, upodobania, wszystko, aż do ostrzygania paznogci; zdaleka przysiągłbyś, że to pan z panów, tak do nich był podobny. W pewnych nawet względach przechodził delikatnością uczuć i podniebienia tych, którzy mu za wzory służyli: nikt nadeń lepiéj się nie znał na jadle, przysmakach, winach i cielesnych przyjemnościach... Choć się wychował na kaszy hreczanéj i skwarkach, choć u wdowy, u któréj stał na stancyi, nieraz może zjadł świecę łojową w wieczerzy, a kocie pierogi na śniadanie, nabył jednak takiéj wprawy w rozpoznawaniu dobroci trufli, bukietu win i ocenianiu sosów, że gdy szło o stół, brano go za superarbitra. U szlachty nie bywał nigdy, bo chleba podsitkowego jeść nie mógł, białéj sztukamięsy nie cierpiał, a ze słoniną był w stosunkach nadzwyczaj ostrożnych. Coby tam zresztą robił? ktoby tam mógł jego wysokie teorye preferansa, system kolei win i potraw, rozumowania o bifsztyku i analizę strasburskiego pasztetu pojąć i należycie ocenić! Myśl jego sięgała wyżéj; stał się potrzebnym wyższemu towarzystwu, zrzucił kapotę szarą nazawsze, wykoncypował sobie wuja biskupa, ciocię starościnę, zapisał się do panów i z niemi na wieki zaślubił. Puściwszy swoich kilku chłopków dzierżawą, cały rok jeździł po znajomych, grał, pił, jadł, wesoło się bawił, i mówiono, że grosz nawet zbierał; najczęściéj przebywał u pani Jeremiaszowéj D..., któréj mąż mieszkał za granicą, staréj już dosyć kobiety, i téj służył za przypomnienie młodości, jak mówili ludzie złośliwi... To pewna, że w domu jéj rządził jak w swoim, a kucharz przychodził do niego po rozkazy, gdy się tylko zjawił.
Oprócz wymienionych, był jeszcze pan Kalasanty Spański, niemłody człowiek, który całe życie spędził pisząc historyę wysp Balearskich. Przepisywał już ją dwudziesty szósty raz, coraz inną dorabiając przedmowę; bawił się także tworząc kolekcyę motylów i chrząszczów... Namiętnością jego było uchodzić za uczonego, chociaż prawdą a Bogiem wiadomości bez ładu schwycone, brak zupełny talentu i systemu, na kompilatora go tylko kwalifikowały. Najzacniejszy ten człowiek, gdyby nie skąpstwo, miałby wiele pięknych przymiotów; nigdy dobrowolnie źle nikomu nie zrobił... Synowiec jego, pan Józef Spański, wyglądający sukcesyi po bezdzietnym stryju, który mu już motyle i chrząszcze zapisał testamentem, rozporządzenie z resztą zostawując dojrzalszemu rozmysłowi — chorował na zapalczywe myślistwo. Polowanie było jego manią, Gierard bohaterem; abonował „Journal des Chasseurs“, pisał do niego artykuły i miał za ograniczonych i bez uczucia tych, którzy się do zajęczych uszów i lisiego ogona nie rozpalali, jak on, do szaleństwa.
Oprócz tych panów, żeńska część towarzystwa składała się z pani pułkownikowéj, grającéj rolę gospodyni domu na złość prezesowi, z Anny, któréj uśmiech i piękność ozłacały salon Karlińskich, z ślicznéj Poli, pełnej zawsze życia i pociągającéj ogniem, który pałał na jéj ustach, i kilku dam przybyłych. Z tych parę tylko wspomnimy. Najpierwszą na kanapie była żona pana Prota Odymalskiego, którą poufale nazywano matką rodu, kobieta form wspaniałych, powagi wielkiéj, wychowana niegdyś starannie, co dziś jeszcze znać było, i przejęta wielkością posłannictwa swego w wychowaniu potomków znakomitéj familii Odymalskich, herbu Wczele. Macierzyństwo jéj zaślepiało biedną i prowadziło do najdziwniejszego pojęcia swoich obowiązków. Odymalscy wydawali się jéj krwią i pokoleniem wybranych; chłopców i córki hodowała wpajając im znakomitość familii,..do któréj należeli, i potrzebę utrzymywania swéj godności. Baczna nadewszystko na to, ażeby się nie mieszali z nierównemi sobie, trzymała w domu synów i już ich wykształciła na paniczyków tak delikatnych uczuć, nerwów i gustów, że spokojnie o przyszłość ich zasypiać mogła. Pomimo fałszywego pojęcia dobra dzieci i skrzywienia kierunku w ich wychowaniu, oddajmy sprawiedliwość: była to najlepsza i najczulsza matka, z czego choć trochę chluby szukała, choć o tém bardzo mówić lubiła, nie godzi się jéj mieć za złe — wszyscyśmy słabi; nie każdy ma zresztą szczęście urodzić się Odymalskim, a komu to Pan Bóg dał, cenić powinien los, jaki wygrał na wielkiej życia loteryi.
Siostra hrabiego Zamszańskiego, baronowa Wniska, wdowa po człowieku, który jéj dwoje dzieci i niezmierną moc długów zostawił, tém tylko, że była kiedyś młodą i ładną, należała jeszcze do grona kobiet. Po śmierci męża wzięła się czynnie do interesów majątkowych i w tych utopiła resztę uczucia, wdzięku, wszystkich władz swoich używając do podźwignienia fortuny. Strój jéj zaniedbany, roztargnienie, nastawianie ucha na najpraktyczniejsze kwestye handlu, sprzedaży, nowych rozporządzeń tyczących się posiadłości ziemskich, dawał jéj cechę wybitną kobiety jurystki. Korzystając z okoliczności, jednego radziła się o adwokata, jakiego użyć miała, drugiemu opowiadała, jaką ma podać prośbę do sądu używając terminów technicznych, z trzecim konferowała o cenie wódki. Zagadnięta o czém inném, uśmiechała się tylko. Na wypadek wszelki miała z sobą dla poradzenia się z prezesem, jeśliby czas pozwalał, kopię ukazu Opieki, rezolucye rządu gubernialnego i notę swego plenipotenta petersburskiego. Nie było pracowitszéj, ale nie było też nudniejszéj nad nią kobiety; wszyscy uciekali od niéj, i na wesołe zebranie sama jéj bytność rzucała jakiś mrok nieprzebity. Palce miała chude, długie, z których ślady atramentu nie schodziły nigdy; na ręku worek, z którego wyglądały papiery, nawet gdy na imieniny jechała.
Znajdowała się tu i pseudo-hrabina Jeremiaszowa D... w któréj to domu zamieszkiwał najczęściéj pan Ernest Galonka, posądzony o bliskie z nią stosunki. Niegdyś nadzwyczajnéj piękności, zachowała z niéj jeszcze chęć przypodobania się, nos suchy, oczy wpadłe czarne, usta ładne, ale już nieotwierające się, by braku zębów nie zdradziły, i płeć, któréj białość jako tako przedłużały kosmetyki. Mówiła tylko po francusku, stroiła się niezmiernie, i była najlepszego tonu; na małe w jéj życiu usterki nie zwracano baczności, gdyż zbyt może czuła, umiała tak zawsze łódką swoją kierować, że się o żaden skandal w oczy bijący nie rozbiła... Przebaczmy znowu słabości ludzkiéj! Pan Ernest był może jéj ostatnią deską ocalenia; trochę ją kompromitował, ale u schyłku młodości przedłużonéj, sercem czy głową największe się zawsze robią szaleństwa! Zresztą pani Jeremiaszowa była tak miła i grzeczna, tak uczynna i uprzedzająca, a tak dobrego towarzystwa!
Nie liczym innych mniéj wybitnych postaci, opuszczając umyślnie tłum istot albo podobnych do poprzedzających, bo w świecie tym najwięcéj jest startych typów jednego stępia, albo zbyt obszernego potrzebujących komentarza, by się w całéj swéj oryginalności ukazały.
Aleksy unikając i nowych znajomości i oczu zwróconych na się, w kątku najmniéj widocznym zamyślony przyglądał się towarzystwu, gdy przy nim zaszeleściała suknia, i zdziwiony ujrzał obok siebie uśmiechnioną twarz Poli.
Tego dnia Pola była tak piękną, tak piękną, że Julian oczu od niéj oderwać nie mógł; miała tylko białą z niebieskiemi wstążkami sukienkę, niebieskie we włosach ozdoby, które ich barwę złocistą podnosiły, a białe obnażone rączki i ramiona zachwycały posągowością swych kształtów. Obok Anny, któréj surowa piękność poetyczna wzbudzała podziw i poszanowanie, Pola drobniuchna, wesoła, trzpiotowata i paląca namiętnością, stała jak umyślnie dobrana sprzeczność... pierwsza niepokoiła serca i pory wała w krainę poezyi, druga zdawała się ożywioną figurynką z najlepszego Vatteau lub Boucher’a.
— Dlaczego pan tak siadłeś w kątku? — odezwała się śmiało do Aleksego — czemu się pan nie chcesz przybliżyć do towarzystwa?...
— Jestem w niém obcy...
— I nie ciekawy je poznać? czy tak sama powierzchowność go zraża?...
— Przestrasza, powiedz pani...
— Doprawdy? mnie ona więcéj rozśmiesza niż przestrasza...
— Pani to świat nie obcy...
— Mylisz się pan — odpowiedziała Pola z żywością osobliwszą — to świat nie mój, choć w nim zostałam wychowaną i przywykłam do niego, bom sierota i na świecie nie mam nigdzie swoich!! Żyjąc w nim od dzieciństwa, powinnam była zabłądzić i sądzić się w domu własnym... nie, nie! jakiś instynkt myśl moję i tęsknotę gdzieindziéj prowadzi... Wiesz pan, że nieraz patrząc na Żerby zazdrościłam mu tego starego dworu wśród gęstych lip... zazdrościłam życia w tych domkach... malutkich, pod strzechą słomianą...
Oczy jéj łza zwilżyła... Pola płakać i śmiać się mogła zarazem... białe jéj ząbki pokazały się z ust koralowych...
— Przyszłam do pana — dodała — bośmy tu podobno my tylko dwoje obcy i wygnańcy... powinniśmy wspierać się wzajemnie.
— Ja zapewne, ale pani?
— Ja więcéj jeszcze od pana! nie lubię kłamstwa i nie udaję, czém nie jestem... Pan Julian musiał panu choć wspomnieć o sierocie...
I badające oczy wlepiła w niego; Aleksy zląkł się pytającego jéj wejrzenia, obawiał się, by niém prawdy nie dobyła z głębi duszy... zmieszał się i zaczerwienił.
— Julian nic mi nie mówił!
Pola poznała, że skłamał, przeczuła, że dla Aleksego towarzysz dawny nie miał tajemnic, z rumieńca jego dowiedziała się wiele...
— Kłamać nie ładnie — odparła cicho. — No, nie mówmy o tém... jak się panu podobała Anna? — spytała po chwili.
Aleksy znowu na tak nagłe, niespodziane zapytanie zarumienił się podwójnie i skłopotał nie wiedząc, co odpowiedzieć.
— O! pan się mnie obawiasz! — przyjacielsko wlepiając oczy w niego, zawołała Pola — mów pan prawdę... ja pana nie zdradzę...
— Źaledwiem ją widział, a znam ją tak mało!
— Fe! fe! pan kłamiesz ciągle; naprzód, dobrzem uważała, że z niéj nie spuszczałeś oczu... powtóre, trzebaż ją znać długo, żeby ocenić? Nieprawdaż, że to anioł upadły na ziemię za to może, że zapatrzywszy się na rozbijające się w przestrzeni światy, cichszym głosem nucił Bogu hozanna! Nie prawda, że dość spojrzéć na nią, by w niéj poznać istotę wyższą, wybraną, idealną!
— A! zgadłaś pani myśl moję.
— Byłam tego pewna... Serce, umysł, postać, wszystko w niéj na równi, wszystko doskonałe: jest to dyament czysty, na którym nie ma skazy najmniejszéj; przy niéj tak mi wszyscy maleją, tak się okazują ułomni... tak nią jestem popsuta...
— A! i Julian to rzadkie serce... i umysł rzadki — mimowolnie wyrwało się Aleksemu, który rozmowę chciał zwrócić...
Pola z kolei zarumieniła się mimowolnie, drgnęła i pod wzrokiem Aleksego ukryć nie umiała wrażenia, jakie na niéj zrobiło to imię.
Co gorsza, nie znalazła w ustach odpowiedzi... porwała się nie umiejąc pohamować, i pobiegła...
Zdała na pozór nie zważając na nich, Julian widział tylko zbliżenie się Poli do Aleksego i uczucie zazdrości ścisnęło mu serce, kołował, zbliżał się i wreszcie usiadł przy Drabickim.
— Goście to mówili z Polą? — zapytał niespokojny.
— Była to jedna z tych rozmów, z których zdać sprawy nie można... doprawdy... nie wiem... śmiała się z czyjéjś sukni, uczyła mnie osób, których nie znam...
— Czegóż się tak w końcu zarumieniła?
— Alboż zarumieniła się? nie wiem doprawdy...
— Ty nie wiesz! — potrząsając głową, rzekł Julian — zwodź kogo chcesz, ale nie mnie...
Właśnie gdy to mówili, służący wygalonowany zbliżył się, na srebrnéj tacy niosąc Annie jakąś paczkę opieczętowaną; uwaga Juliana i wszystkich gości zwróciła się na solenizantkę.
— Od stryja Atanazego! — zawołała Anna spoglądając na kopertę...
— Od Atanazego, a czemuż sam nie przyjechał! — rzekł prezes — zawsze dziwak!
Anna nie znalazłszy listu, szybko otworzyła paczkę, na którą oczy wszystkich były zwrócone i zamiast jednego z tych cacek, jakie zwykle w dzień imienin ofiarują kobietom, po tacy rozsypał się ogromny hebanowy różaniec... Na końcu jego bielała misternie z kości słoniowéj wyrobiona główka trupia, i krzyż z Chrystusem opromieniony dokoła wielką splecioną z ciernia koroną...
Godła śmierci i cierpienia... wszyscy odwrócili oczy, Julian się zżymał, prezes nie mógł się wstrzymać od wykrzykniku:
— A! cóż za niepoprawny dziwak! ale godziłoż się...
— Jakże można coś podobnego przysłać na imieniny! — powtórzyli inni.
— Ale kochany prezesie — łagodnie odezwała się Anna, całując nogi Chrystusowe — mógł że stryj Atanazy piękniejszy i milszy zrobić mi podarek? Modlitwa, cierpienie, przykład Chrystusa... przypomnienie śmierci, sąż to rzeczy złéj wróżby? Ja-m z tego szczęśliwsza niż z najkosztowniejszéj fraszki, w któréj-by żadnéj nie było myśli...
I różaniec czarny przycisnęła do piersi.
Pola, która chwyciła ją była za rękę, i łzy już miała w oczach, w milczeniu, wymowném wejrzeniem uwielbienia objęła Annę; Aleksy, patrząc na ten obraz, osłupiał z zachwycenia, ale całe towarzystwo, nie wyjmując nikogo, uczuło silnie niestosowność téj myśli śmierci i cierpienia, która się odbiła w sercach wszystkich. Żadna z pań nie wzięła w rękę różańca; szeptano i ruszano ramionami na stryja Atanazego; prezes się zżymał, Julian oczyma gonił za Anną.
Twarz jéj wszakże nie okazywała, by ją to, co za jakąś przepowiednię złowrogą uważano, dotknęło i obeszło... uśmiech nie zszedł z ust jéj, oczy jaśniały nieziemską radością i zadumaniem... długo wpatrywała się w Chrystusa i cierniową koronę; wreszcie widząc, że różaniec robi przykre na paniach otaczających wrażenie, wyszła z nim do swego pokoju.
Pola zbliżyła się do Aleksego, którego jakby przeczuwając sympatyę jakąś, jakby szukając przyjaciela, goniła ciągle oczyma... co Juliana pobudzało do zazdrości i gniewu prawie.
— Widziałeś pan? — zapytała...
— Widziałem, i tak dalece nie pojmuję tego podarku tak niezwyczajnego, że chyba mi go pani wytłómaczy.
— Żeby go zrozumiéć, musiałbyś pan poznać stryja Atanazego — odpowiedziała Pola. — długoby o nim mówić potrzeba, lecz zaprawdę ciekawy człowiek... Widziałeś pan Annę, jak przyjęła cierniową koronę... Anioł! panie, anioł! — zawołała z zapałem. — Jak wpośród nas, istot bojaźliwych i ziemskich, olbrzymią jest i obcą!
Aleksy stał zadumany...
— To prawda — rzekł mimowolnie — człowiek boi się do niéj przemówić, tak mi zdaje się świętą i czystą... oddech i słowo, myśl i wejrzenie nasze skalaćby ją mogły.
— Jéj nic nie skala! — przerwała Pola z zapałem, ale dobrze zauważywszy uwielbienie, z jakiém mówił Aleksy. — Cieszę się, że choć pan oceniłeś ją i pojąłeś jak ja... Będę się miała z kim moją czcią dla niéj i miłością podzielić!

XX.

Dzień cały spłynął, wedle bardzo zwyczajnego programu imieninowego; o trzeciéj czy czwartéj otworzyła się sala jadalna; kucharz wystąpił ze wspaniałą piramidą, wypito zdrowie solenizantki; Julian i prezes raczyli gości, jedli, pili, po objedzie ten i ów odjechał, a nad wieczór kilka tylko osób pozostało. Anny dość długo nie było w salonie... Pola znowu zbliżyła się do Aleksego.
— Wiesz pan, gdzie Anna? — spytała go.
— Nie, pani...
— My się tu bawimy, a ona wymknęła się do Emila, który dziś zachorował, poszła słuchać jęków jego, oblewać łzami niepowrotne nieszczęście... łagodzić wzrokiem i macierzyńską pieszczotą boleść nieukojoną... czuwać nad tym, który jest więcéj dziecięciem jéj niż bratem. Gdy zniknie, wiem, gdzie jéj szukać... tam gdzie pocieszać, radzić, wspomódz, poświęcać się potrzeba... Ona nie żyje dla siebie... A! czemuż ja, com mieszkała przy róży, jak mówi Saadi, taką różą być nie mogę... Bóg stworzył mnie inaczéj! ułomności ludzkie często uśmiech szyderstwa wywołują z ust moich... pojąć ją potrafiłam, naśladować nie umiem! To anioł! a ja-m istota ziemska.. jéj serce w niebie, a moje tak do ziemi przyrosło!
— Doprawdy, pani — usiłując tok weselszy nadać rozmowie, rzekł Aleksy — radbym pani powiedziéć coś grzecznego, ale nie potrafię... wybacz prostemu wieśniakowi. Mnie się zdaje, że kto tak oczy w cnotę obrócił, jest już sam cnotliwy... Magnes pociąga tylko żelazo, które samo magnesem się staje...
— Tak! tak! ona jest magnesem... a ja! ja! niestety! zardzewiałą sztabą żelaza... o! przekućby ją potrzeba, żeby się na co przydać mogła...
Westchnęła.
— A! — dodała śmiejąc się do Aleksego — Pan Bóg trochę niesprawiedliwy: ją był powinien stworzyć do świata, a mnie dać ten spokój siostry miłosierdzia... Takby lepiej było... nam obu...
Aleksy nic nie odpowiedział. Pola widząc wchodzącą Annę odeszła ku niéj, a Julian zbliżył się do przyjaciela.
— Jestem zazdrośny — szepnął mu na ucho. — Pola za tobą goni widocznie... najwięcéj mówi z tobą... niegodziwy i szczęśliwy człowiecze! to mnie niepokoi!
— Wierz mi, że przez litość tylko zbliża się do milczącego gościa — odpowiedział Aleksy — widziała, jak mało kto mówił do mnie, jak byłem sam wpośród was i pożałowała mnie trochę.
— Jeśliś był sam, to dobrowolnie — rzekł Julian — wszak usiłowałem cię pociągnąć, zbliżyć, zapoznać...
— Było to szlachetne, ale daremne usiłowanie — chłodno odezwał się Aleksy. — Napróżnobym się starał wcielić w wasze grono, które mnie odpychało jak żywioł zupełnie obcy. Niepodobna, żebyś tego nie widział; strój mój, mina, zwracały oczy, ale nie pociągały serc! widziałem, jak szeptano, domyślałem się uwag, które robiono nade mną, moim frakiem i opaloną twarzą. Wyznaj, że niejeden cię zapytać musiał, co tu robi ten rodzaj ekonoma i niezgrabnego szlachciury?...
Julian, który oczyma gonił za Polą, rozśmiał się wszakże na te słowa.
— Nie będę moich bronił — rzekł z uśmiechem — na tym świecie powierzchowność jest paszportem, o który naprzód pytają... Jest to tak dalece wkorzenionym nałogiem, że charakter, szlachetność rysów, piękność twarzy nawet, malująca się w niéj dusza, nie są dostateczne, by zastąpić brak pewnego poloru, formy i ogłady. Nikt z nas nie ma siły kopać rudę, przetopić ją, by z niéj dobyć złota: wolimy stemplowaną monetę choć mniejszéj wartości. Gdyby dziś największy mędrzec, najświętszy z ludzi, w dziurawéj tunice i todze, z kurzawą pracy na nogach, z potem na czole i krwią na piersi stanął przed nami, śmiechem-byśmy go może powitali, jak poganie...
— A jednak mówicie o postępie, i uczyliście się ducha wieku.. i lubicie się z nim popisywać.
— Pragniemy czegoś, a lenistwo dojść nam do celu nie dopuszcza; lżej chodzić udeptaną drogą.
— Co ci mówiła Pola? — przerwał Julian.
— Julianie! Julianie! — odparł Aleksy — szalejesz doprawdy; cały dzień chodziłeś za nią wzrokiem; miéj moc nad sobą; patrzą na ciebie! patrzą!
— A! tak była piękną! a wzrok jéj...
Prezes zbliżył się powoli do rozmawiających...
— Przysięgnę, że nawspoł z panem Drabickim ogadujecie towarzystwo dzisiejsze — rzekł wesoło.
— Trochę — odpowiedział Julian.
— Widzicie, że zgadłem... znam Julka dobrze, uniwersytet i filozofia bucha jeszcze z niego; cela me fait l’effet, jak gdyby jadł czosnek na śniadanie.
— To na zaletę — rzekł Aleksy, nie dosłuchawszy do czosnku.
— Śliczna rzecz! szkoda, że się na nic nie zdała — zawołał prezes powoli z pewną dumą. — Odbudować świata, ani przerobić natury ludzkiéj nie potraficie ideałami; kulawym być musi człowiek zawsze... Śmiać się z niego mamy wszyscy prawo, ale każdy ze swego stanowiska śmieje się zarówno... praktyka życia i doświadczenie uczą, że błędy są koniecznością świata i cementem jego budowy.
— Można-by wszakże użyć czyściejszego — wtrącił Julian.
— Napoleon nienawidził ideologów i ja także, nie taję się z tém — zawołał prezes. — Cóż lepszego pan brat Atanazy, który ukochanéj synowicy przysyła w dzień imienin trupią główkę i cierniową koronę... Ale, ale... panie Julianie, wszak jednego z tych dni pojedziesz do Szury?...
— Nie wiem jeszcze...
— Ale ja wiem, że pojedziesz... ot tak! — dodał prezes — obydwa z panem Drabickim, warto, żeby poznał stryja Atanazego, a i tobie weseléj-by było w podróży... moglibyście wrócić za parę dni....
— Z Aleksym najchętniej, a sam...
— Ja ręczę za pana Aleksego, że pojedzie z tobą — rzekł prezes, biorąc pod rękę Drabickiego, ale to poufałe obejście płacąc zaraz dość niegrzeczném odezwaniem się:
— Mój panie Drabicki...
Odprowadził go na bok trochę...
— Mój panie Drabicki — rzekł zcicha — zrób to dla Juliana, którego kochasz... mam powody, dla których chciałbym, żeby się trochę od domu oddalił, rozerwał... pojedz z nim do Szury, do mego brata...
— Panie prezesie... radbym z serca...
— No! i pojedziesz! pojedziesz! — dumnie ale przyjacielsko razem dodał stryj Juliana — uczynisz to dla mnie... proszę cię...
Nie wiem, jak się to stało, ale zawahawszy się trochę, gdy i Anna przybiegła z uśmiechem, łącząc prośby swoje, Aleksy dał się namówić... a tak niespodzianie przejażdżka do Szury ułożoną została i Julian rad, że dłużéj zatrzymał przyjaciela, nic już przeciwko niéj nie miał...

XXI.

Pierwszy to raz z wyznaczonej drogi zboczył Aleksy, dając się pociągnąć urokowi przyjaźni, a może sile wrażenia, jakie na nim uczyniła Anna.
Nie powiem, że się w niéj zakochał; wyraz ten niedostatecznie tłómaczyłby uczucie rzadkie, niezwykłe, wyjątkowe, jakiem Aleksy był przejęty. Serce ma tysiące odcieni przywiązania, którego rozbudzenie zależy od iskry, co je wywoła. Każda z kobiet prawie inaczéj kochać się każę, i są ideały, które najcieleśniejszego z ludzi potęgą ducha niezłomną pociągnąć muszą w sferę nieziemską. Kocha się sercem i głową, ciałem i duszą, i mieszaniną tego wszystkiego w różnych stopniach. Nic zaprawdę rzadszego nad przywiązanie, oparte na czci i czyste jak łza boleści, ale i ono wykwita czasem na ziemi. Nie obwiniajmy malarzy o nieprawdziwość obrazów, bolejmy raczéj nad oczyma, co wzroku ich nie widziały lub zobaczyć nie chciały. Aleksy doznał na widok Anny uczucia, które się określić nie daje; było w niém i uwielbienie piękności, i urok wdzięku, i przeczucie jéj duszy, i intuicya jéj wielkości, i cześć dla poświęcenia — wszystko szlachetne biło w niéj potężnie. Ziemska miłość, co pragnie, pożąda, szaleje, nie wmieszała się tu wcale, na nią nie było miejsca... myśl zbliżenia się, połączenia jakim węzłem, coby ich porównał i zjednoczył; nie postała w Aleksym; dla niego Anna nie sięgała stopami ziemi i była czémś tak dalece wyzszém, czyściejszém, prawie innéj i eteryczniejszéj natury, że końca jéj szaty nie śmiałby był dotknąć, i leżałby przed nią wieki, byle się promieniem jéj oczu rozgrzewać... Widziéć ją, słuchać, służyć jéj, podziwiać tylko pragnął — uczucie, którego doznał w oczach własnych, uszlachetniło go, podniosło, spotęgowało. W pierwszéj zaraz chwili głos jakiś powiedział mu:
— Innéj już kochać nie będziesz!...
Aleksy zapomniał nawet o matce, o obowiązkach, o dzikości swéj, o upokorzeniu, byle dłużej w Karlinie pozostać i napatrzyć się obrazu, który miał nazawsze wyryć się w jego duszy...
Jedno może oko dostrzegło, co się w tajemniczéj głębi człowieka działo.. oko Poli, która instynktem nadzwyczajnym przeczuwała ludzi i uczucia... W pierwszéj chwili zadrżała; litość odpędziła bojaźń i łza prześliznęła się po przywykłych do niéj źrenicach...
— Biedny! — zawołała w duchu — jak ja skazany na nieuleczoną chorobę... żal mi go... czuję, że dobrze, że gorąco kochać potrafi!... A Anna!... co za myśl!... Dusza Anny ogarnia świat, kocha ludzi, ale miłość taka, jak ja ją pojmuję, nigdy się w niéj nie zrodzi... ulituje się, pocieszy, ale zstąpić z wyżyny jasnéj nie potrafi dla nikogo!
Zadumała się Pola biedna, siadła do fortepianu i poleciała dźwiękami w świat, w którym myśl strumieniami tonów się tłómaczy... tam jéj było lepiéj... Grała długo, Aleksy słuchał, a Julian w kątku salonu poglądając zdaleka na rozkoszne dziewczę, jak martwy pozostał cały czas, w nią się wpatrując... Oczy ich spotkały się nareszcie, nie myśleli oboje, że na nich patrzą... pułkownikowa, prezes i pan Delrio — zapomnieli się... Pola nie spuściła oczów, Julian ich nie odwrócił, i powiedzieli sobie wymowném spojrzeniem wszystko, co powiedziéć chcieli. Nareszcie Pola zadrżała jak przebudzona, zerwała się nagle od fortepianu i wybiegła z pokoju; Aleksy pośpieszył do przyjaciela, bo przeczuwał, że pozostawszy sam, może się wydać ze wzburzoném uczuciem... Julian poskarżył się na ból głowy i, Drabickiego uprowadzając z sobą, wyszedł z salonu....
Anna po chwili małéj poszła za Połą, bojąc się, czy nie zachorowała, pułkownik wysunął się do swego pokoju i prezes oddawszy dobranoc dawnej bratowéj, miał już odejść także, ale nadspodzianie pani Delrio wstała i prosiła go o chwilkę rozmowy.
Prezes przybrał postawę urzędową, ale z grzecznością przysunął krzesło do bratowéj...
— Co pani pułkownikowa rozkaże? — zapytał.
— Chciałabym o moich dzieciach pomówić z panem prezesem — odezwała się kobieta, nie tając, jak ją kosztowała ta rozmowa z nienawistnym człowiekiem.
— Najchętniéj... mówmy o nich; pani wié, że dla mnie są to także jakby moje własne dzieci...
— Darujesz mi prezesie, że się mieszam do tego i że zwrócę uwagę twoję na okoliczność, która, zdaje mi się, uszła dotąd baczności twojéj.
— Cóż to takiego?... — trochę urażony spytał prezes, prostując się.
— Zawsze byłam przeciwną temu, żeby Anna przywiązywać się miała i przyjaźnić z kimś tak niskiego pochodzenia jak Pola...
— Mościa dobrodziejko — odezwał się prezes — nie spodziewam się, żebyś co pannie Apolonii zarzucić mogła...
— Dla tego anioła Anusi nie ma niebezpieczeństwa — przerwała pani Delrio — ale pan nie uważasz chyba, że pobyt w domu młodego człowieka, tak pięknéj i tak gwałtownych uczuć osoby, jak Pola, zagrażającym jest dla Juliana... on się w niéj kocha!...
Prezes niemniéj to podobno widział od pułkownikowéj, ale postrzegłszy się uprzedzonym, taktykę zmienił i rozśmiał się w sposób niedowierzający...
— On się kocha! a! pułkownikowo, zdaje mi się, że oczy twoje widzą więcéj, niż jest! Żywa, śmiała, dowcipna, mogła mu się podobać, może go bawi i rozrywa... ale...
— Ale ta rozrywka skończyć się może gorsząco i smutnie!
— Zdaje mi się, że gorliwość macierzyńska zaślepia panią: Julian ma wiele taktu, zna jéj położenie i swoje... widzi, jaka przestrzeń ich dzieli... Zresztą, uczciwy człowiek... możemy być spokojni..
— Bądź pan spokojnym, kiedy chcesz, ale mnie nie wmówisz spokoju! Widziałeś, prezesie, jak na siebie patrzyli, kiedy grała?
— E! gdyby się trochę i pokochał — zawołał prezes — możeby go to rozerwało, rozruszało, ożywiło; następstw się nie boję... wywietrzeje mu to łatwo... a ja, kiedy już mówimy o tém, mam dla niego żonę.
Pułkownikowa zarumieniła się z niecierpliwości, że jéj dzieckiem rozporządzano tak bez jéj wiedzy, udała, że nie posłyszała i z żywością zwróciła się do Poli, któréj nie lubiła, zazdroszcząc jéj nawet serca i przywiązania Anny. Zrazu dziecięciem bawiła ją wychowanka, lecz gdy małżeństwo wygnało ją z pod dachu, pod którym Pola została, zazdrość wzbudziła jakieś nienawiści uczucie.
— Pan się następstw nie obawiasz, bo ich widziéć nie chcesz, ale ja, co od dzieciństwa znam tę dziewczynę, mam może słuszność się ich lękać... Daj Boże, byśmy węża nie odgrzali na piersi... zręczna, nie brzydka, znając Julka, kto wié, co ona tam śni! Ja widzę, że mu drogę zabiega, że się w sposób najpodlejszy przymila, chłopiec młody... ona go usidli, nie zaręczam, żeby nie miała myśli wyjść za niego, w takich głowach roztrzepanych wszystko się to wyrodzić może.
Prezes znowu się rozśmiał.
— Pani to bierzesz tak gorąco... — rzekł — ale doprawdy ja Poli z tak złéj strony nie sądzę, aż nadto często przypomina, co nam winna i skąd wyszła, ma rozsądek i niepodobna, by przypuściła, że pozwolim na tak monstrualne ożenienie; dosyć już mezaliansów — dodał z przyciskiem i westchnieniem — mieliśmy w naszej familii.
Pułkownikowa zarumieniła się z gniewu, czując do siebie wymierzony pocisk. Prezes mówił daléj:
— Zresztą oderwać ją od Anny, któréj jest potrzebna, osamotnić tego anioła dla jakich przywidzeń... byłoby okrucieństwem! Anna ją kocha!
— To prawda, ale nie moja wina, że tak osobliwszym sposobem umieściła swą miłość!
— Niech pani będzie spokojną, czuwamy!
— Miałam sobie za obowiązek pomówić o tém z panem, zrobicie, co się wam podoba; bogdajbym była fałszywym prorokiem, ale się obawiam bardzo złych następstw z ich zbliżenia!... Uczyniłam, com była powinna; pan postąpisz, jak zechcesz.
To mówiąc, bardzo ceremonialnym ukłonem pożegnała prezesa, który niemniéj grzecznie rozstał się z nią, uspokajając tonem żartobliwym:
— Niech się pani nie lęka... Pola jest dumną i nie zniży się do szczęścia nawet... znam ją dobrze, natura to namiętna, żywa, ale szlachetna; zresztą gdyby taką nawet nie była, towarzystwo Anny musiałoby ją podnieść i oczyścić... Julian mało teraz będzie w domu... a choćby tam była jaka płochostka dziecinna..
— Panowie zwykliście lekceważyć serce w człowieku — odpowiedziała pani Delrio — nie wchodzi ono w wasz rachunek... daj Boże, by potém nie przypomniało się stanowczo z prawami swemi.
— Dobranoc — rzekł prezes, śmiejąc się — dobranoc... poradzimy i na serce, gdy będzie potrzeba. Niech nam to pani zostawi: zwracać na to zbytnio uwagę, byłoby może właśnie środkiem rozniecenia gwałtowniejszego pożaru — to ogień słomiany... buchnie i zagaśnie...
— Opalić wszakże śmiertelnie może — rzekła pułkownikowa i odeszła.

XXII.

Nazajutrz Aleksy z Julianem wybrali się zrana do Szury, do pana Atanazego Karlińskiego, którego dotąd znamy zaledwie z dawanego mu przezwiska dziwaka i z przysłanego w dzień imienin Anusi różańca z cierniową koroną. Mieszkał on prawie od młodości w majątku, o mil kilka od Karlina za rzekami, w ogromnych lasach położonym. W kraju naszym, który się stosunkowo niedawno jeszcze z puszcz nieprzebytych wyrąbał, są takie gdzieniegdzie pozostawiane trafem lub umyślnie obszary odwieczne, nieużyteczne wprawdzie, ale piękne, wśród których niemal amerykańską podziwiamy roślinność. Najwspanialszą w tym rodzaju jest bezsprzecznie puszcza białowieska, po niéj kobryńska, którą zdobią przestrzenie wielkie, jodłami na moczarach zarosłe; wreszcie lasy Polesia owruckiego, pińskiego i Polesiów wołyńskich. W takim to zapadłym kącie, przy wsi Szura zwanéj, obrał sobie mieszkanie pan Atanazy Karliński. Od wieków w posiadłości téj nikt z właścicieli nie mieszkał; należała dawniéj do Lubomirskich, a Tymoteusz Karliński wziął ją po żonie; że jednak któryś ze Śreniawitów, czy dla łowów, czy dla jakiéjś fantazyi przebywał tu czasami, świadczył stary wielki dwór drewniany, ogrody i sady, zrujnowana kaplica, pusty skarbczyk i zabudowania, których resztki znalazł tu pan Atanazy, objąwszy klucz z działu nań przypadający. Chociaż miał folwark z domem porządnym i w nie tak ustronném miejscu położonym, Karliński obrał sobie Szurę za rezydencyę; kąt ten dziki, cichy i spokojny, do charakteru jego i usposobienia przypadł nad wszystkie. Kazał naprawić trochę dwór, by go uczynić mieszkalnym, ogrodzić opuszczony ogród, wyrestaurować kaplicę i osiadł tu na życie całe, nie wychodząc prawie za obręb ogrodu i lasów swoich.
Pana Atanazego nazywano dziwakiem i nie bez powodu, nie żył bowiem jak inni ludzie: z młodu na krótko wychylił się był z domu, wolą rodziców wysłany w podróż po Europie, późniéj służył wojskowo, jeszcze stosując się do rozkazu ojca, ale zostawszy panem swój woli, porzucił świat i zagrzebał się dobrowolnie w osamotnieniu. Nikt dobrze nie znał wypadków jego życia i przyczyn, które wpłynęły na ukształcenie charakteru, jaki się skutkiem tajemniczych uczuć, zawodów i cierpień wyrobił. Zawczasu wyrzekłszy się tego, co pospolicie zowią losem, towarzystwem, światem, pan Atanazy z kilką książkami, z kilką towarzyszami zamknął się w swojéj Szurze i czas pędził na modlitwie, rozmowie i rozmyślaniu. Ani interesami, ani gospodarstwem się nie zajmował. Zgóry poglądał na drobne zabiegi ludzkie i śmiał się z nich szydersko; myśl jego cała była w wieczności, w żywocie przyszłym, w zagadnieniach tyczących się nadziemskiego świata. Dla ludzi wyrozumiały i łagodny, charakteru wzniosłego, zdawał się żyć tylko czekając śmierci i nic już nie spodziewając się od ziemi. Jak dziecię potrzebował opieki, dawał władać sobą i za nic nie byłby się oderwał od tego trybu, jaki przepisał sobie i do którego silnym przyrósł nałogiem.
Kochał rodzinę, jak kochał świat cały, ale w rzeczach ziemskich nie roztkliwiał się nad nią, nie biegł dla niéj z pomocą, życie i jego wypadki ważąc sobie lekce, jako rzeczy przemijające. Najulubieńszym jego czytaniem była biblia i mistycy; choć ortodoksus, pozwalał sobie w tym względzie tak dalece, że i protestanckich objawień, widzeń, rzutów oka w świat przyszły nie odsuwał; dla niego nawet w błędzie wielką wymówką była wiara głęboka i zajęcie się światem ducha: wszystko przebaczał, krom obojętności na sprawy duszy i materyalizmu. Pobłażający dla tych, co o rzeczy sądzili inaczéj, nieubłagany był tylko dla zobojętniałych, w szyderstwo obracających wszelkie najważniejsze zagadnienia pozaświatowe. Stosunków z ludźmi nie miał, nie szukał, unikał ich nawet, przekładając księgę i dumanie nad praktykę życia; to zaprzątnienie religijne zabiło w nim nawet wszelką chęć do pracy, odjęło ochotę do czynu i uczyniło go ascetą, pustelnikiem, istotą oderwaną od towarzystwa. Szura była prawdziwą Tebaidą, w któréj ledwie kilku ludzi umiejących się pogodzić z Atanazym Karlińskim, dotrzymywało mu towarzystwa. Przywykł był do nich, ale ochłodłe serce nie tak ich wszakże potrzebowało, by się na żal po stracie lub jakąkolwiek dla nich zdobyło ofiarę; pojęcie życia miał tak silnie swoje własne, wiarę tak mocną, że na grobie zapłakać nie mógł, i szeptał tylko:
— Do widzenia.
Człowiek ten zahartował się w rozmyślaniach do tego stopnia, że się słabości ludzkiéj pozbył prawie zupełnie i łzę rzadko postrzedz było można w oczach jego.
Obok tego kierunku mistyczno-religijnego, głębokiéj wiary i żywéj pobożności, Atanazy Karliński jednę tylko miał wspólną, z wielu innemi słabość — gdyż inaczéj nazwać tego nie umiem: wierzył w arystokracyę, w jéj odrębną misyę na ziemi i płakał nad jéj upadkiem. Umarli przodkowie w czci u niego zostawali na równi ze świętemi prawie, a krew, co w żyłach jego płynęła, uważał za drogą spuściznę. Tłómaczył się z tego, gdy mu kapelan domowy, ksiądz Mirejko, Żmudzin, którego zaraz poznamy, oponował — przywodząc Pismo: że Bóg zawsze wybierał pewne rody do przeznaczeń wyższych i kierownictwa ludźmi; że im szczególne swe zsyłał dary; że ich namaszczał zdolnościami i dawał im jaśniejsze poznanie potrzeb czasowych, ster rządów w ręce, ster myśli i ducha... Z tego wywodził pan Atanazy prawność i potrzebę arystokracyi w ogólności, jéj konieczną egzystencyę w każdém uorganizowaném towarzystwie, dając jéj niejako, stosownie do swych pojęć, pochodzenie religijne. Ale to go nie zaślepiało w uznaniu upadku jéj za naszych czasów; Karliński tłómaczył go tém właśnie, że arystokracya zaparła się posłannictwa swego, uwierzyła w ciało, darów bożych użyła dla siebie i na swe przyjemnostki, a Bóg ją ukarał poniżeniem, skarleniem, utratą znaczenia i wpływu. Dowodził, że szlachectwo było także rodzajem kapłaństwa; mienie i znaczenie, imię i przywiązane do niego przywileje, były jakby fidei-komisem od Boga danym, nie na zysk własny tych, w czyje ręce powierzone zostały, ale na dobro ogólne. Jak skoro niewierni przechowywacze skarbów obrócili je na samolubne zaspokojenie swoich potrzeb, odstąpił od nich duch boży, zeszło z głów ich błogosławieństwo, i ci, co byli chlubą, stali się ludu pośmiewiskiem. Całe życie Karlińskiego budowało się niejako na tych zasadach, głębokiéj wierze w nieśmiertelność i poszanowaniu siebie, jako potomka pokoleń, które Opatrzność namaściła do wielkich czynów; odbywał on niejako pokutę za grzechy dziadów, siedząc na ustroniu i opłakując upadek rodziny nietylko własnéj, ale wszystkich jéj podobnych, gnijących bezużytecznie w samolubstwie, rozpuście, i zabywających, że przeznaczeniem tych, co drugim przodkują, jest poświęcać się za nich.
Nie dla rozkoszy, nie dla zbytków, nie dla czwanienia się bogactwy, mówił, Bóg wyniósł panów nad innych; ale dał im mienie, imię, władzę, siłę, by ich użyli na dobro, by przodkowali w świętem dziele zbawienia, niosąc za nie życie, bogactwa, krew na ofiarę; jak skoro grosz dany na kupno dobra dusznego na wielką ucztę przyszłości niewierny sługa zmarnotrawił, wydając go dla własnéj fantazyi, kara zasłużona spotkać go musiała...
Julian, przeczuwając, jak dziwnie stryj jego wydać się musi Aleksemu, przygotowywał go niejako do piérwszego spotkania, opowiadając mu o nim to właśnie, cośmy tu powtórzyli, i nie postrzegli się oba, jak przebywszy po najgorszych drogach długie lasów pasmo, wychylili się nareszcie z nich i wjechali w aleję staremi lipami sadzoną, za któréj zielonym szpalerem jeszcze domu spostrzedz nie było można. Z obu stron ulicy rozciągały się pola nie wielkie, poprzerzynane łączkami, zaroślami, łozą, rowami, błotami, a smutny, ale poważny krajobraz przedstawia! dokoła opasaną lasami ciemnemi przestrzeń płaską, na któréj tle wioski dwie szare i kilka omszonych krzyżów się rysowały. Wielka uroczysta cisza pustyni, przerywana tylko świergotem ptastwa i dalekiemi trzód glosami, rozciągała się nad Szurą; w alei już pierwsze żółte liście nadchodzącéj jesieni leżały pod pniami lip starych, droga mało uczęszczana, piaszczysta, ledwie kilką kolejami przerżniętą była. Julian i Aleksy spojrzeli po sobie i oba wysiedli z powozu, pieszo chcąc się zbliżyć do dworu, bo czas był prześliczny do przechadzki. I szli tak zadumani, aż póki się im nareszcie dziedziniec, dwór i otaczające go olchy, klony, sadzawki, zielone topole i czarne świerki nie ukazały. Smutne to było miejsce, coś miało cmentarnego, ale czułeś spokój, jaki tu panować musiał. Przebywszy główny kanał, po starym, długim moście, przybyli ujrzeli naprzód w prawo drewnianą, dawną strukturą wzniesioną prostą kaplicę, któréj czarny krzyż żelazny najwyżéj się podnosił; niczém ona nie była powierzchownie ozdobioną, tylko dwa świerki rosły u wnijścia, a u pni ich wielka, ciężka stała ława dębowa, do któréj przez opuszczony trawnik dziedzińca wiodła wydeptana ścieżka. Wprost był dwór obszerny ale widocznie opuszczony, bo i dach się podpsuł na nim i w wielu oknach łataniny niekształtne zdradzały obojętną rękę, co je porobiła, nie zważając, jak one będą wyglądać. Kilka kominów piętrzyło się nad wysokim dachem, ale od wielu lat nie pobielane, czarno wyglądały od dymów; poza dworem masy drzew wskazywały obszerny, zarosły ogród, starym jeszcze sposobem zasadzony w szpalery i kwatery.
Naprawo były stajnie, nieotynkowane i dosyć niepozorne; wlewo oficyna długa i mało co świeżéj od dworu samego wyglądająca z pozoru. W dziedzińcu pustka, jak wymiótł, ni psa, ni człowieka, ni oznaki życia, tylko przy jedném z okien przyczepiona duża klatka ze szczygłami i kanarkami szczebiotaniem ich się odzywała. Julian i Aleksy napróżno oglądając się, szukali, ktoby ich powitał, wszystko było jak w jednym z owych zaklętych zamków w bajce zamarłe; przeszli dziedziniec, zbliżyli się do zamku, dostali się do sieni i nikt nie wyszedł naprzeciw nich, choć powóz toczący się za niemi zaturkotał na moście i tętent koni rozlegający się w dziedzińcu, powinien był rozbudzić uśpionych lub pochowanych po kątach mieszkańców.
Przebywszy sień pustą zupełnie, po któréj znać było, że nikt w niéj nic od lat stu może nie zmienił — ze smutnie gdakającym zegarem, z kilką wielkiemi obrazami z historyi świętéj i olejno malowanemi skrzyniami, służącemi za składy pościeli i łóżka dla domowników — Julian z Aleksym weszli do wielkiéj sali (któréj drugie drzwi wychodziły w ogrodową aleję), nieco ciemniéj i ponuréj, ale uderzającéj powagą, jaką jéj nadawały całe ściany zawieszone nieprzerwanym rzędem portretów familijnych. Był to zbiór jedyny w swoim rodzaju, nie ciekawy pod względem artystycznym, bo mała tylko ilość miała zalety pędzla, i ta bliższych już nam sięgała czasów, ale zebranych szczęśliwie pod względem charakteru, jakim się odznaczały te cienie pradziadów. Niech sobie mówią, co chcą ci, co szukają ducha, zapominają, że nam go nie dano oglądać inaczéj, tylko w powłoce cielesnéj; pewna to, że twarze ludzkie odbijają na sobie nietylko charakter indywidualny, ale piętno epoki całéj. Strój nawet dopełniający fizyognomii, jakkolwiek zdaje się zależeć od fantazyi i przypadku, jest znamieniem czasu. Sami o tém nie wiedząc, przystajemy do odzieży, która nam jest nietylko materyalnie stosowną, ale wyraża w pewien sposób to, z czego się przed światem wyspowiadać musimy. Spójrzcie na szereg obrazów z nieznanéj epoki jakiéj, zastanówcie się nad niemi, pomyślcie, rozbudźcie w sobie uczucie, a postrzeżecie, że z jednego wejrzenia ogólną cechę czasu odgadnąć potraficie.
I w tym długim rzędzie przodków domu Karlińskich prawda ta jasno biła w oczy; malarze, co ich rysy powtórzyli na płótnach, nie myśleli wcale o nadaniu im umyślnego charakteru, często wyraził się on mimo nich, wybił na wierzch przez nieudolność i zwyciężył niedołężnego artystę. Po zasępionych czołach, po nawpół otartych z kurzawy i potu rysach, poznać było można łatwo mężów, na których ramionach wielki spoczywał ciężar, widać było, że nie spoczywali w wygodach i próżnowaniu; twarze ich nie mówiły wcale o wytwornej cywilizacyi, o formie błyszczącéj, ale o gruntownych zasługach i cnocie. Godła nawet portretów, nie próżne zabawki dumy, buławy, szablice. pastorały, laski, były to znaki brzemion, insygnia poświęcenia. W ręku niewiast spotykałeś księgi, różańce, kwiaty, dzieci... wszystko, co niewiasta dźwigać może i powinna...
Starsze portrety malowały ludzi nawpół dzikich, bo zrosłych w boju więcéj niż radzie, w miarę zbliżania się ku naszym czasom twarze weselsze, wytworniejsze ubiory, czoła jaśniejsze, raźniéj uśmiechnięte usta, na ostatku zmienione stroje, rysy przerodzone, puder i peruki opowiadały całe dzieje rodziny i poniekąd kraju! Od niedźwiedzich delij i żelaznych pancerzy do koronek i brylantów — co za przestrzeń ogromna!
Przybyli mieli czas dobrze się rozpatrzyć w ciekawym tym zbiorze, który w zadumę wprawiał Juliana, porównywającego się mimowoli do tych, których żył imieniem, zasługą i majątkiem, sam nic nie zrobiwszy jeszcze; nikt bowiem nie wychodził na ich spotkanie, i ani chód ich żywy, ani głośna rozmowa, nie potrafiły sprowadzić żadnego sługi tego zaklętego dworu. Spojrzeli przez otwarte drzwi w ciemny ogród — i tam nikogo!
— Pójdziemy do księdza Mirejki — rzekł Julian — znam go trochę, bo czasami do nas ze mszą świętą przyjeżdża; on przynajmniéj u siebie być musi, przypominam sobie, że stoi w rogu oficyny...
Wyszli więc z sali i dworu, i przez dziedziniec, na którym jeszcze żywéj duszy nie było, skierowali się w róg oficyny, a zbliżając się ku niéj, zasłyszeli razem ze świergotaniem ptastwa w klatce, od strony ogrodu dochodzący ich śpiew, silną nucony piersią.
Julian poznał głos księdza Mirejki, kapucyna, a wstąpiwszy już na róg oficyny rozeznali nawet, że wesoło nucił godzinki do Niepokalanego Poczęcia. Z korytarzyka śpiew ten wskazał im drzwiczki, przez które wejść mieli, i Julian zapukał, ale go nie rychło posłyszano.
— No! a kto tam z takiemi ceremoniami! a proszę! a proszę...
Drzwi się otwarły i goście weszli do izdebki białéj, malutkiéj, patrzącéj na ogród okienkiem, w któréj nie wiele więcéj było niż w celi kapucyńskiej. Łóżeczko pokryte prostém sukném, przy niém stolik z brewiarzem i pudełkiem od opłatków, chustka w kraty i tabakierka; stolik drugi, a na nim okulary i kalendarz z rubrycelą; na ścianie Chrystusa w ramach dębowych, u drzwi butel wody i butelka od piwa... W pośrodku, bliżej okna, siedział ksiądz Mirejko i na klockach, przyrządziwszy sobie krosienka z dwóch krzeseł, wiązał pasek zakonny... Był to mnich wesołéj twarzy, blondyn szpakowaciejący, z bródką rzadką i krótką, z bystremi oczyma szaremi, silny, zdrów i tak stworzony do tego habitu, jakby się w nim urodził. Cały w pocie, bo dzień był gorący, a na śpiew piersi nie żałował, twarz miał rozpromienioną, a po wargach żarcik niewinny i rubaszny zdawał się błąkać. Dość było spojrzeć, by go pokochać i w serce jego, ewangielicznéj miłości pełne, uwierzyć.
— Ho! ho! — zawołał, rzucając klocki, które stukając opadły — to gość nielada... i kiedyż to pan dobrodziéj przyjechałeś? skąd? jak?...
Julian przedstawił mu Aleksego.
— Witam, witam! — rzekł ściskając obu — siadajcie, jeśli jest na czém siąść, bo ja tu na gości nie rachuję... jak mi Bóg miły, nie ma na czém spocząć.. Ale skądże?
— Wprost z domu, i tylko co... ale u panów w tym klasztorze — rzekł Julian — żywéj duszy; gdybyś jegomość dobrodziéj nie śpiewał Godzinek, a szczygły nie świergotały... głosu-by żywego nie było.
— A pana chorążyca nie znaleźliście?
— Ani słychu, żywej duszy, powiadam panu dobrodziejowi... pierwszego księdza Mirejkę mamy przyjemność oglądać...
— Widać porozchodziło się to wszystko — rzekł zakłopotany klockami swemi kapelan, podając krzesła — pan chorążyc pod kaplicą lub zaczytał się może... ale żeby też choć pani Gończarewska nie wyjrzała oknem w dziedziniec i nie pchnęła kogo przeciw gości.. musiała usnąć nieboga... Cha! cha! — rozśmiał się ksiądz Mirejko — u nas tak zawsze; przyjedzie obcy, dobrze nabłądzić się musi, nim kogo wyszuka... Klasztor, mości dobrodzieju, klasztor, ale też żyjemy tu opodal od świata i trosk jego, jak u pana Boga za piecem!....
— Jakże się ma stryj?
— Jak ryba, mości dobrodzieju! a czegożby miał chorować? żadnym zbytkiem nie zgrzeszy, chyba ferworem w nabożeństwie, a to zdrowia nie ujmie... życie regularne, jak w zegarku, nie brak niczego, troski nie dochodzą do Szury, i zdrowiśmy wszyscy, Bogu dziękować.
Tych słów domawiał ksiądz Mirejko i zacierał ręce podnosząc je do góry, jakby się cieszył z bytu swego i Bogu zań dziękował, gdy drzwi się otworzyły i pani Gończarewska, ochmistrzyni, wpadła do izdebki. Była to już dobrze niemłoda kobieta, chuda, żółta, bardzo skromnie ubrana, z ogromnym pękiem kluczów u pasa, w rękawiczkach duńskich z poobcinanemi palcami; w białym czepcu świeżutkiemi szlarkami obficie oszytym, po którego kroju znać było, że się w Szurze o modę nie troszczono wcale. Mina jéj, wielce poważna i surowa, okazywała niewiastę pragnącą sobie nadać pozór dobrze wychowanéj osoby, pańskiego niemal obejścia; mimo stroju ubogiego, miała ochotę odgrywać rolę gospodyni domu. Bez wielkich oznak czułości, ale niezmiernie grzecznie przywitała Juliana, wstrzymując się od rozczulenia, które jéj oczy zwilżało mimowoli. Tak jednak była przywykła trzymać na wodzy swe uczucia dla przyzwoitości i powagi, że zdaleka dygnęła ceremonialnie Julkowi, który się żywo do niéj posunął... Pani Gończarewska, de domo Wilczkowska, miała szczęście być wychowaną na dworze księżnéj marszałkowéj i czuła się odtąd obowiązaną, dowodzić swoją osobą, jaki to był dom wielki, z którego wyszła... Najlepsze serce pokrywała w niéj lodowata i surowa powłoka, ale takie miała pojęcie świata i jego wymagań, że nigdy po sobie nie okazała, co czuła, przedewszystkiém usiłując być kobietą jak najlepiéj wychowaną.
Ksiądz Mirejko, który wcale nie rozmyślał o formach, bo spokój duszy był dla niego celem jedynym, nie zważając na krygi pani Gończarewskiej, wstał z łóżka, na którém przysiadł, i wykrzyknął:
— Horrendum! pani Gończarewska u mnie! a godzi się to nachodzić celę bezbronnego kapucyna!
Surowym rzutem oka skarciła go ochmistrzyni...
— Jak mi Bóg miły — odparł ksiądz Mirejko — poskarżę się chorążycowi... a to ślicznie! Kompromitujesz mnie pani w oczach przybyłych, o których zapewne nie wiedziałaś...
— Ale porzuć-że, księże kapelanie, te grubiańskie żarty swoje — parsknęła nie żartem już do gniewu się zabierając pani Gończarewska. — Proszę panów do pokojów... może czém służyć im będę mogła?....
— Dosyć głodni jesteśmy! — rzekł Julian — z tém się nie taję...
— Proszę do sali, a ja zaraz z obiadkiem i z kawą nadejdę...
— Dobrze wiedzieć o kawie, to się człowiek także do niéj przypyta! — odchrząkując znacząco rzekł ksiądz Mirejko i dając ad intende, żeby i dla niego nie zapomniano o garnuszku śmietanki.
Ukłonem sięgającym czasów księżnéj marszałkowéj pożegnała szybko ochmistrzyni swych gości, i pogroziwszy kapelanowi, wyszła... Na progu krzyknęła... i wkrótce potém ze śmiechem na ustach wszedł do izdebki jakiś jegomość wielce oryginalnéj postaci. Chłop był duży, z wąsem zawiesistym i bokobrodami ciemno-orzechowemi, z oczyma czarnemi i błyszczącemi, rysów twarzy niepospolitych, i choć nie pięknych ale znaczących; wysokie czoło, nos orli, usta, których żaden przymus nigdy nie wykrzywił, dawały mu jednę z tych fizyognomij, jakie się częściéj w obrazach, niż w życiu spotykają. Coś w niéj było silnego, samorzutnego, niezależnego, rozumnego i natchnionego razem. Ale dla lawaterzysty wyglądał raczéj na organizacyę poety, niż człowieka czynu, na dowódcę więcéj, niż na żołnierza... Pomimo ubogiéj odzieży — przybrany był bowiem w lichą kapotę szaraczkową, niewidzianym krojem uszytą, spodnie miał w buty i chustki mu na szyi całkiem brakowało — zdradzał się postawą i podniesieniem głowy, jako człowiek przywykły nie podlegać rozkazom i żyć po własnéj woli. Białe jego ręce i płeć nieogorzała dowodziły zresztą, że nie potrzebował pracować i wiódł rodzaj życia zamkniętego. Z powierzchownością opuszczoną naumyślnie, zaniedbaną, minę miał pańską wcale, a zamieszkanie może w tym kącie odludnym, w którym do nikogo nie potrzebował się zastosowywać i przypodobywać nikomu, nadało mu coś dziko swobodnego w ruchach i wyrazie twarzy, żywo malującéj każde poruszenie wewnętrzne.
Kapucyn i Julian spojrzeli na wchodzącego razem, pierwszy zawołał:.
— Otóż powoli wszyscy się jakoś poznajdujemy!
Julian podał rękę jak znajomemu przybyłemu, który siadł na wąskiém łóżeczku księdza Mirejki.
Aleksy i nieznajomy zmierzyli się oczyma, a kapucyn zastępując roztargnionego Juliana zapoznał ich z sobą.
— Poznajcie się panowie... Pan Justyn Poddubiniec i pan Aleksy Drabicki... przyjaciel naszego pana Juliana.
Justyn nie silił się na grzeczności, wyciągnął rękę, ścisnął dłoń podaną i wlepiając oczy w Aleksego siadł znowu na łóżeczku...
— A coś to wasze panią Gończarewską przestraszył? — zapytał kapelan — dzień dla niéj feralny, ja-m ją rozirytował żartami, a jegomość pewnie po swojemu nie patrząc przed się szedłeś, i musiałes może uderzyć...
— No! proszę... jak to jegomość ludzi znasz i z charakteru zgadujesz, do czego kto zdolny... właśnie trąciliśmy się głowami w drzwiach... i dobrego sobie nabiłem guza...
Kapucyn plasnął w dłonie.
— Porządnąż dostałeś burę!
— Ale ba! gdyby nie wychowanie, możebym i klapsa oberwał — rozśmiał się pan Justyn.
— Otóż to gadu! gadu! a psy w krupach! — przerwał ks. Mirejko — gotowi podać kawę, i kawa ostygnie... Chodźmy do dworu... prócz tego tu na tyle gości ciasno... Nie wiesz waść, panie Justynie, gdzie chorążyc?...
— Nie zgadnę, wziął kij i słomiany kapelusz, książkę pod pachę i w las sobie poszedł...
— To nie wróci aż zmierzchnie! — machnąwszy ręką rzekł kapucyn — tandem kawa się bez niego, a on bez kawy obejdzie...
To mówiąc wyszli razem, i gdy ks. Mirejko na klucz mocno stancyę zaryglował, obawiając się zapewne o swój pasek i klocki, skierowali się ku dworowi powoli... Jeszcze tu żadnego ruchu nie było, tylko od mieszkania pani Gończarewskiéj dawały się słyszeć desperackie jéj wykrzykniki przez drzwi otwarte.
— O! ja nieszczęśliwa! nikogo! byłam pewna! żywéj duszy! tak zawsze! kiedy potrzeba, jak wymiótł! Z temi ludźmi wyżyć niepodobna, wstyd zrobią, najlepiéj urządzonemu domowi... pomyślą, że żyć nie umiemy! Żadnego! żadnego! ni komu podać, ni komu nakryć! Chryste ukrzyżowany, co ja znoszę! co ja znoszę! to do ran tylko twoich ofiarować można!
Wielki frasunek pani Gończarewskiéj rozśmieszył kapucyna, który ramionami ruszył tylko... poszli do sali i zasiedli w niéj oczekując obiecanej kawy, a że tymczasem musieli się rozmową zabawiać... i wszyscy czuli jéj potrzebę, jak na złość im jakoś nie szła.
Goście z kapucynem przebąkiwali to o tém to o owém, pan Justyn zaś rozparłszy się i głowę na ręku złożywszy, zadumał milczący. Ksiądz Mirejko kilka razy przechodząc koło niego, ramionami ruszył, nareszcie stanął i zawołał:
— Budzę waćpana...
— W jakim kolorze? — zapytał Justyn.
— W niebieskim, bo asińdziéj o niebieskich marzysz migdałach...
— Delikatna wymówka, a jegomość dobrodziéj chciałbyś, żebym się jak dym po ziemi włóczył?
— Ej, panie Justynie, nie każdy po niebie lata, kto sobie skrzydła przyprawi! Co waszeć wymyślisz, ustawicznie medytując?
— A cóż mam robić lepszego?
— Z waćpanem niema co gadać — odwrócił się ksiądz Mirejko — otbyś gości zabawił!
Justyn się rozśmiał — i gdyby nie wejście pani Gończarewskiéj, byłby może w dysputę głębszą zaszedł z kapelanem, ale w samę porę zjawiła się na progu ubrana w chustkę bagdadzką, wyraźnie dla gości włożoną, i czepek, innego mniejszego nieco kalibru, ale wytworniejszéj roboty, pani ochmistrzyni, a za nią taca, którą niósł wynaleziony gdzieś rozespany sługus wcale nie po pańsku przyodziany, z serwetą pod pachą i pośpiechem świadczącym, że mu się bura dostać musiała.
Pani Gończarewska, przeszedłszy krokiem drobnym pokój, usiadła twarzą uśmiechnioną do gości i zacierając ręce, poczęła rozmowę od zapytań o Karlin i jego mieszkańców.
— A kawa stygnie! — przestrzegł ksiądz Mirejko — a panowie głodni; kiedy już ten napój Bóg dał na stół, i sucharki z cynamonem widzę, nie próbujże asani dobrodziejka cierpliwości naszéj!
Pani Gończarewska poczęła nalewać, wszyscy się zbliżyli do stolika, gdy w sali od ogrodu poważny i powolny krok dał się słyszéć, zmierzający ku drzwiom pokoju, w którym towarzystwo zasiadło; oczy wszystkich zwróciły się w tę stronę... a na progu ukazał się słuszny, chudy mężczyzna, w kapeluszu słomianym na głowie, z kijem sękatym w ręku i wielką księgą pod pachą... Był to Atanazy Karliński.

XXIII.

Wystawcie sobie jednego z tych purytanów z czasów religijnych reform w Anglii, surowego, bladego oblicza, oczu zagasłych chwilami, chwilami ogniem ascetyzmu gorejących, na którego twarzy wyryte jest życie umartwień, rozmyślań, życie ducha, usiłującego podbić i zwyciężyć ciało — takim był Atanazy Karliński. Powaga téj postaci z dwojakiego płynęła źródła: nadawała ją pobożność, a zarazem jakaś duma rodowa, która i z pod włosiennicy pokutnika przeglądała... Człowiek ten jedną jeszcze słabostką tylko pozostał człowiekiem: na ruinach namiętności, na pogorzelisku uczuć, stała duma jak niedopalona kolumna... Resztę w popiół obróciła pobożność, tej zmódz i powalić nie mogła.
Twarz jego, twarz zawczasu zgrzybiałego starca, bez barwy, pomarszczona, surowa, zamyślona, miała wyraz ponury, srogi, nieubłagany, i jak u wielu ludzi przywykłych uciekać w głąb siebie, przybrała charakter osłupienia... Znać było na niéj, że żadna troska ziemska nie mąciła spokoju duszy wyżéj nad pospolitą sferę wzniesionéj, ale nie dopuszczającéj, by z nią inna na równi stanąć miała. Ubranie pana Atanazego było niepozorne i wiejskie; na piersi tylko uderzał na czarnéj wstędze krzyż żelazny, opleciony koroną cierniową, podobny do tego, jakiśmy widzieli przy Anny różańcu...
Zamyślony gospodarz wszedł tak aż na próg, nikogo nie widząc; rozbudzony, postrzegłszy nieznajomego Aleksego i niespodzianego Juliana, powoli z głowy zdjął kapelusz, odkrył skronie siwizną przyprószone i rzuciwszy kij i księgę na krzesło, dosyć obojętnie powitał wszystkich.
Na widok jego, kapucyn, który był w różowym humorze, spoważniał, ochmistrzyni jeszcze się bardziéj wyprostowała, a Julian pośpieszył ucałować jego rękę i Aleksego mu przedstawić.
Wszystko to przyjął zimno pa, Atanazy, siadł na podaném krześle i skrzyżowawszy ręce na piersi, dość długo pozostał w milczeniu, jakby jeszcze pasmo przerwanych myśli chciał dosnuć, nim się do ludzi odwróci.
— Rad jestem, że cię widzę, kochany Julianie — odezwał się po chwili — często przychodziłeś mi na myśl... mamy wiele do mówienia... wiele... czułem, że przyjechać powinieneś, gotowałem się na to... Spocznij... ale cię nie puszczę rychło... mam względem ciebie surowe i wielkie obowiązki...
Julian się zarumienił, a stary wypowiedziawszy tych słów kilka, zamilkł, spuściwszy głowę; wszyscy szanując zadumanie jego, milczeli także... Westchnął i wziąwszy znowu kij i księgę swoję, nie zważając już na nikogo, poszedł do dalszych pokojów.
— Czegoś pan chorążyc smutny — rzekł kapucyn — musiał gdzieś trafić na niezgryziony orzech w jakiéj filozofii... Dalipan, wyjąwszy katechizm, brewiarz i parę jeszcze tomów, jabym te książki popalił — dodał rubasznie — głowę bałamucą, choćby najlepsze były... Ot i pan chorążyc... modliłby się, żyłby spokojnie i nie troszczył, co tam kto za dziurę gdzie rozumem prześwidrował; nie! jemu potrzeba pozatykać koniecznie, którędy mu chłód zawieje.
— A jegomości potrzeba to ganić, coby chwalić wypadało — odezwał się Justyn — a coby robił lepszego? co? polowałby i grał w karty? jadł? pił? na to jest i tak dosyć konsumentów...
— Pana Boga-by chwalił! — zawołał kapucyn — ot co! jak Bóg miły! lepiéjby było! niż sobie męki zadawać około czczych ludzkich wymysłów.
Justyn ruszył ramionami.
— Ojcze a dobrodzieju — rzekł — każdy ma swoje na świecie przeznaczenie: jeden kuleje na nogi, a w ręku ma siłę; drugi nie dosłyszy, a wzrokiem bystrym chodzi daleko... temu Bóg dał strawny żołądek, innemu czułe serce; w wielkim chórze jeden z nas basem ryczy, drugi dyszkantem śpiewa... i tak dobrze... Wszystkich do jednéj roboty zaprządz nie można.
— Ot toś mi nowinę powiedział! — ofuknął się kapucyn, biorąc już czwarty sucharek, na co z przestrachem patrzała pani Gończarewska — tak to jest po ludzku, a po bożemu wszyscy nogami, rękami, oczyma i nosami jedno robić powinni, do nieba się drapać.
— Nie jestem przeciwko temu, ale spodziewam się, że i nasz pan nie gdzieindziéj zmierza.
— Tak 1 tylko coby miał sobie prostą obrać drogę przez westchnienie i modlitwy, to błądzi, rozumem ludzkim chcąc się dyrygować w labiryncie, jakby w biały dzień, osłoniwszy się od słońca, używał latarki...
— Oho! — wchodząc przerwał pan Atanazy — już tu pewnie ksiądz Mirejko przeciwko mnie argumentuje!
— A cóżbym robił? — odparł niezmieszany kapucyn. — Pan swoje robisz, ja swoje gadam... a tymczasem i muchę w kawie złapałem... Mniéj jednym będzie na świecie darmozjadem...
Starzec usiadł przy Julianie weselszy nieco i począł się w twarz jego wpatrywać... ujął go za rękę łagodnie, łza zakręciła mu się w oku, wyprowadził go za sobą powoli do sali portretowéj.
— Kogożeś mi tu z sobą przywiózł? — zapytał — uczciwa twarz, roztropna, ale coś plebejuszowskiego ma w sobie.
— Dobry mój towarzysz i przyjaciel — odparł Julian — taki szlachcie jak i my...
— Jak my? — z podziwieniem rzekł stary — jak my?
Julian się uśmiechnął.
— Jeszcześ młody — szepnął, pan Atanazy na stronie — no, ale kiedy dostąpił honoru twojéj przyjaźni... dość mi na tém; sądzę, że jéj godzien... Trochę mi moję ożywicie samotność; nie pragnę ludzi, mało ich kocham, ale kiedy mi Bóg ześle takich jak dziś, dobrze mi czasem przed niemi się wygadać; myśl pokrzepiona buja i nabiera potęgi...
Stary pocałował w czoło Juliana i pobłogosławił go milczący; łza znowu zakręciła mu się w oku.
Nie śmieli znajdujący się w drugim pokoju przerwać rozmowy panu Atanazemu z synowcem, a że kawa była wypita, pani Gończarewska do swego gospodarstwa, ksiądz Mirejko do wieczornych odszedł pacierzy, zostali tylko Aleksy z Justynem. Ci rychło przyszli jakoś do siebie, gdy niespodzianie odkrył przybyły w mieszkańcu tego dzikiego kąta, niepospolitego pod bardzo pospolitą postacią człowieka. Justyn Poddubiniec, którego pochodzenie nikomu dobrze znaném nie było, od dzieciństwa prawie wzięty na wychowanie przez pana Atanazego, kosztem jego odbył szkoły, uniwersytet i jeździł nawet za granicę. Starania około jego ukształcenia nie były daremne, uczył się bowiem z zapałem, korzystał wiele; ale na nieszczęście, czy skutkiem wpływu, jaki nań wywarł przykład opiekuna, czy usposobienia wewnętrznego, Justyn uzdolniony do wszystkiego, ani powołania, ani drogi sobie nie obrał; natura go stworzyła poetą, usłuchał jéj głosu i był nim w swój i sobie tylko właściwy sposób. Gdyby się był na jakie tysiąc lat urodził wprzódy, byłby z gęślą w ręku szedł od chaty do chaty śpiewając stare dzieje, marząc, przysłuchując się głosom tysiącznym stworzenia, i zmarłby gdzie na mogile, ostatnią pieśnią żegnając zachodzące słońce... Dziś nie wiele inaczéj i nie więcéj robił, czytał, pisał, przestawał z ludem, myślał, marzył, i tak się swoją przyszłością, sławą, chlebem powszednim i losem nie troszczył, jak gdyby nic więcéj nad to, co mu Bóg dał, nie potrzebował. Człowiek to był szczęśliwy, jeśli jest gdzie szczęście na ziemi, niczego bowiem nie pragnął nad to, co miał, żadna go żądza nie paliła, śpiew własny mu wystarczał i co dzień wstając i kładąc się dziękował Bogu, że go stworzył poetą. Często całe dnie spędzał w lesie, wpatrując się w krajobraz, niebo i słońce; często zaczytany w poecie, zapominał o wszystkiém, a pani Gończarewska, ksiądz Mirejko i sam pan Atanazy, jak nad dzieckiem, czuwać nad nim musieli.
Nie pragnął nawet tego współczucia i pochwał, któremi żyją pospolici pisarkowie; nie czytał chyba zmuszony, nie popisywał się nigdy. Wrażliwy jak dziecię dla pięknego obrazu, dla pieśni, dla nowego widoku, porzucał i zapominał wszystkich, i nie raz go, jak zbłąkanego konia, po okolicy szukać i do Szury nazad sprowadzać musiano. Na żadnę boleść nie stęknął i tém szczególniéj różnił się od pospolitego tłumu śpiewaków, którzy nieustanie boleścią rany swoje opiewają, że mu byt jego nie ciężył, że w darze bożym, w téj iskrze świętego ognia, która gorzała w jego piersi, znajdował wynagrodzenie sowite za wszystko.
Nieraz w książce, w pieśni znalazłszy narzekanie na świat, na ludzi, a nadewszystko na niedostatek, ubóstwo, unosił się gniewem potężnym...
— To nie są poeci!... — wołał z zapałem — gardzą światem, a pragną dóbr jego, pomiatają złotem, a żebrzą o nie... skarżą się, boleją, gdy hymnem dziękczynienia Bogu za jasną swego czoła koronę błogosławić powinni. To nie są poeci! oni udają i małpują śpiewaków... bo nie śmieliby ust otworzyć na takie narzekania, nie dopominaliby się u świata tego, co deptać powinni!... Poeta nie ma czego zazdrościć inaczéj uposażonym, tak dalece wyżéj stoi, tak więcéj czuje i widzi... Szata jego tkana ze światłości, wiekuista, piękniejsza jest od wszelkiego stroju ludzkiego, jego wieniec trwalszym od koron... jego myśl i uczucie podnoszą go na tron, z którego do Boga się zbliża... godziż się płakać, narzekać i cierpieć dla dziecięcych zabawek, które są martwe, zimne i w proch rozsypują się w dłoni, co je chwyciła?...
Justyn był surowym sędzią, a że żywota od poezyi, która w nim zespoliła się z życiem całkowicie, rozdzielić nie umiał, pytał o życie poetów i wzdrygał się, gdy je uznał niegodném swego ideału.
— Zaprzęgli się do pługa — mawiał — i zostaną bydlęty...
I potrząsał dumnie głową, jakby chciał mówić milczącém wejrzeniem, że nigdy się nie sprzeda za żadne zwodnicze obietnice świata, na które zgóry spoglądał...
Biedny Justyn, tak mało jeszcze znał siebie i życie!

XXIV.

Po wieczerzy bardzo skromnéj i prostéj, gdyż w Szurze życie nie było wytworne wcale, a o wymyślnych wygodach nikt nie marzył, pan Atanazy z Julianem, Aleksym, Justynem i księdzem {{pp|Mi|rejką}} Mirejką weszli do sali portretów. Godzina była już dość późna, ale tu często noce spędzano na modlitwie lub rozmowie, nie wiążąc się wcale rozmiarem pospolitym czasu; wieczór gwiaździsty, piękny i spokojny, wzbudzał jakąś tęsknotę nieopisaną, otworzono drzwi szklane do ogrodu; szum starych drzew wszedł przez nie razem z chłodem i wonią rosy nocnéj, pan Atanazy począł zadumany chodzić po sali, niekiedy spoglądając na synowca. Julian milczący patrzał z poszanowaniem i zawsze równém zdumieniem na tego starca, który, mimo swych dziwactw, żyjącą w nim wiarą i myślą, większy mu się od pospolitych, otaczających codziennie istot wydawał.
Jakiś czas trwało milczenie głębokie. Justyn zapatrzył się w gwiazdy, ksiądz Mirejko bawił się paskiem swoim i różańcem kokosowym, Aleksy przyglądał się ciekawie gospodarzowi, który na nim robił wrażenie z grobu powstałej postaci... nikt słowem nie Śmiał przerwać chwili ciszy, uroczystéj jak modlitwa. Nareszcie pan Atanazy stanął przed Julianem i począł głosem drżącym:
— Co myślisz, Julianie, powiedz? masz jakie zamiary na przyszłość?
— Żadnych dotąd, kochany stryju... pracuję około interesów... jestem opiekunem Anny i biednego Emila, spełniam obowiązki i nie wolno mi może spojrzéć daléj i wyżéj...
— Nie wolno? jak to nie wolno — odparł pan Atanazy — a kto ci zabroni? Mój Boże! Boże mój! co z was zrobił ten wiek zaprzątnień cielesnych, zepsucia i obłąkania! Obowiązki, które spełniasz, są tylko cząstką mniejszą tych, które ciężą na tobie... Jak biedne macie pojęcie swego przeznaczenia! Siedziéć, gospodarzyć, zbierać grosz i żyć sobie i swoim! To dobre dla pospolitego człowieka, ale nie dla potomka Karlińskich... Julku kochany, jesteś na drodze, na któréj rodzina nasza doszła do smutnego stanu, w jakim ją widzimy. I tyś w błędzie, jak poprzednicy, jak wszyscy...
Łza zabłysła w rozognionym na chwilę oku starca.
— Wprzódy, niżeli o sobie i swoich, potrzeba myśléć o duszy — rzekł powoli — trzeba spełnić swe posłannictwo; reszta fraszki, dzieciństwo i dodatki. Obowiązki względem ludzi większe są moralne niżeli cielesne; ty i twoi właśnie o tych tylko ostatnich myślicie, niemi się ograniczacie. Smucę się, boleję, płaczę łzami gorzkiemi patrząc na wasz upadek duchowy. Łamiecie sobie głowy, jak kupcy i tandeciarze nad podźwignieniem fortuny, nad zbieraniem grosza, który jest znikomą fraszką, a nie nabywa się wolą człowieka, ani jego rozumem, tylko datkiem Opatrzności; zapominacie dla niego, że imię, majętność, oświecenie, są to dary obowiązujące do czegoś... Co robicie? bawicie się, nudzicie, ziewacie, pragniecie tego, co was nigdy nie napoi, a marnie szafujecie czasem, z którego, wedle słów Chrystusowych, przyjdzie zdać surowy obrachunek.
Julian wpatrzył się w starca ciekawie, ale mu odpowiedziéć nie śmiał, czuł sprawiedliwość tych wyrzutów i bezsilność swoję.
— Żebym to ja, mości dobrodzieju — przerwał ksiądz Mirejko, zażywając głośno tabaki — mówił takie rzeczy z ambony, toby to było pięknie i stosownie, ale panu chorążycowi... dalipan w moje prerogatywy wciskaćby się nie godziło...
— Wszyscyśmy kapłani — odtrącając żartobliwy kierunek, jaki kapelan chciał nadać rozmowie, odparł poważnie Karliński — wszyscyśmy zarówno obowiązani mówić prawdę i kierować ku dobremu.
— Wszyscy kapłani! — wykrzyknął ze zgrozą ksiądz Mirejko — a to coś nowego... jak mi Bóg miły, to już bezbożnością pachnie!
— Jeśli kto, to ludzie mający wielkie przykłady i sławę przodków przed sobą — mówił daléj starzec, nie zważając na przerwę — większe od innych dźwigają obowiązki, nie ziemskie ale duchowne. Znasz ty historyę swojej rodziny — zapytał przystępując do synowca — opowiadałem ci ja ją kiedy?
— Znam ją trochę, ale nie dokładnie — rzekł Julian — i radbym się jéj lepiéj nauczyć...
— Patrz, oto żywa przed tobą! — rozgrzewając się i ręką drżącą wskazując na portrety rozwieszone w sali, podchwycił gospodarz — uchyl czoła przed bohaterami, pomódl się za grzesznych, ulituj nad obłąkanemi, i ucz się, co masz czynić! Pan Bognie nam nie dał darmo i dla próżnéj tylko zabawki; przodkowie nasi, to dług, któryśmy synom spłacić powinni, to spuścizna święta; ale kto dziś z równych nam rozumie swoje obowiązki tak, jak je pojmowano dawniej? Nikt! nikt! idziemy do zaślepienia i zguby... Kto ręką nie pracuje, temu ręka niezdatna usycha, kto duchem nie działa, od tego duch boży odstąpi. Wszystko na świecie ma znaczenie swoje, nie nie jest daremną igraszką; instytucye ludzkie takiemi się nam wydają z poziomego stanowiska materyalizmu, ale ręka boża jest we wszystkiém. Mamy wolę, ale tę ogranicza prawo jéj bytu, jéj natura... Jedni pracują na chleb powszedni w prostocie ducha, w pocie czoła, drudzy wiodą tłumy za sobą na gościńce przyszłości; ten się modli, ów prorokuje i krwawym potem oblewa w widzeniach prób, przez które ludzkość przechodzić musi... Są ludzie, są rodziny palcem Boga naznaczone, a komu Opatrzność powierza sterowanie i kto go nie spełni, ten upaść musi, powracając do nicości, z któréj go łaska wyniosła. Patrz, Julianie — dodał starzec — na co zeszli Karlińscy... na hreczkosiejów, na oraczy, na prawników, na lalki jakieś, uśmiechające się słodyczą... a daléj staną się z nich ubodzy duchem i nędzarze, pójdą w pośmiewisko i poterę. Tak nie z nami dzieje się tylko, ale z całą podobno arystokracyą świata; obok wyrastają ludzie nowi, nasienie przyszłości; a my starzy cośmy podań i nakazów bożych zabyli, zejść musimy z placu boju, z pola czynu, na ciurów i sługi obozowe, uganiające się o łup i odzierające trupy pobojowiska. Posłuchaj, czemeśmy byli; nikt ci pewnie nie mówił o przodkach, a i ja, nie w dumę cię chcę wbić przez to, bo duma jest uczuciem szatańskiém i niszczącém... ale upokorzę cię niemi i przygniotę, pokazując nicość naszę dzisiejszą. Ci ludzie wszyscy coś zrobili pamiętnego, wiedząc, czy nieświadomi czynu, działali, byli narzędziami posłusznemi w ręku bożém, lub samoistnemi istotami, ale nie zeszli ze świata bezpotomnie, próżno... po każdym coś pozostało. Spojrzyj na tę twarz surową, dziką niemal, ze szramem na czole, w czerwonéj jak krew sukni, w ciężkiej odzieży; niéma na niéj śladu wypieszczenia, zniewieściałości, zgnuśnienia występnego... Brzydkim się nam wydaje ten człowiek, bo piękności jego pojąć nie możemy; ale wpatrzno się w to oblicze, rozmyśl nad tą twarzą, rozważ życie, a olśni cię wspaniałość rysów napiętnowanych silną wolą i niezłomnym charakterem. To Hrehory z Karlina, pierwszy, o którym z naszego rodu mamy pewniejszą wieść i puściznę... od niego to zwaliśmy się Szyjowi, chlubiąc poczciwą raną, którą w szyję otrzymał; bratem był Abrahama, co za sobą wiedzie linie Kasprowych Karlińskich, równie jak my Ostoitów... a od nas jeszcze poświęceniem bohaterskiém głośniejszych.. Hrehory nasz i Abraham rodzili się już za Jagiellonów, z potomka owego Ostoi, którego miecz z Bolesławowskich jeszcze czasów w herbie naszym stoi pomiędzy dwoma księżycami. Nic nie powiem o Abrahamie, choć i tym słusznie-byśmy pochlubić się mogli. Hrehory był jedną z tych mężnych piersi, które zastawując się ostatkowi dziczy tatarskiéj, już wstrzymanéj, ale niepokonanéj jeszcze, walczyły dla spokoju Europy. A! srogą się niewdzięcznością wypłaciły dzieje całéj Słowiańszczyźnie; spójrz dziś w uczone prace historyków niemieckich, jak tam wygląda plemię nasze?... Losy ludzkości, według tych pedagogów, były zawsze w ręku romano-giermańskich; myśmy niepotrzebne, pasorzytne, nie samoistne, bezmyślne tłumy, bez znaczenia w historyi, bez roli i posłannictwa, dla tego, żeśmy z Zachodem nie szli na wojny krzyżowe!! żeśmy nie mieli udziału czynnego w żadnym z wielkich, bohaterskich, brzemiennych przyszłością ruchów świata, i patrzali niby okiem obojętném z naszego zagona na lejące się rzeki krwi, na walkę o przyszłość. Zapomnieli ci panowie, że pod tę porę właśnie, w czasie tych samych wojen krzyżowych, Słowiańszczyzna, którą pomiatają, na barkach swoich dźwigała i wstrzymywała potok najeźdźców groźnych światu, że tu w głuchéj naszych lasów ciszy, krwawe a nieustanne wrzały boje dla zasłonienia niewdzięcznych, co za krew przelaną odmówią nam nawet grobowca... bo i grobowce dziadów naszych sobie przyswoją, są to dziś Hunnów groby. Biedni Słowianie! ich udział jest prawdziwie ofiarą, nigdzie go nie widać, choć potężny był wszędzie; starty, przetrawiony, przerobiony, przywłaszczony pierwiastek nasz rozsiał się po całym świecie, a ci, co się nim wykarmili, co go pożarli, dziś bryzgają nam w oczy wyrzutem niesamoistności. Język, prawa, zwyczaje, myśli nasze i zdobycze stały się łupem Niemców, co na ziemi wyfrymarczonéj osiadłszy, szydzą sobie z tych, których duchem i krwią przyszli do życia.
Ale dość tego, sprawiedliwsza przyszłość rozsądzi tę wielką sprawę plemion... czekajmy jéj wyroku cierpliwie; może i nas powołają dzieje znowu do głośniejszych czynów i zaważym wówczas na szali świata. Hrehory Szyjowy, nasz protoplasta, był czasu swego sławnym wodzem i wojownikiem; jego to rany wysłużyły nam imię, majętności, sławę i znaczenie późniejsze. Pozostała nam po nim wola jego ostatnia, która jest pięknym pomnikiem prostoty owych bohaterskich czasów; ogromną przestrzeń ziemi zostawił po sobie synowi, ale nie przekazał mu skarbów i kosztowności. Przyjaciołom i powinowatym rozpisał kilka koni, rzędów, siodeł i rusznic wysadzanych, królowi posłał łuk i kołczan, które na barkach nosił starym zwyczajem, synom dał tylko dwie szablice do dalszéj walki za wiarę i kraj rodzinny. Hrehory żonaty był z kniaziówną Glińską, ale krwią będąc połączony z człowiekiem, w którym duma i samolubstwo głośniéj mówiły od sumienia, ale dał się wciągnąć do zdrady... od dnia odkrycia jéj, stał się wrogiem brata żony i do walki z nim prosił się i wyrywał. Życie jego było długie, ale ani godziny nie spędził na spoczynku, bo czuł i wiedział, że do niego nie mamy prawa na ziemi. W dwudziestu leciech już siedząc na koniu uganiał się za Tatarami; gościem odtąd był tylko w domu, nie pomyślał nigdy o sobie, o gospodarstwie, o zostawieniu synom obszernych włości i zamczystych skrzyń złota... Między jedną a drugą wyprawą, między dwoma sejmami, poselstwem i utarczką, zawadził czasem o zamczysko w Starym Karlinie, na kilkanaście godzin zbiegając do żony i dzieci. Ostatni często grosz, uzbierany przez swoję gosposię, zabierał na potrzebę Rzeczypospolitéj, gdy skarb wydołać nie mógł wszystkiemu; a ofiary te robił sercem tak ochoczém; nie targując się ani o krew, ani o grosz, ani o zapłatę zasług swoich, jakby on za nie ojczyźnie, nie ona jemu była obowiązaną... To téż inni przed nim ubiegali wszystko: starostwa, krzesła, laski, buławy, ale nikt nie prześcignął go w posłudze. Życie domowe było dlań, rzec można, dodatkiem, stroną drugą mniéj ważną żywota, podrzędną troską, a potrzeby serca nawet milczały przed głosem poświęcenia i ofiary nieustannéj. Z siedemdziesięciu kilku lat jego życia, nie wiem czy prócz kilkunastu pierwszych, choć kilkaby się zebrało spędzonych pod strzechą domową. Wszędzie był, gdzie bić się, radzić, płacić i służyć potrzebowano; żona tęskniąc wychowywała mu synów, dbała o stado jego i zbierała daniny, przędąc kądziel u samotnego ogniska... Gdy bardzo zatęskniła za Hrehorym, to go po świecie szukać musiała, wyjeżdżać przeciwko niemu, łapać go po drodze, gonić za nim do Wilna i Krakowa, a nie śmiała mu wyrzucać, że ją i dom opuszczał, bo wiedziała, że pierwsze nad rodzinne obowiązki gnały go po świecie białym, spocząć mu nie dając... Śmierć Hrehorego Szyjowego była tak piękną, jak jego życie; starzec już, jeszcze ani pragnął spoczynku, ani chciał go sobie dozwolić; szukał pracy, wywoływał coraz inną, nastręczał się na nią, a tak był już przywykł do konia, że choć go nań sadzać musiano i zdejmować, bo o swojéj mocy już się dźwignąć nie mógł — całe dnie przecie z kulbaki nie złaził. W 1575 roku właśnie był testament swój uczynił, którym dzieci rozdzielał, gdy chwilowo przebywającemu w Starym Karlinie dano znać o wtargnieniu Adel-Giraja. Inni poczęli się chronić w lasy, on co — rychléj poczty zbierać kazał i ściągnąwszy, co tylko na prędce zgromadzić się dało, poszedł za późno już w pogoń za dziczą. Dzień i noc gnał się za nią starzec napróżno, bo Tatarzy obyczajem swoim, łup i ludzi zagarnąwszy, szybko się cofnęli ku stepom. Strudził go ostatni wysiłek, a może dobiło zmartwienie, bo pokrewnego mu Szumlańca wzięli w jasyr Nogajcy; trzeciego dnia pogoni zaniemógł stary i na kulbakę się zwiesił, musiano go niemal gwałtem zwrócić do jakiegoś dworku nad drogą, zdając na innego dowództwo. Hrehory niepokoił się wielce, że bez niego pogoń dalsza odbyć się musi, że może nie tak szybko i skutecznie, jak on chciał, ją poprowadzą, ale musiał się zgodzić z wolą bożą, gdy poczuł, że go siły opuściły całkowicie. Pod ubogą cudzą strzechą, przyjąwszy sakramenta, wyzionął ducha bohaterskiego, a dłoń żony, ani dziecka oczu mu nie zawarła; ścierpiał to nie stękając i położył się po męsku na spoczynek wiekuisty. Ciało jego wdowa, pieszo idąc przed wozem, przewieźć kazała do Karlina... Tak czynnego i zajętego publiczną posługą, jak było jego życie, znaleźć trudno; wszędzie go masz, gdzie tylko powołuje sprawa wspólna; zdaje się, że za nieznanych swych dziadów i pradziadów, późniéj od innych będąc powołanym, zapłacić chciał głową i ręką. Począwszy od bitwy pod Sokalem, gdzie owo sławne cięcie w szyję otrzymał, za które Tatarowi odpłacił, nawpół go rozpłatawszy jak szczupaka, żadnéj nie minął potrzeby... Tuż zaraz, ze świeżą jeszcze blizną, już go z Firlejem widzimy w Prusiech, aliści wprędce potém na Rusi z Tatarami się uciera, w przestankach, żeby nie spać, na Litwie, byle harc zasłyszał, próbuje szabli. Czasu pokoju jeździ, posłuje, komisarzuje, uczy się, nie spoczywając chwili. Z Tarnowskim był pod Obertynem, gdzie znowu szramą przez łeb od Wołocha został naznaczony, a było to cięcie nielada, bo z niego pól roku się lizał, i zawsze czuł po niém bole w nadwerężonéj kości. To mu jednak nie przeszkodziło bronić Czerkasów z Daszkiewiczem i być na wyprawie z Radziwiłłem i Tarnowskim, a potém ucierać się znowu nad Seretem. Mało znane są napaści tatarskie w ostatnich latach panowania Zygmunta Starego i pierwszych syna jego, choć cząstkowe i drobne, ale prawie nieustające: były to harce pograniczne, nie mające rozgłosu wojny, choć w nich życie narażało się jak w wielkich bojach; Hrehory szczególniéj je lubił i żadnych z tych godów nie opuścił bez udziału. Nikt tak może nie umiał, jak on, zaczaić się, zaskoczyć i podejść, a w potrzebie czoło postawić i twardo placu dostać. Gdzie on był, pewne zwycięstwo, bo życia nie szacował i panu Bogu je ofiarując za grzechy, na każdą potyczkę szedł jak na śmierć, nie oglądając się za siebie. Kiedy Tatarów nie stawało, a cicho napasłszy się siedzieli, ruszał do Inflant, aby nie próżnować, i tam cudów dokazywał w podjazdowéj wojnie, do któréj się był wprawił przez wiek cały. Ręki zaś po zapłatę ani do króla, ani do kraju nie wyciągnął ni razu; mijano go, milczał, a gdy drudzy oburzali się na niesprawiedliwość, odpowiadał im z dumą szlachetną, że nie jest jurgieltnikiem pańskim, ale sługą bożym, i od Boga w niebie nagrody, nie od ludzi na ziemi wygląda. Obok rycerskiego ducha, była w nim i wielka wiara i wzniosła pobożność, bez któréjby takie dzieła dokonane być nie mogły; one tylko siłę dają do czynów bohaterskich — nie rodzi ich duma ludzka, ani krew, ani żądza sławy... Umierając, cieszył się Hrehory Szyjowy, że dwóch po sobie godnych imienia synów zostawił, obaj już byli mężowie dojrzali, obaj szli już tą drogą, którą im rodzic wskazał, swoim przykładem. Starszy Paweł, masz go tu na portrecie, wykapany ojciec — rzekł starzec, wskazując drugie płótno — ale już w téj twarzy jest coś więcéj, coś inaczéj, niż w pierwszéj: strój staranny, same rysy wydelikatniałe, oko patrzy rozumniéj i bystrzéj; obok wojownika, masz już i człowieka rady; na czole trochę ambicyi, której śladu w pierwszym nie było, i nieco więcej dumy, chociaż poczciwéj... Domyślasz się, czujesz, że to ojciec rodziny, która między pierwszemi zasiąść będzie miała prawo. Obok niego masz młodszego brata Wasyla, który, jak powiadają, do matki był podobny; twarz ponura, ale charakter w niéj potężny; cały w żelazo. okuty, pułkownikowska buława w prawicy, broda w pas, dziko patrzy, ale i walczył też z dziką odwagą na polach bitwy swojego czasu. Paweł jest naddziadem naszym, Wasyl głową młodszéj linii, która dziś już wygasła, poszedłszy w innym cale kierunku. Po wielkim Hrehorym zaraz rozdwoił się ród nasz i poszedł dwiema gałęźmi, dwiema oddzielnemi drogami, że już o potomkach Abrahama nie wspomnę, o których bohaterstwie wiecie... Paweł zbliżył się do panów i dzieci jego już zasiadły w senacie i u boku króla; potomstwo Wasyla, więcéj szlacheckie niż pańskie, przewodniczyło w ziemi i powiecie, związkowało, konfederowało się, hałasowało na sejmach i w każdym rokoszu réj wodziło. Buta Glińskich z ich krwią i rysami, poszła przez Wasyla do téj linii zawadyaków, rębaczy i wichrzycieli... Ale powróćmy do naszego Pawła...
— A nie będzież to późno? — przerwał ksiądz Mirejko wstając — panie chorążycu dobrodzieju, sen tylko przed północą zasila...
— Zawsze zanadto śpiemy, choćbyśmy najkrócéj spali — odparł starzec rozogniony opowiadaniem — zresztą, wyście już nieraz na wyrywki słyszeli o moich Karlińskich, a wam dla mszy świętéj i pacierzy wcześniéj pójść potrzeba; nie róbcie ceremonii... Może i wam — dodał zwracając się do Aleksego i Justyna — nudno już słuchać starego zrzędy?
— Ja za nic nie odejdę, i nie jednę, ale wiele każecie nocy słuchać was gotów — żywo odezwał się Aleksy.
— O! i ja też! — rzekł Justyn — i dlaczegóż? dla snu mielibyśmy was porzucić?...
— Mój stryju — zawołał Julian — nie sądź nas tak surowo, i nie myśl o spoczynku, chybaby tobie był potrzebny...
Stary uśmiechnął się.
— Mnie! mnie! spoczniemy w trumnie! — odpowiedział — sen to zadatek, który dajemy śmierci... nie myślcie o mnie; choć stary, więcéj jeszcze od was wytrzymam, bo ducha w sobie krzepię, a na ciało nie zważam.

XXV.

— Cóżem mówił? o Pawle? — Nie ustąpił on ojcu, pracował jak on, ale choć nigdy poświęcenia nie skąpił, już o sobie, o domu, o prywacie nie umiał tak zapomniéć jak ów wielki Hrehory; już dwory budował, już gospodarzył zabiegle, już mu głowa bolała o zamożność domu, o podźwignienie rodziny. Żonaty z Szamotulską, wyszedł ze swego starego gniazda i związał się z familią, która zbytek razem z fortuną nam wniosła. Wiecie czy nie, jak żyli dawniéj panowie i kniaziowie na ziemi naszéj, póki do nas wpływ powoli niewieściejących już prowincyj nie przyszedł? Niewiele żywot ich różnił się od ubogiego szlacheckiego, a jeśli czém, to dworem, to liczbą ludu zaciążnego, to ubogiemi, co się przy nas żywili, to szafunkiem obfitym prostych darów zebranych na własnéj ziemi. Pieczono woły i barany na obiad, ale ich nie przyprawiano i nie podawano na srebrze; kożuch barani powleczony szaraczkiem służył na codzień, a niedźwiedźnia od wielkiego dzwona. Jéjmość przędła z dziewkami swemi i kuchnią się zajmowała sama; dzieci chodziły boso, ale gdy Rzeczpospolita zażądała posiłku, postawiono ludzi i sypnięto grosza popańsku. Niczém było zahartować majętności ojczyste, aby opłacić ludzi, których się swoim sumptem wiodło na wojnę, a ten, co krupnik z wędzonego półgęska jadał na wieczerzę, pułk stawił nie stękając, lub posłując o swym koszcie, prezenta dawał koronowanym głowom ze swojéj szkatuły, dwór sztyftował, występował popańsku, nie pytając, czy mu kiedy skarb Rzeczypospolitéj powróci ekspensa. Powróciwszy do domu znowuż kożuch wdział na się i w jaglanéj kaszy smakował. Zbytek nie wszedł nagle, zarazem, ale się wkradał powoli; wniosły go i czasy i ludzie, a najbardziéj małpiarstwo cudzoziemców, przed któremi sromaliśmy się tego, czémby się chlubić należało. Za Jagiełły, sam król na sianie sypiał a miedzianego kubka do umywania zażywał; za Zygmuntów już siano i pacholętom królewskim śmierdziało, a nalewki mosiężne pooddawano do zakrystyi, żeby się ich uczciwie z oczów pozbyć, wedle starego przysłowia: Na tobé Boże, szczo meni ne hoże. Niczém to te drobnostki, ale bądźcie pewni, że inny człowiek wstaje z siana, a inny z puchowéj pościeli. Paweł rodził się za Zygmunta Starego, a umarł za Zygmunta Szweda; przeżył żywotem czynnym najważniejszą może chwilę w bycie narodu, kryzys, która stanowiła o przyszłości, przesilenie ostateczne. W r. 1607, gdy umierał, już prorocze oko dostrzedz mogło zarody wszystkich klęsk późniejszych; ale jeden tylko naówczas był prorok w Polsce, wołający z kazalnicy jak Kassandra o upadku, który drugim niepodobieństwem się zdawał; przepowiadający wszystko, co za grzechy przecierpiéć musieliśmy. Wiatr rozwiał słowa natchnionego Skargi, i dziś dopiéro pałają nam one światłem wieczném. Paweł już był z ojcem w Inflantach przeciw Iwanowi Bazylewiczowi; bił się mężnie pod Wenden; z Polubińskim zrazu chodził dla rycerskiéj wprawy; potém z Łaskim w Multanach już wojował postaremu, ojca naśladując i dokazując poojcowsku. Nie stało tu wojny, zabrakło roboty, Paweł się wprosił z Bykowskim na poselstwo do Moskwy i z nim razem niewolę przecierpiał. Dopiero go w r. 1570 puszczono przy trzyletnim rozejmie. Ojciec jeszcze na to wszystko patrzał, bo był żyw, i gdy Paweł powrócił mu przed śmiercią zarosły, a wynędzniały do niepoznania, bo z saméj tęsknoty, a nieczynności wychudł i wymizerniał... tylko go po głowie pogładził, a nie chwalił i nie rozczulał się nad nim, bo nie chciał ani wbijać go w dumę, ani robić z tego zasługi, co było spełnieniem obowiązku. Za Batorego dopiero Paweł mógł się lepiéj, całkowicie dać poznać; wyborem nawet męża, którego śladami poszedł, dowiódł, że nie był już ślepém narzędziem i umiał rozeznać, dokąd różne wiodły drogi; trzymał się bowiem Jana Zamojskiego i stronnictwa królewskiego. Był pod Połockiem i Suszą, gdzie go i rana nie minęła, tak, że stamtąd musiano powieźć do domu ciętego okrutnie w biodra, i ledwie za łaską bożą, przez trafunkiem wynalezionego kędyś Greczyna, ziołami mu ranę zgojono; ale długo o kuli chodził, nim siadł na koń, bo mu było nogę przykurczyło. Innyby już potém miał się za wysłużonego, zwłaszcza że doma było co robić, bo mu się zrazu nie bardzo wiodło na mieniu, ale w owych czasach wstyd było jeszcze za piecem darów bożych używać, gdy te nie nam dla nas, ale tylko do szafunku rozumnego są powierzone. Już pod Byczyną z Zamojskim znowu Paweł się nalazł i wrąbał się w szyk nieprzyjacielski z aplauzem powszechnym; w r. 1594, gdy Tatarowie na Ruś wpadli, nie zaspał także i ścigał ich aż do granicy węgierskiéj się zapędziwszy; późniéj z Zamojskim pod Felinem jeszcze go słychać, a nie mniej tam od Farensbacha i hetmana dokazywał, bo niemal w téjże chwili, gdy Zamojskiego sprzączka od pasa salwowała, delią miał nawskróś przeszytą bez szkody. Ale tu koniec jego dzieła; dotknęło go, że w nic poszła i śmierć wojewody wendeńskiego, i to, co dokazywali, dobywając Felina, gdy później dla zatrzymanéj zapłaty, dla niedostatku z nieporządku pochodzącego, musieli stać daremnie w obozie z niechętném wojskiem, czas tracąc najdroższy. Zaniemógł Paweł gorzej duszą, niż ciałem, razem z hetmanem, zwątpiwszy o wszystkiém; i z pod Wejsensztejnu do domu spocząć pojechał. Od inflanckiej téj potrzeby zamknął się i cały oddał nabożeństwu, pogrążony w jakimś nieopisanym smutku, tak że prawie mówić zaprzestał. Zapuścił brodę, wdział suknię tercyarzy i koadjutorów zakonu Jezusowego, różańca z rąk nie rzucał i przed ołtarzem pokojowym, na którym dzień i noc paliły się świece u obrazu Najświętszéj Panny, resztę życia na klęczkach strawił, tak że mu pod koniec na nogach, zmordowanych od ustawicznego klęczenia, ustać już było ciężko. Przychodzących z interesami odprawiał do żony i syna, odpowiadając, że wszelkie sprawy obojętnemi mu były, krom spraw zbawienia. W roku 1607, czasu rokoszu, gdy mu doniesiono, że Wasyl, brat jego, rozsiekany został, napadnięty będąc przez partyzantów królewskichkędyś w gospodzie, uczuł to tak mocno, że go nazajutrz na ziemi przed ołtarzykiem znaleziono bez ducha.
Paweł jest poważną i wielką naszych szlacheckich czasów postacią, ale to już nie Hryhory Szyjowy; więcéj w nim rozumu może, mniéj uczucia, a i słabości ludzkiéj nie mało. Już mu i wielkość i dostojeństwa smakują, choć na dobre obraca siłę, jaką z nich ciągnie; już majętność dlań choć nie na pierwszym, ale w wielkim względzie. Koniec jego, w którym odezwało się uczucie i osłabła wiara w rozum ludzki, pewnie niemniej piękny od ojcowskiego, bo zwiastuje pokutnika namaszczonego, uznającego grzechy swoje i dźwigającego się od ziemi ku niebu.
Cale inną drogą poszedł Wasyl, ożeniwszy się z szlachcianką Korbutówną, choć pan imieniem i mieniem, ale szlachcic sercem i z umysłu unikający panów, a z buty i jakiegoś niepokoju w charakterze zawsze wiążący się z wichrzycielami i stający przeciwko władzy... Takim go natura stworzyła, a przerabiać się nie myślał; choć broił, nie grzeszył może, bo mu się sumiennie zdało, że to, co czyni, dla dobra publicznego robić powinien. Ani to było bez ciężkich i nieustannych ofiar, a choć się dobił miłości szlacheckiéj panów braci, wiemy, że ta lepiéj jeszcze od łaski pańskiéj na pstrym koniu jeździ; dziś ukochany i noszony na rękach, jutro byle inny wiatr powiał, na szable mógł być wzięty. Gdyby nie męstwo, kilkakroć na związkach byłby życiem za prawdę śmiałą przypłacił, tak łatwo u tłumu o miłość i o nienawiść... Ktoś zawołał: — Zdrajca! Jezuita! Szwed! aliści nie pytając, skąd się to wzięło, czy z głupoty, z prywaty, lub z dobrego powodu, wszystkie demeszki z pochew się obnażały na obwinionego... Król Stefan, a bardziéj jeszcze Zygmunt znali go i niechętni byli Wasylowi, bo im bróździł, a wiedziano, że go ani kupić nie można, ani nastraszyć; kopano też pod nim dołki, że dobrze pod nogi patrzeć musiał, by nie padł. Wasyl za Stefana, choć z nim wyprawy odbywał i żołnierz był siarczysty, a gdy mu krew zapachła, nie pytał, o co się bili, waląc z drugiemi naprzód; zawsze tego mądrego króla miał w podejrzeniu o złe zamiary względem szlacheckiéj wolności, nie bacząc, że ta szlachecka swoboda najcięższą była tyranią i zguby zarodem. Przeczuwał on razem ze szlachtą całą, że co zbytnia powolność Jagiellonów nadała, rozum i miłość kraju odebrać im będą musiały; w Stefanie widziano wilcze zęby, łakome na swobody, i Wasyl nieraz na sejmie bryznął swą szlachecką dumą w oczy bohaterowi. Poszło mu to bezkarnie i ośmieliło więcéj jeszcze. Za Zygmunta III., przy powolniejszym charakterze monarchy i rozwijającéj się opozycyi, Karliński nasz coraz większą począł grać rolę. Wszędy go było pełno, skąd go rokosz zaleciał; jemu nawet przypisują, bo głowa była nie lada, owę sławną definicyę: — Co jest rokosz? — która po wszystkich rękopismach współczesnych przepisaną się znajduje. Gardłował na zjeździe w Stężycy, a gdy pod Janowcem Zebrzydowski się submitował, znać go już nie chcąc i pod sztandar cześnika litewskiego przeszedłszy, na Ruś pociągnął szlachtę przekabacać. Tu go śmierć zachwyciła w drodze od partyi Żołkiewszczanów, z którą się zetknął w gospodzie... Wasyl z małą był garstką, ale placu dostał i napadnięty bronił się do ostatka tak, że w szmaty rozsiekany, życiem męstwo swoje i stałość przypłacił...
Oba, Paweł i Wasyl, po jednym tylko zostawili synie, oba synowie poszli ojcowskim śladem; naszemu naddziadowi było imię Hrehory drugi; oto go masz na tym wizerunku zczerniałym, z którego dziś tylko męska twarz z Łaszczowa czupryną pogląda.
Chorążyc przybliżył świecę i wskazał Julianowi portret z kolei następujący; wisiały bowiem gienealogicznym porządkiem na dwa podzielone szeregi, dwie linie Karlińskich, od wielkiego Hrehorego początek biorące...
— Hrehory drugi — mówił pan Atanazy — urodził się w 1576 roku,.i już téż nie tak dziko i ostro jak tamci na nas pogląda; jest w nim coś pierwszych rodowych rysów, którym podgolona wysoko głowa i podniesione czoło szlachetnego wyrazu i niejakiéj dumy dodaje; strój na nim pański: rysia szuba jak u Radziwiłła, kołpak soboli, a spięcia-by za nasze dzisiejsze majątki nie kupił. Ten ogromny karbunkuł przy delii to sławny kamień na jakimś hanie tatarskim zabrany, za który w Paryżu dziad nasz, a twój pradziad, panie Julianie, Tymoteusz Polikarp, wziął milion liwrów, i zjadł je na dworze Ludwików.
Czuł i Hrehory drugi, że nie przyszedł na świat, by się stroił, pieścił, dogadzał swojéj osobie i za prywatą tylko gonił, ale jego poświęcenie się było samym charakterem czasu ograniczone; czynił wiele, gotów był poświęcić wszystko, a ludzka słabość miała już przecie udział w tym heroizmie. Pierwsze jego pole było pod Lubniami z Żółkiewskim, gdzie u boku zacnego wojownika tak sobie świetnie począł, że jednym harcem na całe życie sławę pozyskał, ująwszy swoją ręką jednego z przywódców kozackich. Nie opuścił téż inflanckiéj potrzeby, na którą z Zamojskim chodził, pod Kokhausen począwszy, a dotrwawszy z ojcem aż do Wejsensztejnu, wszędzie z chwałą się potykał, przechodząc z pod chorągwi do chorągwi, od wodza do wodza, gdzie ciepléj było. Nie będę wyliczał co robił do 1640, to jest do śmierci swojéj, bobym znowu powtarzać musiał i potrzeby wszystkie, i sejmy, i komisye, i poselstwa sławniejsze, jakie pod te czasy miały miejsce; powiem raczéj ogólnie, że Hrehory drugi szczeblem wyżéj posunął znaczenie familii, zasiadając krzesło ważne w senacie, żeniąc się z córką wielkiego domu i pomyślnie pomnożywszy fortunę. Stanowisko, jakie zajął, oddaliło go od potomka Wasylowego, Iwana, który podupadł i daléj drogą utorowaną idąc, nie myślał tylko jak się ojcowskiéj pomścić śmierci. To było zadanie życia całego nieszczęśliwego Iwana, przezwanego Kokoszką, nie wiem od czego.
Ale niechże-no wprzód skończę o Hrehorym, bo Iwan a on nic z sobą wspólnego nie mieli oprócz imienia; i tego nawet, gdy mu pomagać do zemsty nie chciano, tylko co przez wstręt nie rzucił, mając zamiar herb sobie przemienić i od majętności się przezwać, choć do tego nie przyszło.
Hrehory nabywszy sławy w bitwach, nie chronił się ich i nadal, ale więcéj, jako człowiek wielkiéj głowy i zręczności, do poselstw i traktacyi przy boku królewskim był używany. Należał on do tych przyjaciół! poufnych Władysława, syna Zygmunta, którzy z nim młodość, zabawy i wszelkie dzielili losy. Pan to był, co sobie serca jednać umiał, bo sam téż miał serce, a kiedy zań majętnością, zdrowiem i pokojem zastawić się było potrzeba, żaden z tych, co do jego koła należeli, nie szukał wymówek. Hrehory dwa razy całe swe zahartowywał dobra, i po wstąpieniu na tron Władysława nie odstępował go ani na chwilę, a łaską królewską ogromnie przyczynił ojczystych majętności. Wielkich to cnót był mąż, ale i wielkich słabości: przepych lubił, biesiad i uczt nie opuszczał, w fraszkach się kochał, a ludzi swoich niemal co roku inną barwą przestrajał. Z drugiéj strony, równie hojny na kościoły, mało którego w swojéj ziemi nie obdarzył to obrazem z Włoch sprowadzonym, to kielichem, to sumką na altarzystę, to kosztem swym do fabryki się przyczyniając. Śmierć zaskoczyła go niespodzianie, gdy po królewicza Kazimierza do Francyi miał jechać; zasłabł nieco, lekarz królowéj, Francuz, dał mu jakieś Electuarium na noc, ale nazajutrz już go nie stało.
Iwan Kokoszka, brat jego stryjeczny, dobrze go na tamten świat poprzedził; po śmierci ojca zrobił był votum cale nie chrześcijańskie, pomścić się jego zabójstwa, i dopóty doma nie nocować, dopókiby wszystkich napastników, krwią Wasyla zbryzganych, nie wygubił do jednego. Miał nazwiska ich spisane na karcie, i dobrawszy sobie szlachty poczet nie mały, po kolei się za niemi uganiał. A gdy mu w trakcie tego do domu zajechać przyszło i dni parę zabawić, żeby swego ślubu nie złamał, namiot w podwórku rozbijać kazał i tam noc przepędzał. Trzech tak już z owych Żółkiewszczan zabili, czwartego utopiono w stawie, reszta szukała wszelkiemi sposoby zgody, gdy Iwan powadziwszy się z pijaną hałastrą Radziwiłłowską o postawienie koni w szopie na trakcie Zamojskim, do jednego z nich z pistoletu strzelił, nieszczęściem chybił i cięty od niego, haniebnie poległ... Po nim została żona, córka, która wkrótce poszła za Wessla do Inflant i syn Wasyl Iwan siedemnastoletni.
Ta niecna zemsta zabrała mu życie mizerne, spędzone w krwawéj pogoni, tak, że o duszy swéj, o posłannictwie pomyśleć nie miał czasu. Ale dajmy już pokój téj linii, która tak marnie zeszła, wichrząc i gubiąc się dobrowolnie. Bóg tak chciał dla przykładu widać, byśmy przed oczyma mieli losy potomków, dwóch braci rodzonych. Oba oni wzięli w spadku jedno imię, równą majętność, wychowanie jednakie, przecież widoczna łaska boża jednego powołała do lepszych losów, do wyższych miejsc, drugiego strąciła z wyżyny na barłóg Hioba.
Hrehory nasz zostawił pięciu synów z Zabrzezińskiéj, a choć fortuna była ogromna, podział jéj na głów tyle byłby Karlińskich między szlachtę zepchnął, gdyby nie wola boża, która snąć jeszcze rodziny naszéj na coś potrzebowała, i żadnej siły jéj do działania koniecznéj odebrać nie chciała. Z tych pięciu jeden tylko wziął po ojcu spadek cały, dziwném losu zrządzeniem; zrazu bowiem nie dzielili się fortuną.
Najstarszy z synów, Ignacy, kasztelan międzyrzecki, urodzony w pierwszym roku siedemnastego wieku, miał już lat czterdzieści, gdy ojciec go odumarł; objął tedy ciężar spraw i interesów na swe ramiona, wyręczając drugich.
Brat jego Jędrzej, o dwa lata odeń młodszy, oboźny koronny, łaską królewską wsparty, i cały pobożności oddany, ani chciał słyszeć o wsi i mozołach gospodarskich, rad z tego, co mu brat dał z łaski. Zaraz o nim szerzéj niż o innych opowiedzieć będę musiał, bo po Hrehorym wielkim to była perła i słońce rodziny naszéj.
To mówiąc, chorążyc krzyż z koroną cierniową, wiszący na piersiach, ucałował gorąco i tak mówił daléj:
— Trzeci brat, Zygmunt, przed ojcem jeszcze umarł, ze Stefanem Chmieleckim walcząc na Rusi; napadła go obozowa febra, kilka miesięcy z nią się pasował, aż nareszcie pod namiotem go wzięła; umarł, głowę nie na miękkich poduszkach, ale na twardéj złożywszy kulbace... całując napierśnik, na którym krzyż i Matkę Boską miał malowaną.
Czwarty, Pietrasz, nie wiem czy z własnéj, czy z ojca woli poświęcił się stanowi duchownemu, był nominatem na biskupstwo chełmskie. O tém... potém...
Piąty, Włodek, skromny i pobożny, ukochane matki dziecię, choć go Hrehory kierować chciał inaczéj i do wojny sposobić w miejscu wcześnie zgasłego Zygmunta, do nóg rodzicowi upadłszy, łzami je oblewając, uzyskał pozwolenie wstąpienia do klasztoru XX. Bernardynów. Był to człowiek świątobliwości wielkiéj i nie mniejszéj pokory; z kolei powiem o nim więcéj, bo przed Bogiem lepszy on był od wielu tych, co sądem ludzkim nad nim górują; teraz powrócić muszę do głowy rodziny Ignacego, kasztelana międzyrzeckiego.
Ignacy był dobrym synem kraju, jak jego przodkowie, masz go tu na tym wizerunku — piękniejszéj i wyrazistszéj twarzy zobaczyć trudno; ale to nie rycerz Hrehory, nie Paweł nawet; piętno czasu wyryte jest na jego obliczu wspanialłém, spokojném, powagi pełném, ale zdradzającym więcéj męża rady i dworaka niżeli wojownika.
Przy starodawnym stroju, błyskotki i dodatki wskazują człowieka, który dba o to, jak się okaże, i sąd ludzki ma na oku nawet gdy o powierzchowność chodzi, znać, że chciał być pięknym i wydawać się wspaniale. Niedźwiedzią delię zastąpiły sobole, przy nich atłasy, aksamity, lamy, spinki, guzy, a złota i świecideł pełno. Toż samo na twarzy, któréj wyraz szlachetny, wzniosły, coś ma już w sobie przymilającego się, uśmiechnionego, słodkiego. Jest to nasionko drobne téj zalotności nie męskiéj, z jaką późniéj pokolenia całe dla przypodobania się światu wyrzekły Boga i sumienia. W tym człowieku zniewieściałość i zalotność nie dochodzi jeszcze tak daleko, ale już jest in nuce.
Był to znakomity, jak podówczas zwano, statysta, ale urodzony w epoce, w któréj słowo zaczęło więcéj znaczyć od czynu, uwierzył w jego wszechwładność, zakochał się w jego dźwięku. Pan Bóg obdarzył go łatwą i świetną wymową, pamięcią wielką, postawą piękną, głosem donośnym i mile brzmiącym; okoliczności uczyniły go oratorem. Mówił wszędzie, gdzie tylko znalazł uszy ku słuchaniu, a dbał wiele o wrażenie, jakie na publice uczyni, na sejmach, gieneralne, dziękując i przymawiając się do serc panów braci, przy marcepanach i kruszeniu tarczy, w domu, kościele, trybunale, popisywał się z wymową swoją, w któréj w istocie więcéj było blasku i rozgłosu, niżeli myśli i treści. Maluczka drobnostka wystarczała mu na długą perorę, pamięć do niéj materyały dawała z biblii, świata starożytnego, poetów i historyków, z mówców i filozofów; wszystkiego tam było potrosze, a najmniéj swojego. Rzadki talent i ogromna nauka zrobiły zeń smutnego mówcę, z profesyi pochlebiającego tłumowi; połechtana pochwałami próżność, zwiodła go z drogi prawdy na manowce, wśród których spotykał oklaski i przymilenia, odpłacające mu jego własną monetą...
Chłodny, praktyczny, ale przytém praw, miał jeszcze w sobie coś tradycyonalnie rycerskiego, i nie splamił się w długiém życiu żadną prywatą, chociaż przeżył ciężkie lata próby od Zygmunta III do Jana, naprzód pod okiem ojca, potém już sam głową rodziny i domu. Całą niepodzielną majętność objąwszy po Hrehorym, musiał pracować dla wszystkich, i podołał temu zadaniu, ale ono z oratorstwem razem cały czas jego, całe pochłonęło życie. Wprawdzie, od najpilniejszéj osobistéj sprawy gotów był zawsze odbiedz dla potrzeby krajowéj, publicznéj, ale go ta już nie tyle co poprzedników zajmowała, już jéj nie miał przed oczyma, jako pierwszego i najważniejszego powołania swojego.
Jedyną jego wyprawą wojenną była potrzeba 1634, w której królowi pod Możajsk towarzyszył; potém przezeń użyty do traktacyi Polanowskich, dał w nich dowód niepospolitych dyplomatycznych zdolności. W następnym roku jeździł z poselstwem do Moskwy, potém z Ossolińskim do Ratysbony, następnie do Kurlandyi i do Francyi. Zewsząd się jakieś licho do domu przywiozło. Za Jana Kazimierza, wśród zawieruchy i niepokojów, czynniejszy był jako poseł królewski do związkujących, do kozaków z Kisielem, do Szwedów, niżeli na placu bojowym; nie winię go za to, że do partyzantów królowéj z Wydżgą należał, bo w tych praktykach może dobro przyszłe kraju upatrywał; gorzéj mi przykro widziéć go wszędzie pracującego tylko usty i słowem, wiodącém do intrygi i spiskowania. Za Korybuta z Sobieskim znów się związał, co mu pod następném panowaniem na dobre wyszło. Ostatnią jego czynnością były układy Andraszowskie, do których wpływał wielce, przyczyniając się do zawarcia rozejmu, bo potrzebę jego dla kraju silnie uznawał, i choćby z ofiarą pokoju pragnął. Kilka lat jeszcze spędził w domu, nie mieszając się już do spraw publicznych, bo go pedogra trapiła, nogi miał opuchłe i z krzesłem go noszono, tak obezwładniał całkowicie. Kilku starych przyjaciół dotrzymywało mu placu, a tym on z wielkiéj księgi mowy swoje, listy pisywane do znaczniejszych osób, przymówienia się, oracye odczytywać lubił i rozprawiać z niemi o ludziach i dziejach swojego czasu. Mąż to był, mimo swych słabostek, powagi wielkiéj i sumienia nieposzlakowanego; wobec nas, drobnych jego potomków, to jeszcze postać zawstydzająca swą wspaniałością, to jeszcze mąż ofiary i człowiek stanu... ale obok Hrehorego i jego syna, to już plemię skarlałe, to już upadek zwiastujący człowiek... O! jak-eśmy od nich, jak-eśmy daleko odeszli! Nie popełnił on nic, coby mu zarzucić można; dobrego uczynił wiele, ale mógł więcéj jeszcze; już w nim powoli zacierało się przekonanie o posłannictwie szlachty i panów, a rozpieszczona istota wmawiała w siebie pocichu, że dobro, którém ją Bóg obdarzył, dla niéj tylko saméj było dane. Byłby oddał, co miał, ale czułby ofiarę i stękał na nią; spadek po dziadach zdawał mu się własnością jego, spuścizną osobistą, sprawiedliwém dziedzictwem, a o ciężarach sumienia do niego przywiązanych zapomniał.
Mało co młodszy od niego brat Jędrzej, oboźny koronny, był może ostatnim z rodziny mężem prawdziwie godnym pamięci nieśmiertelnéj, choć tak dalece zapomnieliśmy o nim, że ledwie w zbutwiałych papierach rodziny ślad wielkiéj jego myśli i serca pozostał. Nietylko zabyty, ale wzgardzony i niezrozumiany za żywota, jak wszyscy, co czas swój wyprzedzając wskazywali mu ciężką drogę postępu, Jędrzej począwszy świetnie, wołał znijść z wysokiego stanowiska, niż wyrzec się przekonań swoich. Odziedziczone przezemnie i pierwszy może raz od dwóchset lat dotknięte ręką i okiem papiery po Jędrzeju, dozwalają mi o nim powiedziéć ci obszerniéj, bo téż wart zaprawdę tego. Spojrzyj, uchyl głowy, to on...
To mówiąc, chorążyc, ręką od wzruszenia drżącą przybliżył świecę i ukazał ciemne płótno, wśród którego z trudnością rozeznać było można wizerunek z twarzą posępną, surową może, zamyśloną, ale uderzającą ogółem rysów, napiętnowanych jakiémś natchnieniem religijném.
— Nieprawdaż — odezwał się — że to oblicze, po którém odrazu poznajesz człowieka, co nie pokłonił się ni razu bałwanowi świata, zwyczajów i względów ludzkich, co się nie ugiął przed siłą, nie padł przed wielkością, której nie uznał, i ni razu nie skłamał niczém, słowem, czynem ani milczeniem! Co za wejrzenie szczere, głębokie, potężnie sięgające do serca, co za czoło-świątynia, jaki uśmiech litości na tych wargach, których pocałunek ludzkich namiętności nie dotknął? Rycerz to Chrystusowy w zbroi cały, włos krótko ucięty, odkryta głowa wypełzła od myśli gorących, na szyi, na wstędze przypatrz się, ten sam krzyż, jaki widzisz na mnie, obwity cierniową koroną... Przy nim księga, na któréj spoczywa dłoń męska, nieforemna, spracowana, ale silna... druga sparta na rękojeści od miecza, mówi, że gotowa stanąć w obronie prawdy.
Wychowany przez jakiegoś mnicha, który był domowym u Hrehorego i Jędrusia z dziecka polubił bardzo, musiał wpływowi jego być winien kierunek, jakim poszedł w całém życiu pózniejszém. Mnich ten, którego zwano ojcem Dyonizym, z nazwiska rodzinnego nieznany, surowy był i dziwaczny w oczach ludzi pospolitych, ale pobożność jego i czystość zmuszała przebaczyć wybryki niekiedy przykre, jakich sobie nietylko z dworskiemi, ale z samemi gospodarzami pozwalał. Jędruś jego i on małego Jędrusia do szaleństwa kochał, uczył go, chodził z nim i do lat niemal szesnastu z rąk nie puszczał. Wkrótce po odesłaniu do szkół Jędrzeja, Dyonizy umarł z tęsknoty, ale duch jego pozostał żyw w piersi wychowańca. Ze zdumieniem postrzeżono w nim, iż jakby dopiéro co z lasu wyszedł, oburzał się i dziwił temu, co innych wcale nie zastanawiało, nie zmilczał zapytany nikomu, gdy szło o prawdę, nie pobłażał, a zgromiony upokarzał się, nie poświęcając przekonania swego. Oddany do wojska, jeszcze za Zygmunta III, z Władysławem królewiczem odbył kilka wypraw i tak się do niego przywiązał, że go już nie odstąpił.
Nie sądźcie jednak, by zbliżywszy się do dworu i pana, postradał tę świętą szorstkość i prawość charakteru, jaką się w młodości odznaczał; pozostały one w całéj swéj mocy i sile, ale świat dziwny z nich zrobił użytek. Jędrzej tak był prawdomówny, nieulękniony i niepoprawiony niczém, że wielkość jego charakteru w oczach zepsutych wydawać się musiała dziwactwem. Królewicz, Kazanowscy, Ossolińscy, Denhoffowie i inni śmieli się, świętokradzcy, z Jędrzeja jak z błazna dworskiego, a że im dawał powód do igraszki, wodzili go z sobą, podżegając jeszcze do wyskoków, które na nich innego nad wesołe i przelotne nie robiły wrażenia. Jędrzej zaś trwał na przykrém stanowisku w tém przekonaniu, że choć sam ucierpiał, słowem i przykładem kiedykolwiek musi uczynić wrażenie i choć jednę ocalić duszę... Narzekał więc, nie zważając na śmiechy — na zepsucie, ostygnienie, zniewieściałość, zbytek, zgubienie z oczów celu wyższego — a choć to w żart obracano, zbić się nie dawał ironią i szyderstwy.
Kilkakroć prawdy gorzkie, które mówił wszystkim, krwią podpisywać musiał, — ale i to go nie poprawiło; owszem co chwila wspaniałéj rozwijała się ta postać prorocza, potężna, co dla zepsutych swych towarzyszów służyła za pośmiewisko, a dla nas jest olbr