Strona:PL Kraszewski - Powieści szlacheckie.djvu/133

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

Gwałtownie rozgniewany na wojewodę, udał się do Czerczyc dotknięty do żywego i trzy dni na podagrę ciężko odchorował.
Pan Tadeusz równie z nim przemyśliwał o ożenieniu, ale nie brał się do niego; byli życzliwi i nowi przyjaciele, co mu swatali różne panny, ale ich prosapia nie przypadała do smaku, ani stolnikowi, ani Siekierzyńskiemu; chcieli oba wielkiego, bardzo wielkie go imienia. I nie śpieszył się nasz bohater do ołtarza, a ile razy wspomniano mu ożenienie, kobiety, wzdychał dziwnie i zdawał się z jakąś myślą, z jakiémś wspomnieniem pasować. Sam sobie zostawiony, ponury był i zasępiony; nic mu nie smakowało, a w przyszłość patrzał jak skazany na żywot ciężki, w którym niéma ani nadziei, ani uśmiechu pogody. W początku pobytu na wsi, w czasie procesu, zajęcie, walka, ciągłe jéj zmiany, zajęły go tak żywo, że się zdawał oswajać z położeniem swojém; teraz w miarę jak spokojniejszym był i na wsi gospodarzem tylko został, nigdy uśmiech weselszy ust mu nie rozwiązał, nigdy czoło się nie rozchmurzyło. Zdawał się żałować przeszłości? czego? nie wiem! tak często żałujemy kłopotów i trosk przebytych nawet! czując, że z niemi uroniliśmy nieodzyskaną cząstkę życia! Stolnik napróżno starał się go rozruszać, rozbawić i pokrzepić, wreszcie spluwał mrucząc:
— To to nieszczęśliwe zgubiło go kupiectwo i sumienie go gryzie! sumienie! plama niestarta! byłem pewien, że to uczuć musi prędzéj, późniéj! Gdyby się ożenił!
Ale gdy mówiono o ożenieniu, coraz chmurniéj Tadeusz spuszczał czoło i uparcie milczał.
— Cóż tandem będzie? — rzekł raz stolnik — myśl asindziéj, myśl, nie bierzesz się, nie szukasz, a latka płyną... Jeśli dziś nie łatwo co znajdziesz, cóż dopiéro potém?
— Panie stolniku! — rzekł zbierając się na odwagę Siekierzyński — wszak szlachcic, który się żeni bodaj z... mieszczanką (wymówił to z nieśmiałością) nie traci przez to szlachectwa, sam, ani jego dzieci, owszem nadaje żonie.
Stolnik porwał się na spuchłe nogi, wlepił w niego oczy wielkie zaiskrzone, padł na krzesło i stukając ręką, rzekł:
— Co mi to waćpan prawisz znowu? Ha! ha! widzę, co się święci! Coś lubelskiego za pasem!
— Ja się pytam.
— A po kiego dyaska-byś się pytał, gdyby co nie było w tém?
— No, a gdyby i było?
— Jeszcze tylko tego ci braknie! — burzliwie krzyknął pan Kornikowski chwytając się za głowę i z rozpaczą dodał: — Idź i czyń, co ci się podoba, ale wyprzyj się mnie, mojéj znajomości i opieki i imienia ojcowskiego i originis suac. Tak! tak! prochy