Strona:PL Kraszewski - Powieści szlacheckie.djvu/393

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

prawo nazywać się ich krewnemi, są dla nich wstydem, kalectwem, a nie rodziną...
— Wiem, że mi dotąd nigdy uczuć tego nie dano...
— Widać, że masz rozum i na to się nie narażasz! Rób, co ci się zda, ale co prędzéj to lepiéj cofnij się, mój Aleksy... Pamiętasz, jak-eś mi opowiał kiedyś o tym Niemcu, co to woził lwy i tygrysy... co to je bił i rozkazywał im, póki niespodzianie raz posłuszne zwierzę nie rozdarło nieostrożnego przyjaciela... ja zawsze odtąd w tych Karlińskich twoich obawiam się lwów i tygrysów...
Aleksy się rozśmiał.
— Kochana matko! nie znasz Juliana, a nadewszystko Anny!
Drabicka spojrzała mu w oczy, ścisnęła ramionami...
— Znam pannę Annę, święta, poczciwa, zacna, wszakże tu i w Żerbach bywa i dosyć spojrzéć na nią, żeby ją pokochać... ale... taki to pani!
— Mamo! to stare uprzedzenie!
— Nieufność szlachecka... być może, ale człowiek człowiekiem; najświętszy ma swoje słabości... Gdyby panna Anna była małego szlachetki córką, tobym przed nią klękła! a tak... to się jéj boję...
— Bo jéj nie znasz, kochana matko...
— A spojrz-no na moje siwe włosy! Nie znam! Ty ją znasz lepiéj? oj! dzieciaku! dzieciaku!
Tyle tylko sam na sam z matką pomówić mogli; w dziedzińcu ukazał się zaraz pan Mamert Butkiewicz, za nim pan Pryscyan, za tym pani Celestynowa z Madzią...
— A toż lepsi? — spytał pocichu Aleksy.
— Ot, powiem ci — żywo odparła Drabicka — już ich wolę, bo odrazu, jak ich widzisz, tak ich pisz, nie potrzebujesz sobie nad tém głowy łamać, co u nich za pazuchą...
— Sługa uniżony, pani dobrodziejki — przerwał bogaty pan Mamert — a! i pan Aleksy! gość wielki! jakżem szczęśliwie trafił.
— Moje uszanowanie! cha! cha! — zawołał nadchodzący pan Pryscyan — a! jak się tam pan ma?
Nie wiedział nieszczęśliwy elegant, że zakochana wdowa, która mu się już dosyć naprzykrzyła, w ślad szła za nim i zmieszał się trochę, gdy ją wystrojoną zobaczył w ganku z Madzią nieodstępną i parasolikiem, na którym, unikając kijka, podpierała się dla niezmiernéj tuszy.
— Jakże gorąco!... — sznurując usta, przerwała wdówka — Madziu... stój przy mnie... dzień dobry panu Pryscyanowi!
Pierzchowski ukłonił się z chłodną grzecznością pokrywającą żywe nieukontentowanie.
Potrzeba było gości wprowadzić do pokoju, bo w ganku pomie-