Strona:PL Kraszewski - Powieści szlacheckie.djvu/411

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    — Tak! ja-m winna! masz pan słuszność, muszę odpokutować za winę... oszczędzić mu zgryzot i żalu, z boleścią w sercu uśmiechnąć się do nieszczęśliwéj ofiary, którą wybiorę, i zatruć drugiemu życie...
    — Pani to bierzesz tak tragicznie!
    — Pan tak poziomo i obojętnie! Wszystko to dla pana jest niczém; kochać i saméj stargać węzeł najświętszy, własną ręką, z dobréj woli; udawać miłość drugą, gdy się wstręt czuć będzie, oszukać wreszcie biednego, który ze mną padnie ofiarą. Ha! — dodała śmiejąc się szydersko — co mi tam drudzy! niech cierpią! alboż ja nie cierpię także? Alboż szczęściu Juliana niewarto poświęcić kilku ofiar mizernych?
    — Mam więc słowo pani? — spytał prezes.
    — Słuchaj pan — odpowiedziała stanowczo — zrobię, co każesz, choć umrę; czuję, że tego nie przeżyję, ale-m się sama postawiła w tém położeniu i pokutę przyjmuję, to będzie jeszcze dowodem mojéj miłości dla niego; ale jeśli słowem, skinieniem, myślą zechcecie mi płacić za ofiary, zburzę wszystko, rzucę mu się na szyję i wyrwę go wam z rąk na wieki...
    — Proszę mi przebaczyć nieostrożne słowo...
    Zostaw pan mnie, co mam czynić i bądź spokojnym: nie cenię życia. Spiłam z niego, co było najlepszego, reszta nie warta ust... rozbiję czarę z ochotą... Poświęcę się z dumą, bo was przekonam, żem kochać umiała bez rachuby, i pójdę na męczeństwo bez obawy... Zostaw mnie pan ze łzami memi!
    Skinęła ręką, prezes odszedł powolnie do pokoju. Spełnił, co chciał, a w duszy przykre mu jednak zostawało uczucie; ta kobieta, nad którą chciał panować, z którą sądził się pewien zwycięstwa, zgniotła go wyższością uczucia i szlachetnością serca, czuł się upokorzonym wobec niéj; dopiął, czego chciał, a bolał, cel tylko osiągnięty pocieszał.

    XLV.

    Trudno wypowiedziéć, co się działo w duszy biednéj dziewczyny, gdy sama została po téj rozmowie z prezesem; pobiegła na ławkę w altanie, siąść na niéj nie mogła, rzuciła się na kolana, głowę zakryła rękami i płakała, płakała gorzko i długo. Ciężka ręka boleści i rozpaczy na chwilę uciskając ją, odjęła przytomność, czucie, pamięć, wszystko... nie wiem, jak długo byłaby tak pozostała, gdyby szukający jéj Aleksy, którego Julian sam wysłał niespokojnie się czegoś domyślając, a wstrzymany będąc przez prezesa, nie nadbiegł i nie przebudził. Podniosła głowę, była prawie nie do poznania!