Strona:PL Kraszewski - Powieści szlacheckie.djvu/413

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    Prezes postanowił udawać, że nie wie o niczém, i nie mówić mu ani słowa.
    Ledwie wstali od stołu, Julian, który przez cały czas siedział milczący, pochwycił Aleksego i odprowadził go na bok.
    — Co jéj jest? — zapytał.
    — Nie wiem, skarży się, że chora...
    — Prezes nic z tobą nie mówił?...
    — Ani słowa...
    — Widzę po nim, że coś wie, czuję, że mi będzie przeszkadzał, alem gotów.
    — Zbierz siły i obrachuj, mój Julianie — rzekł Aleksy — życzę ci ich, choć nie ufam w nie.
    — W tych, co się wam słabemi wydają, więcéj jest niż w silnych, którzy padają jak dęby od burzy... zegnę się, ale mnie nie złamią.
    Aleksy nic nie odpowiedział; prezes zażądał szachów, zawołał Juliana i wesoło się bawiąc od siebie go nie puścił na chwilę.

    XLVI.

    Nazajutrz dopiéro ukazała się Pola; Julian na twarzy jéj szukał rozwiązania tajemnicy, którą niespokojnie przeczuwał. Spojrzeli na nią ciekawie Julian i Aleksy, ale pomimo zmęczonych trochę oczów, bladości i wyrazu cierpienia, co wszystko z wczorajszéj choroby pochodzić mogło, niemożna było po niéj poznać wstrząśnienia, jakiego doznała. Zdawała się być panią siebie i wyznaczywszy sobie drogę, którą postępować miała, z rezygnacyą bohaterska poczynała krwawą ekspiacyą za szał, który trwał tak krótko, a taka się miał opłacić boleścią. Julian nie mógł się domyślić niczego: Pola przyzwyczaiła go była do dziwactw, do smutków bezprzyczynnych, do łez gorzkich zatruwających często krótkie szczęścia godziny, do kaprysów wyobraźni miotającéj sercem... sądził więc, że wczorajsza słabość i dzisiejsze smutku ślady spowodowało przybycie prezesa i ostrożność, na którą ją kilkodniowa zapowiedziana bytność w Karlinie skazywała. Zebrała się nawet biedna dziewczyna na żarcik jakiś i śmieszek, prędko przerwany tłumioném westchnieniem, które jeden tylko Aleksy zrozumiał.
    — On nic wiedziéć nie powinien — mówiła sobie w duchu — spełnię sama tę ofiarę wielką całkowicie, tak, żeby mu żalu w sercu i zgryzot nie zostawić, żeby wina była moją, a on swobodnym i wolnym. Będę dlań jeszcze, czém byłam, dopóty tylko, dopóki los nie ześle tu kogo... na któregobym przez pozorną płochość, miłość moję przelać mogła... Zdradzę go, on mnie zapomni... Lecz że-