Strona:PL Kraszewski - Powieści szlacheckie.djvu/49

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

dodawał; a Wichuła o mało się, patrząc na to, nie wściekł ze złości, bo pogrzeb był przepyszny, jakby jakiego magnata. A gdy kondukt przechodził mimo dworku sąsiada, swoim zwyczajem stał we wrotach Wichlina, w czapce, w koszuli tylko i butach, urągając jeszcze zwłokom, tak był niepowściągliwy, a głośno, nie zważając na wdowę, krzyczał: — Bywaj zdrów sąsiedzie! dobranoc! dobranoc!
Nikt tam na niego nie spojrzał nawet, ale dziwnym trafem wóz żałobny, na coś zawadziwszy, podskoczył przeciwko samych wrót, wieko trumny źle umocowane osunęło się na bok i biała trupia ręka nieboszczyka, jakby na zgodę, wyciągnęła się ku Wichule, który zbladł i cofnął się mrucząc.
Żona, która to z ganku widziała, przybiegła i gwałtem prawie pociągnęła z sobą do dworku męża, który zdawał się jakby obłąkany i przerażony i śmiejąc się ciągle powtarzał:
— Nie da mi pokoju i po śmierci! nie da mi pokoju!
W kilka dni doktor Vogelwieder jechał na bułanym stępaku do pana Wichuły, który już w gorączce bredzić poczynał; zobaczył mu język, pomacał pulsu i rzekł chłodno: — Caput!
Jakoż się nie omylił, bo w kilka dni już i ksiądz proboszcz był u łóżka chorego i w imię Chrystusa ukrzyżowanego zaklinał go, by wszystkim przebaczył i ze wszystkiemi się pojednał. Wichuła mruczał tylko:
— Jeszcze po śmierci mi urąga, jeszcze po śmierci mnie prześladuje! Nie daruję żonie, nie daruję dzieciom!
— Proś lepiéj Pana Boga, żeby tobie darował! — odrzekł proboszcz — a nie myśl o starych waśniach.
Bredząc coraz dziwniéj, klnąc i złorzecząc bezprzytomny, ciągle prawie zły sąsiad, w tydzień po skarbnikowiczu, o téj saméj godzinie co on, ducha wyzionął; a wszyscy to zapewniali i pan stolnik nurski na swoje oczy widział, że w izbie, w któréj skonał, sufit się nad łóżkiem zawalił. Na pogrzebie Wichuły mało było osób i pomimo zamożności, gdy się jéjmość ze stypą wysadziła, nie było jéj komu jeść, a podwójnych galonów na trumnie nikt prawie nie widział.
Poczciwa wdowa po Siekierzyńskim, za namową księdza proboszcza, dla okazania, że nie chowała w sercu żalu dla sąsiada i przebaczyła mu po chrześcijańsku, poszła za pogrzebem. Ale jak to czasem najlepsze uczynki ludzkie opacznie sobie tłómaczą, brat pana Wichuły, pan Protazy z Wierzbolowa, zawadya jak oni wszyscy (bo rodem kurki czubate), wziął to za insultę — powiadał Kornikowski — i poprzysiągł, że się pomści. Napróżno pleban, który tę myśl poddał, tłómaczył i okazywał, że to w duchu chrześcijańskim uczynione było, pan Protazy uparty i zażarty, zaklinał się,