Strona:PL Kraszewski - Powieści szlacheckie.djvu/217

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

ksy — mógłżem zrobić inaczéj, godziłoż się uciekać lub odpowiedziéć obojętnością na przyjaźń szczerą, jaką ma dla mnie?
— A na co tobie ta pańska przyjaźń? — ofuknęła się pani Drabicka — po co? po co?... Głowę ci tylko obałamuci, na wydatki niepotrzebne narazi, rozpróżnujesz się, rozjeździsz, albo on tu ciągle zaglądać będzie i truć nam czas daremnie... Już powiadam ci, że tego nie lubię... co prawda, to prawda...
— Moja droga matko — odpowiedział szybko Aleksy, całując ją w rękę — naprzód, stosunków tych, choć-em ich może pożądał, choć za niemi tęskniłem, nie starałem się odnowić; powtóre stało się to przypadkiem, a dziś jeszcze nie idzie za tém, żebyśmy żyć z sobą mieli, choć biedny Julian bardzo tego zdaje się pragnąć... a to tak dobry człowiek!
— Dobry człowiek... wszyscy oni dobrzy ludzie, choć do rany przyłożyć — odezwała się matka — ale nam nie żyć z niemi; oni ani czasu, ani pieniędzy nie umieją cenić, my się przy nich popsujem, a oni nie poprawią. Żyjmy ze swemi...
— I owszem, kochana matko, żyjmy ze swemi — odpowiedział Aleksy — ale jakże mam począć? radź mi, będę chętnie posłusznym, nie tęsknię za innym światem...
— O już to bałamucisz, kochanku — zawołała matka — niby ja tego nie rozumiem, że ty musisz, mądrzejszym będąc od nas, wydzierać się do tych, co ciebie lepiéj pojmą, i którym głową równym jesteś... ale nie myśl, żebym ja znowu przez miłość własną przykuć cię chciała do naszéj strzechy słomianéj. Dla ciebie ja to robię, że wstrzymuję... nic tam prócz utrapienia nie zyskasz... Choćbyś był nie wiem jak mądry, choćbyś im był równy sercem i głową, nigdy tam ani szczeréj przyjaźni, ani braterstwa i równości nie znajdziesz; bawić ich będziesz musiał, służyć im, poświęcać się dla nich, a za to, gdy czas będą mieli i nikogo lepszego nie znajdą, uśmiechną ci się czasem zdaleka, kiedy ich nikt nie zobaczy. Wierzaj mi, wierzaj... poświęcą cię potém lada błaznowi z uperfumowaną główką i tytulikiem podrobionym...
— Kochana matko, wszystko widzisz czarno... ależ znowu ja nie myślę nabijać się nikomu, nawet Julianowi...
— Co to gadać! stało się, niéma co narzekać, tylko ci powiem szczerze, żem temu wcale nie rada... Darmo, Julian tu przyjedzie, bo się nudzi, ciebie pociągnie, poznasz się tam z innemi, będziesz musiał jeździć, będziemy musieli przyjmować, i rady gospodarstwu nie dasz i dom ci obrzydnie, bo się do pańskich wygódek nałożysz! A to tak łatwo! Ale gadajże mi choć, jak to było?
Otoczono go kołem i Aleksy z najdrobniejszemi szczegółami opowiadać musiał i spotkanie w karczmie, i rozmowę swoję z Julianem,