Strona:PL Kraszewski - Powieści szlacheckie.djvu/212

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

bie, co nieszczęśliwą kobietę zawsze prawie o chorobę przyprawiało...
Władze, których brakło ułomnej téj istocie, całą swą niezużytą siłą przeszły w organa wzroku i w nieznany nam zmysł, który można było nazwać przeczuciem. Największą rozkoszą dla chorego było patrzeć na świat przez okno, na niebo, na słońce i gwiazdy; bawiły go świetne barwy i błyskotki, lubił obrazki i niekiedy całe dnie spokojny się w nie wpatrywał. Zmysł przeczucia, do którego już wszyscy byli przywykli, zadziwiający był w biednym głuchoniemym; gdy Anna przyjść miała, słudzy poznawali to wcześnie po zwróconéj głowie Emila, która się do drzwi pochylała, po uśmiechu i błysku oczów jego... gdy Anna była cierpiącą, chorował... za przybyciem matki, nim ją nawet zobaczył, rwał się niespokojny, i jeśli mógł wstać, biegł i chował się po kątach... Tak przeczuwał zawcześnie wszystko, co go dotknąć mogło, i nikt nie zdumiewał się téj dziwnéj władzy, która brak innych zastępowała w Emilu.
Drażliwy był nadzwyczajnie na zmiany, jakim ulegała natura, niepokoił się przed burzą, weselszy był w czasie pogody, miotał się, gdy wyły wiatry i szalało na dworze. Zima zwykle była mu najtrudniejszą do przebycia; latem najlepiéj lubił żyć na odkrytém powietrzu i śmiał się, jak zwierzątko podskakując, gdy go wyprowadzono. Stary Antoni i młodszy pomocnik jego zwykle wychodzili z nim do parku, i tam na ustroniu, w cieniu, wśród kwiatów, całe dnie z nim spędzali. Emil zapatrzywszy się w niebo, idąc okiem za chmurami, uśmiechając się do nich, zapominał wszystkiego i ciężko było nieraz zwrócić go do domu, zwłaszcza jeśli wschodzącego doczekał księżyca, za którym śledził po niebie ze szczególną namiętnością, gniewając się na chmury, które go zasłaniały... rwąc się ku niemu i wyciągając ręce...
W takim to stanie był najstarszy z rodziny Karlińskich, i łatwo pojąć, jaką żałobą okrywał dom, w którym jego choroba i niedołęstwo były chlebem powszednim, widokiem i myślą codzienną...

XI.

Gdy w Karlinie troskliwie chodzą około choréj, doznaném wczoraj wrażeniem dotkniętéj, Aleksy tymczasem śpieszy do Żerbów, zadumany, nie rad z siebie, po raz pierwszy przerwawszy jednostajny bieg zajęć swoich, do których nałogowo chciał się wciągnąć — temi odwiedzinami, co jak sen dziwaczny snują mu się po głowie... Zajrzał tylko w świat inny i niżéj się znowu zobaczył, niż przedtem... dostatek Karlińskich dał mu uczuć jego ubóstwo dotkliwiéj, ich położenie towarzyskie zepchnęło go i upokorzyło; duma nie do-