Oko za oko (zbiór)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Tadeusz Jaroszyński
Tytuł Oko za oko
Pochodzenie Oko za oko
Wydawca I. Rzepecki
Data wydania 1912
Druk Bilińskiego i Maślankiewicza
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


TADEUSZ JAROSZYŃSKI
OKO ZA OKO
NAKŁADEM I. RZEPECKIEGO
WARSZAWA, NOWY-ŚWIAT 9.
Druk Bilińskiego i Maślankiewicza, Nowogrodzka 17.



OKO ZA OKO


— Litości godna osobo: sierota bezwzględny — ojca matki nie znałem, ciotka...
Doktor przystanął.
Zainteresował go niezwykle piękny głos dziada proszalnego, który, siedząc na kamiennych wschodach kościoła, wprawdzie w okropnym rytmie jękliwym, lecz istotnie niezwykle dźwięcznym barytonem żale swoje ku poruszeniu litości przechodniów wywodził:
— Ciotka mnie z litosierdzia koziem mlekiem wykarmiła — ciągnął dziad z charakterystyczną żebraczą afektacją.
— Corpo di Bacco — zawołał doktór, był on bowiem zawołanym melomanem, tedy zachwyty swoje muzyckie z włoska miał zwyczaj wyrażać.
— Corpo di Bacco, cóż za cudowny metal dźwięczy w głosie tego łapserdaka!
Doktor miał w tej mierze pewną rutynę. Wiadomo, jak poważnie zajmował się karjerą śpiewaczą panny Pająk, tancerki z pod „Bohaterskiego Medora“, więc już nietylko po amatorsku, ale jako znawca rzeczywisty, piękny głos umiał ocenić.
— Per dio: pierwszorzędny materjał operowy.
— Ulituj się, serdeczna osobo, jęczał dziad kaleka od urodzenia, dotknięty nieuleczalną ślepotą...
Doktor, poza zajęciem się karjerą owej tancerki, zajmował się równie poważnie okulistyką, było to nawet jego specjalnością oficjalną, dającą mu wybitne stanowisko społeczne, sławę, zaszczyty i fundusze do zajmowania się karjerą śpiewaczą tancerki odpowiednie a konieczne. Jako okulista tedy, wywnioskował konsekwentnie, że dziad dotknięty kalectwem oczu, niewątpliwie należeć musiał do niezliczonych jego pacjentów. Zresztą wydało mu się, jakoby głos ten był znajomy i że mu przypomina pewien dość znamienny moment w jego karjerze lekarskiej. Jeżeli wówczas nie zwrócił uwagi na przedziwne wartości artystyczne niezwykłego barytonu, to tylko dlatego jedynie, że było to przed zajęciem się karjerą tancerki, więc ucho pod tym względem miał znacznie mniej wyczulone. W każdym razie, ażeby nie pozostawać w niepewności, jako człowiek szybkiej decyzji, skręcił na pięcie i stanął przed żebrakiem.
Nie było wątpliwości.
Tak, to ten sam biedak, któremu przed laty, przez ową właściwą sobie szybkość decyzji, zamiast chorego, zupełnie zdrowe oko zoperował.
Tak, istotnie. Ta sama twarz, jak prorocza, jak natchniona, pełna łagodnego smutku i rezygnacji.
— Doktorze, mistrzu nieprzepłacony, panie wzniosłego serca, miej litość nad sierotą opuszczonym, kaleką bezradnym, ślepcem absolutnym.
Tu gestem znamiennym podniósł stare pudełko od sardynek niemal do wysokości jasnej, wachlarzowo spadającej na piersi, brody pana konsyljarza.
Doktor się obruszył.
— Łotrze, czemuż to łżesz, żeś ślepiec absolutny, skoro mnie poznajesz?
Tamten krzyknął radośnie.
— Ach, ach nareszcie! Nareszcie doczekałem się. Nie zawiódł mnie mój nowy zmysł cudowny:
— Mam przed sobą słynnego doktora Huga, znakomitego lekarza, wielkiego uczonego, obywatela zasług niezmierzonych, a mojego dobrodzieja osobliwego, mojego zbawcę, twórcę mego szczęścia, całej mojej karjery, całej mojej egzystencji. Poznałem cię, doktorze nieoceniony, moim nowym przepotężnym zmysłem, bo że ślepy jestem całkowicie, o tem chyba pan najlepiej wiedzieć powinien, jakoś mi sam własnoręcznie jedyne zdrowe oko z czaszki wyłusknął.
Nie lubił słynny lekarz wspomnień podobnej natury, to też chciał już cichaczem dziadowi zniknąć z przed owego zmysłu niepojętego, ale ten go ręką za połę świetnych skunksów uchwycił.
— Słówko jedno. Chciałem ci, dobroczyńco mój nieoceniony, złożyć dowód wdzięczności. Jest to poprostu moim obowiązkiem.
Głupie żarty mruknął lekarz z godnością.
— Bynajmniej. Szczera, najszczersza prawda. Wdzięczność rozpiera mi piersi, rozsadza całe jestestwo. Już wtedy, w momencie, kiedy ten fatalny dla was błąd popełniliście na mojej nędznej osobie, porwała mię radość niewysłowiona byłbym skakał, taczał się po ziemi, wył, ryczał, pękał ze śmiechu...
— Myślę, że nie było słusznych powodów do radości zauważył lekarz z właściwą sobie ścisłością rozumowania.
— Wprost przeciwnie — wielkie, bardzo wielkie.
— A jednak...
Żebrak schylił głowę.
— Przyznaję, panie doktorze, żywiłem pewne wyrachowania dość małostkowe. Co pan chcesz? Byłem wtedy ostatnim nędzarzem. Nędza ludzi znikczemnia. Uległem właściwej biedakom meskinerji. Przypuszczałem, że słynny specjalista za swój mały lapsus manu... no, pojmuje pan, panie doktorze... jakieś skromne wynagrodzenie... jakąś bonifikację... W każdym razie utrata organu, bądź co bądź...
— O ile sobie przypominam, dałem ci coś tam.
— Dwa złote pamiętam doskonale.
— Hm... wybacz... istotnie nie miałem więcej drobnych przy sobie...
— Ale ja żalu bynajmniej nie żywię. Owszem, kwota była najzupełniej wystarczająca. Kupiłem za nią sardynek, od których pudełko oto trzymam w ręku.
Ukazał ów przedmiot, a wraz melancholijnie uśmiechnąwszy się, dodał:
— Przesunęło się przez nie groszaków nie mało — mam już domek w śródmieściu... wcale, wcale...
— Ach rozumiem...
— Nic jeszcze, doktorze szanowny, nie rozumiesz. Pudełko od sardynek to rekwizyt zbyt dostępny i, gdyby powodzenie żebractwa od niego wyłącznie zależeć miało, słowo daję, konkurencja dziadowska byłaby poprostu nie do wytrzymania.
Racz pan łaskawie zważyć, ciągnął że ostatecznie nie koniecznie potrzeba wyjadać sardynki osobiście, lecz owszem podobną blaszankę, z zawartości właściwej już opróżnioną, łatwo znaleźć na każdym śmietniku miejskim, że tem samem łatwo przeniknąłby do procederu dziadowskiego ów dyletantyzm fatalny, który tak zgubnie zaciężył na wszystkich dziedzinach naszego życia ekonomicznego, intelektualnego, artystycznego, ba, sentymentalnego, czy erotycznego, jeśli pan woli.
Tu konieczna jest zawodowość zupełna, niewątpliwa, niepodrabiana. Tu konieczny jest zmysł swoisty.
— Wiem już: — przerwie doktor — ciężkie kalectwo rzeczywiste daje ci, biedaku, że tak powiem, rodzaj mistrzowstwa zawodowego w cechu.
Żebrak uśmiechnął się pobłażliwie i lekceważąco machnął ręką.
— Hej, hej, daleki pan jest od istoty rzeczy. Jest tu między nami wielu ślepców rzeczywistych, niewątpliwych, kalekich w całem, najkorzystniejszem słowa tego, znaczeniu. A co mają? Głód, chłód, niewygody, zatargi z policją, lekceważenie publiczności nędza, nędza najczarniejsza! Zresztą wielu niewidomych pracuje i to, proszę mi wierzyć, pracuje nieraz bardzo ciężko.
Zatem, jak pan widzi, przenikliwość pańska, panie konsyljarzu, nie sięga zbyt głęboko w istotę wielu zjawisk, tak pospolitych jednak i codziennych. Nie o kalectwo samo tu chodzi, ale o pewne, wypływające z niego pośrednio lub bezpośrednio, przeobrażenia psychiczne, normujące stosunek nasz do życia. Ja, osobiście, przeobrażeniom tym uległem bezpośrednio po pańskim lapsusie, to jest po kompletnem przez pana, panie konsyljarzu, oślepieniu. W tej chwili odczułem, że stosunek mój do życia, czy, ściślej mówiąc, do rubla zmienił się radykalnie, to jest unormalnił się nagle, uzdrowotnił, wyprostował.
— To ciekawe.
— I pouczające dodał żebrak. Ale pan nie siada...
Wskazał miejsce na wschodach obok siebie.
— Ha, mruknął doktor, nieco tą propozycją stropiony dziękuję, postoję.
— Opowieść moja będzie długa.
— Nic nie szkodzi, mam ciepłe futro.
— Tedy zaczynam, — prawi dziad, wychodząc już zgoła z właściwego dziadowskiego tonu — zaczynam od początku.
— Stosunek mój do życia, czy ściślej, jak to zresztą już zaznaczyłem, do rubla był zawsze obrzydliwie nienormalny, fałszywy, poprostu kaleki. Drogą analogji i wyłączeń, zresztą drogą wszelkich innych metod poznawczych, doszedłem ostatecznie do zdjagnozowania swego stanu i stwierdzenia, że choroba jest dziedziczna, więc nieuleczalna.
Istotnie, stosunek już ojca mojego do rubla był fatalny i szło to widocznie, jako obarczenie familijne, jako spadek nieszczęsny po przodkach, jako stygmat czy kalectwo rodowe, którego, mimo najheroiczniejszych zabiegów leczniczych, pozbyć się nie byłem w możności. Nie pomogło staranne, bardzo realne wychowanie, nie pomogły najwymowniejsze przykłady z najbliższego otoczenia, nie pomogły wzorowo stosowane hygjena i profilaktyka.
Zło tkwiło strasznie głęboko.
Wyrażało się ono w sposób dwojaki. Przedewszystkiem nie umiałem wzbudzić w sobie należycie świętego szacunku dla rubla, dla takiego zwykłego pojedyńczego rubla, nie mówiąc już o kopiejkach i groszach, a powtóre, biorąc rubla, choćby takiego, który mi się najświęciej należał, rumieniłem się, jakbym popełniał coś kompromitującego.
Co pan chce? — westchnął ciężko — możemy rozumować logicznie, tymczasem w praktycznem zastosowaniu, przez jeden taki głupi odruch, całe rozumowanie fika niemożliwego kozła i, zamiast usiąść wygodnie, stajemy na głowie wbrew wszelkiej logice i korzyści realnej.
Zrozumiałem, że jestem skazany beznadziejnie, jeżeli mnie jakieś wydarzenie niezwykłe nie wytrąci z fatalnej orbity, po której krążyć musiałem z nakazu mego psychicznego upośledzenia. Zdawna przestałem wierzyć w skuteczność wszelkich paljatywów, mogła to uczynić jakaś niesłychanie śmiała operacja.
Marzyłem o spadku po wuju w Ameryce, o wygraniu na loterji, o rozbiciu banku w Monte-Carlo.
Stało się inaczej...
Zanim przyprowadzono mnie do szpitala w stanie, w jakim ci się, szanowny konsyljarzu, przedstawiłem, nie z jednego pieca chleb jadałem. To jest, dokładniej rzecz określając, jeść próbowałem, bowiem, niestety, stale między apetytem a chlebem kładło się w poprzek przeklęte kalectwo. Oto bywałem śpiewakiem, inżynierem, budowniczym, nauczycielem języków starożytnych i matematyki, palaczem przy samochodach, dziennikarzem, kupcem, fabrykantem, rolnikiem, bankierem. Mogę sobie oddać sprawiedliwość, że na kaidem stanowisku stawałem pewną, mocną stopą, interes zaś każdy budowałem na tęgich, niezachwianych, zda się podwalinach finansowych; cóż, kiedy zawsze znowu, czy to na stanowisku społecznem, czy w interesie finansowym, znalazł się ktoś, kto, dając mi rubla, starał się mnie przy tem haniebnie naciągnąć. Wtedy wzrok mój spotykał się z wzrokiem takiego sprytnego pana i, rzecz dziwna, pomimo, iż uznawałem stosunek jego do tych rzeczy za najzupełniej normalny, za jedynie słuszny i konieczny, zaczynałem się za takiego pana rumienić.
Naturalnie w pryzmacie mojego kalectwa załamać się to musiało w sposób patalogiczny, wywoływało to mianowicie odruch niepochamowanego zażenowania. Nie wiem już ostatecznie, czym się wstydził za kogo, czy za siebie, to pewna, żem się w chwilach podobnych mieszał straszliwie, spuszczał oczy i owego rubla wstydliwego wyrzekał odruchowo.
Tak się zaczynała ruina.
Potem, spłacając stare zobowiązania kosztem najkonieczniejszych potrzeb życiowych, spadałem coraz niżej, aż na samo dno nędzy. Toż wówczas, kiedy mię przyniesiono do szpitala, byłem obdartym, bezdomnym włóczęgą, żartym przez jakieś choróbsko, które mi zaprószył przypadkowo towarzysz przytułku noclegowego.
Proszę mi wierzyć — ciągnął, zapalając się — nie bardzo troszczyłem się o rezultat operacji chorego oka. Było mi wszystko ganc pomada. Nagle... trach! Drugie oko djabli wzięli...
W tej chwili przyszło jakby uczucie niewypowiedzianej ulgi, w świadomości, że gdyby mnie kto najbezczelniej chciał naciągnąć, nie spuszczałbym oczu z tej prostej przyczyny, że ich nie mam.
Ba, teraz, teraz rozpocząć interes jakikolwiek!
Niecierpliwie oczekiwałem chwili opuszczenia szpitala. Natychmiast też po wyjściu kupiłem sardynek, które, nawiasem mówiąc, smakowały mi niewypowiedzianie, z pustem zaś pudełkiem zasiadłem na wschodach jakiegoś kościoła. Już dnia pierwszego, po opatrzeniu potrzeb najkonieczniejszych, które, jak zgadnąć łatwo, zbyt wygórowane nie były, udało mi się część dochodu, przez wielki dla groszaków tych szacunek, skapitalizować. Po roku nabyłem niewielką chałupkę na Pradze. Niebawem chałupkę zamieniłem na małą kolonijkę podmiejską, którą wszakże natychmiast z pewnym zyskiem odprzedałem i za pieniądze stąd otrzymane przyszedłem do wcale ładnej kamieniczki na jednej z ruchliwych ulic miasta. Ma się rozumieć w te pędy nadbudowałem trzy piętra, machnąłem windy, elektryczność, centralne ogrzewanie, podnosząc oczywiście komorne...
— Proporcjonalnie...
— Nie, panie, bez wszelkiej proporcji.
— Powinszować.
— Panu to zawdzięczam. Panie, pomyśleć, że gdyby mi pan był za swój lapsus zapłacił w stosunku do istotnej wartości mojego biednego włóczęgowskiego oka... no, sto, dwieście, trzysta rubli... Mizerja — przejadłbym pieniądze i trwał w nędzy beznadziejnej do końca. Ale uczucie, że ja pana widzieć nie mogłem, kiedy mi pan dwa złote wsunął w łapę, że nie musiałem spuszczać oczu...
— Oh, doprawdy, — przerwie ten skromnie — czyż warto o tem mówić?
— Warto, warto. Bowiem dzięki momentowi temu nastąpił we mnie ów przełom upragniony, ów zwrot konieczny, owo unormalnienie stosunku mego do wielu spraw życia. Dzięki momentowi temu, pozbyłem się chorobliwych odruchów i uodporniłem w walce o rubla.
To pańska zasługa.
— No, nie przesadzaj pan.
— Nie przesadzam i chcę być wdzięczny. Niewdzięczność jest najobrzydliwszą z przywar ludzkich. Szukałem pana. Oddawna na każdego w lepiej skrzypiących butach przechodnia wołałem: doktorze. Wiedziałem, że mi kiedyś na wołanie to odpowie pan swoim głębokim basem i że ja będę mógł z długu zaciągniętego nareszcie się wypłacić.
— No, no, proszę niech pan o tem nie myśli.
— Już pomyślałem. Bo właśnie panna Pająk...
— Co?
— Bo właśnie panna Pająk zwierzyła mi się, że protegowanie jej jest ponad siły pańskie, że pan miewa z tego powodu kłopoty... pewne trudności płatnicze, to też postanowiłem ulżyć panu ciężaru.
— Jakto?
— Zająć się losem tej wdzięcznej osóbki całkowicie.
— Łajdak! Jakiem prawem?
— O, mój Boże... No, rozporządzam znaczniejszymi funduszami. Proszę pana, niezrównana ta artystka, posuwając się w hierarchji społecznej, dzięki kulturze, jaką jej dajemy, uczę ją bowiem śpiewu... w wolnych chwilach.
— Pan?
— Ja. Otóż, powiadam, posuwając się w hierarchji, podnosi w odpowiednim stosunku stopę wymagań życiowych i stanęła ostatecznie na szczeblu... na którym... którego... Ha, cóż, wszystko ma swoje granice... i człowiek, żyjący wyłącznie z pracy rąk własnych, choćby przy najrozleglejszej praktyce...
— Jak śmiesz mówić mi coś podobnego?
— Proszę pana, ot już w tym roku nie mogłeś pan przyjaciółce naszej sprawić pelerynki sobolowej... musiałem ja...
— Pan? Nieprawda, dostała od babki staruszki.
— Od dziadka, panie szanowny, od dziadka.
— Po co mi pan otwierasz oczy na tę ohydę?
Zacisnął pięści.
— Ach, jacy ludzie są okrutni i mściwi: oko za oko!




ODPOCZYNEK


Dnia tego już od rana Mateuszowa wiedziała, iże ze starym będzie koniec.
Tako ono i ciotka Nastazja mówiła, która, wiadomo, baba była na chorobach się znająca, boć przecie bez mała od pół wieku całką wieś w potrzebie kurowała.
Kurowała ona i Mateusza, jako módz, najlepiej, ile że siostrzanowi rodzonemu starania, choć i bez wielkiej nagrody, nie skąpiła. Zamawiała stara, okadzała, borsuczą tłustością w dołku mazała, ziele święcone, co najskuteczniejsze, a insze, osobliwie na nowiu pod mogiłkami zbierane, dała pić, aże wraz machnęła ręką.
— Dziś, jutro — mówi — bolenie pod serce podejdzie i... „Mocny Boże“ nie pomoże.
Ludzka rzecz: jakby stary — mówi — na siłach opadł, a z barłogu się ruszyć nie chciał, już mu jeno po księdza ślijcie, bo ostatnia jego godzina wybiła.
Poprawdzie próbował Mateusz do dnia z łóżka się zwlec, bodaj cieluchy obrządzić, toż do onej strzechy na stodole by najpilniej się brać, ile że jesień była za pasem i, nie daj Bóg, deszcze rychło lać zaczną, ale nijak nie zdołał.
Okrutne kolki w boki go sparły, że oddech zabijało. Leżał na pościeli, jako kłoda i jeno jęczał nieludzkim głosem a mamrotał.
— Jakże to — myśli — dzieckam a babie taką robotę ostawić mam, której i chłop nie każdy uradzić potrafi. Jakże to bez poszycia stodoła pod zimę będzie i całą chudobę mało nie gorzej na zatracenie wydać przyjdzie.
Markocił się oną stodołą niemało, ale widzi co mu zapisano, tedy przez ściśnięte od bólu zęby krzyknie:
— Księdza!
Porwała się Mateuszowa od komina, kędy świniom w saganie kartofle warzyła, i jakoby oto na one wołanie czekała, trzaśnie w kark Kazka.
— Chybaj, bąku, a żwawo do Niechcic na plebanję, pocałuj dobrodzieja w rękę, i proś, żeby z olejami świętymi do nas duchem jechał, bo tatuś umierają.
Wysłała jeszcze Jagnę pod las po ciotkę Nastazję, małe dzieci z Marcysią wyprawiła do sadu, a sama stanęła podle łóżka i pogląda na męża.
On tchnie ciężko, piersiami okrutnie robi, że, dziw, nie pękną.
— Źle z tobą mężysiu?
— Źle.
— Już, mi chudziaku, nie pociągniesz?
— Zamrę.
Dwie wielkie łzy wytoczyły się kobiecie z pod powiek i zbiegły szybko po zwiędłych policzkach. A potem jakby się przerwały upusty, płynęły po tych policzkach zwiędłych długie, nieprzerwane łez strumienie.
Mateuszowa płakała. Żałośne łkanie wstrząsało jej ciałem. Szloch głośny mieszał się z bulgotaniem kartofli na kominie. Nagle kobieta przestała płakać. Wydobywające się z oczu łez perły pięścią wtłoczyła z powrotem pod powieki, nos utarła fartuchem.
— Żal żalem, a świniakom źreć dać trzeba.
Splunęła w ręce, energicznym ruchem dźwignęła ogromny, dymiący się sagan i wyniosła go na podwórze.
Mateusz sam został w izbie.

∗                    ∗

Kazek, jak przystało, kopnął się z miejsca co siły w nogach. W poczuciu ważności sprawy przez wieś pędził jak strzała, odkrzykując tylko nawołającym go chłopakom:
— Tatuś mi umierają.
Ale wieś długa była i nim do końca dobieżał, tchu mu w piersiach nie stało, zwolnił więc kroku, ile że droga pod górę szła i dobrze była piaszczysta. Na górce, chłopcy, co bydło gromadzkie na wygonie paśli, zebrali się w kupę pod figurą, psoty przejezdnym wyprawiać. Kiedy Kazka ujrzeli, jęli go łapać, żeby z nimi do towarzystwa przystał.
— Puszczaj — mówi im — po księdza na plebanję do Niechcic idę, bo mi tatuś umierają.
— Głupiś — odrzekną — księdza na plebanji niema. Widzielim jako dopiero co tędy na bryczce jechał musi do dziedziczki z Topolowa.
Stanął Kazek i drapał się bezradnie w zatyłek głowy.
Do Topolowa było ztąd tak samo wiorst ze dwie, nie więcej, jak do Niechcic, aleć przecie na plebanję do Niechcic matka iść kazali, a nie do dwora w Topolowie. Jakże mu rzecz taką na swój głupi rozum brać, kiedy matka wiedzą jak ma być i co. Skoro zaś na plebanji dobrodzieja niema, to się niema co i śpieszyć. Przystanął tedy z chłopakami pod figurą i rozpowiedział, jak to tatuś znagła przy robocie zaniemogli, jak go ciotka Nastazja kurowała, a okadzała, złe zamawiała, a maściami mazała, jak owo dziś dodnia choroba go sparła okrutnie, że już jeno księdza wołać dał i do śmierci się gotuje.
— Sierotą ostanę — mówi płaczliwie, ale nie bez pewnej dumy, jakby w poczuciu osobliwości swego stanu.
— Owa — przerwie Jędrek od kowalki — ja też sierota... i co?
Inni także opowiadali różności o sierotach, bo wiadomo, we wsi i okolicy tego nie brak.
Tymczasem słonko stanęło wysoko na niebie, a niebawem ciepły wietrzyk wrześniowy przyniósł z oddali echo południowego dzwonienia na Anioł Pański.
W tym momencie też powracał proboszcz drogą od Topolowa.
— Niech będzie pochwalony...
— Na wieki wieków!
Kazek puścił się pędem za końmi. Nie zgonił wprawdzie dobrych kasztanów plebańskich, co, choć nienazbyt rosłe, przecie, że na sowitych, obrokach trzymane, raźno po lekkiej drodze pomykały, aleć niewiele trzeba dopadł plebanji i już jegomości rękę całuje:
— Tatuś mi umierają.
Proboszcz do stołu właśnie siadał, zebrał się jednak, nie mieszkając, konie zakładać kazał i co do ostatniej posługi trzeba, kościelnemu nagotowić. Niedługo to trwało, wszelako zanim ruszyli dobrze kilka godzin od wyjścia Kazkowego upłynęło.
Czy, aby żywie ów nieszczęśnik, który pociechy duchowej w ostatniej gdzinie oczekiwał?
— Nie żałuj bata.
W pianie stały kasztanki, kiedy przed Mateuszową chałupę zajechali.
Ludzie wsiowi, księdza z Panem Bogiem jadącego ujrzawszy, za onym wraz na obrząd pobożny śpieszyli. Nie wiedzieć zkąd i kiedy kupa się ich przed obejściem zbiegła niemała. Ksiądz poprzedzany przez Kazka wszedł do izby.
Widzi:
Na stole czystą serwetą przykrytym, leżały przygotowane dwie gromnice, łóżko, jak potrzeba, świeżo, czysto obleczone było, wszelako... puste.
Proboszcz zmarszczył brwi surowo.
Jakże to? Do konającego mnię wezwano!
Przez tłum ludu, w izbie zgęszczony, przedziera się zdyszana Mateuszowa. Przypadła księdzu do nóg i za kolana obłapiła.
— Dobrodzieju nasz święty, nie wińcie. Konający on, nieboraczek, prawdziwie; na ostatnich on nogach, chudzina, nie chybi nocki dzisiejszej nie przetrzyma, ledwo już dycha, ledwo zipie... ale się zwlekło chłopisko stodołę poszywać. Na dach mi wlazł, gospodarz mój nieprzepłacony... po drabinie umyślił, niebożątko, w takiej godzinie się czepiać. Taki już był chłop zabiegliwy, taki starowny, taki robotny.
— O dolo-ż ty moja, dolo — wołała, zawodząc — kogóż nam przyjdzie utracić, kogo!
— Na dobrodzieja czekalim... Mówi mój: Nie śpieszno dobrodziejowi, to choć zgrubsza stodołę ogarnę, choć ladajako przysłonię, a zaśby plucha, kiedy nastanie, zgnoić miała — com dzieciom a babie ze świętej ziemi zebrał.
— Do chudobym wyszła prawi dalej Mateuszowa do obrządku domowego, jako mus jest, stanęłam, a on se, biedota, stękający na drabinę polazł. Anim wiedziała, kiedy i jak; anim się obejrzała, anim zmiarkowała... Ale już go niesą chłopy, bo zesłabł okrutnie, nieboraczek, i trza go było ze stodoły z ludźmi zdymać.
Jakoż we drzwiach izby ukazał się Mateusz.
Idzie, nie idzie, a niosą go we czterech.
Gorączka od niego bucha. Ręce bezwładnie zwisły. Zda się i mówić już nie zdoła.
Złożyli go na łóżku. Mateuszowa przyoblekła chłopa w czystą koszulę.
Przystąpił do konającego ksiądz z sakramentami.
Przyklękli ludzie...

. . . . . . . . . . . . . . . . . .

Mateusz, jak wypadało, przed nocą zmarł poczciwie.
Ciotka Nastazja zamknęła mu oczy i złożyła spracowane ręce na piersiach.

. . . . . . . . . . . . . . . . . .

Leży Mateusz W białej, z prostych desek zbitej trumnie, z założonemi na piersiach rękoma.
Odpoczywa.
Spokój i powaga niewypowiedziana osiadły mu na czole. Sciągnęły się nad oczyma surowo wielkie, krzaczaste brwi, ale nikomu nie grożą, nikogo nie nienawidzą, nikomu nie zawidzą, jeno martwej twarzy chłopskiej nadają wyraz królewskiej niemal godności i dostojeństwa.
Wydłużył się nos, zaostrzyły wszystkie rysy, wydelikaciła, w woskowej martwocie trupiej, spalona cera chłopska.
— Odpoczywasz se jak pan — zawodzi Mateuszowa, kiwając się rytmicznie nad zwłokami męża. — Odpoczywasz se jak pan gospodarzu nierychliwy. Założyłeś se leniwe ręczyska po pańsku i już się, nie boże, nie tkniesz ani wideł, ani pługa, ani siekiery, ani inszej chłopskiej rzeczy, a nam, sierotom ubogim, ostawiasz harowanie a biedowanie do końca dni żywota naszego.
Nieruchomo splecione na piersiach ręce męża przejmowały zbolałą wdowę dziwnem wzruszeniem. Ogarnęło ją ogromne rozrzewnienie. Z gwałtownym szlochem rzuciła się na te bezwładne, trupie ręce i okrywała je pocałunkami.
— Hej, hej, upracowały się one ręczyska serdeczne, upracowały. Nie dał im chłop robotny wytchnienia, nie dał pokoju, nie założył tak palczysków, nieboraczek, póki życia, nie odpoczął gospodarz mój złocisty do ostatniego dechu, nie odpoczął.
— Odpoczywanie wiekuiste raczże ci teraz dać, Panie. Amen.
Wyprostowała się, otarła oczy fartuchem.
— Ano, o żywych trzeba myśleć.
Wzięła się raźnie do rozpalania ognia na kominie.




LISTY Z ZA GROBU


Stara, odwieczna historja...
Dobrzy są sobie ci nasi poczciwi starzy. Skoro tylko wejdą w rolę rodziców, natychmiast zapominają o tem, że sami niegdyś wobec rodziców własnych bronili zawzięcie praw serca...
A może ich nigdy nie bronili, tych praw fantastycznych, nieskodyfikowanych przez nikogo na świecie w sposób dość stanowczy; może zacne moje matczysko, posłuszne opiece, oddając mądrze wybranemu panu rękę, nie zastanawiało się, że za ręką serce oddać musi, że musi je zniewolić — serce dziewczyny, które zapala się nagle bez wiedzy i zezwolenia zwierzchności... najbardziej nawet kochanej i poważanej.
Mila ciężką miała przeprawę z sumieniem. Zapewne Władka lubiła bardzo, ale lubiła go jak... brata, jak towarzysza zabaw dziecięcych, jak przyjaciela... Nie rozumiała poprostu, że „takie lubienie to nie to“, że to zgoła w treści swej co inego i całkiem odmiennego.
Zaręczono ich.
Ha, trudno. Była dzieckiem. Jeżeli jednak ma sobie coś do wyrzucenia, to tylko to jedynie, że, poznawszy treści tej istotę, nie zwróciła Władkowi odrazu słowa i pierścionka.
To jedno było nikczemne i to się mści.
Ale bo też okoliczności ułożyły się dziwnie fatalnie. Władek powołany, jako oficer rezerwy, na wojnę daleką, niewątpliwie musiał być mocno zgnębiony. Nadrabiał wprawdzie miną, udawał zucha, gwizdał, podśpiewywał, w gruncie rzeczy jednak, już jeżeli nie niebezpieczeństwa samej wojny, to nieunikniona konieczność długiej rozłąki z matką i z narzeczoną nie mogła chłopca usposabiać zbyt różowo. Toż doprawdy może nieco zbyt bolesna operacja... zerwania byłaby w podobnej chwili okrucieństwem bezlitosnem.
Otóż ta właśnie litość niemądra, ten sentymentalizm zbyteczny, ten brak odwagi czynu jedynie słusznego, sprawiły, że się spełnia rzecz wśród rzeczy ludzkich najobrzydliwsza — kłamstwo.
Właściwie należało sprawę postawić śmiało a jasno i wyraźnie już wtedy na wieczorze, kiedy tańcząc z Karolem, zrozumiała, że inaczej... Boże, jakże inaczej czuła się w jego ramionach.
Powinna była wtedy zaraz, tam, na tym wieczorze przeklętym, czy błogosławionym, przyjść do niego, a położywszy rękę na ramieniu, powiedzieć szczerze i otwarcie: „Słuchaj, ty, który jesteś moim przyjacielem najlepszym, ty, który jesteś człowiekiem dobrym, mądrym i subtelnym, pojmiesz i uwzględnisz, jako zjawisko najbanalniejsze, najpospolitsze pod słońcem, a mianowicie: tańcząc z Karolem, przekonałam, się i uświadomiłam to sobie najkategoryczniej, że ciebie kocham jak brata, jak przyjaciela, że tem samem małżeństwo między nami byłoby niezgodne z prawami przyrodzonemi i innemi. Karol, zbliżając się do mnie, zapalił w sercu mojem cudną, wspaniałą lampę, która rozświetliła mi duszę, żem jasno ujrzała właściwe swe drogi“.
Nie powiedziała mu jednak tego ani wtedy, ani później w ciągu kilku następnych miesięcy, ani zwłaszcza w owej chwili, kiedy wybierał się w podróż pełną przygód i niebezpieczeństw — kiedy go wysyłano na drugi koniec świata.
I to było błędem nie do darowania.
Teraz, kiedy cudna lampa w sercu rozgorzała w straszliwy, ogarniający duszę potęgą nieposkromioną, pożar, kiedy ogromne jego płomienie z szaloną bezwzględnością niszczącego żywiołu strawiły doszczętnie wątłą konstrukcyę względów rodzinnych, towarzyskich, przyjacielskich, kiedy pękły ostateczne pęta więzów konwencjonalnych i wszelkiego przymusu zewnętrznego, dalsze okłamywanie zacnego człowieka byłoby zbrodnią.
To jest tylko nad wyraz przykre, że musi gorzką prawdę powiedzieć biednemu chłopcu teraz, w tej chwili, kiedy on zdała od kraju, rodziny, przyjaciół, w opuszczeniu, mękach tęsknoty, wśród okropności wojny i w ustawicznem niebezpieczeństwie utraty życia, zasługiwałby istotnie na pewną względność.
Mila kończyła list do narzeczonego, a silne wypieki wystąpiły jej na policzki i oczy gorączkowo pałały.
Trapiła ją bowiem ustawicznie myśl jedna, że przecież Władysława do zaręczyn nie popchnęło bynajmniej jakieś wyrachowanie, wynikające z układów rodzinnych.
Zresztą pani Zabrzeska, matka jego, pomimo całej gołębiej łagodności, dość stanowczo opierała się temu związkowi. Ot, jak każda matka zaślepiona, roiła o zaczarowanej księżniczce z baśni.
— Zwyciężyłam!
Jakoby uczucie przypływającej dumy skrzepiło jej piękne, młode ciało. Otrząsnęła się z drażniących niepokojów.
— Z drugiej strony — uspokajała się — lepiej, że list mój zastanie go wśród zawieruchy wojennej, wśród trudu marszów i przemarszów, wśród znoju ataków, wśród grzmotu dział, jęku rannych, wśród twardej okropności śmierci, kiedy nie będzie miał czasu ani humoru na tkliwe rozrzewnianie się z powodu zerwania z jedną panną.
Zapieczętowała list, opakowała pierścionek i wyszła, ażeby osobiście oddać to na pocztę.

. . . . . . . . . . . . . . . . . .

Niezupełnie przecież pewna była siebie i, choć krok swój stanowczy uważała za słuszny i konieczny, trwożyły ją jednak jakieś przeczucia złowieszcze.
— Sentymentalizm!
Nastrój uprzykrzała nieznośnie jeszcze ta okoliczność, że do owych krajów odległych listy wędrowały tygodniami, toż na odpowiedź w denerwującej niepewności zbyt długo wypadnie czekać. Z korespondencji, którą pani Zabrzeska z synem utrzymywała, wypadało, że listy z terenu wojny idą dwa tygodnie — tam zaś nieco nawet dłużej. Matka codzień regularnie wysyła do syna obszerne pismo, w którem podawała mu najszczegółowsze wiadomości o wszystkiem, co mogło go choć trochę obchodzić, wzamian też regularnie codzień Władysław słał do matki bodaj słów kilka, gdzieś w marszu lub z szańców, na świstku papieru ołówkiem nakreślonych.
Co prawda nie nazbyt znowu dokładnie posłania owe z placu boju do kraju nadchodziły i nieraz stęskniona i zrozpaczona kobieta z tygodnia całego wieści otrzymywała odrazu. Niemniej przez ciągłość owej korespondencji nawiązał się między matką a synem, jakby nieprzerwany prąd uczuciowy, który, zda się, ową przestrzeń niezmierzoną, ów długi, dzielący ich miesiąc czasu, unicestwiał i znosił.
Tak oto opanowali oni uczuciem czas i przestrzeń.
Niekiedy pisał Władysław list dłuższy, pełen tęsknoty i wynurzeń, pełen żalu do Mili za to, że tak mało o nim pamięta.
Aż dnia pewnego pani Zabrzeska otrzymała urzędowy telegram z pułku, że syn jej nie żyje. Padł rozdarty na strzępy przez szrapnel nieprzyjacielski.
O żałobie nieszczęsnej kobiety nazajutrz wiedziano powszechnie. Władysław, jako przyrodnik zgoła nieprzeciętnych zdolności, miał już pewne stanowisko w świecie naukowym, to też pisma poświęciły młodemu uczonemu obszerniejsze wspomnienia pozgonne.
Mila o śmierci narzeczonego dowiedziała się z dzienników porannych. Pierwszy okrzyk zgrozy przyszło nagle uciszyć, jakoby uczucie pewnej ulgi. Zbadawszy datę telegramu, wywnioskowała, że posyłka jej fatalna nie mogła dojść rąk nieszczęśliwego, że umarł, nie poznawszy złej prawdy...
Pobiegła do biednej, tonącej we łzach nieutulonego żalu, matki i wraz z nią szczerze płakała narzeczonego.

. . . . . . . . . . . . . . . . . .
A potem z dziwną, niesłychaną, nieznaną dotychczas, tragiczną akuratnością dzień w dzień, o jednej stale porze przychodził list z placu boju. Władysław, snadź wolniejszym rozporządzając czasem, pisał obszernie o sobie, o warunkach, w jakich żyje, o osobliwościach kraju, gdzie przebywa, o zaletach nieprzyjaciela, z którym walczy. Widocznie w dobrym był nastroju, zdobywał się nawet na żart wesoły, a liryczną jedynie nutą dźwięczały ustępy, kiedy się żalił na pewną dziewczynę niedobrą, co zapomniała z kretesem o biednym żołnierzu, walczącym daleko, za siódmą górą, za siódmą rzeką.

Listy z za grobu!
Strasznie było patrzeć na biedną utrapioną matkę, która, w rozpacznem poddaniu się tej tragicznej okropności, co wieczór oczekiwała listu od syna nieżyjącego.
Dni mijały. W mózgu nieszczęśliwej kobiety wytworzyło się jakieś dziwne, niepojęte splątanie pojęć i wyobrażeń. Przestała wierzyć, że syn jej umarł, nie mogła uwierzyć, że żyje. Wszakże pisuje do niej listy, wszak ma codziennie przed sobą jego świeżą myśl żywą, tęsknotę jego ducha, ślad łzy gorącej, która spadła na papier przy pisaniu.
Cóż znaczą czas i przestrzeń, które siłą miłości macierzyńskiej wykreśliła z kategorji swego myślenia.
On żyje dla niej, bo z nią rozmawia, swoim miłym, nizkim głosem, który tak doskonale słyszy w formie charakterystycznych, żartobliwych zwrotów listu.
— Jakbym go widziała tu, na tym krześle przy stole... Wieczorem pijaliśmy razem herbatę... Właśnie żartował sobie z moich obaw, moich przesądów... Jakże chcecie, ażebym wierzyła w śmierć chłopca mojego, skoro tu siedzi i żartuje, jak zawsze...
A jednak ktoś umarł... rozdarty na strzępy przez szrapnel nieprzyjacielski.
Ubiegło dni czternaście. Mila liczyła skrupulatnie dni, godziny, minuty i niepokój jej wzrastał stopniowo, jak zbliżała się data fatalna — data telegramu.
Dotychczas nic. Kiedyż się nareszcie skończą te listy tragiczne.
Podniecona straszliwie, zgorączkowana niecierpliwem wyczekiwaniem, przybiegała wieczorami do pani Zabrzeskiej i z nią razem nasłuchiwała dzwonka. Nauczyła się rozpoznawać stąpanie roznosiciela pocztowego po schodach.
Terkocze dzwonek u drzwi wchodowych.
— To on — piętnasty.
Tak, ten znany, znamienny stempel na kopercie.
— Szesnasty!
— Rachunek Mili wskazuje niezawodnie, że te tragiczne, okropne listy z za grobu powinny się już były skończyć stanowczo.
Wszakże przyszedł jeszcze jeden.
— Siedemnasty!
Dnia tego Mila wybiegła otworzyć pocztarzowi. List przyjęła ze drżeniem i, jakby z wahaniem, wręczyła pani Zabrzeskiej, która go chwyciła, jak zwykle teraz, z radosną skwapliwością.
— Poczciwy mój chłopak!
Przetarła okulary i czytała, a potem bez słowa jednego podała list Mili:
„Droga mateczko — pisał Władysław. — Nudno tu djabelnie. Siedzimy w aproszach, ryjemy ziemię, jak krety, i choć armatki kichają tęgo bez ustanku, przecież bez skutku dobrego, bo pociski niosą się nam po nad głowami. Jeden tylko jakiś zwarjowany, idjotyczny szrapnel, zaawanturował się do naszej dziury i narobił trochę bigosu z poczciwych chłopów mazurskich. Zresztą wszystko dobrze, o ile nie należy brać zbyt tragicznie posyłki, jaką otrzymałem dziś zrana od panny Emilji. Zwraca mi słowo i pierścionek. Zerwanie to umotywowane niesłychanie rozsądnie, trzeźwo i przekonywująco, ma pewne dobre strony, bo przestanę nareszcie, siedząc bezczynnie w kreciej jamie, nudzić się wyczekiwaniem na jej listy i dziś jeszcze, dla rozrywki, wyjdę sobie na ochotnika z rekonesansem...
Ha, skoro nie udało mi się w miłości, może przynajmniej zdobędę sławę wojenną“.
Mila przerwała czytanie i zalękniona podniosła wzrok na panią Zabrzeską.
Nieszczęsna siedziała martwo, nieruchomo, wpatrzona uparcie w Milę.
Zapanowało długie, przygnębiające milczenie. Nagle pani Zabrzeska zaczęła się śmiać nie
przytomnie, dziko, strasznie.
Ha, ha, ha... to zabawne...




DELIKATNOŚĆ UCZUĆ
— Nie chcę kobiecie wiązać losu, nie chcę pozbawiać jej tego, co zapewne stanowić będzie może całe szczęście i jedyną okrasę życia. Nie chciałbym, słowem, — ciągnął pan Adam z przekonaniem — ażeby piękny jej talent miał się spaczyć i zmarnować przez brak z mej strony tej trochy poświęcenia... wyrzeczenia się osobistego, tej trochy ofiary z męskiego egoizmu, czego niewątpliwie, w naszych mianowicie warunkach, ma najpełniejsze prawo odemnie wymagać.

Istotnie wielkiego poświęcenia trzeba było, ażeby w rok niespełna po ślubie puścić od siebie w dalekie kraje młodą, piękną i naturalnie kochaną bardzo żonę.
— Czy kochana? — powtórzył Adam w uniesieniu, a jasne poczciwe jego oczy zalśniły łzami... Ba, dwie wielkie, jak grochy, łzy djamentowe stoczyły się po policzkach, choć pragnął je wszelkiemi siłami zatrzymać pod powieką.
Jakieś zbyt pospolite, czy zbyt małe na wyrażenie wielkiego uczucia, słowo uwięzło w gardle wstydliwie. Westchnął tylko głęboko, przysłonił twarz rękoma i milczeliśmy obadwaj długą chwilę.
Kiedy wreszcie opanował nagły wybuch niepożądanej rzewności, kiedy otarł nieznacznie, zwilgotniałe od płaczu, oczy, mówił dalej, starając się hamować nadmierne wzruszenie.
— Czy kocham? Boże! Powiedziałem: trochę ofiary!.. Było to jedno z tych szablonowych kłamstw konwencjonalnych, które się powtarza bezmyślnie, bez wniknięcia w istotną treść wymówionego słowa. Powinienem był raczej powiedzieć szczerze: Niech ogrom ofiary, jaką ponoszę, pozbawiając się na kilka długich miesięcy widoku Baśki, jej wzroku, głosu, pieszczoty, jej osoby... no, pozbawiając się w domu obecności żony... najukochańszej pod słońcem istoty... niech ogrom wyrzeczenia się tego dobrowolnego będzie miarą ogromu miłości mojej dla niej! Niechaj to świadczy, jak daleko posuwam pragnienie uszczęśliwienia ukochanej, jeżeli jestem zdolny unieszczęśliwiać sam siebie w sposób tak bezlitosny...
Bo też, doprawdy, uwierzyłem najmocniej, że wyjazd Basi za granicę dla kształcenia się w śpiewie jest dla niej koniecznością nieodwołalną. Kilka miesięcy systematycznej nauki w dobrej szkole da jej możność zużytkowania wspaniałego talentu w kondycjach jedynie odpowiednich. Basia przy swoim głosie cudownym, przy swoich, istotnie fenomenalnych warunkach artystycznych, jako śpiewaczka estradowa lub sceniczna, zarabiać może sumy szalone.
Zarumienił się nagle, jak gdyby w oczach słuchacza wyczytał znienacka złośliwą uwagę. Starał się wytłumaczyć.
— Proszę, niech mnie pan nie posądza, że marzę dla siebie o stanowisku męża prymadonny. Niech mię Bóg ciężko ukarze, jeżelim myślał kiedykolwiek o poprawie z zarobków żony swego własnego losu. Zresztą, zna mię pan zapewne z tej strony, że jestem człowiekiem nader małych potrzeb osobistych i że mi moja posadka na kolei nietylko na zaspokojenie tych skromnych potrzeb filisterskich wystarczała najzupełniej, ale jak pan wie, umiałem jeszcze zaoszczędzić blizko tysiąc rubli, któren teraz z największą rozkoszą oddal żonie, na jej wyjazd do Paryża.
— Więcej powiem: — mówił, jakby podniecając się wynurzeniami — skromna, ale pewna moja posadka na kolei, zwłaszcza po ostatnim awansie, przy dobrym rachunku, pozwoliłaby utrzymać rodzinę na stopie właściwej naszej sferze. I niech mi pan wierzy, gdybym był wziął dziewczynę prostą, a gospodarną, tak mi Panie Boże przy skonaniu dopomóż, nie pozwoliłbym, ażeby miała wycierać gdzie kąty po biurach, lub biegać za lekcjami, kilka rubli dorobić do naszego budżetu domowego.
Inna rzecz z Basią. Jej przebogata, artystyczna natura ma inne wymagania, inne potrzeby; jej niezwykła, olśniewająca piękność domaga się równie świetnej oprawy...
Westchnął znowu boleśnie.
— Hm — mówił z pewną goryczą — może to nieprzezornie było żenić się z tak wyjątkowo obdarowaną od natury istotą, urzędnikowi kolejowemu. Piękna, elegancka, wytworna, z upodobaniami artystycznemi żona jest dla ludzi pracy zbytkiem nie do darowania. Doprawdy, zawsze zastanawiała mię ta straszna, niewymierna dysproporcja w skali zarobków ludzkich, zkąd wypada, że pewna skala życiowa jest dla ludzi, żyjących z pracy rąk własnych, zgoła niedostępna. Zrozumiałem to jeszcze głębiej, kiedym się do tego po ślubie dotknął bezpośrednio. Proszę pana: jeden kapelusz, w którym żonie mojej mogło być do twarzy, to cała moja pensja miesięczna; jedno okrycie zimowe z futerkiem — to cała moja pensja roczna; a wieleż to lat musiałbym ślęczeć przy biurku, ażeby kupić swojej żonie garniturek brylantowy, taki, jakie dajmy na to, miewają te panie... niektóre... no, pan wie.
Grymas odrazy wykrzywił poczciwą twarz pana Adama.
— Tak, — wołał już z jakąś gwałtowną namiętnością — tak, nieprzezornie jest pracownikowi biurowemu żenić się z piękną kobietą, ale stokroć nieprzezornej, pięknej kobiecie wychodzić za człowieka żyjącego z pracy rąk własnych. Ale co pan chcesz, ślepa, nic nigdy nie obliczająca, miłość rzuciła nas sobie w ramiona i związała razem losy nasze na zawsze. Wziąłem ją od rodziców, jak się to mówi, w jednej sukience, ona także nie pytała, czy mam dużo kuponów do obcięcia. Skoro jednak teraz musieliśmy spojrzeć w twarz rzeczywistości na trzeźwo, czyż mogę, proszę pana... czyż mi wolno dla siebie, przez ciasne samolubstwo, przez brudny egoizm... mężowski, przeszkadzać jej w odnalezieniu możliwego wyjścia z sytuacji, w której ja odgrywam dotychczas rolę zawalidrogi?
Niech szuka lepszej, jaśniejszej, a godnej siebie przyszłości! Bo tylko, proszę pana, talent wybitny, piękny, dobrze postawiony głos może w pewnej mierze wyrównać ową straszliwą dysproporcję w skali życiowej; tylko szczęśliwa karjera artystyczna, może zapewnić kobiecie te świetniejsze strony egzystencji, jakie daje majątek osobisty, bogate zamążpójście lub... lub... no... mówiąc otwarcie...
— Więc pani wyjeżdża? — przerwałem.
— Dziś w nocy, kurjerem.
— Na długo?
— Na sześć miesięcy... może więcej...
Z panem Adamem w czasie jego słomianego wdowieństwa widywałem się często, bo niemal codziennie. Przesiadywał w naszej kawiarni długo w wieczór nad jednem, jedynem piwem, przyczem starał się posiedzenia te przeciągnąć możliwie najdłużej.
Nie śpieszyło mu się do pustego domu.
Opowiadał mi też o nędzy swego opuszczenia, o tęsknotach i cierpieniach samotności, aż raz, po sutszej nieco kolacji, wypiliśmy bruderszaft, odtąd też jesteśmy z sobą na ty.
Rzucił mi się na szyję i ze łzami w oczach dziękował za to tylko, że go słucham cierpliwie.
— Wszyscy inni — mówił z żalem — myślą jedynie o sobie, przechwalają się swojem powodzeniem, swojemi tryumfami, szczęściem, wygraną w karty, lub na wyścigach.
Ciebie za to, że okazałeś trochę współczucia dla mojej nędzy, pokochałem bez granic. Masz moją przyjaźń dozgonną — kończył, ściskając gorąco rękę podaną.
Darzył mię też istotnie zaufaniem bezwzględnem, mówił o kłopotach pieniężnych, gdyż, jak się okazało, żonie musiał posyłać do Paryża różnemi czasy mniejsze i większe sumki, oraz pokazywał jej listy, zresztą dość suche i nader lakoniczne.
Wogóle pani Basia nie jest widocznie zbyt sentymentalna i w posłaniach swoich do męża, prócz zwięźle wpuszczonego interesu bezpośredniego, zamieszcza jedynie krótkie i węzłowate wiadomości o tem, że jej się dobrze powodzi i że najświetniejsze żywi nadzieje na przyszłość. Bije z listów tych wielkie, szczere, serdeczne zadowolenie z siebie i z obecnego swego losu, ale ani cienia troski serdeczne o ból utrapionego w tęsknocie męża.
— To już jej takie usposobienie — tłumaczy pan Adam — poprostu wstydzi się zdradzić z gorętszem uczuciem i pozorami chłodnej obojętności pokrywa wzruszenia naprawdę niezmiernie tkliwego i miękkiego serca. Co chcesz, ma ona na tym punkcie szczególniejszą swoją ambicję.
Czasem w listach zwierzała się z projektów na podróże i wycieczki, które odbywać miała w towarzystwie jakiejś, poznanej w Paryżu, zamożnej rodziny angielskiej. Jakoż istotnie niebawem potem Adam otrzymał karty z widokami Hiszpanji, Włoch, Egiptu...
Zimę przepędziła pani Basia w Nicei.
Na wiosnę wpaść miała jeszcze na kilka tygodni do Paryża, ażeby ukończyć edukację śpiewaczą u Reszkiego, a potem zapowiadała powrót swój do kraju na pierwsze początki lata.
Adam liczył niecierpliwie godziny, a tymczasem chudł, mizerniał i doświadczał coraz wyrazistszych objawów neurastenji.
Skarżył się przedewszystkiem na bezsenność.
— Nieraz — żali się w kawiarni, jestem tak znużony, iż zdaje się usnę, siedząc, stojąc, zdaje się, że usnę w czasie najgwarniejszej, najbardziej zajmującej rozmowy. Niechże tylko przyłożę głowę do poduszki! — już... Już mnie wstrząśnie jakaś myśl natrętna i ani marzyć o zmrużeniu oka.
Nie wystarcza mu tedy wysiadywanie w kawiarni, którą zamykają o godzinie drugiej w nocy, włóczy się więc po mieście do rana białego.
— Nie mogę, no, nie mogę poprostu znieść w domu pustki, nie mogę znieść tam braku tej, którą...
Rozbeczał się na dobre. Przyznał się, że pani Basia przedłuża swój pobyt za granicą. Wyjeżdża na lato z ową rodziną angielską do Ostendy, w jesieni zaś musi być w Paryżu, ażeby powetować sobie, spowodowaną podróżami, przerwę w nauce śpiewu.
Przykrość mu jeszcze sprawia ta okoliczność, że żona, snadź nie chcąc przez delikatność wyczerpywać do dna jego kasy, coraz rzadziej upomina się o pieniądze.
— Nie mogę sobie darować, — mówi — żem się wygadał, jaką mi robi trudność wysłanie tych kilkudziesięciu rubli. Jak ona tam sobie biedaczka radzi na obczyźnie!
— Toż minęło lato, — biada — a jednego grosza odemnie nie wzięła.
Aż w pierwszych dniach jesieni wpada Adam do kawiarni, rozpromieniony.
— Wiesz? Basia jest już z powrotem w Paryżu i pisze na gwałt o pięćdziesiąt rubli.
— Naturalnie posyłasz?
— Lepiej. Sam jadę. Udało mi się w zarządzie wytrzasnąć bilet wolnej jazdy... no, niby w sprawie służbowej... Sam zawiozę monetę i zabiorę moją panią, choćby jej tam zagranicą obiecywano złote góry.

. . . . . . . . . . . . . . . . . .

Wrócił jednak bez swojej pani.
— Nie, wiesz — opowiadał — zawsze mówiłem, że nieproporcyonalność w stosunku zarobków ludzkich jest już doprawdy zbyt wielka. Poprostu czułem się upokorzony ze swoją pensyjką biurową wobec tego, co musi zarabiać talentem swoim śpiewaczym taka Basia. Wyobraź sobie, całe jej otoczenie, cały tryb życia — mieszkanie, meble, stroje, służba, samochód — to inny świat, inna sfera i inna atmosfera. Nie dziwię się, że jej nie pilno wracać do naszych dwu pokoików z jednem wejściem, a nie wiem, czyby w kraju znalazła odrazu równie świetne przyjęcie.
— Powiadam ci — urządziła się niby tymczasowo, ale rzeczywiście rozkosznie. To śmieszne w jakim stosunku jest tych moich biednych pięćdziesiąt rubli do sum, jakie Basia na siebie musi wydawać. Doprawdy, nie wiem poprostu, dlaczego ich tak gwałtownie żądała, a przyjęła, proszę cię, z niewysłowioną wdzięcznością, no, jak największe dobrodziejstwo.
— Myślę, że jest to dowód wielkiej delikatności uczuć.
Zarumienił się po uszy.
— Jak to rozumiesz? Przypuszczasz może, że...
Prawdopodobnie z kolei ja się znowu zarumieniłem. W każdym razie zmieszałem się uczciwie. Zacząłem namiętnie protestować.
— Ale cóż znowu!... Nic nie przypuszczam... nic absolutnie!... Myślę tylko... no, poprostu... że... No, nie chciała, ażebyś się czuł upokorzony brakiem odpowiedniej proporcji w waszych zarobkach.
— Tak, tak, to właśnie leży w jej charakterze: wytworność i delikatność uczuć.




FELA


Profesor z Janem, prowadząc się pod ręce, zapamiętale djalogowali mniej więcej o cnocie. Stary mistrz najmilszego ucznia swego umacniał w mądrości, albowiem mędrzec tylko posiąść może najwyższe dobro — cnotę.
Chlapał deszcz ze śniegiem obrzydły, zalewał im oczy, siekł po twarzy dokuczliwie i spływał za kołnierz mętnemi kroplami po nierównych kosmykach filozoficznych włosów. Oni przecież, zda się, nie czuli wprost już nieprzyzwoitych wybryków pogody marcowej i w ferworze dysputy zatrzymywali się na błotnym chodniku przez długie chwile, jak ongi w szczęśliwej Heladzie, zawzięci perypatetycy pod cienistym perystylem gimnazjum łykeońskiego.
Profesor, ukręcając Janowi guzik od palta, dowodził nerwowo, że życie nie jest romansem, ten jednak, wyjątkowo dziś, na przekonywające mistrza argumenty, odporny, stawiał się, jak to mówią, okuniem.
— A, przecież życie jest piękne!
Odporność tą zawdzięczał doskonałej, niezmiernie jasnej i pogodnej sztuce francuskiej, którą właśnie widzieli w teatrze.
— Mam wrażenie, — wołał w zachwyceniu — jakby mnie hyzopem pokropiono.
— Hyzop, Izop, Józefek, roślina z rodziny wargowych...
Profesor z nałogu zaczął już wykład botaniczny, kiedy Jan, uniesiony nastrojeni promiennym, przerwał nowemi okrzykami wesela.
— Mam wrażenie, jakbym się wykąpał w kryształowych przezroczach wód krynicznych, jakbym nagle uczuł się przeniesiony pod lazurowy strop zalanego słońcem nieba Italji, jakbym...
— Hm, można i tak, — zgodził się profesor — autor jest istotnie człowiekiem nad wyraz grzecznym i dobrze wychowanym. Na chwilę jedną nie chciał pozostawić nas pod wrażeniem mniej przyjemnem. Zaledwie przygotował sytuację groźną, prawie tragiczną, prawie ponurą, aliści kiedy ma wybuchnąć katastrofa, zjawia się goniec: „Nic, małe draśnięcie“.
Doprawdy to bardzo uprzejmie z jego strony.
Jan nigdy nie wie z pewnością, czy profesor drwi naprawdę, czy żartami pyta o drogę. Dziś jednak nie da się tymi akuszeryjnymi zabiegami zbić z tropu.
— A tak — woła z przekonaniem.
A tak! W tem właśnie leży prawdziwe poczucie harmonji społecznej. Jest to świadectwem niezmiernie wysokiej kultury towarzyskiej, owego poszanowania nerwów bliźniego, jego miękkiej, wysubtelnionej w wiekowej uprawie, wrażliwości psychicznej. Trudno bawić dzisiejszego intelektualistę walką byków w jakiejkolwiek formie.
Dowlekli się w tej chwili do baru, gdzie zazwyczaj po teatrze, roztrząsając jakieś zagadnienia etyczno-estetyczne, spożywali kiełbaski parowe z chrzanem, co oczywiście zakrapiali piwem w miarę możności.
— Mistrzu, proszę cię.
— Wejdź pierwszy.
— Ależ wiek, zasługi...
— Przesąd, mój drogi. Czyż słuszną jest rzeczą, ażeby ktoś rościł sobie pretensję do jakichś względów szczególniejszych dlatego tylko, że się wcześniej o kilka lub kilkanaście lat urodził. Owszem, młodości służyć winny wszelkie przywileje, proszę cię.
— Ależ nigdy w życiu.
Kiedy się tak certują we drzwiach otwartych baru, drab jakiś, któremu widocznie śpieszyło się bardzo na wódkę, pchnął ich, niby niechcący, ale tak skutecznie, że obaj wpadli do środka, niby bomby do warsztatu chałupnika, przyczem Jan, tracąc w impecie równowag nabił sobie o bufet cynowy porządnego guza na czole.
Drobnostka taka oczywiście nie mogła zmącić różowości światopoglądu, skoro tedy zasiedli przy stole nad, dymiącemi się wonnie, kiełbaskami, Jan rozwijał dalej swoją tezę.
— Barbarzyńca — mówił w zapale — wywołuje grozę kolizji tragicznych a w wyniku psuje widzom humor i apetyt. Cham taki nieokrzesany każę bohaterom swoim szwędać się, jak zmorom, po scenie i krakać złowrogo: to się mści.
Co się ma mścić do djabła? Czyż od czasów Aischylosa nie zdążyliśmy jeszcze wyrosnąć z tych przesądów fatalistycznych?
Przemiła jest ta dobrotliwa wyrozumiałość wykwintnego dramaturga współczesnego, kiedy prześlizguje się lekko i swobodnie wśród sytuacji, jakie dla starych troglodytów literackich stanowiły temat najtragiczniejszych zatargów.
Ha, ha — śmiał się radośnie — kaprys, zmysły... temperament ponosi... To się nie liczy, to nie ma znaczenia. Słusznie robi zręczny autor dzisiejszy, że nie każę bohaterkom swoim pokutować przez wieki za jedną chwilę kaprysu. To byłoby okrucieństwo, znęcanie się, to odbićby się musiało echem ponurem o nasze dusze wrażliwe.
Kocham, wołał, kocham tę piękną pobłażliwość, ową miękką względność dla ludzkiej słabości, a zwłaszcza dla słabości niewieściej.
Kobieta to kwiat, którego woń... rozumiesz.
— A cnota?
Sam mistrzu, mówiłeś, że przebaczenie jest cnotą mędrców:
Tout comprendre...
— Hm — przerwał stary ze swoim wiecznie dwuznacznym uśmiechem — hm, prawda, ale któż jest tak mądry, aby wszystko zrozumieć w kobiecie? Kto zrozumie to serce niepojęte, ażeby miał prawo przebaczać, lub nie przebaczać?
Posłuchaj...
Pociągnął haust piwa i zaczął opowieść.
— Posłuchaj i ja byłem kiedyś młody, płochy...
—...I wysokiego wzrostu — wtrącił Jan dowcipnie.
— No, nigdy zbyt wyniosłą powierzchownością nie mogłem się poszczycić, natomiast w młodości swej chwilami bywałem przy pieniądzach, a w chwilach takich młody człowiek jest zazwyczaj bardzo płochy. Byłem tedy młody, płochy, bo przy pieniądzach. Wieczorem, w kawiarni spotkałem Felę, którą znałem przez tego łobuza malarza, Sykstusa. Jak widzisz, referencje nienajlepsze, zresztą wiedziałem o Feli wiele innych rzeczy nienajlepszych, dlatego też zaproponowałem jej wspólną kolację.
Propozycję przyjęła entuzjastycznie. Była rozpromieniona. Klaskała radośnie w łapki i szczebiotała jak dziecko, które dostało pudełko szwajcarskich czekoladek. Przyznała się otwarcie, że jest głodna, jak pies ostatni, że za cały obiad musiały jej wystarczyć dwa serdelki, gdyż ostatniego rubla wydała na „gumy“.
Poszliśmy do gabinetu z fortepianem w najpierwszorzędniejszej restauracji.
Fela była rozkoszna. Rozbawiona, roześmiana, rozdokazywana. Zaraz na wstępie swoje i moje imię brylantem pierścionka wypisała na wielkiem lustrze restauracyjnem.
Piła dużo, w sprawie zaś ułożenia menu dziewczyna poprostu szalała: ostrygi, homar, sałatki najrozmaitszych kombinacji, majonezy, zwierzyna, ptactwo, ananasy. Po tem wszystkiem kazała jeszcze przyrządzić sobie jajecznicę ze szczypiorkiem. Co prawda, zmódz jej nie była zdolna i wpakowała całą do pianina, gdzie przedtem już, nawiasem mówiąc, wlewała wino reńskie, które jej nie bardzo jakoś smakowało.
Zażądała tacy owoców...
Nie umiałem jej niczego odmówić, nie umiałem w czemkolwiek krępować jej nieco inkoherentnej fantazji.
— Ba — zauważył Jan — ba, gdyby tak panna Stefa Maliczewska trafiła na takiego jak mistrz człowieka, na człowieka, który staluje wspaniale w pierwszorzędnej restauracji ostrygi i homara, zamiast z kołtuńską maskinerją przynosić na przyjacielską kolacyjkę ordynarne wędliny i sardynki — gdyby powiadam — panna Stefa spotkała na swej drodze takiego człowieka, niewątpliwie nie zakończyłaby swej historji tonem tak minorowym.
— Myślisz?
— Jestem pewny. Jestem najmocniej przekonany, że zaproszona przez mistrza kochanego na kolacyjkę, zamiast owej rozrzewniającej łezki, którą roni przy zapuszczeniu kurtyny, klasnęłaby w łapki radośnie, jak Fela, i śpiewałaby ochoczo.
„Hopla chłopczyku, skarbie mój...“
Profesor patrzył na ucznia z uśmiechem wyższości.
— Chłopcze, jak ty niewiele wiesz o instrumencie tak niesłychanie skomplikowanym, jakim jest serce kobiety. Fela po tej kolacji lukullusowej urządziła mi właśnie scenę nader dramatyczną, żałosną i w najwyższym stopniu nieprzyjemną.
Dotychczas zapomnieć nie mogę przykrości i bólu, jakie odczułem w najgłębszych pokładach swego sumienia — musiałem się uznać za nędznika.
W chwili, kiedy robiłem rachunek ze służącym, widziałem, że Fela odwróciła się ode mnie, nadąsana.
Odeszła w głąb pokoju, ukryła twarz w aksamitnej, zasłaniającej okno, draperji i pozostała tam, choć służący dawno już opuścił nasz gabinet.
Zapanowała długa chwila ciszy, dość krępującej.
Usłyszałem, że szlocha.
Istotnie spazm płaczu wstrząsał jej ciałem. Łkanie stawało się coraz gwałtowniejsze.
— Dziecko, co tobie, ty płaczesz?
— A bo pan jest człowiekiem nieuczciwym.
— Ja?
— Tak, pan. Nadużył pan mego zaufania... upoił i sponiewierał.
— Wiesz, jak jestem na tym punkcie drażliwy, jak znieść nie mogę, ażeby ktokolwiek płakał przy mnie, a zwłaszcza przeze mnie, rozumiesz zatem, jak mnie dotknąć musiały boleśnie łzy dziewczyny.
Ja nieucziwy, ja nadużyłem zaufania!
Starałem się usprawiedliwić, wytłumaczyć.
— Ach, mój Boże, dziecko drogie — zacząłem z perswazją. — Któż mógł przewidzieć, kto mógł przypuścić... No, wiedziałem przecież... hrabia Zdziś, Michał Lala, Franek, no, ten łobuz malarz i... bo ja wiem.
— Tak, odparła ostro — ale tamto było z miłości.
Jan wydął pogardliwie usta.
— Phi!...
Profesor ujął go za rękę.
— Powstrzymaj, młodzieńcze, owe oznaki pogardy. Nie należy pogardą szafować za hojnie, gdyż, jak powiada Chateaubriand, zbyt wielu z nas jej potrzebuje. Kto pozna do gruntu serce kobiece, kto pozna je tak dokładnie, ażeby miał prawo przebaczyć... sobie?




ZAĆMIENIA


Od rana panował już w mieście nastrój szczególniejszego podniecenia. Na wszystkich ustach jedno nieodmiennie pytanie:
— Cóż zaćmienie?
Pisma zapowiedziały początek widowiska na godzinę 12 min. 42.
Mniej świadomi podejrzewają w tem jednak zwykłą dziennikarską kaczkę... dla sensacji, pytają też spotykanych na ulicy znajomych, z drwiącym uśmiechem:
— He, he, cóż zaćmienie słońca?
Oczywiście nie chybi ono ani na sekundę. Może się spóźnić wierzyciel z ratą o kilka miesięcy, literat z rękopisem „do numeru“ o kilka tygodni, krawiec z frakowym, obstalowanym na ślub, garniturem o dni kilka, lokator z zapłaceniem komornego o kilka godzin, ale obliczenia astronomów są matematycznie ścisłe.
Niema co do tego najmniejszych wątpliwości pan Józef, który z astronomją jest trochę, że tak powiemy, spoufalony, bo, choć po dyletancku, jednak z wielkiem zajmował się tą nauką zamiłowaniem.
Jest tedy niezwykle przejęty zbliżaniem się momentu, kiedy na własne oczy ujrzy zjawisko — jeżeli zresztą całkiem naturalne i konieczne w przedziwnie dokładnym mechanizmie wszechświata, to w każdym razie bardzo niecodzienne.
— Na drugie podobne zaćmienie będziemy musieli czekać do r. 1999 czyli całych lat 87 — opowiada w biurze, gdzie nawiasem mówiąc, jest wcale grubą rybą, bo istotnie zasiada na jednem z miejsc naczelnych.
— Pochlebiam sobie, panie radco, że nie wszyscy tego doczekamy — zauważył któryś z młodszych urzędników.
Uśmiechnął się pan Józef z politowaniem.
— Co znaczą nasze marne istnienia wobec nieskończoności rzeczy boskich? Co znaczy życie jednostki wobec ogromu wiedzy ludzkiej — wobec ogromu tego gmachu wspaniałego, do którego pokolenia od lat tysięcy znoszą cegiełkę po cegiełce doświadczenia swoich uczonych i badaczów?
Najdawniejsze, już zbadane i określone naukowo przez astronomów chińskich zaćmienia zanotowała historja na trzy tysiące kilkaset lat przed Chrystusem. Następnie Egipt, Chaldea...
Tu pan Józef pozwolił sobie na przydłuższy wstępny traktacik historyczny, co mógł uczynić bez szkody dla interesów instytucji, bowiem, wobec panującego powszechnie nastroju przed zaćmieniowego, robota w biurze i tak już w nienajlepszem szła tempie. Ogólne podniecenie udzieliło się wszystkim, nie wyłączając woźnych, chłopca do posyłek i panien od maszyny.
Ucichło nieznośne klekotanie Remingtonów — nastała cisza zasłuchania.
Pan radca po wstępie historycznym z kolei przeszedł do wyjaśnienia samego zjawiska i nader plastycznie wykazywał na rysunkach, jak ostrosłup cienia, rzuconego od znajdującego się w danej chwili między słońcem a ziemią księżyca, wędrując po kuli ziemskiej, różne kraje pogrąża w ciemnościach.
— Niestety, — mówił nie bez widocznego żalu — miasto nasze nie leży na linji tej wędrówki i obserwować będziemy mogli jedynie zaćmienie częściowe.
Wtem ktoś krzyknął nerwowo.
— Dwunasta za pasem!
I dobrze, że krzyknął. Pan Józef, zagadawszy się w biurze, byłby niewątpliwie nie zdążył na czas do domu, gdzie, na przepysznie wystawionym na operację słoneczną balkonie, urządził sobie formalne obserwatorjum.
Mógł był stracić może najciekawszą fazę zjawiska. Przerwał tedy wykład niezwłocznie, i kończąc rzecz kilku najogólniejszemi wskazaniami, kazał podać sobie palto i kapelusz.
Wybiegł na ulicę. Wskoczywszy do pierwszego, przejeżdżającego tramwaju, spotkał się oko w oko z tym łobuzem Karolem. Siedli w wagonie naprzeciwko siebie.
— No, możemy sobie powinszować — zaczął podając młodzieńcowi rękę na powitanie.
— Czego?
— Ach, że będziemy mogli oglądać fenomen cudowny, na który długo czekać trzeba było.
— Jaki fenomen?
— Jakto, to pan nie wie. że mamy dziś zaćmienie słońca?
— Ach, tak, tak... prawda... słyszałem...
Oburzył się pan Józef.
— Pana to nie wzrusza, nie interesuje?
— Proszę pana, człowiek ma swoje zmartwienia — będę tam sobie jeszcze awanturami niebieskiemi głowę zawracał? Zaćmi się słońce, to zapalą elektryczność.
Teraz już radca zgorszony był zupełnie poważnie. Podniósł w górę smutne, melancholijne spojrzenie.
O, ludzie, ludzie! Jakże was ta brzydka przyziemność tłoczy, jak fatalnie trzyma w więzach ordynaryjnej powszedniości. Czyż nie lepiej oderwać się myślą od tej brudnej, marnej, ciasnej, małej szarzyzny życia codziennego i bujać wolno po bezkresach wszechświata! Och, o ileż ludzie byliby lepsi, szlachetniejsi, piękniejsi, gdyby chcieli zapomnieć chwilę o trosce dnia dzisiejszego, o wstrętnej pogoni za użyciem, za zyskiem, gdyby wznieśli się do marzeń o nieskończoności, o absolucie. O ileż ludzie byliby lepsi, gdyby chcieli od czasu do czasu spojrzeć oczyma duszy na firmament, zasiany mijardem gwiazd — światów ogromnych...
— A pan dokąd, panie radco? — przerwał nagle Karol.
— Spieszę do domu, gdzie przygotowałem sobie zaimprowizowane naprędce obserwatorjum.
— Hm...
— Zajdź pan do mnie: — zaproponował pan Józef, chcąc wytrącić młodzieńca z tej przykrej, upokarzającej poprostu obojętności dla spraw wzniosłych — zajdź pan do mnie: — mówił — mam balkon południowy, więc doskonały punkt obserwacyjny, przy tem odpowiednio spreparowałem wielką taflę szklaną, że będziemy mogli obserwować zjawisko, dzieląc się wrażeniami.
— Hm... kiedy... jadę na obiad.
— No, to zostaniesz pan u nas na obiedzie. Mam nadzieję, że magnifika moja nie będzie miała nic przeciw temu.
Karol poruszył się na siedzeniu.
— To jest... rzeczywiście — zaczął, jąkając się trochę — to jest... restauracja, w której jadam, ma naprawdę okna od północy... no i w mieszkaniu mojem wszystkie okna są północne... tak... północne.
Powiedział to tonem tak dziwnym, że panu Józefowi w głowie zrodziła się nagle wątpliwość, czy pan Karol wogóle okna jakie i wogóle jakiekolwiek mieszkanie posiada, a obiad o którym mówi nie jest fikcją.
Wszakże pomni, jak kiedyś, po tej pierwszej, urządzonej u nich kolacii wystawniejszej, wybierał się do zaproszonej przez panią Józefową, młodzieży z rewizytami, pan Karol wręcz i otwarcie oświadczył, że wizyty przyjmuje tylko w kawiarni „Pod kogutkiem“.
Miał to czynić wzorem obyczajów panujących w Europie, gdzie wogóle przyjęcia domowe uważane są za przeżytek przeczasiałych już tradycji towarzyskich.
Radca, jako człowiek znający życie nie z jednej strony, wiedział dobrze, co pod tem tłumaczeniem rozumieć należy, nie wdawał się więc z młodzieńcem w dysputy zasadnicze, lecz złożył mu wizytę „Pod kogutkiem“, gdzie, nawiasem mówiąc, sam zapłacił rachunek za wspólnie wypite kawy i koniaki. W każdym razie wtedy już powziął podejrzenie, że młody człowiek, pomimo, zawsze nader wytwornego i według ostatniej mody skrajanego żakieta, pomimo, że zawsze był starannie a całkowicie wygolony, tudzież uczesany nieskazitelnie, to jest, że ani jeden włosek nie drgnął na gładko wymuskanej, a jak radca z przekąsem mawiał, „rozłupanej“ głowie, w dostatki nie opływał bynajmniej i że zapewne niejedną stronę swego stanu posiadania musiał wstydliwie ukrywać.
Ha, cóż dziwnego. Pan Karol pisywał wiersze, drukowane czasami w pismach. Toż człowiek, który czasem tylko wiersze w pismach drukuje, oczywiście niezawsze może mieć na mieszkanie, ba, i niezawsze na obiad.
Myśl ta zasępiła smutkiem poczciwe czoło pana Józefa.
Trudno, mówił do siebie, wymagać od człowieka górnych dum o doskonałości rzeczy wiecznych, skoro mu tu, na ziemi, brakować może mizernych kilku złotych na obiad doczesny.
Zdało mu się, że niesprawiedliwy był w sądach o Karolu, zarzucając mu przyziemność i pospolitość, toż uczuł w sumieniu jakby wyrzut za popełnioną mimowoli zniewagę godności ludzkiej.
Współczucie w zacnem jego sercu wzbierało coraz silniej, toż kiedy tramwaj w odpowiedniem przystanął miejscu, bez dalszych omówień wziął pana Karola pod ramię.
— Chodźmy.
Dał się młodzieniec uwieść bez gwałtowniejszych oznak protestu. Bąkał wprawdzie coś pod nosem niewyraźnego, ale wstał i szedł, nie opierając się radcy zbyt energicznie.
Pani Józefowa, jak się okazało, nic też nie miała przeciw temu, owszem — przywitała gościa nader radośnie i tylko przepraszała, że obiadek będzie skromny.
Cudna była pani Dziunia w jasnym liljowym szlafroczku na tle zalanego pełnym blaskiem słonecznym salonu. Świeża, hoża, biała, pulchna, z sutą, jasną, przedziwnie bogatą fryzurą, z djabelstwem jasnych, figlarnie wijących się nad skronią loczków, wyglądała djabelnie ponętnie. Radca, złożywszy szerokiego całusa powitalnego na atłasie jej rumianego policzka, natychmiast wyszedł na balkon, ażeby zająć stanowisko w swojem obserwatorjum.
A nie było to obserwatorjum byle jakie. Duża tafla szkła lustrzanego, okopcona starannie i oprawiona w czarną ramę, umieszczona była na ruchomej podstawie drewnianej, tak urządzonej, ażeby taflą manipulować można było swobodnie i dowolnie zmieniać jej pochylenia.
Podstawę według własnego pomysłu i rysunku pan Józef umyślnie kazał zrobić stolarzowi. Chodziło o ustawienie płyty szklanej w ten sposób, ażeby można było obserwować zjawisko przez cały czas jego trwania, nie fatygując rąk trzymaniem owej płyty. Chodziło także o to, ażeby zaćmienie mógł oglądać wspólnie z panią Dziunią, dlatego to tafla była tak wielka, oraz osłoniona z boków tudzież od góry ciemną draperją.
— Zaczyna się — krzyknął z silnem wzruszeniem w głosie pan Józef.
Dwie głowy, to jest pani Dziuni i Karola, wsunęły się pod draperję. Czuł je obok siebie z jednej i drugiej stropy policzków.
Istotnie, mały rąbek cienia przysłonił już od dołu płomienna tarczę słońca, a posuwał się ku górze wolnym, niedostrzegalnym dla oka ruchem.
— No wiesz — rzecze pani do męża — to może być nieco nudne. Zawołasz nas wtedy, kiedy zaćmienie dojdzie do kulminacyjnego punktu.
I dwiegłowy wymknęły się znowu z pod zasłon.
Został sam na swem obserwacyjnem stanowisku, ale też nie utracił jednego momentu z tego niezwykłego zdarzenia niebieskiego. Przyglądał się słońcu przez wielką lunetę połową i zwykłą lornetkę teatralną, to znowu gołem okiem patrzył w okopcone szkło, które krwawą jakąś, złowrogą, ponurą czerwienią zabarwiało świetne promienne blaski.
A kolisko słońca, pochłaniane przez ciemną plamę, maleje, niknie, wypacza się, kurczy, aż oto jeno, jako nikły sierp księżyca, krwawi się jego brzeżek na groźnem tle nieba.
Odwrócił pan Józef oczy od czarnej tafli, I ażeby sprawdzić, jaki efekt na ziemi wywołuje zmniejszenie się wiekuistego źródła światłości.
Owładnęło nim uczucie smutku i niepokoju niewypowiedzianego. Świat cały przysłoniły nieznane, o zimnych, szaro-niebieskich tonach, cienie.
A jednak nie jest to mrok bezsłonecznego dnia pochmurnego, kiedy w rozproszeniu bladej światłości przestrzeń matuje się, niby pod przykryciem mgieł nieuchwytnych. Owszem — mała ta cząstka tarczy ognistej, gorejącej na czystem, bezchmurnem niebie śle na ziemię promienie dziwnie jaskrawe. Zaznacza się to niezwykłą ostrością cieniów rzuconych, jakby pochodzących od skoncentrowanych blasków reflektora elektrycznego.
Oto chuda akacja, stojąca pod balkonem, rysuje na chodniku swoją sylwetę niezmiernie delikatną, cieniutką siatką gałęzi.
Zimno.
Lekki dreszcz wstrząsnął całem ciałem pana Józefa. Może pochodziło to od chwilowego obniżenia się temperatury, a może też było tem niejasne przeczucie końca wszelkiej światłości i wszelkiego życia.
Nie zdaje sobie sprawy, lecz jest pełen przykrego uczucia i niewątpliwego zdenerwowania. W tym nastroju ducha zwrócił się znowu ku swojej tafli...
Szkło okopcone, przez które przebijające się promienie słoneczne świeciły krwawo i ponuro, przedstawia się teraz jako wyborne czarne zwierciadło. Snadź przez jakieś mimowolne poruszenie statywu, ustawiło się pod kątem do drzwi balkonowych salonu i z całą dokładnością ukazuje w odbiciu jego wnętrze, aż do rogu, gdzie przy małej kanapce stoją obok siebie Dziunia i Karol.
Zadrżał.
Zdawało mu się, że w lustrze okopconego szkła będzie musiał teraz obserwować zaćmienie własnego szczęścia.
Głupia myśl, głupi nastrój! Skutek to zdenerwowania tym niezwykłym, nieznanym efektem oświetlenia.
Oni stoją przy sobie bardzo blizko, wiodąc jakąś ożywioną rozmowę. Nie obchodzi ich spełnianie się jednego z najciekawszych fenomenów kosmicznych; zajęci sobą żwawo gestykulują rękami.
Dziunia wspaniałą swoją postawą karjatydy przysłania całkowicie smukłą postać mężczyzny. Migają tylko ich białe ręce, jakby bawili się w grę dziecinną, zwaną „łapki“.
Nagle kobieta wymierzyła w rękę mężczyźnie tęgiego klapsa. Ten chwycił dłoń karzącą i przycisnął namiętnie do ust.
Śmieją się. Dochodzi go swobodny, wesoły, prawie bezmyślny śmiech żony.
Widzi w czarnem zwierciadle jej świeże, zarumienione podnieceniem, policzki.
Wtem biała ręka mężczyzny spoczęła na liljowych fałdach szlafroczka. Cała postać kobiety przegięła się, jakby pchnięta jakąś siłą niewidzialną. Głowa w tył odrzucona ukazała białość szyi w miejscu, gdzie najgłębsze wycięcie szlafroczka. Do miejsca tego przywarły usta mężczyzny...
Nie zdążyły odskoczyć od siebie ich głowy...
Pan Józef stał przed nimi, jak gromem rażony. Pragnienie zemsty, krwi, mordu zalewało mu dusze. Szukał przy sobie broni, której nie posiadał.
Ale tamten bynajmniej niestropiony, bezczelny, arogancki, z najlepszą w świecie miną zaczął tym swoim obojętnym tonem.
— Panie radco — mówiłem, że takie zaćmienie niekompletne nie może dać wzruszeń silniejszych i doprawdy na chwilę jedną nie miałem wrażenia, ażeby się dokoła mnie miało dziać coś osobliwego.
Pan Józef czuł, jakby teraz znowu doznał zaćmienia własnego rozumu. Szukał w sobie okrutnego, mocnego czynu, szukał okrutnego, mocnego słowa, a usta bezradnie, niedołężnie wyszeptały:
— Panie, panie... ach, jak ja tego nie lubię.




KONDYCJA


Pan Szeliga urwał nagle i przybrał minę zafrasowaną, czem, nawiasem mówiąc, wypaczył mocno zasadniczą linję swego stylu.
Był to doskonały typ ziemianina, jaskrawo podszytego sportsmenem. O ciemnej, opalonej od słońca cerze, o wyczernionym, do góry poddartym wąsie, o oku śmiałem, ostrem, a mocno przekrwionem, robił wrażenie zawołanego koniarza i pierwszorzędnego myśliwego. Całem swojem, nie pozbawionem znamiennych cech pańskości, zachowaniem się, wyszukanem ugrzecznieniem w słowach, przy lekceważącej wyniosłości tonu, zdradzał wybitną pewność siebie. Mógł mieć lat około pięćdziesięciu i zapewne przeszłość bogatą w przeżycia intensywne różnej natury, a ztąd tytuł niewątpliwy do wytrawnej swobody w stosunkach z ludźmi wszelkiego stanu. Dlatego też frasobliwość owa nie harmonizowała z całością postawy gentlemana i, z kolei, skrzywiła Mroczkowi linję jego dedukcji, niesłychanie dotychczas ścisłych i konsekwentnych.
Ludzie, których dla interesu sprowadza z sobą już nie zwykły przypadek, ale zwykły inserat kurjerkowy, usiłują przeniknąć się wzajemnie do dna duszy i z drobnych, powierzchownych postrzeżeń odgadnąć: „Z kim się ma właściwie przyjemność?“
Tak się mianowicie rzeczy miały w obecnym wypadku. Mroczek podał był do pism ogłoszenie: „Kandydat nauk fizyczno-matematycznych uniwersytetu Warszawskiego, doktór filozofji uniwersytetu w Heidelbergu, a ostatnio w Paryżu słuchacz nauk moralnych i politycznych, przyjmie na czas pewien kondycję w domu zamożnym.“ Adres i t. d.
Nazajutrz w kawalerskiem jego mieszkaniu na czwartaku zjawił się nieco zasapany pan Hjacynt Szeliga i oświadczył: że przychodzi z upoważnienia siostry swojej, dziedziczki Nieznania, która właśnie poszukuje dla syna nauczyciela z wyższemi kwalifikacjami; że on Hjacynt Szeliga, jako brat i, w pewnej mierze, administrator majątków wdowy, umocowany jest do zawarcia umowy w formie stanowczej, że pełnomocnictwa jego są jaknajdalej idące; że wobec tego warunki, jakie wspólnie zdecydują, strony obie obowiązywać będą ostatecznie.
Mroczek „przenika“ reflektanta właściwą sobie metodą, którą by nazwać można było — literacką. Przywoławszy do pomocy wszystkie teoretyczne wiadomości z zakresu psychologji, fizjognomiki, a nawet chiromancji, zdecydował, że przybysz zasługuje na pełne zaufanie. Chiromantyczne zwłaszcza dane wypadły na korzyść pana Szeligi nader stanowczo. Miał on rękę mała, kształtną, o palcach nie zbyt długich, ale prostych, cienko zakończonych i ozdobionych foremnymi paznogciami. Ręce takie oznaczają szlachetność, wspaniałomyślność charakteru i świadczą, że właściciel ich pozbawiony jest całkowicie instynktów zbrodniczych — drapieżności, chciwości i podstępu.
Zapewne mógł taki szlachcic sprzedawać sąsiadom konie z ukrytym felerem, lub podrobionym rejestrem, mógł łgać w żywy kamień niebywałe przygody myśliwskie, ale poza sferą tych tradycyjnie przyjętych licencji etycznych, jest to niewątpliwie człowiek lojalny i pełen dobrej wiary.
Takie jest wrażenie ogólne młodego kandydata na posadę guwernera w Nieznaniu. Zresztą wrażenie takie jest, poza wszystkiem, sprawą intuicji — wynikiem tych przesłonek pozaświadomych, nienazwanych naukowo, nieokreślonych słowami, czego Mroczek nie lekceważy, jako prawy bowiem filozof wierzy najmocniej, że granice poznania nie mieszczą się, niestety, całkowicie w zakresie uznanych systemów naukowych. Dość, że polegając na tem przekonaniu, ułożenie warunków zdał w zupełności na pana Szeligę.
Przyznać trzeba, iż nie żałował tego bynajmniej. Przedewszystkiem honorarjum, zaprojektowane przez wspaniałomyślnego pełnomocnika, przewyższało najśmielsze marzenia przyszłego pedagoga, i on sam prawdopodobnie poprostu nie odważyłby się głośno wymienić podobnie poważnej sumy, bodaj na żarty. Poza tem pan Szeliga, jako człowiek praktyczny, omówił w najdrobniejszych szczegółach wytyczne punkty wzajemnego stosunku, przyczem dość wyraźnie zaznaczył troskę o ułatwienie młodzieńcowi sytuacji w obcym domu. Niewątpliwie niepraktyczny filozof nie umiałby tego wszystkiego tak dokładnie przewidzieć i równie drobiazgowo uwzględnić.
Pełen uniesienia radosnego, wyciągnął dłoń dziękczynną.
— O, panie — rzekł tamten, dotykając trzema palcami wyciągniętej ręki. — O, panie, siostra moja jest wysoce inteligentna i potrafi ocenić siłę pedagogiczną, jaką szanowny pan przy tych kwalifikacjach... przy tych tytułach naukowych, osobą swoją przedstawia. Jednak... muszę pana uprzedzić, że dom jest, że tak powiem, osobliwy...
Tu właśnie zjawiło się owo frasobliwe zmieszanie. Rzekłbyś, imponujący spokój i pewność siebie opuściły nagle pana Szeligę, a on sam załamał się fatalnie w swem jestestwie. Twarz jego przybrała śmieszny, prawie dziecinny wyraz zalęknienia, skoro stanął wobec jakiejś kwestji drażliwej, czy wstydliwej. Oczy rozszerzyły się nadmiernie, usta złożył, jak do gwizdania.
— Zresztą... zresztą — jąkał się — nie jestem upoważniony... są pewne tajemnice rodzinne... powiedziałbym... tragizm rodzinny... Zresztą — ciągnął dalej — jest pan młody, zapewne odważny... Proszę pana, niech pan zobaczy... spróbuje...
Wydobył z pugilaresa banknot storublowy.
— Służę małą zaliczką... na koszty podróży.
Właściwie mówiąc, wzmianka o osobliwości domu, czy o tragizmie rodzinnym, podnieciła tylko ciekawość literacką Mroczka i jeszcze bardziej czyniła pożądaną tę „kondycję“ bajeczną, którą dostawał bez wszelkich słówek łaskawych, bez pełnych gorzkiej dobrotliwości listów rekomendacyjnych, bez protekcji i poleceń.
Był zachwycony. Nie mniej przecież wśród znajomych w Warszawie starał się zdobyć bliższe szczegóły o osobliwym dworze w Nieznaniu. Nikt tam jednak nie słyszał nawet o miejscowości, oddalonej od kolei, jak objaśniał pan Szeliga, o opętanych mil pięć, i to nie wszędzie po dobrej szosie. Dopiero w wagonie, kiedy nuda podróży rozwiązała języki przygodnych towarzyszów, jeden z obecnych, dowiedziawszy się o charakterze wyprawy Mroczka, rzucił pod nosem jakby do siebie:
— Winszuję.
Było w tem coś z syku węża.
Mroczek zwrócił się do jegomości z właściwą sobie prostotą:
— Proszę pana, odczułem w pańskiem odezwaniu się akcent złośliwy. Czy nie zechciałby mi pan wytłumaczyć — dlaczego?
— Jakto — zaśmiał się tamten — jakto? To pan nic nie wie o dziedziczce z Nieznania?
— Nie.
— Winszuję.
— Dziękuję. Chciałbym jednak poznać przyczynę powinszowali.
Jegomość zrobił minę sfinksa.
— Proszę pana — zaczął tonem już zgoła innym — mam szczęście, czy nieszczęście sąsiadować z Nieznaniem i właśnie mnie mianowicie nie wypada uświadamiać pana o tem, co się dzieje w domu, w którym ma pan przyjąć obowiązek. W każdym razie mogę pana zapewnić, że dom jest co najmniej osobliwy.
Mroczek nie rozumiał motywów, które nie pozwalają temu panu na otwarte nazwanierzeczy po imieniu, choć pozwala on sobie na pełne znaczenia insynuacje.
Nie nalegał jednak. Stanął nadąsany w oknie i wpatrywał się uparcie w noc, czarną w tej chwili, jak smoła.

. . . . . . . . . . . . . . . . . .

Dniało już dobrze, kiedy wysiadł z pociągu. Przed dworcem, jak zapowiedział pan Szeliga, czekały konie z Nieznania — czwórka tęgich karych wałachów, zaprzężonych do małego wolanta, który też, niby czterech czarnych djabłów, porwały z kopyta, jak piórko, i niosły wichrem po białej szosie.
Szalona jazda przy orzeźwiających powiewach pięknego czerwcowego poranka do rytmu końskiego kłusa dostroiła tok dumań przyszłego pedagoga. Biegły one raźnie, ochoczo, wesoło do jakiegoś, odtworzonego w marzeniach, prastarego dworca modrzewiowego, pełnego prastarych pamiątek, pełnego cudownie przechowanych zabytków dawno minionej przeszłości, pełnego dawnych, dobrych tradycji, związanych ze wsią polską i z życiem dworu wiejskiego. Pan Szeliga w rozmowie zdążył nawiasowo nadmienić, że majątek w rękach rodziny pozostaje od lat stu kilkudziesięciu, że mieszkała tam ich prababka, pani starościna Nieznańska, i ona to właśnie założyła rezydencję, która w niezmienionych prawie kształtach do dnia dzisiejszego dotrwała. O prababce tej obiecywał prawnuk później wiele niezmiernie ciekawych szczegółów opowiedzieć, była to bowiem postać swego czasu znana nietylko w okolicy, ale na całą Polskę. Obecna właścicielka Nieznania ma ją wielu rysymi charakteru przypominać.
— Odezwały się w siostrze mojej atawistycznie — opowiadał pan Szeliga — pewne właściwości szczególne, które cechowały tę naszą prababkę, pochodzącą, nawiasem mówiąc, z wielkiego, książęcego rodu.
Z przesłanek tych Mroczek odmalował sobie w fantazji wizerunek dostojnej matrony, otoczonej patryarchalnie gronem dzieci, domowników, kuzynów i kuzynek, wśród których oczami wyobraźni widział już prześliczne dziewczę — uroczą wiochnę, hożą i rumianą, o płowej czuprynie i oczach chabrowych.
Starał się zasięgnąć informacji od stangreta, ale ten rozmowny wogóle nie był, a na pytania, tyczące zwłaszcza stosunków nieznańskich, odpowiadał wymijająco.
Za to w miasteczku, gdzie chwilę popasano, gdzie wreszcie stangret załatwiał jakieś sprawunki, żydzi cmokali w palce i zachwalali dziedziczkę Nieznania.
— Panie, na sumienie, złoty interes, brylantowy interes! Jak pan ma interes z naszą panią, to pan będzie pan.
Po przyjeździe na miejsce, zaledwie zdążył ogarnąć się po podróży, poproszono go na śniadanie. Zastał wszystkich przy rannej kawie. Pan Szeliga ujął przybyłego pod rękę i zaczęła się ceremonja wzajemnych przedstawień.

. . . . . . . . . . . . . . . . . .

Dwa tygodnie ubiegły, a nauczyciel nic osobliwego nie dostrzegł, choć, zdaje się, zdążył poznać dostatecznie panujące w pałacu stosunki. Co prawda, panią domu zgoła inaczej sobie w wyobraźni przedstawiał, niż ukazała to rzeczywistość. Nie znalazł w niej nic z poważnego dostojeństwa dawnej matrony; owszem, była to osóbka na wskroś dzisiejsza, przytem mała, drobna, fertyczna i niesłychanie ruchliwa. Dzięki może swej drobnej postawie, wyglądała nadzwyczaj młodo i sprawiała wrażenie raczej panny na wydaniu, niż matki dorosłych dzieci. Istotnie, prócz chłopca szesnastoletniego, miała pani Marta córkę — pannę dorosłą, która skończyła pensję w Warszawie.
Opiece Mroczka powierzono chłopca, który był trochę niedorozwinięty fizycznie i zlekka umysłowo upośledzony. Edukacja wymagała zatem szczególniejszej staranności i najdoskonalszych metod pedagogicznych. Przy omawianiu tej sprawy nauczyciel miał możność stwierdzić, że zapewnienia pana Szeligi co do wysokiej inteligencji jego siostry nie były bynajmniej przesadzone. Pani Marta mówiła o wychowaniu z ogromną znajomością przedmiotu, wykazując przytem erudycję wcale niepospolitą.
Okoliczność ta niezmiernie ułatwiała sytuację. Porozumiewali się łatwo i swobodnie, jak zwykle ludzie, stojący na tym samym poziomie intelektualnym. Przyjemnie też ułożyły się stosunki z panem Szeligą, który właściwie, jak się wyjaśniło, straciwszy dawno już własny majątek, był poprostu rezydentem u siostry.
Niezależnie od edukacji chłopca, Mroczek miał jeszcze obowiązek uzupełnić wykształcenie panny Nuny. Nie wymagano już wprawdzie lekcji systematycznych, ale luźnych z zakresu literatury i historji sztuki pogadanek, które nauczyciel mógł prowadzić, wzorem perypatetyków, nawet wśród przechadzek wieczornych po parku.
Mroczek w duchu przyznaje, że pogawędki te sprawiają mu zadowolenia więcej, niż zajęcia pedagogiczne, że z coraz większą niecierpliwością wyczekuje chwili, kiedy po uciążliwej, wyczerpującej pracy nad Ignasiem, będzie mógł mówić o rzeczach wzniosłych i pięknych z piękną dziewczyną w cienistych szpalerach prześlicznego parku. Bo panna Nuna wprawdzie nie ma płowej czupryny i chabrowych oczu, lecz jest silną brunetką o ciemnych, piwnych oczach, nie mniej przecież...
No, nie trzeba zaraz wnosić, że poważny pedagogus zakochał się na zabój w swojej uczennicy, to prawda wszakże, że ona właśnie pobyt w Nieznaniu czyni mu niewymownie ponętnym i pełnym uroku.
Tymczasem miał grom wybuchnąć.
Dzień był parny i duszny. W powietrzu już od południa zanosiło się na burzę. Towarzystwo, — a było kilka osób z sąsiedztwa — siedziało przy podwieczorku na werandzie. Pani Marta była jakaś niespokojna i zdenerwowana. Kilka razy zapytywała z wyraźnem rozdrażnieniem:
— Paweł nie wrócił?
Paweł był to lokaj — drab ogromny, o arcyniesympatycznej powierzchowności, którego też Mroczek od pierwszego wejrzenia nie znosił.
— Paweł nie wrócił? — padło jeszcze raz wśród rozmowy.
W tej chwili drab zjawia się na werandzie i sunie ku dziedziczce z jakimś pakiecikiem w ręku.
— Gdzieś był?
— W mieście, proszę jaśnie pani.
— Tak długo?
— Nie mam przecie skrzydeł, proszę jaśnie pani.
Po odpowiedzi tej rozległy się dwa zamaszyste klapnięcia. Paweł dostał od dziedziczki dwa tęgie policzki.
— Idź precz!
Nastąpiła chwila ogólnej konsternacji, niebawem jednak rozmowa towarzyska potoczyła się swobodnie, jakby nic osobliwego nie zaszło.

. . . . . . . . . . . . . . . . . .

Wieczorem do pokoju Mroczka wchodzi pan Szeliga z olbrzymią pliką papierów pod pachą.
— Widziałeś pan?
— Tak.
— To jest fatalne, to jest tragiczne, to jest nasza tajemnica rodzinna, to jest ten punkt wstydliwy, o którym z panem nie mówiłem, który jednak obecnie poznać musisz gruntownie, ażeby wyrobić sobie należyty sąd o istocie zjawiska... Siostra moja przy całej swej inteligencji, wytworności, wspaniałomyślności, dobroci, obdarzona jest dziedzicznie, jakby małem zboczeniem psychicznem: od czasu do czasu odczuwa niepochamowaną, nieprzezwyciężoną niczem potrzebę... bicia.
Tak — ciągnął dalej — jest to jakby przekleństwo rodowe. Ma to po swojej prababce, starościnie Nieznańskiej. Przyniosłem szanownemu panu niektóre stare akta. Są niesłychanie ciekawe ze stanowiska psychologicznego i historycznego. Skłonność do bicia... nietylko służby, pani starościna zdradzała w bardzo wczesnej młodości, stąd niektóre sprawy o pobicie sięgają jeszcze czasów Rzeczypospolitej.
Potem, po rozbiorach, kiedy Nieznań znalazł się pod panowaniem Austrji, jest cały szereg procesów w sądach austrjackich, wreszcie wyroki sądów Królestwa kongresowego. Niepospolita kobieta żyła lat przeszło sto dziesięć. Myślę — kończył — że pana papiery te zainteresują.
Istotnie Mroczkowi aż oczy zaświeciły, skoro wziął stare, pożółkłe, szpargały do ręki.
Tamten tymczasem mówił dalej:
— Siostra moja wzięła atawistycznie skłonności prababki. Tam wynikało to może z temperamentu, może z wychowania; tu już jest poprostu manją, wypadkiem psychopatycznym. Czuję się w każdym razie w obowiązku moralnym uprzedzić szanownego pana...
— Jak to więc i...
Pan Szeliga rozłożył ręce.
— Hm... Nigdy przewidzieć niepodobna. Skoro zgodziliśmy się, że mamy do czynienia z objawem chorobliwym... Tak... Ludzie wyzyskują tę manję. Ten łajdak Paweł umyślnie siostrę prowokuje, ażeby wyłudzać podarki... Inni także. Niedawno parobek za jednego kuksa dostał maciorę z prosiętami. Wogóle opłaca się to doskonale. Oczywiście, co się szanownego pana tycze, to nie możemy wymagać... konie są zawsze do dyspozycji...
Pedagog rzucił papiery z furją.
— Co to ma znaczyć?
— Proszę pana. Musimy oszczędzić siostrze naszej ewentualnej przykrości. Sądy mogłyby stanu rzeczy nie uwzględniać. Pan rozumie... Dziś nikogo bić nie wolno, nawet zamożnym dziedziczkom... Dziś, pan wie, prawa w tej mierze są bezwzględne... Musi zatem stanąć coś w rodzaju dobrowolnej umowy...
— Proszę o konie — przerwał gwałtownie Mroczek — proszę o konie, natychmiast!
Ach, panno Nuno!...




ASEKURACJA


— Cudzie mój, skarbie nieprzepłacony, promienna światłości mej duszy, długoż jeszcze będę znosił okrutne tortury oczekiwania?
— Cóż ja... ja, pan wie, panie Heniu... jabym... No, mój Boże, niech pan pomówi z mamą!...
— Ach, z mamą!...
Wiadomo. Z mamą sprawa była zdecydowana. Pani Motecka, jako wdowa po wytrawnym buchalterze, wszystko załatwiała z kredką w ręku. Po wyjściu ostatniego ze stołowników, na brudnej serwecie stołu jadalnego nakreśliła ołówkiem przypuszczalny budżet młodego małżeństwa. Najściślej ustaliła pozycje nieodzowne jedna za drugą, biorąc za podstawę rachunku ceny, przy obecnej drożyźnie, najniższe i możliwie najoszczędniej wykalkulowane.
Znała się przecież na tem wybornie.
Z dodania niestety strasznie długiego liczb szeregu, wypadło że skromna pensyjka początkującego architekta jest poprostu w żadnym stosunku do sumy, jakiej wymaga, najskromniej choćby urządzone, domowe ognisko.
— Widzi pan — tłomaczy poczciwie troskliwa matka — że tu o małżeństwie nawet myśleć na razie nie podobna. Ja, jak pan wie nic, ale to absolutnie nic Wici pomódz nie będę w możności, a pańskie dochody...
— Ależ — przerwie młodzieniec — niechże pani uwierzy, że skoro tylko dostanę pierwszą budowę... że... skoro raz zaprojektuję gmach jakiś wspanialszy... że zarobki architektów... wogóle... pani wie przecież...
To może nastąpić lada chwila... za miesiąc... może za tydzień, może jutro...
— W takim razie czekajmy. Zresztą, po co się macie spieszyć. Tacyście oboje młodzi, tacy młodzi!
Henryk się żachnął niecierpliwie i nie mówiąc już nic więcej, siedział nadąsany.
Pani Motecka nie chciała zrażać bądźcobądź nader obiecującego młodzieńca, tedy zdobywając się na ton możliwie najserdeczniejszy, starała się osłodzić gorzką pigułkę.
Położyła rękę na jego ręku i zaczęła przekładać:
— Panie Heniu, niech pan do nas nie ma żalu. Mówię to panu, jako kobieta starsza i doświadczona, jako osoba znająca życie nie z jednej strony. Od lat sześciu opuszczona, bez żadnej pomocy, utrzymuję siebie i dzieci jedynie własnym przemysłem, własną pracą i energją. Znam doskonale ciężary egzystencji i mogę pana zapewnić, że zezwolenie na wasze małżeństwo w tej chwili byłoby szaleństwem, którego mnie, jako matce, uczynić nie wolno.
— Nie będę taiła — ciągnęła dalej — że warunki nasze materjalne są arcyskromne. Przy tych kilku stołownikach z Wicią i młodszemi dziećmi mogę jeszcze wyżywić się jako tako, ale gdyby przyszło sprawić cokolwiek, to, utnij głowę, ani myśleć o tem nie podobna. Mówię panu otwarcie jak jest, ażebyś nie posądzał nas o złe dla siebie intencje. Wicia, biedactwo, niema nic literalnie... no, nic... tyle, co na sobie...
— Ależ ja nie wymagani.
— Tra, ta, ta, ta! Nie wymagam!... Tak nie może być. Musi dziewczyna mieć co na siebie włożyć. Tak, szanowny panie Henryku. Szukałam dla niej zajęcia. Drugi rok, jak skończyła pensję — siedzi w domu. Albo to łatwo znaleźć dla dziewczyny zajęcie? Aż dopiero teraz redaktor... Ten, wie pan, co u nas jada...
— Co?
— Wyrobił Wici engagement do teatru pana Wiechetka.
Henryk porwał się, jakby go przypieczono gorącem żelazem.
— Co?
— Powiada, że dziewczyna posiada prześliczne warunki sceniczne, no i nie jest bez talentu.
— Co?
— Obiecują jej czterdzieści rubli miesięcznie.
Henryk chwycił się za głowę w rozpaczy.
— Pani Motecka, pani to mówi?! Pani, rodzona matka, pani, osoba znająca życie nie z jednej strony, pani, kobieta starsza i doświadczona! Czyż pani nie wie na ile niebezpieczeństw narażona jest w teatrze dziewczyna młoda i piękna? Czyż pani nie rozumie w jakie trzęsawisko okropne wtrąca, pani to dziecko czyste i niewinne? O, pani Motecka, pani Motecka!
Oburzyła się trochę na te słowa, dbająca o dobro dziecięcia, matka i nie bez pewnego rozdrażnienia przywołała młodzieńca do porządku. Wyjaśniła mu trzeźwo i rozsądnie, że ludzie biedni muszą być zawsze przygotowani na tysiące niebezpieczeństw, i właśnie dzięki przygotowaniu temu wychodzą z nich ręką obronną;
— Zresztą, kończyła — sama bym wołała dać dziewczynie jakiś inny sposób zarobkowania, skoro jednak nie można, no... to nie można.
— Dlaczego nie można? — zawołał gwałtownie Henryk, którego myśl o tem, że jego Wicia ubóstwiana miałaby znaleźć się za kulisami prywatnego teatrzyku, o jakąś ślepą tępą furję przyprawiała.
Nie, nie, za nic w świecie do tego nie dopuści.
Dlaczego nie można? — krzyczał z pasją, wymachując rękami.
No, to znajdź jej pan jakie porządne zajęcie, kiedyś taki mechanik.
— A znajdę, znajdę.
Wybiegł.
Pani Motecka posłała za nim pogardliwe wzruszenie ramion.
— Także opiekun!
Na drugi dzień rano do mieszkania wdowy wpadł Henryk zadyszany, zaczerwieniony, rozpromieniony.
— Mam miejsce dla panny Wici.
Nie posiadał się z radości.
— Panno Wiciu! — wołał w ferworze — niech się pani ubiera! Kolega mój szkolny, Kara-Mustafiński, został prezesem sto dwudziestej dziewiątej kasy pożyczkowo-oszczędnościowej.
— Więc co?
— Przyrzekł mi solennie, że znajdzie dla pani zajęcie. Idziemy.
Dziewczyna klasnęła w ręce, chwyciła swój turban aksamitny, włożyła go na głowę bez lustra i dopiero na wschodach, przybiła ogromnemi szpilkami do swych bajecznie, złotych włosów.
— Jaki pan poczciwy.
— Spieszmy się, spieszmy — strach co tam kandydatek na to jedno biedne miejsce wyczekuje.
Przez miasto jak szaleni pędzili na skrzydłach nadziei.
W gabinecie jednak pana prezesa, obniżył się nieco djapazon uciechy. Okazało się, że wakuje miejsce inkansenta... do wymuszania wkładów.
— Kobiety?...
— Wogóle wszystko robimy kobietami. Są tańsze, milsze w stosunkach i nie palą.
— No, rozmaicie bywa.
— Palących nie przyjmujemy.
— Tak, ale do noszenia pieniędzy po mieście... hm... przyznasz — tłomaczył Henryk — przyznasz... dziś w tych czasach niespokojnych... wobec tak częstych napadów... wobec grożącego na każdym kroku niebezpieczeństwa... kiedy mężczyźni silni i uzbrojeni, tak często padają pod kulami lub nożami bandytów...
— O, protegowana twoja — przerwie pan Kara Mustafiński — nie ma się czego obawiać — my, inkasentki nasze asekurujemy.
— Jakto? Możecie zaasekurować przed napadem, możecie zapewnić, że jej nic złego się nie stanie, kiedy będzie przenosiła znaczniejsze sumy po ulicach.
— No, tego nie... ale towarzystwo asekuracyjne zwraca instytucji całą sumę zrabowanych pieniędzy.
— Ach, tak!...
Panna Wicia słysząc te wyjaśnienia, przybladła nieco i nieśmiało zdecydowała.
— To... to już chyba wolę niebezpieczeństwa teatru bez asekuracji.




SFINKS


Stefan mrugnął znacząco okiem, mlasnął językiem i zrobił minę cielęco-zachwyconą.
— Ach — piał lubieżnie — gdybyście widzieli kaskadę czarnych, jak piekło, włosów, spadających na biały alabaster ramion.
Lubił przechwalać się swoimi podbojami miłosnymi. Zresztą kłamał jak najęty. Pozatem posiadał wad innych poczet spory, to też w kompanii opinią cieszył się nienajlepszą. Ot, tolerowano go, jako dawnego kolegę.
A przytem do knajpki wejść wolno każdemu i usiąść choćby przy ich stole uprzywilejowanym.
Zapewne, przyznać trzeba, że zazwyczaj w rozmowach zbierającej się u Krokoszewskiego młodzieży przeważał ton nader podniosły — roztrząsano sprawy najważniejsze ze stanowiska potrzeb chwili bieżącej, lub pod kątem nieskończoności, ale mógł tego słuchać bezpiecznie nawet taki wyprany z wszelkiej ideowości zmysłowiec, jak Stefan, który polował jedynie na przygody romantyczne i myślał o najłatwiejszej karyerze życiowej.
Po wybuchu strajku szkolnego wysłał go ojciec za granicę. Bawił jakiś czas w Zurichu, jakoby na Politechnice, potem pojechał do Paryża, gdzie podobno zapisał się do „Ecole des Sciences morales et politiques“.
Co jemu po tych naukach moralnych i politycznych i czy wogóle w tem wszystkiem jest choć cień prawdy?
Mówi o tem niechętnie, wymijająco, na kategoryczne żądanie informacyj najpotrzebniejszych odpowiada konceptami, lub odkłada odpowiedzi na inną porę, tymczasem pilno mu pochwalić się awanturką, jaką miał w podróży.
Wracał z Francyi na Frankfurt, gdzie mu wypadł jakiś interes rodzinny. Między Avricourt a Strassburgiem poznał w wagonie cudowną istotę, której po drodze ułatwiał porozumienie się z Niemcami. Nim dojechali do Frankfurtu porozumienie zupełne stanęło między nimi...
Przewrócił oczy, że tylko białka świeciły nad rumianymi a dobrze pucołowatymi policzkami.
— Ach, ach — wzdychał po kabotyńsku — ta niewysłowiona biel ciała i te włosy, jak noc, jak heban...
Wciśnięty w kąt, siedział młodzieniec blady, skupiony w sobie, jakby niezmiernie daleki od wszystkiego, co się dokoła dzieje. Siedział obojętny, z głową schyloną, z nasuniętym na oczy kapeluszem, to też Stefan nie widział jego twarzy. Młodzieniec zaczął spokojnie jakby do siebie:
— Osobliwa metamorfoza — włosy te w Avricourt były jeszcze jasne, jak złoto.
Stefan zaczerwienił się, zaperzył. Powiódł pytającym wzrokiem po zebranych.
— Nie znam tego pana.
Tamten bąknął niewyraźnie swoje nazwisko.
— Stefan Górecki, rekomendował się, wyciągając dłoń. Pan coś do mnie mówił?
— Tak, zauważyłem dziwne zjawisko. Włosy „cudownej istoty“, które były jasne w Avricourt, w Strasburgu stały się jak noc, jak heban...
— Co to znaczy? Pan widzę powątpiewa o prawdzie słów moich?
— Nie mam najmniejszej wątpliwości, że słowa pańskie nie są prawdziwe, odparł zapytany z chłodnym spokojem.
Stefanowi krew uderzyła do twarzy jeszcze silniej. Zdawało się, że przebije powłokę naskórka i tryśnie z przepełnionych nad miarę naczyń. Przyjął postawę wyzywającą.
— Przepraszam, co pana upoważnia do podobnego wnioskowania?
— Logiczna dedukcya — mówił tamten z angielską przepyszną flegmą — poprostu najprostsza logiczna dedukcya, bo proszę pana, opowiadanie pańskie nie daje mi jednolitej, konsekwentnie skonstruowanej wizyi. Przy całej podmiotowości doznań naszych osobistych muszą istnieć jakieś zasadnicze dane przedmiotowe, jako punkty wytyczne poznania wspólnego dla nas wszystkich ludzi z jednej planety, z jednej epoki, urodzonych zwłaszcza oraz wychowanych pod jednym i tym samym stopniem długości i szerokości geograficznej. Ztąd w świadomości naszej odpowiednio do natury przedmiotu powstaje obraz taki lub inny indywidualnie, ale zawsze zgodny z istotą rzeczy w tych punktach wytycznych, zasadniczych. Jest to jedyna, możliwa droga porozumiewania się ludzi między sobą. Zdaje mi się, mówię dobrze po polsku i pojmuję znaczenie słów polskich. Z opowiadania pańskiego wyczułbym kategorycznie, czy pamięć pańska przechowała widziany istotnie obraz blondynki lub brunetki. Skoro jednak jedna i ta sama osoba raz mignąć miała w słońcu jako główka jasna i złocista, to znowu leją się z niej kaskady czarnych, jak heban włosów...
— Ach, pan mię łapie za słówka — to był lapsus.
— Z tego lapsusa właśnie wychodząc, muszę konsekwentnie dojść do wniosku, że albo doznań rzeczywistych z zakresu tego wcale nie było, lub że zostały przedstawione nie ściśle.
— Przyznaj się, Funiu, żeś zełgał, jak komiwojażer — zawołał ze śmiechem Brodowicz.
— Słowo honoru daję...
— Więc gadaj: blondynka, czy brunetka?
— Szatynka.
— Ha, ha! — huknęło wśród zebranych — wybrał drogę pośrednią. Niech żyje złoty środek!
— W średnim wieku?
— Średniej tuszy?
— Prażony ogniem krzyżujących się pytań, kłuty dotkliwie drwinami, starał się bronić.
— No, rzeczywiście, trochę zełgałem — chciałem rzecz upoetyzować, upiększyć.
— Ukoloryzować.
— Ukoloryzować — powtórzył w rozpędzie.
— Bo spotkania żadnego nie było?
— Było, skoro wam powiadam, tylko że... że... we Frankfurcie.
— Nie zatrzymywaliście się?
— Nie.
Zawrzało, jak w kotle.
— Ha, ha, bodajto fantazya!
Stefan bronił się rozpacznie. Uderzył pięścią w stół.
— Otóż kiedy tak, to powiem otwarcie: Osoba jest ze mną w Warszawie. Mogę wam ją pokazać. Nazywa się Mira Moretti i mieszka w Bristolu.
Na dźwięk nazwiska tego posępny młodzieniec z kąta kawiarni drgnął gwałtownie, zbladł, usta wykrzywiły mu się niby bezmiernego bólu grymasem, niby skurczem hamowanego gniewu. Wahał się chwilę, ale wnet szybko przesunął się ku Stefanowi i rzucił mu w ucho z mocą:
— Palnę w łeb, jak psu, jeśli pan słówko jedno więcej piśniesz...
Uszło to uwagi zebranych, gdyż, ubawieni konfuzyą Stefana, napełniali dymną atmosferę kawiarni zgiełkiem nie do opisania. Brodowicz, śmiejąc się na całe gardło, żądał dokładnego opisu „osoby“.
— Gadaj Stefan, bez blagi, jak naprawdę wygląda twoja bonne fortune? Uwłosienie?...
— Mam w kieszeni... browning... wyborny — szeptał tamten przez krtań zaciśniętą — siedem strzałów... tak mi Panie Boże przy skonaniu dopomóż...
Było snadź coś okropnego w tych słowach, w tym głosie zduszonym, chrapliwym, nieludzkim, bo Stefan drżał na calem ciele. Ręce zwisły mu bezwładnie wzdłuż bioder. Siedział, jak spiorunowany, nie umiejąc znaleźć odpowiedzi na złośliwe, drapieżne już wręcz w tej chwili napaści towarzyszów. Znęcano się nad nim bezlitośnie.
— Zełgałeś?
— Zełgałem. Dajcie mi pokój, błagał prawie z rozpaczą.
Nie śmiał dotąd spojrzeć w oczy człowiekowi, który, rzekłbyś, zdruzgotał mu ducha siłą jakąś nienazwaną a ogromną, że zdjął go strach przesądny, jak od zjawiska tajemniczego i nadprzyrodzonego. Teraz rzucił wzrokiem z ukradka.
Tamten siedział pozornie już spokojny, z głową jak zwykle spuszczoną, przed siebie, a raczej w siebie zapatrzony posępnie. Może tylko nieco bardziej blady był niż zazwyczaj, może tylko wargi drgały nieznacznie, niby echa ostatnie oddalającej się burzy. Stefan ochłonął. Nabierał pewności i dla wyratowania sytuacyi drwił sam z siebie. Zahazardował się na żart tłusty, bezczelny.
Podtrzymano ten ton ochoczo. Już to zwykle w kompanii najpoważniejsze rozmowy wchodziły ostatecznie na takie tory i wtedy niepodobna było zmienić nastroju. Przesadzano się w konceptach cynicznych, w określeniach nagich, pozbawionych wszelkich obsłon konwencyonalnych.
Młodzież dawała folgę rubasznej wesołości.
Posępny młodzieniec, jakby niezadowolony z gatunku zabawy obecnej, wstał i płacił za kawę. A potem, ukłoniwszy się towarzystwu z daleka, opuścił zebranie.
Stefan przeprowadził go wzrokiem do wyjścia. Uczucie ulgi malowało się na jego pucołowatej twarzy.
— Co za zwierz? — zapytał wreszcie, kiedy drzwi zamknęły się za wychodzącym.
— Bagatela — potwór mitologiczny.
— No?
— Sfinks.
— Nie dosłyszałem przy rekomendacyi. Jak się nazywa pospolicie? Jak się nazywa jego tajemnicza mość w oficyalnych spisach ludności, gdyż przecie w policyjnych księgach meldunkowych sfinksowość wszelka jest niedopuszczalna.
— Kolega mój biurowy — objaśnił Trelski — Jan Margiel, współpracownik „Kredytu Polskiego“.
Stefan aż podskoczył na krześle.
— Margiel! On! Psiakość, że też nie dosłyszałem nazwiska przy przedstawieniu się naszem.
— Lapnąłeś coś niepotrzebnego, co?
— Nie, nie — kręcił się — ale to... Ale to podobno straszny dziwak.
— Czy dziwak? Może — mówił Trelski. W każdym razie bardzo dziwny. Jest dla nas wszystkich potroszę zagadką. Już w dzieciństwie robił podobno wszystkim nieprawdopodobne niespodzianki.
Ludwik Kleczko, który znał nietylko Margiela od bardzo dawna, ale także ojca jego, przez lat wiele nauczyciela matematyki na Pradze, utrzymuje, że musiał tam w domu u nich zajść jakiś ponury dramat rodzinny, co na obydwu odcisnęło szczególne piętno.
Stary umarł przed kilku miesiącami.
Kleczko przypomina sobie także legendę szkolną o Margielu. Podobno, kiedy ojciec zaprowadził go do gimnazjum, ażeby zdawał egzamin do klasy wstępnej, chłopak zabłąkał się w labiryncie komnat i kurytarzy, wszedł do niewłaściwej sali, gdzie też niechcący zdał egzamin odrazu do pierwszej.
— Rzeczywiście — podjął Trelski. — Margiel posiada zdolności fenomenalne.
On znał go ze szkolnej ławy, a teraz w „Kredycie Polskim“ zbliżył się do kolegi jeszcze bardziej.
— Ba, zdolności fenomenalne — drwili inni. Nigdy niewiadomo co wie, a czego nie wie, bo milczy.
— Człowiek milczący zdobywa najgłębsze tajemnice ludzkie — powtarza sentencyonalnie za mędrcem egipskim Brodowicz.
— Oj, to prawda — zawołał Stefan z przekonaniem.
Siedział, jak na rozpalonych węglach: kręcił się niecierpliwie. Coś go niepokoiło, coś korciło.
Niewątpliwie cnoty mędrców egipskich nie były jego cnotami. Chciał coś mówić, ale niewytłumaczony lęk ściskał go za gardło.
Brodowicz, jak zwykle, pesymistycznie przekorny, rezerwę Margiela oświetlał ze strony najgorszej.
— Nie lubię sfinksów — mówił z przekąsem. — Chcę z góry wiedzieć z kim... mam przyjemność. Chcę wiedzieć dokładnie, czy można faceta zostawić sam na sam z rublem czy nie można.
Trelski zauważył, że koncept jest niesmaczny.
— Myślisz — odpalił tamten ze wzgardliwem nieco odęciem ust.
— A ja ci powiem Duda (Dudą Trelskiego tu nazywano) i zapamiętaj to sobie raz na zawsze, że jeden jest sprawdzian niezawodny — rubel. Oczywiście nie należy tego brać dosłownie. Rubel to tylko symbol, znak algebraiczny, figura retoryczna. Możesz tu przedstawić najrozmaitsze wartości — suma jest rzeczą względną; zresztą niema rzeczy bezwzględnych w nizinach ludzkiego bytowania. Mam też do użytku praktycznego pewną, wyrażoną w rublach i kopiejkach, skalę do szacowania bliźnich moich najserdeczniejszych.
— Na ileż taksujesz Stefana?
— No, wogóle skala moja nie jest bardzo rozległa. Mam ludzi przeważnie za dość tanią kanalię.
— No, jednakże?
— Do pięćdziesięciu kopiejek.
— Nie wysoko.
— Ba, ale za to w tych granicach ma całe moje zaufanie. Umiem odróżnić plewę od czystego ziarna. Empirycznie doszedłem do stwierdzenia, że naprzykład w każdem jego łgarstwie jest ściśle jedna dziesiąta prawdy. Moi drodzy, na nasze ciężkie czasy dobra i jedna dziesiąta, ale już pewna — murowana. Ot i z tą awanturką...
Nie skończył.
Do kawiarni wkroczyła policya z wojskiem.
— Nie ruszać się z miejsc!
Po przejrzeniu dowodów osobistych i długiej niezmiernie ścisłej rewizyi, jakkolwiek nic podejrzanego nie znaleziono, cale towarzystwo odprowadzono pod silną eskortą do cyrkułu.
Doskonale.
Właściwie można się tego było prędzej czy później spodziewać. Ci wszyscy, którzy u Krotoszewskiego zbierali się tak regularnie co wieczór, byli to ludzie młodzi, przyczem wielu z nich nie posiadało określonego zajęcia.
Po gremialnem opuszczeniu szkół rządowych nie wszyscy znaleźli odrazu drogę odpowiednią. Nie wszyscy zwłaszcza, jak Stefan, mieli tyle sprytu, ażeby przy urodzeniu wybrać sobie dość zamożnych rodziców, którzyby teraz pomogli jedynakowi wyjechać zagranicę. Ci, w oczekiwaniu nieoczekiwanych wydarzeń, włóczyli się od lat pięciu blizko po kawiarniach, łudząc się najfantastyczniejszemi nadziejami. Inni zrezygnowali z ambitnych planów na przyszłość i przyjmowali twardą konieczność, jak się zdarzyło. Do tych należeli Margiel i Trelski, którzy zahaczyli się w „Kredycie Polskim“ na skromnych posadach. Kleczko wstąpił na scenę, Brodowicz parł się na gwałt do literatury i publicystyki, zaczął też nawet na tem polu zdobywać dość wyraźne podstawy egzystencyi.
Któryś tam zbierał ogłoszenia do dzienników.
Ha trudno — żyć trzeba.
Co prawda Trelski odgrażał się, że nie wytrzyma na idyotycznem stanowisku skromnego pracownika biurowego i ostatecznie kiedyś wyfrunie w świat szeroki, szukać świetniejszej karyery i rozeglejszych horyzontów. Co się tyczy Margiela, to, jak zawsze, nie podobna było odgadnąć, co myśli w danej chwili, a tembardziej, jakie na przyszłość układa plany. Pozornie zdawało się, że jest z losem pogodzony i zdecydowany utrwalić się na zajętej placówce życiowej.
Z drugiej jednak strony rozumiano dobrze, że człowiek z jego charakterem nie marnuje daremnie godzin pozabiurowych i niewątpliwie zajmuje się czemś nader poważnie.
Co jednak robi, co zamierza, tego nawet nikt się domyślać nie próbował.
Ha — Sfinks.
Do Krotoszewskiego wpadał wieczorem wyraźnie znużony jakąś ciężką, wyczerpującą pracą. Przychodził niby dla rozrywki, na pogawędkę z kolegami, a właściwie nie słuchał i nie słyszał, co mówiono.
A mówiono rozmaicie. Padały czasem, jak to wśród młodzieży, słowa harde, śmiałe, buntownicze, słowa, głoszące myśl górną i chmurną, ale też bawiono się wesołym, swawolnym aż do cynizmu, konceptem.
Nie mniej zwrócono na nich uwagę.
Stało się. Nakryto wszystkich od jednego zamachu.
Przy sposobności zagarnięto też trochę Bogu ducha winnej publiczności.
I tak przy sąsiednim stoliku siedział podtatusiały jegomość z młodą i piękną niewiastą. W cyrkule dopiero okazało się, że jegomość jest zacnym ojcem rodziny, tudzież wysokim urzędnikiem państwowym i z konspirującą jakoby młodzieżą, nic a nic nie ma wspólnego. W kawiarni znalazł się poprostu „na randce“ z damą, poznaną na maskaradzie. Niestety, żona zaniepokojona całonocną nieobecnością w domu zacnego ojca rodziny, nad ranem udała się do urzędu policyjnego, gdzie, mimo całej dyskrecyi funkcyonaryuszów, musiała się dowiedzieć o miłej „randce” w kawiarni, co niewątpliwie stało się przyczyną arcy-niemiłych scen domowych.
Chłopcy bawili się w tym wypadku nadzwyczajnie. Wogóle nieoczekiwane, niespodziewane najzupełniej „nakrycie“ całej kompanii wywołało podniecenie nadzwyczajne. Po chwilowem zmięszaniu i przerażeniu nagłem aresztowaniem, po zdenerwowaniu długą i męczącą indagacyą, nastąpiła reakcya, wyrażająca się przez niepohamowane wybuchy wesołości. Zwłaszcza nad ranem diapazon humoru sięgał niebywałego napięcia.
Tak to w grozie położenia, w niepewności losów, w niebezpieczeństwie istotnem ogarnęła ich nieprzeparta potrzeba szalonego śmiechu. Śmiano się też do rozpuku z byle przyczyny i zgoła bez przyczyny. Śmiano się hucznie, wrzaskliwie, aż dyżurujący w sąsiedniej izbie policyant wpadał pełen dostojnego oburzenia zgromić aresztantów, że zachowaniem się swojem obrażają powagę instytucyi i jemu spokojnie spać nie pozwalają.
Po południu parami w kilku dorożkach przewieziono wszystkich do aresztu policyjnego w ratuszu. Przez miasto jechali z paradą pod silną strażą. Prócz Stefana, który miał minę rzadką i trochę zalęknioną, inni nie tracili fantazyi, a kłaniali się spotykanym znajomym z uśmiechem prawie tryumfującym.
Zagospodarowaniem się w kozie kierował Brodowicz, który mimo młodości, bo zaledwie dwudziestą czwartą liczył wiosnę, w tej mierze starym był praktykiem. Odwiedzał on już „rataja“ kilkakrotnie, a znał też i inne podobne ustronia; miał zatem pewną, jak mawiał, „rutynę więzienną”.
— Chodzi o zdobycie wygodnej kamery — mówił, kręcąc się po ciemnym, brudnym, niewypowiedzianie cuchnącym kurytarzu. Zaglądał do cel, pertraktował z ich mieszkańcami, próbował układów.
— A wielu was?
— Ośmiu.
— Ho, ho, ho!
Zamykano im drzwi przed nosem.
Pełno! pełno! za pełno!
— Duda! — krzyknął ktoś z kurytarza.
Trelski odwrócił się, ale w ciemnościach nie mógł dojrzeć wołającego. Dopiero, skoro tamten odezwał się po raz wtóry, poznał Grzymałę.
— Duda! bywaj, mam dla ciebie miejsce.
Trelski ruszył w tamtą stronę, a za nim inni rzucili się kupą. Jednakże zdążyli się przedrzeć zaledwie on, Stefan i Brodowicz. Ciężkie, żelazne drzwi zatrzasnęły się z jękiem.
W celi powstał rozgwar protestu.
— Nie widzę słusznej racyi, ażeby tem samem prawem nie miało nas siedzieć dwunastu — odpalił pewny siebie Brodowicz. — Albo są stany wyjątkowe, albo ich niema wcale.
— Niech zostaną — odezwał się z gromady człowiek starszy, z długą, siwiejącą brodą. Brodowicz go poznał.
— A, ojciec! Jeszcze tu?
— A jeszcze, żeby ich pokręciło. Proszę się, jak kogo dobrego, żęby mię odesłali do domu, a oni mię trzymają w tym bajzlu.
— Ha, ha, dom to Pawiak w języku naszego kochanego ojczulka — objaśnia towarzyszom Brodowicz — ojciec więzienie w Pawiaku uważa za swój dom własny.
— Bo pewnie — odparł stary z odcieniem specyalnego kabotynizmu w głosie i mimice — bo pewnie, tam mi najlepiej, wygodnie i swojo — zna człowiek każdy kącik, a głównie cicho i spokojnie. Tu, jak na Pociejowie, albo jak w teatrze. Nie lubię, psiawątroba, teatru.
Ktoś szemrał jeszcze przeciw przyjmowaniu nowych lokatorów.
— To już chyba w dwóch szychtach będziemy sypiali.
— Cichaj tam — strofował ojciec — trzeba gościa w dom przyjąć serdecznie.
— Ha, jak ojciec uważa.
Skoro się uspokoiło, Brodowicz wpadł na Grzymałę.
— Zkądeś się tu wziął?
— Z domu. Zabrali w nocy.
— Ha, musiał ktoś sformułować arcydokładną listę czarnokawców Krotoszewskiego. Jesteśmy zatem wszyscy... wszyscy, tylko Sfinksa jakoś niema między nami. Zawsze tajemniczy pan Margiel...
Brodowicz powiedział to ze szczególniej znaczącym naciskiem. Trelski zrozumiał ten akcent i odczuł niemile.
— Nie bój się — odparł z przekonaniem —
znajdą go... nie dziś, to jutro.
Margiela jednak nie widziano dnia tego, ani następnego.

∗                ∗

Ojciec ma racyę. W ratuszu próżnoby szukać owych ponurych więziennych nastrojów, owej ciszy groźnej i bezwzględnej, kiedy to człowiek, odcięty grubymi murami od zgiełku życia, schodzi w powadze samotności na samo dno jaźni swojej, kiedy tam w najgłębszych pokładach duszy, z wątłem światełkiem niedostatecznej wiedzy ludzkiej, błąka się rozpacznie wśród bezmiernej tajemniczości zagadnień bytu.
Tu niema miejsca, ani czasu na chwilę skupionych rozmyślań. Owszem, od rana do wieczora, od wieczora do rana, przez całe dwadzieścia cztery godziny na dobę wre i huczy, jak w noc sabatową na szczycie Blocksbergu. Niby w budzie jarmarcznej, gdzie grzmot bębna, jazgotliwy brzęk talerzy mosiężnych, ostre świsty piszczałek ogłuszają myśl i słowo ludzkie, tak i tu jakiś wściekły, poprostu mechaniczny hałas uniemożliwia wszelką refleksyę, wszelką rozsądniejszą rozmowę.
Ciągle ktoś krzyczy, śmieje się, śpiewa, gwiżdże, ktoś zapamiętale łomocze obcasami w nary, inny blaszanką od herbaty trzaska w imbryk, jak właśnie pajac w owej budzie jarmarcznej talerzami mosiężnymi.
Piekło, albo nieustający kabaret.
Ale bo też najzłośliwszy farsopisarz nie wymyśliłby bardziej nieprawdopodobnych sytuacyi. W małej, o kilku zaledwie metrach kwadratowych, celi zebrano ich tu dwunastu ludzi różnej kondycyi, temperamentu, a nawet wieku.
Co prawda przeważała młodzież i to młodzież inteligentna.
Rzeczywiście, prócz ojca, który dobiegał już dobrze pięćdziesiątki, wszyscy inni nie przeszli lat trzydziestu. Ojciec też jeden w tej kompanii wychodził ze sfery rzemieślniczej, choć teraz już, przekonspirowawszy wiek swój z kilku następującemi po siebie warstwami studentów i z kilku warstwami studentów siadując po różnych, różnymi czasy więzieniach, zapomniał napewno w jakim pierwotnie pracował fachu. Przynajmniej mówił o tem niechętnie.
Przez oczytanie z broszur agitacyjnych „w robocie”, przez rozmowy z wyjątkowo nieraz inteligentnymi towarzyszami niedoli w kaźni, ojciec nabył wiele, acz powierzchownej wiedzy i zręcznie nadrabiając miną, lub mądrze milcząc w chwilach odpowiednich, umiał dostroić się do tonu rozmów inteligenckich.
Było to zresztą najwyższą jego ambicyą.
Ba, duchem był on pewnie najmłodszy.
Szczególniejszy splot zdarzeń, które jednostkę tę wytrąciły z trybu zwykłego ludzkiego bytowania, z terenu przyrodzonej walki o istnienie i o utrzymanie gatunku a rzuciły w warunki tak nawskroś nieprzyrodzone, uczyniły też zeń coś dziwnego pod każdym względem. Ojciec, pomimo wieku swego, pomimo, iż wiek ten, przynajmniej w znaczniejszej części spędzony w ciemnościach turni wilgotnych, w nędzach kazamat, w dantejskiem piekle więzień przesyłkowych, w znoju przemarszów etapowych z kajdanami na rękach, w samotni wygnań dalekich, przedwcześnie na barki jego sprowadził niedołęstwo fizyczne, ojciec — powiadam — duchem nie wyrósł z dzieciństwa, z wczesnego, pełnego naiwnej, swawolnej bezmyślności chłopięctwa.
Stary nie miał czasu zetrzeć się, jak mawiał, na glanc przy pytlowaniu miałkich zabiegów życia codziennego tam na wolności, to też tu w kozie, skoro go odleci na chwilę tęsknota do utopijnych krain szczęścia bezwzględnego, potrafi jeszcze bawić się swobodnie, jak mały ulicznik — jak wtedy, kiedy był naprawdę małym ulicznikiem i płatał figle głośne na całe Bykowskie przedmieście w Piotrkowie.
On dawał hasło do wszystkich aresztanckich „kawałków”, on dawał też przezwiska wszystkim nowym towarzyszom przymusowego współżycia.
Stefana od wejścia zaraz zamianował „lalusiem” i epitet ten przylepił się już doń na stałe.
Zresztą Stefan stał się wogóle przedmiotem żartów, które doprawdy chwilami przechodziły w dziką drapieżność. Trelski już nie z jakichś względów szczególniejszych dla tego chłopca, ale poprostu przez wrodzoną sobie miękkość uczuć brał go w obronę. To ich zbliżyło. Stefan szukał chwili sposobnej na rozmowę poufną, jakby miał coś niesłychanie ważnego do zwierzenia, ale o chwilę podobną w tych warunkach łatwo nie było.
Nie można jej było ułowić nawet w nocy. Skoro pokładli się na narach w dwa rzędy, wzdłuż dwu ścian przeciwległych, stłoczeni byli tak ściśle inąż przy mężu, że niepodobna było przewrócić się z boku na bok, ażeby nie poruszyć sąsiada.
Wyniesiono lampę naftową z celi na kurytarz i umieszczono ją w zakratowanem okienku nad drzwiami. Rzuca ona na niski sufit cienie krat, które się zbierają koncentrycznie przy okienku, niby szprychy jakiegoś koła. W celi panuje półmrok tajemniczy.
Śpijiny, śpijmy!
Po hałaśliwych wybrykach dnia i wieczoru wszyscy zgodnie uznali potrzebę ciszy bodaj na moment.
Śpijmy, śpijmy!
Ale sen nie przychodzi. Nagła cisza budzi niepokoje wewnętrzne. Niepewność... Niepewność czasu, może życia. Wszystko tu jest tajemnicze i niepewne. Kto może wiedzieć...
Wszystkim aresztowanym u Krutoszewskiego przy badaniach śledczych wmawiają to, że stanowią jakiś komitet centralny.
Jaki?
Niewiadomo.
Czego oni mogą się lękać? Jakie obawy snują się im po mózgu w chwili, kiedy w ciszy nocnej zostaną sami ze swemi myślami.
Ha, ta właśnie cisza spędza sen z powiek.
Nie śpią. Ćmią papierosy, przewracają się w zdenerwowaniu na siennikach.
Przychodzi wreszcie zniecierpliwienie. Kleczko, którego udało się dnia tego przeprowadzić z innej kamery, wynajduje „numer kabaretowy“, specyalnie zastosowany do okoliczności: Noc w zajeżdzie żydowskim.
Jest on niezrównany w swoich produkcyach. W półmroku celi słychać najwyraźniej chrapanie starego żyda, żydówki, bachorków...
Wybucha śmiech nieokiełzany.
— Znowu! Psiakość — żali się do ucha Trelskiemu Stefan. — Znowu wrzawa, tak chciałem z wami pogadać... o Margielu...
Daremnie. Śmiech nieustannie. Znużeni nadmiernie zasypiają wśród śmiechu.
Dnia piątego wypadał poniedziałek. Tydzień zapowiadał się nader pomyślnie. Od rana co chwila kogoś z dawniejszych mieszkańców ratusza puszczano na wolność. Ojca też zabrano, jak sobie życzył, „do domu“, to jest do więzienia na ulicy Pawiej. W celi się znakomicie rozluźniło i można było ściągnąć tamtych rozrzuconych po różnych kątach aresztu.
— Urządzimy się bardziej po ludzku — projektował Brodowicz — trzeba będzie zaprowadzić pewien ład w rozkładzie dnia.
Rzeczywiście, nieustający kabaret w ciągu tych pięciu dni i nocy doprowadził wszystkich do ostatecznego zdenerwowania.
Pełni otuchy zabrali się do porządkowania i wietrzenia „lokalu“, kiedy nad wieczorem z niższego piętra dobiegła wieść hiobowa:
Wysyłają partyę!
—Kogo? Niewiadomo.
—Dokąd? Niewiadomo.
Od celi do celi chodzi starszy dozorca i z listy wywołuje nazwiska aresztowanych!
— Wołano Brodowicza — przynosi ktoś wiadomość. — Wołano Trelskiego.
— A mnie?
— A mnie?
Z paczki nikogo więcej. Nabrali robociarzy. Za Stefanem chodzi papa, za innymi ktoś z rodziny. Brodowiczowi tylko i Trelskiemu nikt nie zapewnił wesołego Eldorada w ratuszu, powędrują więc do Brześcia, Modlina lub w najlepszym razie do cytadeli warszawskiej.
— Zabierać się z „wieszczami“ — komenderuje starszy dozorca.
— Dokąd?
— W krepośt’.
— Do jakiej?
— Zaprowadzą.
— Co będziesz z nim gadał — strofuje Brodowicz — lepiej się przygotuj odpowiednio, bo to się braciszku z kabaretem już skończyło.
On sam właśnie przygotowywał się do drogi w sposób właściwy. Siedział po turecku, czy lepiej może po krawiecku na narach i odpruwał futrzany kołnierz od palta.
— Co robisz?
— Muszę zakonspirować trochę monety na wszelki wypadek, gdyż w twierdzy przy rewizyi zabierają wszystko co do grosza. Ba, co do grosza — świstka papieru nie przepuszczą!
Tu dopiero i w momentach następnych okazało się, jak pożądana jest znajomość tych stosunków specyalnych. Zwłaszcza kiedy znaleźli się na podwórzu osławionego Fortu Aleksieja, gdyż tu ich właśnie z partyą kilkudziesięciu innych przyprowadzono, „rutyna więzienna“ Brodowicza, sprawiła że w złej doli wybrać mogli zło najmniejsze!
Chodziło mianowicie o uniknięcie kazamaty wspólnej ze złodziejami i sutenerami, których w on czas pełno było w tym przybytku zgrzytania zębami.
— Najpewniejsze kamery druga i ósma — rzucił w ucho Trelskiemu.
Chwycił go za rękę i bez dalszych wyjaśnień parł się na czoło kolumny. Sprawa była niełatwa, bo żołnierze konwojujący kolbami uśmierzali wszelki ruch wśród aresztantów. Niemniej przecież, przesuwając się nieznacznie z miejsca na miejsce, dotarli do pierwszych szeregów.
Tu oko w oko spotkali się z Margielem.
— Pan tu?
— Ty tu?
Przyprowadzony w ostatniej chwili do ratusza nie zdążył się tam rozgościć, kiedy go popędzili dalej.
— Widzisz — trącił Trelski łokciem Brodowicza — widzisz, mówiłem ci — jest.
Brodowicz był jakby zażenowany.

∗                ∗

Manewr Brodowicza powiódł się szczęśliwie, gdyż istotnie odliczono ich do pierwszej grupy z przeznaczeniem do owej najprzyzwoitszej ósmej kazamaty.
— Dobra nasza.
W forcie jednak panował nastrój zgoła inny niż w ratuszu, gdzie pan naczelnik miał bądź co bądź pewne dla lepszych swoich lokatorów względy. Tu obowiązywał rygor bezwzględny, twardy i kapryśny zarazem.
W kazamacie tej zastali dwudziestu kilku dawnych jej mieszkańców — biedaków, jakoby w ponurem tem podziemiu zapomnianych przez Boga i ludzi. Odcięci od świata Bożego kratą drewnianą, za którą stał żołnierz z bagnetem, a od świata ludzkiego całym systemem murów, rowów, wałów i bram zamczystych, nucili cichą pieśń, beznadziejnie smutną i rozpacznie żałosną.
Ani śladu kabaretowych wybryków. Nie mieli też tu widzeń, liścików, posyłek. Nie mieli też znośnych obiadów z pobliskiej restauracyi, jeno ów słynny kapuśniak lub kaszę z „raszki“, tudzież kawałek wygotowanego mięsa na patyku. Dwa razy na tydzień przyjmowano co prawda „wałówki“ z trochą tytoniu, cukru, herbaty, wędlin i pieczywa, jeżeli ktoś oczywiście miał tam na wolności kogoś, kto poświęcił się na czekanie godzinami w czystym polu przy słocie i chłodzie, aż posyłkę stróże forteczni odbiorą.
Wiktuały przychodziły pokrajane, pocięte, poszatkowane literalnie na drobno, tak gorliwie żandarmi szukali w nich korespondencyi. Zdawało się, że mysz polna nie przeciśnie się tu z wieścią ze świata. A jednak „rutyna więzienna“ Brodowicza zatryumfowała nad czujnością straży. Zaraz na drugi dzień udało mu się wysłać na miasto kartkę i kiedy w piątek przyniesiono wałówki, Brodowicz w swojej znalazł „grypsa“ z odpowiedzią.
Wiedział, gdzie go ma szukać. Wysypał przysłaną herbatę z papierka i pobiegł z nim do pieca. Pod wpływem ciepła na czystej, choć mocno pomiętej karcie, wystąpiły rdzawe litery.
— Eureka!
Margiel zbliżył się nieśmiało.
— Panie Brodowicz — zaczął, jąkając się — jak widzę macie sposoby... drogi... Czybyście nie chcieli wyświadczyć mi wielkiej przysługi?
Chodzi...
Urwał. To, co miał powiedzieć, sprawiało mu snadź trudność niezmierną.
— Chodzi...
— No, walić prosto z mostu — zachęcał tamten.
— Kiedy bo... Nie wiem, czy warto was obarczać takiemi sprawami... no, natury dość dziwnej... Ale mi zależy...
— Ależ proszę.
— Chciałbym koniecznie, ale to koniecznie dowiedzieć się, co się dzieje... no, z tym blagierem... wiecie.
— Ze Stefanem?
— Tak.
— Siedzi w „Rataju“. Zostawiliśmy go tam. Myślę, że papa synalka zaasekurował należycie.
— Myślę — mówił Margiel — że go wypuszczono. Mam pewne dane, pewne wskazówki... Ja tam nikogo na wolności nie mam... Napiszcie do waszych... niech się dowiedzą...
— Ha, ha — śmiał się tamten — a cóż wam po tym lalusiu, co w nim was interesuje, co wam na nim zależy?
Margiel spochmurniał.
— Zależy — odparł głucho.
— Ha, Sfinks...
— No, więc?
— Zrobi się. W piątek przy wałówkach będziecie mieli o lalusiu wiadomości najdokładniejsze.
W kącie za piecem, na pustych w tem miejscu narach, więźniowie urządzili sobie rodzaj biura do korespondencyi.
Przy małej z kałamarza zrobionej, a zasłoniętej niesłychanie pomysłowym parawanikiem lampce naftowej, można było pisać, nie zwracając uwagi stojących na kurytarzu straży. Brodowicz siadł tam i pisał atramentem sympatycznym na kartce, a kartka po przyjęciu jego epistoły była również dziewiczo czysta, jak przedtem. Na odwrotnej stronie zwykłym atramentem wypisał swoje nazwisko i przyszył kartkę do „wałówki“ — miękkiego koszyka z rogoży, który we wtorek wysłał na wały.
W piątek wrócił ten sam koszyk z wiktuałami.
Brodowicz rzucił się nań niecierpliwie i nim zajrzał do wnętrza, rozkręcił w pewnem miejscu rogożę, ztąd wydobył przedewszystkiem niezmiernie misternie zwiniętą trzyrublówkę, a następnie białą kartkę papieru.
— Jest.
Przygrzawszy przy piecu kartkę, czytał długo drobne pismo, wreszcie zawołał:
— Sfinks słuchajcie, mam dla was wiadomość: Stefana wypuścili zaraz po naszem wyjściu. Chodziła tam za nim jakaś baba, z którą on teraz wyjeżdża zagranicę.
Margiel siedział na narach w kucki, objąwszy rękoma kolana. Była to zwykła jego poza, w której trwał nieraz całe godziny, nieczuły, obojętny na wszystko, zapatrzony gdzieś przed siebie, czy w siebie. Teraz na głos Brodowicza nie zmienił postawy, nie drgnął nawet, rzekłbyś nie słyszał słów do siebie zwróconych.
— Słyszeliście? — spytał Brodowicz.
— Słyszałem.
I jeszcze siedział chwilę, jak martwy, jak zahypnotyzowany, aż jęknął gwałtownie zerwał się na równe nogi. Zeskoczył na ziemię i biegał dokoła w bezsilnej jakiejś walce, miotał się niby szalony od jednego do drugiego końca kazamaty, a potem, zda się, tracąc całkowicie przytomność, chwycił się oburącz kraty drewnianej i zaczął nią szarpać w rozpaczliwych wysiłkach.
Żołnierz pchnął go w piersi kolbą.
— Odstupi!
Padł na wznak.

∗                ∗

Margiel, jakby bał się indagacyi, zamykał niby sennie powieki, wielekroć towarzysze zaczynali z nim rozmowę.
Był istotnie po owem uderzeniu kolbą przez kilka dni poważnie chory. Krew ukazywała mu się w ustach i trochę gorączkował. Leżał na wznak na słomie, z nawpół przymkniętemi oczami. Trelski z Brodowiczem nachyleni nad chorym starali się nieść mu pomoc, wedle sił, środków i umiejętności.
Od felczera fortecznego zdobyli kilka proszków aspiriny. Gorączka spadała.
— Lepiej ci?
— Lepiej.
— Może macie jakie zlecenie na miasto? — wypytywał Brodowicz. — Wysyłam „grypsa“.
— Nie, nie.
Korciła go tajemnica dziwnego zachowania Margiela. Nie umiał wytłumaczyć sobie sprzeczności w jego czynach. On taki zawsze obojętny na los swój, taki oderwany zda się od wszelkich spraw doczesnych, miotał się nagle, jak szaleniec z powodu wiadomości o uwolnieniu Stefana. Co go może łączyć z tym łobuzem?
Próbował go „zażyć z mańki“ jak mówił.
Zaczął niby od niechcenia:
— Opowiadał mi Trelski, że Stefan w kozie wziął na szczerość i wywnętrzał mu się z najtajniejszych swoich sprawek.
Margiel spojrzał pytająco na Trelskiego. Ten wyczytawszy niepokój w tym wzroku, odczuł litość i pośpiesznie zaprzeczył.
— O, nie, nie. Absolutnie nic. Zupełnie nic. Zresztą w piekle tamtem nie było po temu możności.
Wyraz ulgi odmalował się na twarzy chorego.
Aliści Brodowicz nie odznaczał się bynajmniej, jak Trelski, ową miękką delikatnością uczuć i naciskał Sfinksa ze wszelkich stron możliwych, ażeby wydobyć z niego jego „zmorę“.
— Oszaleliście chyba, żeby się rzucić na kratę z taką furyą wobec żołnierza?
— Oszalałem.
— Mógł was równie dobrze nadziać na bagnet...
— A mógł.
— Dyabeł was opętał, doprawdy pojąć niepodobna.
— Wielu rzeczy pojąć niepodobna.
— Sfinks! — rzucił tamten zniecierpliwiony.
Margiel podniósł się na łokciu stanowczy i groźny.
— Proszę mię nie badać. To tylko mogę powiedzieć, że gdyby mię wypuszczono na wolność, wtedy... na moment, na chwilę... na parę małych godzin, byłbym tu chętnie potem wrócił bodaj na całe życie.
— A teraz?
— Teraz... teraz zapewne już wszystko jedno.
I było mu pozornie wszystko jedno. Siedział w kucki na narach spokojnie zamyślony, lub ciągnął z innymi swoim pięknym barytonem smutną pieśń więzienną. Nie niecierpliwił się, jak towarzysze, oczekiwaniem na jakąś pewną wiadomość o swym losie, nie denerwował nieprzewidzianym humorem zmieniających się codziennie straży, nie okazał żalu, skoro został sam, gdyż wreszcie Brodowicza i Trelskiego uwolniono, nie wzruszył się też bynajmniej, kiedy pewnego popołudnia wywołano jego nazwisko.
— Jan Margiel, zabierać się.
— Jak?
— „Z wieszczami“.
A był cudowny wieczór kwietniowy. Zapadł mrok i na linii kolejowej wykwitały barwne światła sygnałów. Od pól dalekich, po przez szeroko rozlane wody Wisły, niosła się radośnie wiosna ciepła i pachnąca. W przestworzach drżały zmącone poszumy miasta, które przerzynał, niby ostrzem puginału, świst manewrującej lokomotywy.
Po ustronnej drodze do cytadeli snuły się pary kochanków, miłośnie przytulonych do siebie.
Zatrzymano go przed przejazdem kolei nadwiślańskiej.
— Stój.
Stał nieruchomo z tobołem swoim na plecach między dwoma uzbrojonymi żołnierzami.
Z hukiem i trzaskiem, sypiąc skrami, przeleciał rzęsiście oświetlony pociąg luksusowy. W szerokich oknach wagonu restauracyjnego mignęły sylwetki osób, siedzących przy stolikach, na których stały świece z różowymi abażurami.
W świat, w świat!
Jeszcze tańczyły tumany kurzu i śmieci, podniesionych z plantu szalonym impetem ekspresu.
Poszli dalej.
Przed kancelaryą żandarmów w cytadeli stała kobieta, ubrana czarno. Twarzy jej dojrzeć nie mógł z powodu gęstych już o tej porze mroków. Zresztą twarz ta zakryta była woalem. Zdążył jednak zauważyć niesłychaną wytworność, jaka całą jej smukłą i wyniosłą postać cechowała. Zauważył i to także, że kobieta w chwili, kiedy obok niej przechodził, chustkę białą targała nerwowo zębami, jakby w obawie, żeby nie krzyknąć.
W kancelaryi oświadczył mu kapitan, że jest wolny, ale, że musi w ciągu dwudziestu czterech godzin wyjechać za granicę i dalej jeszcze, że zabrać go ztąd przyszła matka.
— Matka!
Zachwiał się na nogach. Śmiertelna bladość oblała mu lica.
Matka!
Więc ta smukła, wytworna kobieta, którą widział u wnijścia, to była ona... jego matka. Ona... Mira Moretti...
Wręczono mu papiery.
Wyszedł.
Chwyciła go za rękę.
— Janku...
— Matko — wybuchnął namiętnie. — Matko!
Spazm nerwowy nie pozwolił mu więcej mówić.
Pociągnęła go za sobą do powozu, który czekał na środku obszernego placu przed pawilonem.
— Szaloną trudność — zaczęła szybko mówić — szaloną trudność miałam z uwolnieniem cię. Niczego wam wprawdzie nie dowiedli, nic pozytewnego nie mogą zarzucić... ale u ciebie biedaku znaleziono broń. Szalone miałam trudności... Mieli cię wysłać — wyrobiłam, że ci pozwolono wyjechać za granicę.
On pochylił głowę na ramię kobiety i łkał.
Łkał okropnie, jak człowiek, który w rozrzewnieniu i w swobodnym, niepohamowanym płaczu znajduje ulgę rozkoszną.
Ona, snadź również wzruszona głęboko, emocyę swoją pokrywała pozornie obojętnem opowiadaniem o zabiegach, jakich użyła, ażeby go wydobyć z więzienia. Mówiła ciągle, szybko, rzekłbyś, pilno jej było wyrzucić z siebie epizody tej niemal nieprawdopodobnej odysei po kancelaryach, pokojach i przedpokojach mniej lub bardziej wpływowych dygnitarzy.
Mówiła lekko, prawie wesoło, jak o przeżyciach ciężkich i trudnych, które szczęśliwie dawno się już ma po za sobą. Mowa jej wreszcie stała się na podobieństwo szczebiotu małego dziecka niesforną grą słów i wykrzykników.
On słuchał tej mowy dziwnej, dziecięco szczebiotliwej, drażniącej, a słodkiej zarazem i dawno już nie rozumiał treści słów, natomiast dźwięk pieszczotliwy głosu przeniósł go wspomnieniem w odległe bardzo czasy — w czasy dzieciństwa.
Pamięta ten słodki głos ukochanej „musi“, jak wypełniał szczelnie przestworza ich domu, jak najsłodsza ta musia zawsze roześmiana, rozśpiewana, rozdokazywana, wesoła, skacząca, żywa, bawiła się z nim, niby z kolegą rówieśnikiem, jak razem płatali figle temu poczciwemu staremu profesorowi — jego ojcu.
A ten stary profesor był mężem młodej, wesołej, rozśpiewanej, kolibrzej Miry.
I pamięta noc straszną:
Ojciec nie spał. Nie rozbierał się tej nocy. Budził go kilkakrotnie o różnych godzinach.
— Matki niema.
Załamywał ręce, rwał włosy na głowie. Był biedny, bezradny, godzien najwyższej litości.
— Wypadek jakiś okropny...
I płakał nieszczęsny stary.
Ale na drugi dzień ojciec już nie płakał. Miał oczy suche, upiorne, szklane, obłędne. A tak okropnie patrzył temi oczami, że jego, małego Janka, dreszcz przenikał.
— Matka umarła — mówił, wykrzywiając się brzydko — umarła i nie wróci do nas, a my, synu nie przeżyjemy tej śmierci.
Prawda synu, że chcesz umrzeć wraz ze mną, skoro matki z nami niema.
Było w głosie ojca coś tak groźnego, że Janka zdjął lęk niewypowiedziany i chciał uciekać, ale wszystkie drzwi na klucz były pozamykane.
— Nie bój się chłopcze, ja jestem z tobą — mówił, śmiejąc się w sposób przykry i odrażający — jestem przy tobie i nie opuszczę cię nigdy.
Zgasił gaz, siadł na tej ich ogromnej otomanie i Janka wziął sobie na kolana.
A Janek czuł nieznośny zapach gazu, rozchodzący się po pokoju. Zdawało mu się, że głowa oderwana od tułowia boli i kręci się w kółko, to znowu leci w przepaść coraz prędzej i prędzej.
W skroniach łomoczą młoty ogromne, niby w kuźni. Głowa leci gdzieś z szybkością zawrotną, nadzwyczajną, że Janek traci już poczucie ruchu, poczucie wszystkiego...
Wyciągnął rączyny i chwytał powietrze...
Kiedy przyszedł do przytomności, leżał na dworze, a nad nim ludzie jacyś, nachyleni, szeptali do ziębię niezrozumiałe słowa. Nacierali mu ręce i twarz śniegiem, to też ręce i twarz pieką go, jak od dotknięcia rozpalonem żelazem...
Chorował długo.
Ale dłużej jeszcze chorował biedny, ojciec. Przypuszczano nawet, że nie wyjdzie z tej dziwnej niemocy, która mu nie pozwalała niczem zająć się, nic robić. Literalnie przez rok cały chodził z kąta w kąt, jak błędny, i załamywał dłonie.
Bieda zaczynała w domu na dobre doskwierać. Brakowało wszystkiego... Jankiem z litości zajęli się sąsiedzi.
Od roku szkolnego jednak profesor przyjął znowu lekcye matematyki w gimnazyum i potoczyło się to życie z dnia na dzień.
Właśnie w tym samym roku Janek zdał niespodziewanie egzamin do klasy pierwszej.
Oczywiście wiedział on dobrze, że matka nie umarła. Szeptano o tem dokoła, ale ojciec nie pozwalał nigdy słowa jednego wspomnieć.
Milczeli. Janek wcześnie nauczył się kryć myśli i uczucia. Ojciec na tym punkcie był niezłomny. Zacny ten, poczciwy, łagodny, aż do niedołęstwa człowiek, w tym razie okazał się bezlitośny... może wprost okrutny..
To pewna, że kiedyś, kiedy Janek był już w drugiej czy trzeciej klasie, matka pisała list... Błagała, żeby jej przebaczyć, żeby ją przyjąć w dom, żeby mogła zobaczyć syna...
Czy ojciec odpowiedział co, niewiadomo. Jemu kazał napisać te tylko trzy słowa:
„Matka moja umarła“.
Pamięta, adresował: Mira Moretti w Paryżu. P. r.
Może ten człowiek zacny, poczciwy, wogóle niezmiernie łagodny był przecież wobec kobiety kochanej zbyt okrutny?...
Nie chciał go sądzić. W sercu swem jednak nie mógł zabić niezmiernie rzewnych i ciepłych uczuć dla kobiety, której pamięć dziecięcia przechowała obraz ukochany.
Zrywała się tęsknota i darła serce na strzępy, więc Janek smutnym był dzieckiem, dzikiem i niepojętem.
Teraz wszakże, kiedy po śmierci ojca, Mira Moretti zwróciła się listownie do syna, czy zechce się z nią widzieć, długo ważył odpowiedź w mózgu i sumieniu.
Głos serca zwyciężył. Odezwało się przepopotężne, nieprzeparte, najbardziej przyrodzone uczucie powinowactwa z krwi.
I czekał na matkę niecierpliwy miłością synowską, a wierzył, że ją tej miłości godną zastanie. Pragnął tego całą potęgą woli. Widział wyobraźnią jej wizerunek dostojny — widział kobietę poważną, uszlachetnioną cierpieniem... Cyniczna opowieść Stefana zmąciła obraz wymarzony, skaziła świętą wizyę ukochań najgorętszych.
Byłby zabił szubrawca, gdyby śmiał słowo jedno więcej powiedzieć.
Szukał matki. W hotelu jej nie zastał. Skoro wrócił do domu, wpadł w zasadzkę „ochrany“...
Trzy miesiące!..

∗                ∗

Powóz zatrzymał się przed hotelem „Bristol“.
Kazała węzełek jego więzienny zanieść do swojego numeru.
— Jesteś głodny?
— Nie.
— Ależ tak.
— Nie... Chcę wiedzieć... słyszeć... Tyle lat...
Weszli do wspaniale umeblowanego salonu na drugiem piętrze.
— To tu.
Skoro zdjęła welon i kapelusz, Margiel ujrzał, że matka jego ma włosy siwe.
Przy pięknej, dziwnie jeszcze świeżej cerze, przy młodej, wysmukłej, prawie dziewczęcej postawie, przy elastycznych a nieskończenie wytwornych ruchach te włosy siwe...
Ha, teraz zrozumiał dlaczego Stefan plątał się w opowieści, dlaczego przedstawiał zdarzenie nieściśle, dlaczego kłamał kolor włosów.
Skojarzenie przypomnienia tego z tem, co widzi obecnie, narzuca imaginacyi jego obrazy, których pragnie pozbyć się za wszelką cenę. Odpycha je z odrazą, odpycha zwłaszcza z niewysłowioną nienawiścią wizyę, tej bezczelnej, czerwonej, pucołowatej gęby Stefana, która jawi mu się natrętnie obok, tak pięknej jeszcze mimo siwizny, tak wykwintnej głowy jego matki.
Kim jest ta jego matka, czem była? Wspaniałość apartamentu, jaki zajmuje w najpierwszorzędniejszym hotelu świadczy, że w podróży nie potrzebuje liczyć się z wydatkami. Żona nauczyciela niewątpliwie nie mogłaby sobie pozwolić na zbytek podobny.
Jakie było życie tej kobiety?
Pytania te cisną mu się do mózgu i fatalnie trzymają w karbach uczucie, które pragnie rozpłynąć się w serdecznym wylewie. Miotany walką wewnętrzną, osunął się niemal bezwładnie na krzesło. Ukrył twarz w rękach.
Zbliżyła się doń i miękką, ciepłą, drobną ręką gładziła go po włosach.
— Biedaku mój, zmarnowali cię tam przez te trzy miesiące ogromnie. Cóż, nie podobna było nic poradzić. Nawet na widzenie się nie chcieli pozwolić.
Ach, ale na dobrą sprawę, — mówiła dalej z tą serdeczną troską kobiecą — na dobrą sprawę powinnam przedewszystkiem zająć się doprowadzeniem cię do porządku. Powinieneś zaraz wziąć kąpiel, zmienić bieliznę, ubranie...
Biedaku mój drogi, kochany... synu!
Przesunęła mu tkliwie rękę po czole, a on, czując na czole swem dotknięcie tej delikatnej, kochającej dłoni, nie panował już nad wezbraną w sercu rzewnością. Pękły tamy. Znikła nienawistna wizya tamtego człowieka. Widział przed sobą matkę i nic mu jej zasłonić już nie jest w możności.
— Matko.
Rzucił się do jej kolan i okrywał je gorącymi pocałunkami. Gwałtowne łkanie wyrywało się z piersi, łzy gorące, perliste wybiegły z pod powiek i w płaczu tym ogromnym, niehamowanym spłynęła nań dziwna, niewypowiedziana błogość.
Garnął się ku niej całą swą istotą, tulił twarz w jej dłoniach pieszczotliwych.
— Ile to lat tęskniłem do dotknięcia matczynej ręki. Wiele lat! Wiele razy we śnie przychodziłaś matko położyć rękę na mojem czole, jak to teraz zrobiłaś na jawie.
Za to jedno dotknięcie, za tę jedną pieszczotę przebaczam ci,.. Nie, ja ci nie mam nic do przebaczenia. Nie chcę cię sądzić, nie chcę myśleć!.. Chcę tylko, ażebyś mi mówiła: synu, i żebyś mi dłoń swoją położyła na czole, przesunęła po włosach.
— Matko!
Położył głowę na jej kolanach i łkał cicho.
I ona była wzruszona bardzo. Mała batystowa chustka, którą przykładała do oczu wilgotniała od łez, które w nią wsiąkły.
Odrzuciła ją precz od siebie. Wyprostowała się, jakby się chciała otrząsnąć z wrażeń niemiłych i niepożądanych. W obie dłonie ujęła głowę syna, podniosła ją i przyglądała się bacznie rysom.
Uśmiech radości, czy dumy odmalował się na jej pięknej, ruchliwej twarzy.
— Ale mi wyrosłeś na bardzo przystojnego chłopca — zaczęła już tym właściwym sobie, swobodnym, dziecięcym czy ptasim szczebiotem — wyrosłeś na przystojnego mężczyznę i jesteś zupełnie do mnie podobny.
Podniosła go z ziemi i posadziła naprzeciwko siebie na krześle.
— No, nie płakać.
Zerwała się, pobiegła do sypialni i przyniosła ztamtąd świeżą chustkę. Wytarła nią policzki syna.
— Nie płakać — nieładnie, jak chłopiec płacze.
Siadła znowu i znowuż przyglądała mu się uważnie.
— Boże, ja pędziłam, żeby cię zobaczyć jaknajprędzej, a oni mi zabrali z przed nosa mojego chłopca..
A mój jesteś — mówiła coraz szybciej, jakby podniecając się dźwiękiem swego głosu — mój niezaprzeczenie. Masz zupełnie mój typ — typ południowca. Ani śladu ojcowskich, tak charakterystycznych słowiańskich rysów. Tak, te same czarne oczy, te same usta zmysłowe. Ładny, ładny z ciebie chłopak. Musisz być dopiero bałamut nielada.
— Matko, przysięgam...
— No, daj pokój, daj pokój... Ja wiem, ja jestem trochę lekkomyślna, jestem strasznie lekkomyślna. Ale wiesz przecie, kiedy zamąż wychodziłam, miałam zaledwie szesnaście lat skończonych. Czekali aż skończę lat szesnaście... Twój ojciec był człowiek zacny...
Żachnął się.
— No, daj pokój — ciągnęła — daj pokój, to okoliczność łagodząca. Ojciec twój był zacny, szlachetny, no, był człowiekiem wysokiej wartości moralnej, ale stary, stary, stary...
— Matko!
— Ach, strasznie byłam lekkomyślna — zawsze, całe życie. Impulsywna, nie oglądająca się na nic, idąca za pierwszem poruszeniem uczucia. Żałowałam potem, cierpiałam, ach jak okropnie cierpiałam.
— Matko mów, żeś cierpiała — cierpienie oczyszcza. Mów, żeś cierpiała — cierpienie podnosi. Mów, żeś cierpiała — ja ci przywiązaniem bezgranicznem będę starał się osłodzić resztę dni twoich po dniach twardej ekspiacyi.
— Tak, cierpiałam. Ogłosiliście mnie za umarłą. Odpędzili, jak psa od proga. Tak twój... ojciec odpędził mnie... Musiałam iść w świat sama... sama jedna... Bez środków do życia, bez pomocy.
— Ach!
— A jednak dałam sobie radę, nie zginęłam. A nawet... hm... wiodło mi się. Wiele to razy mogłam wyjść zamąż świetnie, zrobić karyerę pierwszorzędną. Tylko ojciec twój nie chciał zgodzić się na rozwód. Uparty był stary, mściwy. A teraz... no, trudno teraz o karyerę...
— Co?
Zarumieniła się.
— Wiem, co powiesz... Wiem, co pomyślisz. Stara, siwa baba — a on dzieciak prawie. Pewnie, wołałabym, żeby był poważniejszy, żeby miał sytuacyę. On zapewne niewiele starszy od ciebie?
— Kto?
— On, Stefan...
Margiel ma wrażenie, że dostał nagle pomieszania zmysłów. Zdaje mu się, że to, co słyszy w tej chwili, jest tworem fantastycznym upartej autosuggestyi, jest dziełem rozstrojonej imaginacyi, trapionej opętaniem przez myśl jedną natrętną, dokuczliwą, która mu się narzuciła w pewnym momencie zachwiania się duchowego i nie opuszcza go odtąd ani na chwilę. Jest to jakby dalszy ciąg, jakby zrealizowanie chorobliwych przywidzeń, które wyobraźnię jego ujęły w posiadanie tak bezwzględnie i niepodzielnie, że musiały się stać rzeczywistością.
Otworzył szeroko oczy i patrzył na matkę długo w milczeniu. A było snadź w tem spojrzeniu coś okropnego, bo nieopisany wyraz przerażenia odmalował się na jej twarzy. Cofnęła się w tył i starała się tłumaczyć lękliwie.
— No, mój Boże, cóż miałam począć — mówiła, jąkając się — cóż miałam począć — cóż miałam począć? Chłopak zadurzył się we mnie... szalał... Poznaliśmy się w wagonie... Wsiadłam w Avricourt do pociągu... tam... Ach wiem — jechałam do ciebie, nie powinnam była... ale...
Wstrzymał ją gęstem.
Dosyć. On wie wszystko. Nie potrzebuje mu mówić nic. On przeżył już świadomość tego wszystkiego tam, za kratą, w podziemiach fortecznych.
Dosyć.
Są jakieś tajemne siły, wiążące matkę z dzieckiem nierozerwalnie, jakieś mistyczne nici, po których biegną prądy sympatyczne na najdalsze krańce świata. Niema oddaleń — niema zapór, któreby mogły stargać łączniki krwi wspólnej.
Jak wtedy, kiedy przychodziła z dalekich stron kłaść dziecku rękę na czole, tak teraz on szedł za nią duchem krok w krok i widział każdy jej czyn.
Tam z podziemi fortu Aleksieja oczami tajemniczej istoty owej widział ją w plugawych objęciech tego nienawistnego człowieka. A widział tak straszliwie wyraźnie, tak niewątpliwie, że chciał biedź, odrzucić nikczemnika, odepchnąć bodaj w grób i ocalić matkę dla swojej miłości synowskiej.
Zapóźno!
Chwycił się ryzpacznie za głowę i syknął w bezbrzeżnym żalu.
— Ach, jakież to okropne tracić matkę po raz wtóry.
Zwrócił się ku drzwiom, ażeby odejść. W tej chwili otworzyły się one niespodziewanie. Stał w nich Stefan. Ujrzawszy Margiela chciał się cofnąć, uciekać, ale, rzekłbyś, nadmierne przerażenie, sparaliżowało mu ruchy. Był blady i nogi pod nim dygotały. Oparł się bezwładnie o uszak i drżącemi wargami szeptał, jakby w poddaniu się nieodpartej konieczności:
— Sfinks, Sfinks!
Margiel zaśmiał się obłąkańczo.
I tę scenę przeżył w imaginacyi z dziwną ścisłością jasnowidztwa. Przeżył ją dokładnie ze wszystkiemi konsekwencyami czynu, jaki ma spełnić:
Stefan padnie z rozbitą czaszką u nóg matki, krew i mózg obryzga jej suknie...
Podniósł do góry ciężki kandelabr bronzowy...






MISS NELLY GIPS


Z góry zastrzec należy, że nie była to rozmowa Platona z Sokratesem, Parmendisem czy innymi mędrcami starej Grecji, toż mędrzec, który wszakże o cnocie nie mniej głęboko nauczał, nie jest jak owi boscy filozofowie udrapowany klasycznie w fałdzisty himation z milezyjskiej wełny, lecz jak na prawego gentlemana przystało, ma na sobie nieskazitelnie poprawny garnitur frakowy. Nie rozstawał się zresztą z nim prawie nigdy wieczorem, o ile oczywiście nie przepędzał wieczorów w wagonie kolejowym, gdyż wtedy napewno przepędzał je w teatrze, lub sali koncertowej. Nie czyniły wyjątku długie podróże morskie, boć i wtedy na współczesnych Titanic’ach, wśród wytwornych rozrywek dla pasażerów pierwszej klasy, znalazło się zawsze miejsce dla jego imprezy. Świetny gentleman bowiem, krótko mówiąc, obwoził po świecie szerokim gwiazdy pierwszorzędnej wielkości i to właśnie było jego zawodem.
Nie trzeba zapewne wyjaśniać, że gwiazdy, o których mowa, nic nie mają wspólnego z „mechanizmem niebieskim“ Laplace’a. Tamte, opisane przez słynnego astronoma, krążą sobie niezmiennie z matematyczną ścisłością po odwiecznych orbitach, tym zaś drogi świetności wyznacza dowcip i pomysłowość mniej lub bardziej przedsiębiorczego impresarja.
Signor Durandi był poprostu impresarjem. Zjawił się w naszem mieście z trupą mimików-baletników, którą właściwie mówiąc, zebrano jedynie w tym celu, ażeby mogła wystąpić w swej najnowszej kreacji słynna tancerka ekscentryczna, Miss Nelly Gips. Sztukę ułożyli specjalnie dla niej panowie de Flers i Caillavet, najmodniejsi, najpopularniejsi dziś w Paryżu pisarze sceniczni, muzykę zaś dorobił pewien młody wiedeńczyk, który wprawdzie jeszcze nie jest zbyt głośny, ale niebawem napewno zdystansuje Ryszarda Straussa i Lehara.
Rzecz przedstawiała młodą, piękną, cnotliwą, a nieco zubożałą margrabiankę francuską, która wyszła zamąż za młodego, pięknego i szlachetnego nababa amerykańskiego. Małżeństwo kocha się czule. Nagle margrabiance, a raczej młodej nababowej zaczyna się zdawać, że małżonek jej daje pewne powody do posądzeń o niewierność. Wtedy ona postanawia zemstę. Rzuca się na szyję jednemu ze swoich lokajów, a ten, jak się okazało, należy do bandy niebezpiecznych apaszów. Wciąga tedy kochankę do swego zbrodniczego środowiska, gdzie dawna margrabianka, steroryzowana przez apasza, przyjmuje maniery i obyczaje otoczenia.
Efekt ten byt konieczny, ażeby miss Nelly Gips wykazać mogła niektóre właściwości swego niepospolitego talentu. Tańczy ona mianowicie „la crapulette“ i „la valce chalupée“ z taką furją i niesłychanymi akcentami kanalijności, że zapędza w kozi róg samą pannę Mistinguet, nie mówiąc już o wszystkich jej imitatorkach paryskich. Właśnie kanalijność należy przedewszystkiem do najwybitniejszych cech swoistych tej wyjątkowej organizacji artystycznej. To też autorowie pozwalają jej brnąć w niej coraz głębiej, coraz brutalniej, aż wreszcie prowadzą (oczywiście ciągle teroryzowaną) do zamachu na własnego męża.
Wtem młoda nababowa budzi się w swej, z feerycznym przepychem urządzonej, sypialni... i okazuje się, że był to tylko przykry koszmar... Wszystko było snem. Rozkochany nabab stoi obok łóżka, zapatrzony miłośnie w zaróżowione oblicze cudnej małżonki.
— Prześliczne!
— Historja z tym snem wyda się może nieco naciągnięta, i istotnie, wyznać muszę — objaśnia impresarjo — stało się to na wyraźne zlecenie miss Gips. Przedziwna ta osoba jest zbyt wrażliwa, czuła i subtelna, ażeby wziąć na siebie całe odium bohaterki, zadającej się rzeczy, wiście z prawdziwymi apaszami. A jednak trzeba było wprowadzić do sztuki „la crapulette“.
— To ciekawe!
— Istotnie, tłumaczy signor Durandi — miss Gips zachowała w całej pełni pewne skrupuły i przesądy dobrze ułożonej panienki z poczciwego, mieszczańskiego domu. Zachowała całą cnotę...
— Hem, hem...
Pan Durandi nie oburzył się. Zresztą, jako mędrzec prawdziwy, nie oburzał się z zasady.
Miał on sobie za punkt honoru nigdy się nie dziwić i nigdy nie oburzać. Więc też i owo mruknięcie, niepozbawione zapewne odcienia niewiary, nie zachwiało w nim olimpijskiego spokoju. Efektownym ruchem średniego palca lewej ręki dotknął złotych binokli na orlim nosie.
— Proszę pana — zaczął tonem wykładu — proszę pana, niepodobna przedstawić sobie cnoty wyzwolonej z granic czasu i przestrzeni. Absolutne, bezwzględne, czyste zło lub dobro nie istnieje. Normy nasze etyczne urabiały pewne nasze właściwości rasowe, etniczne, pewne warunki polityczne i społeczne, pewne tradycje historyczne i t. p. Ale normy te zmieniają się radykalnie, stosownie do szerokości i długości geograficznej. Otóż ja, z natury zawodu swego miałbym pewne prawo twierdzić, że wychodzę po za granice złego i dobrego — ja, który szerokości i długości geograficzne zmieniam z szybkością osiemdziesięciu kilometrów na godzinę. Czyż podobna, proszę pana, z równą, czyli, że tak powiem, ekspresową szybkością, zmieniać własne stanowisko do całego szeregu najważniejszych zagadnień moralnych? Dziś, proszę pana, jestem w Warszawie; pojutrze będę w Petersburgu; za tydzień w Moskwie, za dwa — w Rostowie nad Donem, potem w Baku; dalej wybieram się z naszą trupą wzdłuż kolei Syberyjskiej aż do Władywostoku. Zawadzę także o Yokohamę i Nagassaki, dalej Lloyd amerykański przenosi nas do San Francisco. Stamtąd jedziemy koleją prosto do New-Yorku i z powrotem do Europy, ażeby znowu via Hamburg, Berlin, Wiedeń, Budapeszt, Konstantynopol, Kair, Kalkuta, Singapore dotrzeć do Sydney i Melbourne w Australji. Potem zaś...
— Miał pan mówić o cnocie panny Gips.
— Właśnie. Chodzi o ustalenie pojęć. Musimy się porozumieć co do sprawy oszacowania pewnych wartości etycznych. Z licznych obserwacji i doświadczeń wypadałoby, ażebym pozostał zupełnym nihilistą na tym punkcie, ja jednak umiałem wynieść stąd jedynie dobrą, szeroką wyrozumiałość, nie tracąc nic z podziwu i uznania dla pewnych pięknych odruchów duszy, które mianowicie nazywani cnotą.
— Względną?
— Hm, wszystko jest względne. Życie uczy tego na każdym kroku. Przyznam się, że karjerę rozpoczęłem jako impresarjo własnej żony. Oh, upewniam pana, że odtąd małżeństwo moje stało się rzeczą arcywzględną. Gwiazdy mają swoje prawa i przywileje, jako też ci, którzy osobami swemi blasku im przydają. Niech pan pomyśli: nierzadko członkowie rodzin panujących, często najwybitniejsi mężowie stanu w danym kraju, ministrowie, generalicja, admiralicja... a zawsze ludzie przedewszystkiem bogaci i wpływowi. Na razie odczuwałem porywy buntu, gwałtownych protestów, wściekłości, zazdrości piekielnej... Trzeba jednak było wybierać stanowczo między rolą męża lub impresarja. Wybrałem tę drugą i nie żałuję.
— Powinszować.
— Można się przyzwyczaić... Do wszystkiego można się przyzwyczaić... tylko początki są trudne.
— Och, to są sprawy osobiste.
— Mówię jednak o nich z pewną dumą. Tą drogą tylko zdobywa się doświadczenie życiowe, a za niem ową wielką filozoficzną wyrozumiałość. Potem chodzi już tylko o wyrobienie w sobie cnoty specjalnej. Sir Walter Savage Landor powiada w jednem miejscu: „Jeżeli się zdradzisz z tem, że cię naciągnięto na dziesięć funtów, będzie cię to kosztowało dwadzieścia funtów rocznie do końca życia“. Pomny na słowa mędrca nie zdradziłem się nigdy z tem, że popełniłem omyłkę handlową. Skoro też pewnego pięknego poranku jeden głupi tenor wykradł mi żonę, że zostałem w podróży po Ameryce na lodzie, nie rozpaczałem, rąk nie łamałem...
— Panie mieliśmy mówić o cnocie panny Gips.
— Właśnie. Owo przejście amerykańskie uczyniło ze mnie najpotężniejszego impresarja świata. Bogaty już w doświadczenie zawodowe, mogłem przedsiębrać imprezy w wielkim stylu. Ta okoliczność pozwoliła mi pokusić się dziś o pozyskanie na tournee wszechświatowe miss Nelly Gips.
A sprawa była niełatwa. Jak wiadomo, panienka ta z malej tancerki kabaretowej wyrosła nagle na gwiazdę pierwszorzędną, dzięki poparciu pewnego wybitnego męża stanu. Niezależnie od tego, zajął się tancerką młody maharadża indyjski i spędza z nią miesiące urlopu w Monte Carlo. Dziewczyna, zepsuta powodzeniem, zasypywana złotem, stała się niesłychanie wymagająca. Postawiła mi warunki, jakichby nie był w możności przyjąć żaden inny z ludzi mojego zawodu.
Przedewszystkiem zażądała, ażeby wybitny poeta napisał dla niej pantominę, zastosowaną do jej indywidualności tanecznej. Pobiegłem do Maeterlincka. Nie trzeba dodawać, że nie targowałem się o cenę. Wieszcz znakomity napisał rzecz cudną. Ale, niestety, Nelly, przejrzawszy rękopis, parsknęła śmiechem.
— Idjota, kretyn, gryzipiórek! Cóż on sobie myśli? Płacę Paquin’owi pół miljona rocznie za stroje, mam dessous za trzysta tysięcy franków, a on mi każę udawać jakąś biedotę poetycką i szwędać się w szarym chitonie przez wszystkie trzy akty. Bałwan!
Zrozumiałem. Niema sztuki czystej. Jest to przesąd równie dziecinny, jak czysta cnota. Słusznie estetyka współczesna przywróciła szacunek dla sztuki stosowanej i urównoprawniła ją z tą inną, jakoby wielką.
Znałem pewnego młodego poetę, który ma przed sobą, upewniam pana, przyszłość bajeczną. Zabrał się do stosownej pantominy.
Uwzględnił, szelma, wszystkie właściwości osobnicze naszej gwiazdy aż do owego pieprzyka na lewej łopatce, aż do pewnych osobliwości w budowie jej nóżek, mniej klasycznych, choć słusznie stanowiących wdzięk specjalny... o, pieprz prawdziwy!.. Ach, panie te jej nieco rachityczne nóżki doprowadzają mężczyzn do szału. Okazuje się, że normy estetyczne są również względne najzupełniej.
Cisnęła mi rękopis w twarz.
— Nie chcę. Bohaterka jest niesympatyczna, obrzydliwa kokocica, kanalja!
— Moje dziecko — mówię jej łagodnie — trzeba trochę kanalji... przecież... no... crapulette...
— Dobrze, ale chyba we śnie... na niby... Chcę grać margrabinę i koniecznie kobietę uczciwą. Rozumiesz? Stać mnie na to!
— Ha, poszedłem do panów de Flers’a i Caillavet’a...
Proszę pana, osoba, która ma dessous za trzysta tysięcy franków, może sobie pozwolić na trochę cnoty, bodaj fikcyjnej... bodaj teatralnej.
— Zapewne.
— Może, kończył impresaryo, ubierać się, rozbierać, pokazać publiczności wszystko... całe owo niesłychane bogactwo batystów, haftów, koronek...
— A o to głównie chodziło?
— Właśnie.




ŻART MASKARADOWY


Że też zawsze musi ktoś odkryć tę odwrotną stronę modelu. Reduta tow. dziennikarzy i literatów była niewątpliwie doniosłem wydarzeniem dnia, złotonośnym interesem dla instytucji, prześwietną, przewspaniałą zabawą dla kilku tysięcy wyborowego towarzystwa warszawskiego, jak jednak inaczej widział to wszystko filister, któremu...
Ale nie uprzedzajmy wypadków.
Na radcę wpadłem zaraz na wstępie u wnijścia do sal Redutowych. Miał on minę tak kwaśną, że na widok jej zęby mi zdrętwiały, jak po rozgryzieniu niedojrzałej cytryny.
— Jakże — pytam — zabawa?
— Pod Medorem.
— No?
— Pod zdechłym kundlem najostatniejszego gatunku. Ścisk, pisk, harmider — uszy bolą w głowie trzeszczy. Tu orkiestra rzępoli i nie pozwala dosłyszeć słowa rozmowy, tam wrzeszczy hołota i przeszkadza słuchać muzyki. Najgłupsze, najidjotyczniejsze zbiegowisko pod słońcem! Wogóle myślę, że ta forina zabaw przeżyła się już stanowczo. Rozumiem bal maskowy w Paryżu, gdzie pikantnie przybrane kobiety tańczą kankana. To ma swój charakter, kolor, ton, rację bytu. Ale reduty! Proszę pana, dobre to było za czasów Księstwa, albo w pierwszych latach Królestwa Kongresowego, kiedy zbierało się towarzystwo swoje, towarzystwo w całem słowa tego znaczeniu. Tam intryga mogła mieć sens... mogła...
— Ba, tu ma pan właśnie cudną ewokację tych dawnych, dobrych czasów. Zabawę ustylizowano według tradycji starej Warszawy.
— Et, jaka ona tam stara...
— No, kostjumy, dekoracje...
— Obskurne, pochlapane farbami płachty, jak w budzie jarmarcznej, zresztą nie widziałem.
— Stare piosenki, deklamacje, przemówienie burmistrza...
— Nie słyszałem. Nic nie widziałem, nic nie słyszałem... w tłumie. Przytem sparzyła mię uprzejma maseczka, przebrana za wdzięczną wróżkę, która mi przepowiedziała ni mniej, ni więcej, tylko rychły koniec... na raka.
— Hm, żart mniej pomysłowy.
— Panie! — oburzył się — żart drapieżny, okrutny, barbarzyński. Jestem nerwowy, wrażliwy, imaginatyk — niech pan sobie wyobrazi... Dobrze, że mam troskę inną, prawdziwą, bliższą... bo doprawdy już nie wiem, jakby nerwy moje zareagowały na podobnie miłe suggestje.
— Ach, pan ma troskę?
— Na szczęście...
Połapał się. Jęknął boleśnie.
— Mam troskę, na nieszczęście... poważną, niestety.
Nagle niby nurek rzucił się w przepływającą falę ludzką. Po chwili wypłynął, chwycił mię za rękę i ciągnął za sobą. Nieśliśmy się z tą falą — z tłumem domin, kostjumów fantastycznych oraz fraków staroi młodowarszawskich. Nieśliśmy się, niby bezwolnie, przez zaułki jakieś, kurytarze, schody.
Radca, bardzo podniecony, mówił, jakby nie panując nad sobą:
— Ona! Jak Boga kocham, ona! Jej bym nie poznał! Każdy ruch, każdy gest, dźwięk głosu. To samo przechylenie głowy, ten kształt uszka... Dziki konwenans. Konwenans nie pozwala kobiety zdemaskować. Parsknęła mi w oczy śmiechem. Panie, gdybym kobietę zdemaskował na reducie, byłby skandal, co?
— Nieprzebaczalny.
— Właśnie. To okrucieństwo. Nie, stanowczo w imię spokoju publicznego, w imię moralności maskowanie się powinno być wzbronione. I do czego to wszystko prowadzi? Jaki z tego pożytek?
— No, w każdym razie kilka tysięcy rubli na fundusz emerytalny dla literatów.
— A żeby ich pokręciło. On jest także literat, poeta...
— Ten dryblas, co się przyczepił do czerwonego domina, jak szewska smoła do podeszwy... Tam przed nami.
Teraz dopiero zauważyłem, że po przez ciasne przejścia teatralne ciągniemy krok w krok za czerwonem dominem, które zawzięcie intryguje młodzieńca o smukłej, wyniosłej postawie.
Radca mruczał zgryźliwie:
— Grafomany, darmozjady. Takim potrzebny jest fundusz emerytalny. Napisze, łobuz jeden, marną sonecinę i wynosi się zaraz nad ludzi prawdziwej zasługi obywatelskiej, nad ludzi pracy, nauki, poświęcenia. Nakwili, kanalja, w wierszyku, jak makolągwa i...
W sali teatru Wielkiego czerwone domino znikło nam z oczu, wraz z wysmukłym młodzieńcem. Ale w tej chwili prysnął gdzieś i radca. Dał w tłum nura i więcej go już tu nie spotkałem.
Humor udziela się, jak poziewanie. Zły nastrój, udzielony przez radcę, towarzyszył mi już do końca reduty i dopiero odzyskałem nieco wesołości przy kolacji, jeżeli wogóle kolacją nazwać można siestę w restauracji między szóstą a ósmą rano, choćby w najbardziej rozbawionem towarzystwie. Trzeba się było jednak śpieszyć — czekał nas kierat codzienności.
Na dworze ruch w pełni dnia roboczego. W blaskach słońca lśnią brylanty, wyczarowane na śniegu przez mróz, który tego ranka po raz pierwszy ujął miasto naprawdę serdecznie w swój uścisk sezonowy. Przed restauracją spotykam radcę z nosem zmarzniętym na fioletowo, ale z okiem pałającem.
Istotnie w oczach płoną mu złe blaski. Jest groźny, zaciska pięści.
— Tu ich widziałem. Nie mam wątpliwości. Weszli do gabinetu razem. Nie ujdą...
Starałem się go uspokoić, umitygować.
— Radca może się mylić. Doprawdy, domino bardzo zmienia postać. Przytem może być ktoś podobny z postawy, tuszy, ruchów, uszka. To się zdarza.
Zgrzytnął zębami.
— Mój panie, ja się nie mylę.
Chciałem jeszcze perswadować. Nie słuchał. Bohaterskimi krokami mierzył chodnik przed wejściem do restauracji.
Ha, niech się spełni!

. . . . . . . . . . . . . . . . . .

Po godzinie, przebrany do pracy, wracałem. Jechałem tramwajem. Koło Św. Krzyża wskakuje do tramwaju radca... rozpromieniony.
— Co, i pan już też zdążył się przebrać?
— Nie, bo to dopiero teraz... w tej chwili
właśnie wyjaśniło się...
— A więc miałem rację — radca się mylił?
— Nie to, owszem ona... Ale tam nic nie było.
—?
— Ot, zwyczajny żart maskaradowy. Oboje dali na to najświętsze słowo.




CZY JÓZIA?


Było nas zaledwie kilka osób w wielkiej i, przyznać trzeba, już naprawdę po europejsku świetnej sali restauracyjnej nowego hotelu w Krakowie. Rzeczywiście nawet ci, którzy się tu zatrzymują dla owej europejskiej świetności urządzeń hotelowych, na kolacyę jednak po staremu radzi śpieszą do „Hawełki”, gdzie trochę ciasno, nie nazbyt wytwornie ale... przepotężna jest siła nawyknień tradycyjnych.
Mój malarz, który zresztą zawsze ma poglądy zdecydowanego choleryka, daje folgę pesymistycznym swoim o społeczeństwie, uwagom.
— Wystarczy — mówi z przekąsem — nakryć im stół czystą serwetą, zapalić jaśniej światła elektryczne, broń Boże, jeszcze wprowadzić do dekoracyi trochę subtelniejszego, zachodniego smaku, bez wycinanek i kogutków, a pies z kulawą nogą nie zajrzy do podobnego lokalu. Im do życia organicznie potrzeba tego swojskiego smrodku garkuchni, przyjacielsko spodufalonej służby i ordynarnych malowanek na ścianach. To ich żywioł.
Owo im, ich wymawiał z akcentem niewypowiedzianej pogardy i niechęci. Miał może malarz z nimi jakieś swoje osobiste rachunki. Może poskąpiono mu kiedy, co jest prawdopodobne, uznania brzęczącego, bo na brak uznania moralnego chyba uskarżać się nie potrzebował. Ale kto zmierzy granice ambicyi artystycznych?
W każdym razie niemile raziła mię zawziętość towarzysza.
— Przesadzasz.
W odpowiedzi wskazał dłonią po sali.
— Pusto — rzucił zgryźliwie. Pusto, jak wymiótł. Oni wolą gdzieś tam w brudnych dziurach ucierać buzię bibułą, jak to za dawnych, dobrych czasów czynili nasi ojcowie i dziadowie w handelku na rogu. Nie, niech dyabli porwą nasz konserwatyzm i przywiązanie do tradycyi!
— Ale dla czego cię to znowu tak nadzwyczajnie rozczula?
— Nie lubię pustej knajpy — nudno i ponuro!
Istotnie, pomimo niezwykle rzęsistego oświetlenia, pomimo nieskazitelnej białości obrusów, lśniących jasno na szeregach stołów z bogatą zastawą ze srebra i kryształu, w którym łamały się tęczowymi ogniami promienie mnóstwa lamp elektrycznych, panował tu nastrój niezbyt wesoły. W atmosferze wisiała jakaś przykra, nudna, senna, zaiste nieodpowiednia do miejsca i okoliczności cisza. Cicho, bez szelestu, niby cienie, przesuwała się służba po puszystym dywanie; cicho, szeptem gwarzyli ze sobą czterej niemcy, którzy obsiedli stół w jednym rogu salonu. W innym rogu jakiś samotny pasażer, z miną desperata, pocieszał się w absolutnej skrytości ducha butelką szampana. Od czasu do czasu zadźwięczało szkło kieliszka, stuknął nóż o porcelanę talerza.
— Hm, mruknął malarz, bardzo by to była miła taka solenna cisza w tumie katedry gotyckiej, ale...
Nie dokończył.
Od wejścia doleciał ostry szelest jedwabiu.
Nagle niby prąd elektryczny przebiegł po wszystkich kątach obszernej sali. — Jak na komendę podnieśli głowy niemcy, drgnął gwałtownie zatopiony w szampańskiej zadumie desperat, poruszyła się ławą wyfraczona, a skupiona dotąd bezczynnie koło bufetu służba.
Uczułem w sobie i ja jakby przebieganie tego prądu, wytworzonego poruszeniem materyi jedwabnej. W tej chwili ów niepokojący szelest przesunął się lekko tuż za mojemi plecami, a jednocześnie wionęła na nas delikatna, nieuchwytna woń perfum oraz zapach kobiecości.
Malarzowi zaświeciły oczy radośnie.
Nie jest, to już do licha, jak sądzę, przywiązanie do tradycyi, ale dziki, naturalny głos instynktu. Weselej zapłonęły lampy elektryczne i cudniej, tęczowiej promienie ich zaczęły grać w pryzmatach, zastawionych na stole kryształów. Zaśmiała się radością wielką, świetna, lśniąca sala restauracyjna, odkąd jej w ciszę wpadł poszum szat niewieścich.
Odwróciłem głowę i widziałem jej postać strojną i wykwintną. Okrytą była w obszerny, jedwabny płaszcz podróżny, zapewne maskujący w znacznej mierze kształty jej figury; ale przecież nie każda z pań, nawet światowych, płaszcz podobny nosić potrafi równie majestatycznie. Rzeczywiście było coś niezwykle pańskiego w jej postawie. Szedł za nią mężczyzna wyniosły, już niemłody, siwy prawie zupełnie i nieco przygarbiony. Jeno chód lekki i elastyczny, prawie młodzieńczy zda się, przeczył ogólnemu wyglądowi, i mógł nasunąć przypuszczenie, że mamy przed sobą mężczyznę w sile wieku, dotkniętego, jak niekiedy bywa, przedwczesną siwizną. Było to jednak tylko naprawdę wynikiem wysokiej tresury, która ludziom pewnej sfery towarzyskiej długo bardzo pozwala zachować sprawność i elegancyę ruchów. Wyniosły pan należał niewątpliwie do najlepszej sfery towarzyskiej, ale młodzieńcem nie był bynajmniej.
Stanęli na środku sali, upatrując miejsca, gdzieby najwygodniej mogli usiąść i kiedy się zwrócił wreszcie w naszą stronę, ujrzałem jego twarz starannie wygoloną. Stara była rzeczywiście, pomięta, poorana brózdami, ale prawie piękna przez wyraz niezwykłego dostojeństwa i powagi.
Zajęli stolik obok nas, nieco z tyłu, tak, że aby ich widzieć musiałbym się odwracać, co niebyło ani zbyt wygodne, ani bardzo, ze względów przyzwoitości, wskazane. Niemniej nie mogłem nad sobą zapanować; korciło mnie, ażeby ujrzeć oblicze wytwornej pani. W imaginacyi odtworzyłem je sobie, jako zjawisko niepospolite pod względem klasycznej doskonałości rysów. Tak przynajmniej wypadłoby dla utrzymania harmonijnej całości z ową królewską postawą.
Kiedym wreszcie, szukając godziwego pretekstu, zawołał służącego i w rozmowie z nim spojrzał za siebie, pani ta właśnie podnosiła dość gęstą woalkę, która dotąd szczelnie jej twarz zasłaniała.
W pierwszej chwili byłem najpewniejszy, że spotkałem osobę bardzo znajomą. Już miałem wstać i złożyć zdaleka ukłon, kiedy powstrzymała mię myśl, że jest to może jeden ze znanych efektów pewnej niekoordynacyi władz intelektualnych. Rzeczywiście mam dość silnie rozwiniętą pamięć wzrokową, kojarzenie zaś wrażeń w świadomości odbywa się, wyznam, w sposób dość opieszały. Z tego powodu kłaniam się często ludziom, których znam tylko z widzenia, odwrotnie nie kłaniam się najlepszym znajomym, bo przy nagłem spotkaniu nie zdążyłem w świadomości przeprowadzić procesu skontrolowania, czy przechowany w pamięci obraz danego oblicza nie jest jedynie i wyłącznie nabytkiem pamięci wzrokowej. Zanim tedy stwierdzę właściwy mój stosunek do spotkanej osoby... najczęściej bywa za późno.
Uderzony teraz dziwnie silnem przypomnieniem rysów tej osoby, istotnie niepospolicie pięknej, zacząłem w niedołężnym umyśle niesłychanie żmudną kontrolę owych władz poznawczych. Starałem się odtworzyć okoliczności, towarzyszące wrażeniom z tego zakresu, szukałem wskazań najbardziej odległych, najbardziej nieoczekiwanych. Przywołałem przed oczy wyobraźni całe ulice warszawskie, napełnione tłumem najpiękniejszych, jakie kiedykolwiek tam spotykałem, kobiet.
Daremnie. Nie widziałem jej nigdy na ulicach, ani w teatrze, ani na balu publicznym, ani nigdzie w Warszawie. Szukałem dalej poznanych mi miastach prowincyonalnych, dworach wiejskich, letniskach, uzdrowiskach. Napróżno. Z kolei zacząłem szaloną wędrówkę po Europie...
Malarz nie przeszkadzał mi w tych poszukiwaniach. Siedział nieruchomo, zapatrzony snadź w piękną panią, którą ze swego miejsca mógł widzieć wybornie.
Przerwałem wreszcie zbyt już długie milczenie.
— Przysiągłbym, zacząłem, że znam kobietę, która siedzi tam za mną z owym starym jegomością.
— Hm, pochlebiam sobie, mruknął z jakimś dwuznacznym uśmiechem.
— Jakto?
— No, znasz ją.
— Ja?
— Z całą pewnością.
Nachylił się nad talerzem, i dłubał po nim widelcem, niby z wielką uwagą.
— Nie pamiętasz Józi? spytał, nie podnosząc głowy.
— Józi?
— No, Józi... od Barońskich... cztery, pięć lat temu?..
Teraz przypominam sobie wszystko. Znalazłem nareszcie przyczynę złudzeń. Państwo Barońscy, u których dość często bywaliśmy na rautach, mieli kiedyś pokojówkę uderzająco podobną do naszej interesującej nieznajomej. Zachowałem w wyobraźni obraz jej rysów i nagle... Ha, ha. — Rozumiem, wszystko rozumiem! Dziewczyna rzeczywiście była nad miarę piękna, to też skończyła, jak... było do przewidzenia. Pomnę, jak kiedyś zacna pani Honorata z oburzeniem opowiadała nam o eskapadach pięknej Józi. Podobno filutka przebierała się w najspójniejsze szaty swej pani i zadawała szyku po nocnych knajpkach.
Pochylił jeszcze niżej głowę nad talerzem.
— Podobno — rzekł — podobno... ale poco krzyczysz tak głośno?...
Zniżyłem głos.
— Masz racyę, ciągnąłem dalej, śliczna była ta Józia. Pełna wdzięku i dziwnej, jak na pokojówkę, dystynkcyi, doprawdy też nasza dama ma coś... oczywiście toute proportion gardée... ma coś z jej typu w ogólnym rysunku głowy.
— Nie tylko ma coś z jej typu, ale to jest ta sama Józia we własnej osobie.
— No, daj pokój...
— Upewniam cię.
Pomimo woli odwróciłem się, ażeby sprawdzić możliwość owej tożsamości. Ponieważ jednak z miejsca, na którem siedziałem, było to w najwyższym stopniu nieporęcznie, przeniosłem się poprostu na inne krzesło.
Podano nam właśnie czarną kawę.
Widziałem ją... i, wyznaję, w miarę baczniejszej obserwacyi twierdzenie malarza wydawało mi się coraz mniej prawdopodobne. Była już bez płaszcza — w jasnej bluzce, pod którą rysowały się ponętnie wytworne kształty jej biustu. Siedziała swobodnie, ale z tą jakąś wrodzoną grandezzą, którą daje kultura pokoleń. Śledziłem uważnie każdy ruch jej białych rąk, o cienkich, wydłużonych palcach. Wypieszczone były starannie i zwinne niewymownie. Z niesłychaną gracyą trzymała w nich nóż i widelec.
W bardzo podobny sposób manipulował nożem i widelcem jej towarzysz. Niewątpliwie są to ludzie jednej sfery — dobrze dobrana para, jeżeli nie pod względem wieku, co niestety wywnioskować wcale nie trudno, to pod względem rasy, stanu i obyczaju. Zresztą niewykluczone jest, że stary gentleman może być rodzonym ojcem pięknej damy.
Malarz brutalnie parsknął śmiechem.
— Pozwól powinszować sobie przenikliwości.
Broniłem swego stanowiska.
Rzeczywiście w sposobie zachowania się starego jegomości względem młodej kobiety było raczej coś z troskliwej ojcowskiej pieczołowitości, niż z czułości kochanka, lub nawet męża.
— Phi, cedził przez zęby mój towarzysz, skoro Adonis liczy sobie dobrze już pod siódmy krzyżyk, cóż mu właściwie pozostaje, prócz zapewnienia ładnej dziewczynie statecznej pomocy i czułej, ojcowskiej pieczołowitości. Utrzymuje to zresztą jeszcze jaką taką równowagę społeczną na tym najpodlejszym ze światów.
— Już to słyszałem... Ale nie przekonasz mię, ażeby osoba takich manier, takiej dystynkcyi...
—...Mogła być dawną pokojówką państwa Barońskich?
— Tak. Zablagowałeś się, kochanie. Nie nabywa się tego z dnia na dzień...
— Owszem — nabywa się to, jak zresztą wszystko, za pieniądze.
— Mylisz się. Znam dorobkiewiczów, którzy daliby wiele za trochę dobrych manier.
— Nieprawda. Nic nie znasz nie znasz życia i basta. Dorobkiewicze za dobre maniery bynajmniej płacić nie skorzy, bo po pierwsze — wogóle nie uznają ich potrzeby, powtóre — zgoła nie odczuwają ich braku. Dorobkiewicze ze swojem chamstwem są śmieszni i nieestetyczni dla nas — nie dla siebie. Przeciwnie, to my dla nich jesteśmy śmieszni i godni politowania z naszym chudopacholskim, pretensyonalnym estetyzmem. Oni są z siebie zadowoleni, dumni, bo są bogaci i już. Po za to ambicye ich nie sięgają. Tem się tłomaczy, że nie wydają ani grosza na naszą tak zwaną kulturę estetyczną, czy inną; toż w drugiem jeszcze pokoleniu, choć zdobyli miljony, nie umieją trzymać po ludzku widelca w łapie, jedząc, cmokczą, jak wieprze w karmniku, a surdut od najpierwszorzędniejszego krawca pasuje im właśnie, jak psu chomąto. Co innego kobiety — kobiety piękne, których ostatecznym celem i ambicyą jest osiągnięcie właśnie najwyższych szczytów wdzięku. To jest ich ziemskiem zadaniem, ich posłannictwem, ich kultem. Czyż podobna sobie wyobrazić prawdziwie piękną kobietę bez należycie wykwintnej oprawy? Ale też z drugiej strony najwykwintniejsza, najbardziej luksusowa oprawa może sharmonizować się najcudowniej z piękną kobietą, już przez to samo, że jest piękna, niezależnie zupełnie od sfery, z jakiej pochodzi. Mała pokojóweczka Józia już przez samą swą przedziwną urodę posiadała w potencyi wszystkie warunki na damę wielkoświatową, czy półświatkową. Z chwilą, kiedy włożyła pierwszą bluzkę jedwabną, czuła się w niej odrazu tak swojsko i naturalnie, jak obecnie, kiedy podróżuje sleepingami, lub własnymi samochodami, kiedy staje w najpierwszorzędniejszych hotelach, jeździ do najmodniejszych plaży europejskich i ubiera się u Paquin’a w Paryżu. To się najsłuszniej należało jej urodzie. Nie dziwiłbym się, gdybym kiedyś w towarzyszącym jej gentlemanie poznał nie jakiegoś już, jak obecnie, polskiego magnata, ale następcę tronu któregoś z najpotężniejszych mocarstw. To nie ma granic od chwili, kiedy ją dobry geniusz ze swędów kuchennych u państwa Barońskich wywiódł na wolne przestworza właściwego dla jej urody pola.
Świat cały stoi przed nią otworem.
— Hm, dobry geniusz?
— Masz wątpliwości? Nie różnisz się, jak widzę, filistrze, w poglądach z panią Honoratą.
— Bo ja wiem...
— No, to patrz sam i sądź.
Tamci skończyli kolacyę. Wyniosły pan z nadzwyczajną uprzejmością podawał damie jej płaszcz jedwabny. Przyjęła go z pańską godnością; okrągłym, miękkim ruchem przesunęła ramię w szeroki otwór rękawa.
Przechodzili tuż przed nami. Ona wspaniała, pewna siebie, spokojna, niewzruszona zgoła naszym widokiem, ani naszemi nad miarę natarczywemi spojrzeniami.
Nie zna nas.
— Nie, do kroćset, to nie może być dawna Józia.
Towarzysz mój chichotał podniecony.
— Wiesz, ta przedziwna metamorfoza... ta bajkowa metamorfoza... hm, przyznam ci się otwarcie — to mój tryumf. Ja to byłem jej dobrym geniuszem... Dla mnie to przebrała się kiedyś w nowy, spacerowy kostyum pani Honoraty i robiliśmy furorę w „Udziałowej”. Wyglądała przecudnie — wiedziałem, że zajdzie daleko.

. . . . . . . . . . . . . . . . . .
Na liście hotelowej zapisali się: Janusz H... inżynier z Petersburga z żoną.

Malarz aż krzyknął z podziwu.
— Patrzcie państwo! Ależ to znany nabab syberyjski. Człowiek niesłychanie bogaty. Posiada jakieś przeogromne kopalnie na Uralu. No, no, mogę sobie powinszować.

. . . . . . . . . . . . . . . . . .

Mam pewne powody niezawsze i niezupełnie wierzyć w ścisłość informacyi tego człowieka; bowiem, jak to mówią, przekoloryzował często z nałogu czy z powołania. Nie wziąłem też może za czyste złoto prawdy tego wszystkiego, co mi na gadał przy kolacyi i potem, przecież nie mogłem nie myśleć bez ustanku o pięknej damie, tak fantystycznie podobnej do Józi od państwa Barońskich. Pozatem rzeczywiście cisnęło mi się do mózgu mnóstwo przesłanek, z których...
Zapragnąłem zobaczyć ją bodaj raz jeszcze, zobaczyć za wszelką cenę...
Było w tem pragnieniu może coś więcej niż zwykła ciekawość, niż amatorska żyłka rozwiązania zawiłej zagadki.
Tak, wyznaję, pragnąłem wznowić w sobie wzruszenie, wywołane szelestem jej szat i zapachem jej perfum. Tęskniłem do wznowienia w sobie zachwytu, jakiego doznałem na widok jej nieskończenie harmonijnej i estetycznej postaci...
Rano zbiegłem do portyera.
Nie ma już ich. Wyjechali wczesnym rankiem.
— Dokąd?
— Nie wiadomo.
— Czy nie można by sprawdzić, dokąd odchodzą pociągi o tej porze?
— Proszę laski pana dobrodzieja — ci państwo odjechali samochodem.
Skończyło się. Może i lepiej. Zagadka Józi mogła by mię zanadto niepokoić i odrywać od pracy, dla której tu przyjechałem.




DYGNITARZ


Działo się to w wagonie klasy drugiej, w drodze... a no, mniejsza.
Kandyd, jak zwykle, hazardował się na niebezpieczne, paradoksalne twierdzenia. Istne enfant terrible, jeżeli wogóle epitet podobny zastosować wypada do chłopczyka, który szczęśliwie skończył czterdziestkę. Toż jeden z przygodnych towarzyszów podróży na naszą dyskusję bezładną zareagował w sposób zaiste najmniej spodziewany. Pokraśniał nagle i prosto z mostu rzucił:
— A ja ukrywał nie będę... ja tam czytać, nie czytam. Prawdę mówię: ani w ząb.
Jegomość miał nad sobą na kołku pyszne bobry, piękną fokową czapkę na głowie, a na mocno obleśnym brzuchu niezwykle gruby złoty łańcuch od zegarka. Zresztą wogóle wyglądał sowito i dostatnio... jeno kołnierzyk celulojdowy psuł nieco harmonję wielkopańskiej pyszności stroju i postawy.
Szczere i, dodać trzeba, dość dziwne wyznanie pana od bobrów stropiło nas trochę, zwłaszcza, że rozmawiając z Kandydem w określeniach byliśmy dosyć... nieoględni.
On jednak nie przeciw nam, lecz właśnie przeciw niemu zwrócił swoje groźne, wyzywające, wprost drapieżne spojrzenie.
Co prawda, to Kandyd po tej deklaracji nieoczekiwanej wlepił w pysznego jegomościa wzrok badawczy i przyglądał mu się już, doprawdy, zbyt natarczywie.
— Hm — dedukował zapewne z właściwą sobie trafnością rozumowania — hm, do kroćset, gentleman prawy, choćby i analfabeta absolutny, kołnierzyka celulojdowego na szyję nie włoży. W tem coś jest...
Tamten zaczął szorstko.
— A pan co lipuje na mnie, jak ciele na kartoflankę z migdałami? Ja się wstydził nie będę. No, nie czytam i... nie trzeba.
— Słusznie.
Poczerwieniał jeszcze bardziej, snadź posądzał przyjaciela naszego o umyślną persiflację. Człowiek był kompleksji krwistej, zdało się też, że lada chwila grozi mu atak apoplektyczny. Czerwień jego policzków przybierać zaczęła odcień fjoletowy, potem siny.
Wywarło to w wagonie pewne zaniepokojenie. Kandyd czuł się w obowiązku zapewnić jegomościa najsolenniej, że okrzyk ten był naprawdę szczerym, bezpośrednim odruchem serca.
— Wszakże właśnie w rozmowie z panami wykazywałem wszystkie złe skutki nadmiernego czytania. Istotnie w dobie obecnej czyta się za wiele i poprostu niema czasu na myślenie samodzielne! Zresztą nietylko brak czasu jest tu kwestją najważniejszą. Mózg przeładowany balastem najniepotrzebniejszych wiadomości, faktów, fakcików, szczegółów, szczególików bez znaczenia, staje się do samodzielnego, intensywnego myślenia wręcz niezdolny. Przez stały, a zbyt silny ucisk sztucznego, erudycyjnego obciążenia traci on własną przyrodzoną prężność, traci pierwotną ruchliwość i elastyczność, bez których niemożliwa jest wszelka żywsza cerebracja. Tak mi się to przedstawia ze strony czysto mechanicznej. Z drugiej strony, psychologicznie rzecz biorąc, łatwo zauważyć, że umysł ludzki ma jednak dowcipną skłonność do dążenia po drodze najmniejszego oporu. Rozporządzając obficie gotowemi wiadomościami, nie będzie wysilał się nad wynajdowaniem dla każdej sprawy poszczególnej nowych własnych określeń. Nie będzie szukał dróg nowych, trudnych i niebezpiecznych, gdyż pójdzie sobie przyjemnie do celu starym, szerokim, obrzydliwie przez pokolenia poprzednie wyjeżdżonym gościńcem. Taki pan uczony z niezachwianą wiarą in verba magistri, sypiąc, jak z rękawa pięknie dobranemi cytatami, prześlizgnie się wygodnie przez najważniejsze zagadnienia życia, nie zauważywszy, że zagadnienia te pozostały zgoła nierozstrzygnięte.
Tak, panowie — dowodził dalej — niesłychane ułatwienia cywilizacyjne, jakie człowiek dzisiejszy spotyka na każdym kroku, pozbawiają nas nietylko pierwotnej sprawności muskularnej, ale także zabijają najpotężniejszą siłę duchową — intuicję. Henryk Bergson, największy myśliciel wieku, uważa ją za jedyną siłę twórczą i płodną.
Poznanie intuicyjne jest istotnie swoistym organem filozofji. Bergson przeciwstawia je w sposób niesłychanie jaskrawy zwykłemu poznaniu naukowemu. Poznanie naukowe nie może nas wznieść do zrozumienia istotnych cech rzeczy. Stwierdza ono tylko to, co dana rzecz ma z innemi wspólnego, nie zaś to, co ją od innych odróżnia, co właśnie stanowi jej cechę najistotniej indywidualną. Wyżyn tych sięga poznanie intuicyjne. Za pomocą intuicji, czyli intelektualnego wczuwania się, przenikamy jakoby do wnętrza rzeczy, do jej treści najgłębszej.
Dlatego myślę — prawił, zapalając papierosa — że kiedy, wyciągnięty wygodnie na kanapie, zapomnę na chwilę o całym dotychczasowym dorobku naukowym, kiedy pozostanę sam na sam z własną intuicją, pogrążony w kontemplacji i marzeniu, jest to moment bardziej kształcący i bardziej w skutki owocny, niż gdybym pochłonął stosy zadrukowanej bibuły.
Szkoda czasu.
Pan od bobrów, w czasie tego, przydługiego monologu, ochłonął snadź ze wzburzenia, bo krew powoli odbiegła mu od policzków. Pozostały one jeno w miarę zakolorowane ową czerstwą rumianością zdrowia i dobrobytu.
Potoczył po zebranych dumnem okiem i podniesionym, pewnym siebie głosem zawołał:
— A jakbyś pan wiedział. Co komu po tem, żeby czytał, co drugi osioł napisze. Ja tam panie, prawdę mówiąc, jednej litery nie rozeznam, a, nie bój się, inszego sumograda, co choć i klasy posiada ukończone, w kozi róg zapędzę, jeszcze mi, taka jołopa pięknie podziękuje.
— Powinszować.
Zapalał się, zwłaszcza, że w wagonie cisza się uczyniła i wszyscy słuchali z zajęciem, co mówi dziwny bobrowego futra właściciel, który czytać nie umie.
— Bo, pewnie — ciągnął, rozparłszy się wygodnie — inszy siedzi, panie, jak żydowski małamed w książkach po same dziurki w nosie; niby to mądry, a zapytaj go: w Elizawietgradzie był? Nie był. W Batumie był? Nie był.
— A pan w Elizawietgradzie był? — spytał Kandyda, przygwożdżając go spojrzeniem.
— Nie, nie byłem.
Wydął usta z pogardą.
— A ja był i w Elizawietgradzie, i w Batumie, i w Baku, we Władykaukazie, i Rostowie na Donu, i w Tyflisie, i w Astrachaniu. Kałmyków widział; po wostoku całym od miasta do miasta chodził. Pan myśli, że takie ludzie, jak my? Ale! I ludzie, zaraz na oczy, co innego, i miasta nie takie...
— Szanowny pan w wojsku służył?
— Jaki tam w wojsku! — montierem byłem.
— Ach, mechanik?
Skrzywił się.
— Et, ciepnąłem to do cholery. Gdzieby dziś, panie, człowiek z głową chciał charować przy szrubstaku, albo jak. Jeszcze czego! Interesy mam. Nie zarobi, panie, człowiek dziesięcioma palcami, choćby i ręce do łokcia urobił. Dobre to dla chamów, co chamem jest i chamem będzie. Nie zostanie człowiek panem, póki głową nie ruszy — głupich nie brak.
— Pewnie.
— Eh, panie, ja dziś inżeniera i nie byle jakiego w kieszeń wsadzę, mnie dziś, panie, nie kupi i za sto tysięcy. Nie bój się, drygnitarz jestem!
— Proszę.
Czuć było, że go rozpiera duma, pycha, czy tylko poczucie własnej wartości. Widząc efekt, jaki mową swoją wywiera, podniecał się własnemi słowami. Uderzył się potężną pięścią w piersi. Mówił tonem agresywnym, jakby pragnął wywołać zwadę.
— A bo nie? A co mnie kto będzie manił. Drygnitarz jestem i basta. A coby ze mnie było, kiedyby mnie chłopca dali uczyć? Gryzipiórek jaki, co? Ale ja się w maleńkości raz ze schodów na łeb zwalił i, musi, podziadu ciemieniam nabił, bo jak mi potem tylko kto książkę pokazał, zaraz mi takie ogniki przed oczami latały. No, co poradzić — poszedłem do terminu.
— Hm, tego... zapewne... jednakże i w terminie...
Kandyd miał tu coś do nadmienienia, ale czy wobec poprzednich swoich twierdzeń nie znalazł odpowiedniej formy wyrazu, czy nie chciał przerywać toku zajmujących wynurzeń, dość, że połknął resztę zdania i nie wiadomo było, jakie właściwie stanowisko zajmuje w sprawie elementarnego wykształcenia terminatorów. Pan od bobrów, natomiast, jakby odgadł zasadniczy sens niewypowiedzianej uwagi, bo energicznie odpalił.
— A mnie co potem? Nie mówię podpisać się! Jużci potrza, bo to nieraz człowiek w radzie, albo i w zarządzie siedząc, rękę przyłożyć musi. Ale czytać. Phi! Będę chciał — to se najmę literata i zapłacę. Ady mam tu takiego jednego... Et, moczygęba! Mówią doktór filozof, czy jakoś...
Uśmiechnął się znacząco.
— Hm, hm. Jako to między mężczyznami, wstydu niema... Powiem prosto: Wziąłem se ja jedną panienkę... niby na... No, wiadomo: krew nie woda, a głównie — stać mnie na to. Jak po pańsku, to po pańsku. Prezes ma, dyrektor ma, jakże mnie, który i prezesa i dyrektora letko za pas zatknę, nie postawić się w takiej rzeczy, jak się patrzy. A dziewczynka jest, powiem panom, cymes, delikatna, wykształcona, bo i klasy, mówią, posiada ukończone i po francusku potrafi, ano więc dalejże go zaraz z wiosny wybierać mi się za granicę.
„Prezes, powiada, wyprawił swoją do Ostendy; dyrektor, powiada, dał swojej monety, jak lodu, na podróż po Włochach, wszystkie jadą na lato, to tu, to tam, jakże mię, powiada, będziesz we skwar w mieście trzymać“?
I w płacz.
Roześmiał się szeroko.
— He, he, nie bardzo ja tam — ciągnął dalej — na beki łechczywy, a ot, po prawdzie, dla honoru miałem jej wynająć willę w Konstancinie, ale jakem się rozpytał dobrze, gdzie, co i jak, zmiarkowałem, że mi się zagranica taniej obleci. Zatem, nie długo gadać, sakum, pakum i wysłałem dziewuchę do Zoppot. No, tam... do prusaków. Ale ba... przychodzi list... Żeby cię pokręciło — pismo, jak makiem siał. Cóż, swoim ludziom go pokazać, nie pokażę, jeszcze w takiej kwestji... Dziś, panie, choć mu płacisz czystem złotem, nikomu zawierzyć nie sporo. Jeszczeby tym ładem i żona wiatr nosem poczuła... Poco? Nie głupim! Co robiąc, łapię ja mojego literata i... do baru. A no, przeczytał wszystko ładnie, pięknie, odpisał, co kazałem i dobra. I mam teraz na każdy raz wygodę. A co mnie to kosztuje? No, wódeczka jedna i druga, porcja flaków, jak we czwartek, albo co innego, w inny dzień, no, piwko większe jedno i drugie...
Hi, hi, — zachichotał — drugim razem, powiem panom, to się i gołem piwem oblezie. Co takiemu łątkowi trzeba? Frajer! Człowiek znający wie, panie: gdzie, kiedy, komu, co, ile i jak... Mało to mam interesów...
I znowu toczył po nas wzrokiem pełnym bezgranicznego, rozpierającego go uwielbienia dla siebie.
Nie bój się, cwaniak jestem!
Pociąg zatrzymał się na stacji. Pan od bobrów porwał się z miejsca i wyjrzał przez okno.
— A niech panów djabli... zagadałem się i byłbym swoją stancję przejechał.
Zarzucił futro na ramiona, chwycił walizkę i wychodził z wagonu. Zdążył jednak jeszcze rzucić:
— Ja tu mam majątek jeden oglądnąć... do kupienia. Mówią — czyste śrebło!
Zniknął.
Kandyd siedział, jak zahypnotyzowany, z okiem utkwionem w drzwi, któremi wyszedł tamten człowiek.
— Do kroćset! — zawołał wreszcie. To ciekawe, to doprawdy ciekawe! Co zacz jest ów dygnitarz osobliwy, który czytać nie umie?
— Ex-szynkarz z Kociogłów...
Wyjaśnienie to padło z ust młodzieńca, siedzącego dotychczas cicho w rogu przedziału. Zdało się nawet, że drzemał wygodnie, oparłszy głowę o poduszki wagonu. Miał on nadto kołnierz od palta podniesiony, a na oczy nasunięte ronda szerokiego, artystycznie wymiętoszonego, kapelusza, tak, że oblicza jego dojrzeć nie było podobna. Teraz kołnierz odwinął i poprawił kapelusza na głowie. Ukazała się twarz blada o smętnem marzącem wejrzeniu.
— Szanowny pan go zna? — zwrócił się doń Kandyd namiętnie. — To bajeczne — wołał — to istotnie przedziwne! Ten analfabetyzm absolutny, przy niezrównanej pewności siebie, przy owej tęgiej, naiwnej, prostej wierze we własne siły, we własną wartość... to doprawdy zachwycające! Człowiek ten nie zadraśnięty kulturą, człowiek tak doskonale uodporniony przeciw wszelkim niemocom wieku, zachował w całej pełni potężny instynkt życia i świeżą, zdrową intuicję, a ztąd bezmierną przewagę nad pokoleniem shamletyzowanych niedołęgów dzisiejszych. Czemże jest obecnie pański ex-szynkarz?
— Ho, ho!
— Ho, ho? Prawda? Cudownie? Jakiż to dla mnie niewysłowienie dosadny argument! Postawiłem tu właśnie tezę... Ale szanowny pan, zdaje się, trochę drzemał i zapewne nie słyszał, co mówiłem...
— Owszem, przerwał młodzieniec z nieco pogardliwym wzruszeniem ramion, słyszałem — wróbledachizmy!
Wstał leniwie i wyszedł na kurytarz.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Tadeusz Jaroszyński.