Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/71

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Stefa Maliczewska trafiła na takiego jak mistrz człowieka, na człowieka, który staluje wspaniale w pierwszorzędnej restauracji ostrygi i homara, zamiast z kołtuńską maskinerją przynosić na przyjacielską kolacyjkę ordynarne wędliny i sardynki — gdyby powiadam — panna Stefa spotkała na swej drodze takiego człowieka, niewątpliwie nie zakończyłaby swej historji tonem tak minorowym.
— Myślisz?
— Jestem pewny. Jestem najmocniej przekonany, że zaproszona przez mistrza kochanego na kolacyjkę, zamiast owej rozrzewniającej łezki, którą roni przy zapuszczeniu kurtyny, klasnęłaby w łapki radośnie, jak Fela, i śpiewałaby ochoczo.
„Hopla chłopczyku, skarbie mój...“
Profesor patrzył na ucznia z uśmiechem wyższości.
— Chłopcze, jak ty niewiele wiesz o instrumencie tak niesłychanie skomplikowanym, jakim jest serce kobiety. Fela po tej kolacji lukullusowej urządziła mi właśnie scenę nader dramatyczną, żałosną i w najwyższym stopniu nieprzyjemną.
Dotychczas zapomnieć nie mogę przykrości i bólu, jakie odczułem w najgłębszych pokładach swego sumienia — musiałem się uznać za nędznika.