Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/72

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


W chwili, kiedy robiłem rachunek ze służącym, widziałem, że Fela odwróciła się ode mnie, nadąsana.
Odeszła w głąb pokoju, ukryła twarz w aksamitnej, zasłaniającej okno, draperji i pozostała tam, choć służący dawno już opuścił nasz gabinet.
Zapanowała długa chwila ciszy, dość krępującej.
Usłyszałem, że szlocha.
Istotnie spazm płaczu wstrząsał jej ciałem. Łkanie stawało się coraz gwałtowniejsze.
— Dziecko, co tobie, ty płaczesz?
— A bo pan jest człowiekiem nieuczciwym.
— Ja?
— Tak, pan. Nadużył pan mego zaufania... upoił i sponiewierał.
— Wiesz, jak jestem na tym punkcie drażliwy, jak znieść nie mogę, ażeby ktokolwiek płakał przy mnie, a zwłaszcza przeze mnie, rozumiesz zatem, jak mnie dotknąć musiały boleśnie łzy dziewczyny.
Ja nieucziwy, ja nadużyłem zaufania!
Starałem się usprawiedliwić, wytłumaczyć.
— Ach, mój Boże, dziecko drogie — zacząłem z perswazją. — Któż mógł przewidzieć, kto mógł przypuścić... No, wiedziałem przecież... hrabia Zdziś, Michał Lala, Franek, no, ten łobuz malarz i... bo ja wiem.