Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/192

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wiązanie do tradycyi, ale dziki, naturalny głos instynktu. Weselej zapłonęły lampy elektryczne i cudniej, tęczowiej promienie ich zaczęły grać w pryzmatach, zastawionych na stole kryształów. Zaśmiała się radością wielką, świetna, lśniąca sala restauracyjna, odkąd jej w ciszę wpadł poszum szat niewieścich.
Odwróciłem głowę i widziałem jej postać strojną i wykwintną. Okrytą była w obszerny, jedwabny płaszcz podróżny, zapewne maskujący w znacznej mierze kształty jej figury; ale przecież nie każda z pań, nawet światowych, płaszcz podobny nosić potrafi równie majestatycznie. Rzeczywiście było coś niezwykle pańskiego w jej postawie. Szedł za nią mężczyzna wyniosły, już niemłody, siwy prawie zupełnie i nieco przygarbiony. Jeno chód lekki i elastyczny, prawie młodzieńczy zda się, przeczył ogólnemu wyglądowi, i mógł nasunąć przypuszczenie, że mamy przed sobą mężczyznę w sile wieku, dotkniętego, jak niekiedy bywa, przedwczesną siwizną. Było to jednak tylko naprawdę wynikiem wysokiej tresury, która ludziom pewnej sfery towarzyskiej długo bardzo pozwala zachować sprawność i elegancyę ruchów. Wyniosły pan należał niewątpliwie do najlepszej sfery towarzyskiej, ale młodzieńcem nie był bynajmniej.
Stanęli na środku sali, upatrując miejsca, gdzieby najwygodniej mogli usiąść i kiedy się