Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/193

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zwrócił wreszcie w naszą stronę, ujrzałem jego twarz starannie wygoloną. Stara była rzeczywiście, pomięta, poorana brózdami, ale prawie piękna przez wyraz niezwykłego dostojeństwa i powagi.
Zajęli stolik obok nas, nieco z tyłu, tak, że aby ich widzieć musiałbym się odwracać, co niebyło ani zbyt wygodne, ani bardzo, ze względów przyzwoitości, wskazane. Niemniej nie mogłem nad sobą zapanować; korciło mnie, ażeby ujrzeć oblicze wytwornej pani. W imaginacyi odtworzyłem je sobie, jako zjawisko niepospolite pod względem klasycznej doskonałości rysów. Tak przynajmniej wypadłoby dla utrzymania harmonijnej całości z ową królewską postawą.
Kiedym wreszcie, szukając godziwego pretekstu, zawołał służącego i w rozmowie z nim spojrzał za siebie, pani ta właśnie podnosiła dość gęstą woalkę, która dotąd szczelnie jej twarz zasłaniała.
W pierwszej chwili byłem najpewniejszy, że spotkałem osobę bardzo znajomą. Już miałem wstać i złożyć zdaleka ukłon, kiedy powstrzymała mię myśl, że jest to może jeden ze znanych efektów pewnej niekoordynacyi władz intelektualnych. Rzeczywiście mam dość silnie rozwiniętą pamięć wzrokową, kojarzenie zaś wrażeń w świadomości odbywa się, wyznam, w spo-