Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/194

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sób dość opieszały. Z tego powodu kłaniam się często ludziom, których znam tylko z widzenia, odwrotnie nie kłaniam się najlepszym znajomym, bo przy nagłem spotkaniu nie zdążyłem w świadomości przeprowadzić procesu skontrolowania, czy przechowany w pamięci obraz danego oblicza nie jest jedynie i wyłącznie nabytkiem pamięci wzrokowej. Zanim tedy stwierdzę właściwy mój stosunek do spotkanej osoby... najczęściej bywa za późno.
Uderzony teraz dziwnie silnem przypomnieniem rysów tej osoby, istotnie niepospolicie pięknej, zacząłem w niedołężnym umyśle niesłychanie żmudną kontrolę owych władz poznawczych. Starałem się odtworzyć okoliczności, towarzyszące wrażeniom z tego zakresu, szukałem wskazań najbardziej odległych, najbardziej nieoczekiwanych. Przywołałem przed oczy wyobraźni całe ulice warszawskie, napełnione tłumem najpiękniejszych, jakie kiedykolwiek tam spotykałem, kobiet.
Daremnie. Nie widziałem jej nigdy na ulicach, ani w teatrze, ani na balu publicznym, ani nigdzie w Warszawie. Szukałem dalej poznanych mi miastach prowincyonalnych, dworach wiejskich, letniskach, uzdrowiskach. Napróżno. Z kolei zacząłem szaloną wędrówkę po Europie...
Malarz nie przeszkadzał mi w tych poszu-