Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/191

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


senna, zaiste nieodpowiednia do miejsca i okoliczności cisza. Cicho, bez szelestu, niby cienie, przesuwała się służba po puszystym dywanie; cicho, szeptem gwarzyli ze sobą czterej niemcy, którzy obsiedli stół w jednym rogu salonu. W innym rogu jakiś samotny pasażer, z miną desperata, pocieszał się w absolutnej skrytości ducha butelką szampana. Od czasu do czasu zadźwięczało szkło kieliszka, stuknął nóż o porcelanę talerza.
— Hm, mruknął malarz, bardzo by to była miła taka solenna cisza w tumie katedry gotyckiej, ale...
Nie dokończył.
Od wejścia doleciał ostry szelest jedwabiu.
Nagle niby prąd elektryczny przebiegł po wszystkich kątach obszernej sali. — Jak na komendę podnieśli głowy niemcy, drgnął gwałtownie zatopiony w szampańskiej zadumie desperat, poruszyła się ławą wyfraczona, a skupiona dotąd bezczynnie koło bufetu służba.
Uczułem w sobie i ja jakby przebieganie tego prądu, wytworzonego poruszeniem materyi jedwabnej. W tej chwili ów niepokojący szelest przesunął się lekko tuż za mojemi plecami, a jednocześnie wionęła na nas delikatna, nieuchwytna woń perfum oraz zapach kobiecości.
Malarzowi zaświeciły oczy radośnie.
Nie jest, to już do licha, jak sądzę, przy-