Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/190

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Owo im, ich wymawiał z akcentem niewypowiedzianej pogardy i niechęci. Miał może malarz z nimi jakieś swoje osobiste rachunki. Może poskąpiono mu kiedy, co jest prawdopodobne, uznania brzęczącego, bo na brak uznania moralnego chyba uskarżać się nie potrzebował. Ale kto zmierzy granice ambicyi artystycznych?
W każdym razie niemile raziła mię zawziętość towarzysza.
— Przesadzasz.
W odpowiedzi wskazał dłonią po sali.
— Pusto — rzucił zgryźliwie. Pusto, jak wymiótł. Oni wolą gdzieś tam w brudnych dziurach ucierać buzię bibułą, jak to za dawnych, dobrych czasów czynili nasi ojcowie i dziadowie w handelku na rogu. Nie, niech dyabli porwą nasz konserwatyzm i przywiązanie do tradycyi!
— Ale dla czego cię to znowu tak nadzwyczajnie rozczula?
— Nie lubię pustej knajpy — nudno i ponuro!
Istotnie, pomimo niezwykle rzęsistego oświetlenia, pomimo nieskazitelnej białości obrusów, lśniących jasno na szeregach stołów z bogatą zastawą ze srebra i kryształu, w którym łamały się tęczowymi ogniami promienie mnóstwa lamp elektrycznych, panował tu nastrój niezbyt wesoły. W atmosferze wisiała jakaś przykra, nudna,